czwartek, 30 listopada 2017

Fryzjer, czyli walka na nożyczki

Moje włosy żyją własnym życiem. 
Ja osobiście darzę je głębokim uczuciem i mam nadzieję, że zostaną ze mną jeszcze bardzo, bardzo długo, ale w praktyce oznacza to, że są mocno nieprzewidywalne i nie dogadują się dobrze z fryzjerami.
Od czasów niemowlęcych (ponieważ urodziłam się z gęstymi loczkami) włosy miałam obcinane chałupniczo, w domu przez Mamę i Ciocię. 
Dzięki Bogu obie były i nadal są bardzo utalentowane w tej dziedzinie, ale teraz znajdują się, niestety, trochę za daleko, żeby się mną zająć. A szkoda! 
W swoim życiu spotkałam trzy panie fryzjerki, które rozumiały moje włosy.
I oto „nadejszła wiekopomna chwiła”. 
Całą rodziną udaliśmy się do fryzjera. Usług potrzebowała tylko męska część naszego stada i ja. 
Najpierw przytomnie załatwiliśmy facetów. W tym celu umówiliśmy się do męskiego zakładu fryzjerskiego.
Tu mała dygresja: mój Mąż u fryzjera traci zupełnie asertywność. Oznacza to, że jeżeli nie czuwam obok, to mogą z nim, a konkretnie z jego włosami, zrobić straszne rzeczy. 
Przerabialiśmy to w Polsce i okazało się, że za Wielką Wodą mężowska odporność na wdzięk pań stylistek jest taka sama, czyli żadna. Zgodnie wpakowaliśmy się do zakładu, który wyglądał łudząco konserwatywnie i spokojnie. W oczach dwóch pań dostrzegłam znajomy, szalony błysk.
Rozpoczęły od propozycji fryzur. 
Pierwsza poddała się fryzjerka, której trafił się nasz Syn. Ignorując całkowicie jej twórcze zapędy (wygolone boczki, wzorki i grzyweczka à la kogucik), zaordynowałam strzyżenie na barana. 
Dosłownie tak jej to powiedziałam. Pani spojrzała na mojego Syna współczującym wzrokiem, ja spojrzałam na nią morderczym. Zaczęła golić. 
Efekt jak zwykle – prosty, elegancki, po prostu cudo.
W tym czasie druga cwaniara rozpoczęła szybkie strzyżenie mojego Męża, myśląc, że skoncentrowana na jednym, odpuszczę drugiego. 
Nic z tego, jestem typem matki tzw. symultanicznym. Skoro rozumiem, co do mnie mówi cała rodzina w tym samym czasie, to dwie kombinujące panie fryzjerki na raz to jest po prostu Pan Pikuś. Zatrzymałam w trakcie strzyżenia drugą artystkę, przesłuchałam ją, co dokładnie zamierza, wybiłam jej to z głowy, a następnie poinformowałam, jak ma wyglądać mój Mąż, który musi codziennie wychodzić z domu i poruszać się po ulicach bez wzbudzania zamieszek.
Muszę powiedzieć, że tu nie poszło mi tak łatwo jak z Synem, ale ponieważ stałam nad nią jak dusza pokutująca, to w końcu odpuściła. Westchnęła tylko ciężko.
Ale żeby nie było – wszystko odbyło się w niezwykle przyjacielskiej, pełnej uśmiechu amerykańskiej atmosferze. 
Nie wiem, jaki napiwek dał mój Mąż, ale najwyraźniej wystarczający, bo panie stylistki machały nam na do widzenia. Możliwe, że miały nadzieję, że następnym razem moi panowie przyjdą sami. NIEDOCZEKANIE!
Następnie udaliśmy się do salonu dla pań w celu poprawienia mojego wyglądu tudzież samopoczucia, bo u kobiet na ogół jedno jest nierozerwalnie związane z drugim. 
Mąż, rozumiejąc powagę sytuacji, zabrał dzieciaki i zostawił mnie samą na placu boju. Salon przytomnie wybrałam z polecenia jednej, znajomej, fajnej mamy. Już w wejściu uderzyły we mnie pozytywne wibracje: lampki, romantyczna muzyczka i uśmiechnięty, niezwykle przyjacielsko nastawiony manager.
I to była czysta klasyka: mulat i gej, ubrany jak z romantycznej komedii. 
Gwoli wyjaśnienia: nie jestem homofobem i mam nadzieję, że rasistką też nie. 
Był taki słodziakowaty, że od samej rozmowy z nim od razu poczułam się piękniejsza. Dał mi coś w rodzaju szlafroczka, sugerując, że się przegrzeję, a tego byśmy przecież nie chcieli. 
No nie, nie chcielibyśmy zdecydowanie!
Następnie przekazał mnie w ręce dwóch pań. Pierwsza umyła mi włosy i strzeliła mały masaż. Już w trakcie mycia zaczęłam się zastanawiać, że może odpuszczę sobie strzyżenie i skoncentruję się na samym masażu. 
Zanim się jednak zorientowałam, zagarnęła mnie druga pani i rozpoczęła wywiad środowiskowy. 
Bez żadnych zastrzeżeń zaaprobowała moją wizję fryzury, a potem wszystko potoczyło się podobnie jak w kraju. 
Do końca zabiegów upiększających miałyśmy obgadane wszystkie tematy rodzinno-życiowe.
Nie wierzyłam, że pani nie ciachnie mi czegoś za bardzo lub nie przyklepie, ale okazała się brylantem czystej wody! Zostawiła mi tylko trochę za długą grzywkę, ale stwierdziłam, że z grzywkami mam doświadczenie i ciachnę ją sobie sama w domu. 
Opuściłam salon lewitując. W domu skróciłam grzywkę. Dobrze jest przeżywać przygody i poznawać nowe kraje, ale jak to wspaniale, że pewne rzeczy są wszędzie takie same.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Myszka Miki, czyli magia i absurdy amerykańskie

Szczęśliwie przetrwaliśmy Święto Dziękczynienia i teraz nie pozostaje nam nic innego, tylko szykować się do Świąt Bożego Narodzenia.
Ponieważ uświadomiłam sobie, że moje spojrzenie na tzw. amerykański sen jest bardzo trzeźwe, a czasami wręcz niesłychanie krytyczne, postanowiłam trochę posłodzić i autentycznie pozachwycać się niektórymi aspektami życia na obczyźnie. 
Ale najpierw trochę pokrytykuję!
Jakiś czas temu stwierdziłam, że muszę poopisywać trochę amerykańskich absurdów. Najwięcej tematów, jak zwykle, dostarczyła szkoła. 
Zaczynając od strony merytorycznej, ciężko mi cały czas zdecydować, który system edukacji jest lepszy. 
Jeżeli chodzi o podejście do dzieci, to myślę, że wygrywa zdecydowanie amerykański.
Ale naukowo jest już trochę bardziej rozrywkowo. O ile moje młodsze dziecko musi się skupiać głównie na nauce języka, o tyle starsze, oblatane językowo, koncentruje się na intensywnym pochłanianiu wiedzy. 
I tu od czasu do czasu pojawiają się tzw. momenty obezwładniającego szoku.
Najbardziej jest to widoczne na historii. 
Dla porównania: przy omawianiu problemu łamania praw człowieka w Kongu belgijskim dzieciaki dostały cztery wypasione strony tekstu, włączając w to nawet informacje dotyczące charakteru i psychiki króla Leopolda, a omawiając historię Polski – zaczynając od końca I Wojny Światowej, a kończąc na przystąpieniu naszego kraju do Unii – wystarczyła im jedna strona.
Do pełni szczęścia nauczyciel kategorycznie zabronił posiłkować się innymi materiałami, tylko wspomnianą stroną tekstu. 
W efekcie moje dziecko przyszło do mnie i zapytało – uwaga, cytuję:

– Czy Piłsudski był bezwzględnym dyktatorem, co to znaczy, że po wojnie Polska znalazła się w sferze wpływów Stalina, czym się różni stan wojenny od wojny i jak to się stało, że ktokolwiek ten uroczy czas przetrwał?
W tym momencie zrozumiałam mojego Dziadka, który wiele lat temu nie mógł znieść, jak uczyłam się historii odpowiednio zmodyfikowanej przez ówczesny aparat rządzący. 
Teraz przyszła kolej na mnie. Krew przodków zagrała mi w duszy i w efekcie spędziłam kilka upojnych godzin, gromkim głosem wpajając dziecku historię narodową oraz miłość do Ojczyzny. Ogłuszone dziecko, wyedukowane od podstaw, poszło do szkoły. 
Mam nadzieję, że nie okaże się mądrzejsze w tym temacie od nauczyciela. Nie ukrywam, że poświęciłam dość dużo czasu, wyjaśniając mojej podporze późnej starości, co w praktyce oznaczało „znalezienie się w sferze wpływów Stalina”. Uff, ulżyło mi!
Następnym niezwykle ciekawym aspektem, również poniekąd dotyczącym szkoły, jest ubiór. 
Jesień amerykańska (przynajmniej jak do tej pory) jest zdecydowanie przyjemniejsza od polskiej – w skrócie: zimno, ale słonecznie. 
I tu zaczyna się robić ciekawie: rano są około dwa stopnie, moje dzieci odpowiednio „ogacone” dziarsko maszerują do szkoły, a tu kicha, bo kolega idzie w krótkich spodenkach i w kurteczce „wiatrem podszytej”. 
Dzieci, zwłaszcza młodsze, się buntują, bo też chcą dostać zapalenia płuc, a tu matka wyrodna nie pozwala. Już przestałam reagować emocjonalnie na widok niemowląt bez czapeczek, aczkolwiek łatwo mi to nie przyszło.
Ciekawym tematem jest też tzw. cisza nocna, której tu właściwie nie ma.
To znaczy ogólnie jest bardzo przyjemnie i cicho, ale jak u kogoś kończy się spotkanie towarzyskie, np. o północy, wszyscy się żegnają, aż echo niesie, i nikt nie reaguje. Dwa dni temu sąsiedzi grali w kosza po jedenastej w nocy: klap, klap, łup, klap, klap, łup. Zdrowy tryb życia to podstawa! 
A dla porównania: ci geniusze zamykają plaże o siedemnastej. Niech mi ktoś tu znajdzie chociaż trochę zdrowego rozsądku, bo ja nie mogę.
Zakończę, przynajmniej na razie, listę absurdów wizytą w kinie. 
Zawsze wydawało mi się, że kino to coś w rodzaju chluby i narodowej rozrywki Amerykanów. Być może tak jest, ale nie powala. 
Przede wszystkim sale są mniejsze niż nasze, płaskie – nie wiem, co ci ludzie w ostatnich rzędach widzą. Fotele i jedzenie bardzo podobne do naszego, no i największa kicha: miejsca są nienumerowane. 
Parę ładnych lat temu usiłowali wprowadzić ten system do polskich kin, ale zdecydowanie się nie sprawdził. 
Tu najwyraźniej się sprawdza – albo nikt nie wie, że może być inaczej, albo, co niestety najbardziej prawdopodobne, ludzie nie umieliby znaleźć odpowiedniego miejsca.
A najbardziej mnie ubawiły komunikaty przed filmem dotyczące wyjść awaryjnych – tak wielkich i świecących na czerwono, że nie wiem, jak ktoś mógłby je przeoczyć – używania komórek (dla pewności powtórzone dwa razy), informacji, że trzeba być uprzejmym dla innych (również dwa razy) i nie rozmawiać (ciekawe, że tylko raz).
I teraz na koniec trochę obiecanej słodyczy.
Jeśli ktoś lubi święta i Disneya, to myśli, że trafił do równoległego świata wymarzonego dzieciństwa. 
Ludzie, niepomni faktu, że jest jeszcze listopad, dekorują domy i choć mój duch patriotyczny aż się skręca, to muszę przyznać, że te domy wyglądają lepiej niż Krakowskie Przedmieście w grudniu. 
W sklepach dekoracje świąteczne leżą jak śmieci, a są tak piękne, że mojej rodzinie grozi realne bankructwo. Disneyowskich bohaterów można tu kupić w każdej formie: pluszowej, grającej, świecącej, jako dekoracje na choinkę, wielkie dekoracje przed dom itd. 
Każde marzenie z dzieciństwa, nawet najbardziej szalone, może się tu spełnić!
Ponieważ jestem fanatyczką świąteczną i całe życie nieustannie kocham Disneya, czuję się, jakbym zgubiła gdzieś wiele, wiele lat z mojego życia. 
Mam nadzieję, że ten stan trochę się utrzyma.

piątek, 24 listopada 2017

Czarny Piątek, czyli zakupowy sport kontaktowy

Moje starsze dziecko, które przyszło na świat wiele lat po reglamentacji dóbr wszelakich, niekończących się kolejek oraz czołgów na ulicach, które bynajmniej nie służyły do transportu, zapałało dziką chęcią do zobaczenia, chociaż w wersji zagranicznej, jak to było w socjalizmie (kiedy nic nie było).
Nasłuchawszy się opowiadań Dziadków o bitwach kolejkowych, biedne dziecko, pozbawione agresji w domu rodzinnym, zdecydowało się zaciągnąć mnie na rajd po sklepach w tzw. Czarny Piątek, żeby na własnej skórze przekonać się, ile dodatkowej rozrywki mogą dostarczyć zakupy.
Mimo plastycznych opowiadań całej rodziny, bardzo ciężko było mojemu dziecku wyobrazić sobie puste półki, kolejki, walki o papier toaletowy itd. 
I oto nadarzyła się okazja tzw. realistycznej symulacji – nie było rady, trzeba było wyruszyć na polowanie.
Sama idea nie była mi obca, ponieważ w Polsce już od paru lat sklepy organizują takie globalne wyprzedaże i nikt jakoś nie dostaje po tzw. pysku. 
Problem w tym, że podobno w Stanach to jest dziki szał i amok, który ogarnia na co dzień spokojnych ludzi, zmieniając ich w rozszalałe bestie, a policja jest w stanie pełnej gotowości bojowej (porzucając najwyraźniej na ten jeden dzień pilnowanie poczty).
Mąż, po ochłonięciu z pierwszego szoku na wieść o naszych planach, zaproponował kupno kija bejsbolowego w celach waleczno-obronnych. Spełniając marzenie naszej pociechy, wyruszyliśmy na podbój sklepów.
Wpadliśmy z groźnymi minami do pierwszego sklepu i... szok. Po sklepie plątała się garstka wystraszonych ludzi z lekkim wytrzeszczem – najwyraźniej każdy oczekiwał dramatycznej walki o przecenione gacie. Daremnie!
Dziecko spojrzało na mnie z wyrzutem. W desperacji weszliśmy do następnego sklepu, tu było jeszcze gorzej. 
W tle leciała muzyczka świąteczna, a kasjerki były poprzebierane za żony Świętego Mikołaja (najwyraźniej w tej wersji bigamisty). Pełna sielanka, brakowało tylko jednorożców.
Okazując lekką nerwowość, zaatakowaliśmy sklep numer trzy. 
Było ciasno, ale wszystkim dopisywały humorki – co chwilę rozlegał się wesoły dzwonek, kiedy ktoś dawał mały datek dla biednych dzieciaków.
W tym momencie muszę przyznać, że lekko zwątpiliśmy. Może tylko w centrum Nowego Jorku biją? Jak to mawiał Pawlak: w piątki biją, a w soboty gwałcą.
Traktując problem poważnie, spróbowaliśmy w dużym sklepie sieciowym i tu wreszcie coś drgnęło! 
Cały sklep opanowały (z całym szacunkiem) czarne, potężne mamy, kupując, co ciekawe, głównie zabawki i ciepłe ubrania. Aczkolwiek znowu lekki niewypał, bo wszystkie zamiast przejawiać postawę agresywną, padały sobie w objęcia, najwyraźniej traktując Czarny Piątek jako świetną okazję do spotkania towarzyskiego. 
Podpierając się już lekko na ciągle nieposiniaczonym pysku, zdecydowaliśmy się spróbować szczęścia w ostatnim sklepie.
Sklep generalnie z artykułami budowlanymi, ale słynący także z artykułów tzw. sezonowych, czyli w tym momencie świątecznych. I tu już się działo!
Po paru chwilach wyodrębniłam trzy nurty kupujących. Pierwszy: kinomaniacy-łasuchy (głównie panowie kupujący wielgachne telewizory i kuchenki mikrofalowe), drugi: nawiedzeni majsterkowicze (co ciekawe, też panowie, gustujący w wielkich piłach elektrycznych, pistoletach do gwoździ i dmuchawach do liści) i trzeci: maniacy świąteczni – czyli my!
Ponieważ sąsiedzi, już przed Halloween, zaczęli wjeżdżać mi na ambicję w sprawie dekorowania domu, postanowiłam im pokazać, co „Polak potrafi”. 
A potrafi! Wykorzystując wreszcie wszystkie możliwe zniżki, zakupiliśmy oświetlenie i część dekoracji świątecznych.
Był tłok, nikt nie przejawiał specjalnej uprzejmości ani poczucia humoru i mało brakowało, a przez przypadek walnęłabym jedną panią latarnią. 
Moja pociecha poczuła się usatysfakcjonowana. I całe szczęście, bo już prawie byliśmy gotowi wywołać małą rozróbę, tylko w celu uszczęśliwienia dziecka. 
No, ale w końcu czego się nie robi z miłości?

środa, 22 listopada 2017

Bigos na gorąco, czyli przedsmak świątecznego szaleństwa

Już od jakiegoś czasu przymierzaliśmy się z moim Mężem do kupna wielkiego gara, odpowiedniego do przyrządzenia bigosu na większą skalę. 
I oczywiście, jak te durne bździągwy, odkładaliśmy ten zakup. Ponieważ wymyśliliśmy sobie naszą własną wersję Święta Kurczaka, okazało się, że owo naczynie jest nam niezbędnie potrzebne, i to już!
Przejawiając zdecydowanie za daleko posunięty optymizm, że w Ameryce wszystko można kupić od ręki, ocknęliśmy się z przysłowiową ręką, niestety, nie w garnku do bigosu.
Najpierw zaatakowaliśmy sklep polski, gdzie nabyliśmy prawdziwą, kiszoną kapustę. Rozmowa o kapuście przypominała dyskusję o „zawartości cukru w cukrze” i dotyczyła tylko „kwaśności” – przyłączyły się do niej wszystkie obecne w sklepie panie. 
Zintegrowaliśmy się w prawdziwie polskim stylu, kapustę nabyliśmy i pognaliśmy dokonywać dalszych zakupów spożywczych.
Na skutek różnych zbiegów okoliczności, które lubią się nawarstwiać w ostatniej chwili, wylądowaliśmy w supermarkecie późnym wieczorem, zamierzając dokonać pozostałych zakupów na zaplanowane wcześniej święto drobiowe. 
Wpadliśmy radośnie do sklepu, przekonani, że załatwimy wszystko na tzw. luziku, bo na pewno wszyscy już pojechali trzymać się za ręce z rodziną, a znaleźliśmy się w środku miniatury wojny secesyjnej (tym razem o indyka).
Rozpoczęliśmy zdobywanie pokarmów i wszelkich produktów potrzebnych do godnego uczczenia jutrzejszego dnia. Udało nam się szokująco sprawnie i wtedy dotarła do nas straszna prawda, że nie mamy gara. 
Późny wieczór, dzieci po dzikim maratonie po sklepach i my – mocno zużyci, wyrodni rodzice. 
W sklepie oczywiście były patelnie i różne garnki, ale wszystkie zdecydowanie nieodpowiedniej wielkości.
W obliczu ogarniającej nas paniki Mąż poleciał szukać jajek w desperacji, że może chociaż zrobimy sobie swojską sałatkę jarzynową, a ja, bez większej nadziei, rozpoczęłam powtórny obieg sklepu i nagle zamigotał mi przed oczami wielki gar. 
Stał sobie samotnie, najwyraźniej czekając na takich frajerów jak my. Gdybym się specjalnie starała, nie wymyśliłabym czegoś takiego. Aluminiowy potwór, rodem z „Czterech pancernych i psa”, z wielką pokrywą powyginaną na wszystkie strony świata (prostowaliśmy ją potem w domu za pomocą młotka). 
Dokładnie do takiego garnka nasi dzielni Pancerni obierali kartofle w ilościach hurtowych.
Zdesperowana złapałam sprzedawcę, pytając o inny, nieuszkodzony produkt. 
Pan spojrzał na mnie błędnym wzrokiem, potem na aluminiowe cudo i ryknął śmiechem. Nie wiem, czy go rozśmieszyłam pragnieniem takiego zakupu, czy właśnie zaczął przeżywać załamanie nerwowe. 
Okazało się, że ten cud piękności jest ostatni. Miałam nieodparte wrażenie, że ostatni nie tylko w sklepie, ale wręcz w tej części świata, ale powstrzymałam się od nietaktownych uwag, bo po pierwsze atakowały nas trzy wyładowane wózki, a po drugie nie miałam czasu trzymać sprzedawcy za ręce i go pocieszać.
Zakupiliśmy gar i w domu przystąpiliśmy do produkcji „naszej dumy narodowej”. Wspólnymi siłami z Małżonkiem (dzieci rozsądnie umknęły się relaksować) zrobiliśmy oficjalnie nasz pierwszy bigos na emigracji. 
O ile jutro damy radę się ruszać, będzie impreza w staropolskim stylu! Zawsze powtarzam, że nie ma to jak odrobina ułańskiej fantazji!

Dzień Kurczaka, czyli Święto Dziękczynienia po polsku

Dopiero co zniknęły szkielety i groby, a już zaczęły pojawiać się ozdoby świąteczne. 
W jednym domu, o zgrozo, widziałam nawet już świecącą, w pełni udekorowaną choinkę! 
Najpierw raczej oczekiwałam „indykowego szaleństwa”, ale zaskakująco przebiega to wszystko wyjątkowo spokojnie.
Zamiast Dnia Indyka mój młodszy potomek przechrzcił to wielkie, amerykańskie święto na Dzień Kurczaka. 
Może dlatego, że nie lubi indyków, za kurczakami też nie przepada i – ogólnie rzecz biorąc – najbardziej w tym święcie podobać mu się wolne dni w szkole. 
Pojawiły się tu różnice kulturowe, nie do przeskoczenia, bo moją pociechę to święto rozśmiesza zamiast wzruszać. Najwyraźniej indyki tudzież kurczaki nie okazały się wystarczająco charyzmatyczne, żeby być bohaterami tak ważnego święta narodowego.
Ponieważ ja od dziecka zawsze duchowo solidaryzowałam się z Indianami, to święto upamiętniające przyjęcie, podczas którego Pielgrzymi, zamiast podać kulturalnie deser, wyrżnęli pokojowo nastawionych Indian (którzy w dodatku pomogli tym pacanom przeżyć zimę), nie wzbudza we mnie żadnych tkliwych uczuć. 
Starając się jednak obiektywnie opisać Święto Dziękczynienia, przypomina mi nieco naszą Wigilię (oczywiście bez tej koszmarnej historii w tle, nie mówiąc już o jedzeniu). Nie jest bardzo komercyjne, ale bardziej spokojne i rodzinne.
No, ale jedzenie to jest dopiero „temat na poemat” dramatyczny, obawiam się.
Chcąc w pełni poczuć amerykański klimat, postanowiliśmy z Mężem przygotować prawdziwe, amerykańskie potrawy. 
W filmach to zawsze wygląda tak sielsko-anielsko: wielki indyk, różne dodatki i wszyscy trzymają się za ręce. Szczęśliwie zostaliśmy zaproszeni do szkoły na imprezkę „przeddziękczynną”. Szefowa grona pedagogicznego razem ze swoimi rodzicami przygotowała prawdziwy, domowy obiad. 
Wreszcie mogliśmy spróbować amerykańskiego jedzenia NIE ZE SKLEPU!
Cofając się na chwilę w czasie: ci Pielgrzymi, skoro mieli do dyspozycji głównie dzikie indyki i dynie, to nie mieli dużego kulinarnego pola do popisu. 
Nie ma się więc co specjalnie dziwić, że na taki obiad składa się obecnie: wielki indyk (suchy, bo indyki tak mają niestety), szynka upieczona bez żadnych ziół (a szkoda), rozgotowane ziemniaki z sosem (smak taki trochę nie bardzo), słodkie ziemniaki, gotowana marchewka, groszek, kukurydza, szpinak (wszystko oddzielnie), sos żurawinowy, chleb kukurydziany (słodki pioruńsko, ale dobry) i ciasta: szarlotka (mniam), ciasto dyniowe (mniam) i czekoladowe (mniam, mniam).
Ogólnie subiektywnie stwierdziliśmy, że do jedzenia nadaje się tylko część tzw. słodka, reszta po prostu nie ma żadnego smaku. Po konsumpcji i wielkiej naradzie rodzinnej zadecydowaliśmy, że podziękujemy za indyka i inne amerykańskie specjały, ugotujemy sobie bigos, za to potrzymamy się za ręce.

wtorek, 21 listopada 2017

Blisko natury, czyli jak wykończyć psychicznie agentki nieruchomości

Jestem „miastowym” dzieckiem. 
Nigdy nie miałam własnego ogrodu, działki czy babci na wsi. Piszę o tym, ponieważ teraz jestem tymczasową co prawda, ale dumną posiadaczką ogródka. 
Ogródek nie zajmuje połowy stanu, prawdopodobnie jak na warunki amerykańskie jest niewielki, ale ma swój urok, niepowtarzalną atmosferę i co najważniejsze – mieszkańców!
Miłość do zwierząt dostałam w genach, zwłaszcza po tzw. mieczu. Nic na to nie poradzę, że u zwierząt widzę czasami więcej człowieczeństwa niż u ludzi. 
Tyle filozoficznego wstępu.
Cała sprawa zaczęła się w momencie szukania domu. Postaram się pominąć wszystkie nużące momenty i skupić na tych najbardziej rozrywkowych, które zapadły nam w pamięć. 
Mój Mąż do tej pory z nostalgią wspomina, jak bohatersko walczyłam z agentkami nieruchomości. Te dwie Pańcie zostały nam przydzielone odgórnie i ewidentnie nigdy wcześniej nie miały do czynienia z Polkami. Wyobrażały sobie naiwnie, że z obłędem w oczach rzucę się na pierwszy dom z łazienką (co najwyraźniej według nich powinno stanowić dla mnie szczyt pragnień i luksusu). 
Spędziłam z tymi agentkami ładnych parę dni, obejrzałam sporo domów. Po pierwszym dniu ze mną znacząco zweryfikowały swoją postawę.
Już przy pierwszym domu, który oglądaliśmy, rzucił mi się w oczy ogród – nie dlatego, że był jakiś wyjątkowy, ale dlatego, że ganiały po nim wiewiórki. Byłam oczarowana. Dom nie spełniał podstawowych wymogów BHP, pojechaliśmy oglądać następny i tu znowu w ogrodzie, dla odmiany, na pełnym luzaku przekicał sobie królik. 
W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, że może budynek nie jest taki ważny, walniemy sobie namiocik i będziemy żyć w zgodzie z Matką Naturą.
W miarę oglądania domów i ogródków moja ekscytacja rosła, podobnie jak lekceważenie Pańć. Zaczęły się dopytywać, wręcz dławiąc się słodyczą, czy w Polsce nie mamy zwierząt? 
Nie, oczywiście, że nie mamy – wszystkie zjedliśmy podczas ostatniej ostrej zimy! Założyły błędnie, że ja jestem po pierwsze nawiedzona, po drugie nie mam nic do gadania, i skupiły się, naiwniaczki, na moim biednym Mężu. 
Podczas gdy one usiłowały go przerobić na „cacy”, ja przeprowadzałam dokładną inspekcję lokali.
Moja rogata dusza zażądała przytulnego domu, ułańska fantazja chciała czarodziejski ogródek z wiewiórkami, tak więc moja dusza desperacko szukała ideału, doprowadzając agentki do białej gorączki. 
Wreszcie znalazłam dom z ogródkiem, złapałam za gardło jedną z Pań i uświadomiłam ją, kto tu rządzi i czego dokładnie chcę. Myślę, że w tym momencie Panie uzmysłowiły sobie, że od początku popełniły błąd strategiczny, ale było już za późno.
Wracając do mojego ogródka: biegają po nim normalne wiewiórki (tutaj są bardziej szare niż rude), malutkie rude wiewiórki (jak disneyowski Chip i Dale), przychodzą nieśmiało dwa króliki, które moje dzieci ochrzciły od razu Zdzisław i Janusz, i jest mnóstwo ptaków. 
Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że jestem jedyną osobą w okolicy, która regularnie dokarmia wiewiórki – sąsiedzi pomału przestają się dziwić. W końcu nie wiadomo, co jeszcze wymyślę, więc trzeba ze mną postrepowywać ostrożnie.
Ukoronowaniem szczęścia było odkrycie, że na drzewie przed naszym domem mają gniazdo sokoły wędrowne, a w okolicy mieszka sobie stado jeleni. Co do tych ostatnich, to nie wierzyłam w ich istnienie, bo wszyscy je widzieli oprócz mnie. 
I czułam się raczej robiona w tzw. „jelenia”, aż pewnego dnia spotkałam całą rodzinę pięćdziesiąt metrów od naszego domu. Technicznie rzecz ujmując, według mnie to są sarny, ale i tak „wymiatają” – taki widok bije na głowę wszystkie filmy przyrodnicze. Zamierzam im wystawić w zimie lizawkę przed dom. Już się nie mogę doczekać min sąsiadów.
A co do agentek nieruchomości: na szczęście po znalezieniu domu rozpłynęły się w powietrzu, ale wcześniej poszerzyły sobie trochę horyzonty. 
Mianowicie każdy amerykański dom „rodzinny” ma tutaj piwnicę, która, tak jak na filmach, jest zaadaptowana jako normalne pomieszczenie mieszkalne. Najczęściej rodzice umieszczają tam nastolatki z tymi koszmarnymi instrumentami muzycznymi (to akurat rozumiem doskonale), urządzają pokoje dziecinne pełne zabawek albo wręcz pokoje gościnne. 
Nie ukrywam, że na ogół są to bardzo suche i przyjemne pomieszczenia, no ale bez względu na wszystko pozostają piwnicami.
Ponieważ Pańcie zauważyły moją widoczną konsternację na widok tak urządzonych piwnic, zapytały mnie, czy w Polsce nie mamy piwnic? 
Spojrzałam na nie, uśmiechnęłam się pogodnie i odparłam:
– Ależ oczywiście, że mamy, tylko w Polsce trzymamy w piwnicy przetwory i puste słoiki, a nie dzieci.