wtorek, 30 stycznia 2018

Jak odnaleźć swój samochód na parkingu, czyli orientacja w terenie

Tym razem postanowiłam zagłębić się odrobinkę w temacie motoryzacyjnym. Jak już wspominałam, kierowcą nie jestem, na samochodach się nie znam, ale bardzo lubię podróżować i poznawać nowe miejsca.
Jednym z pierwszych poważnych zakupów, jakich dokonaliśmy na emigracji, było kupno samochodu. Konkretnie całym procesem zajął się mój Małżonek, bo ja walczyłam z biurokracją i pakowaniem w Polsce.
Przesłał mi propozycje e-mailem, wyraziłam podziw i gorącą aprobatę i dokonał zakupu – po prostu XXI wiek.
Kierując się pragmatyzmem i odpowiedzialnością, zamiast mikroskopijnego, sportowego autka (marzenia wielu panów), Mąż, jako przewidująca Głowa Rodziny, zakupił prawdziwy, rodzinny samochód (biały i duży).
Po przylocie do Stanów przypadliśmy sobie do gustu z samochodem i mam nadzieję, że obejrzymy razem spory kawałek tego olbrzymiego kraju. 
A ponieważ mieszkamy na przedmieściach, w typowo rodzinnych okolicach, zewsząd otaczają nas właśnie takie samochody.
I tu zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Wszystkie auta, te gabarytowo duże (jak nasz) i bardzo duże (bo, w co trudno uwierzyć, też takie są), występują tu w wersjach kolorystycznych dość ograniczonych, mianowicie: biel, czerń, grafit, ciemny granat oraz metalik (tak mniej więcej, oczywiście).
Przed każdym domkiem stoi taki samochód i nawet jeżeli dana rodzina posiada drugi, to na ogół jest on zdecydowanie mniej widoczny. 
I choć teoretycznie nie ma to specjalnego znaczenia, problem pojawia się na parkingach na świeżym powietrzu, zwłaszcza przed dużymi sklepami.
Sytuacja na ogół wygląda tak: parkuje się samochód, pędzi z wózkiem na zakupy, lata po sklepie z rozwianym włosem, stoi w kolejce do kasy, wreszcie wypada się ze sklepu i... tu właśnie następuje moment, kiedy na parkingu stoi las identycznych samochodów w mało tęczowych kolorach i nie wiadomo, który jest nasz.
Między nimi oczywiście stoją auta w bardziej ożywionych barwach, ale ponieważ są zdecydowanie mniejsze, praktycznie ich nie widać.
Ja, przyznam się szczerze, rozpoznaję nasz samochód po tablicach rejestracyjnych. Biorę azymut na kierunek, gdzie mniej więcej zostawiliśmy samochód, i sprawdzam tablice, dzięki czemu jeszcze nigdy nie wsiadłam do obcego, aczkolwiek dwa razy mało brakowało.
Mój Małżonek, jako stuprocentowy mężczyzna, o drogę nie pyta i samochód znajduje bez pudła, zaprzeczając, że kiedykolwiek sprawdza tablice (no, jakoś nie jestem przekonana).
Sam pomysł skanowania przeze mnie tablic wręcz wydawał mu się niezwykle zabawny – do czasu. 
Pewnego pięknego dnia stracił czujność i w ostatniej chwili wyhamował wózkiem przed obcym samochodem. Na szczęście nie zaczął wyładowywać zakupów, ale mało brakowało. 
Co prawda usiłował mnie i Dzieciaki przekonać, że to miał być taki niewinny żarcik, ale nikogo cwaniak nie nabrał.
Potomstwo solidarnie zaproponowało udekorowanie samochodu w celach rozpoznawczych. 
Skóra mi ścierpła na myśl, co mój młodszy potomek może wymyśleć. Podróżowanie w samochodzie oblepionym potworami, pokemonami i innymi paskudztwami jakoś mnie specjalnie nie kusiło.
Starsza pociecha co prawda jest utalentowana plastycznie i mogłaby stworzyć faktycznie jakieś arcydzieło, ale – sama nie wiem dlaczego – oczami wyobraźni zobaczyłam samochód w stylu hippisowskim, cały w wielkich kwiatach i pacyfkach. 
Obie wersje były dla nas trochę za bardzo ekstremalne.
Mąż (najwyraźniej ogłuszony perspektywą artystycznych wizji naszych Dzieci) zaproponował kupno rogów renifera (fakt). W okresie świątecznym widzieliśmy wiele samochodów, które na dachach miały zainstalowane wielkie rogi. 
Nawet nie znam słowa, które mogłoby opisać takie zjawisko. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tak przystrojone auto, dotarło do mnie, że są na świecie rzeczy, w które trudno uwierzyć, nawet jak się je widzi na własne oczy.
Gdyby nasz samochód dostał takie ekstra wdzianko, wtedy na pewno byłoby łatwiej wyczaić go, zwłaszcza w momentach kryzysowych lub chwilowego zaćmienia umysłu. 
Ale co po świętach – być jeleniem cały czas?

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Równi i równiejsi, czyli tym razem trochę kolorowych kontrowersji

Na przestrzeni ostatnich kilku dziesięcioleci tak wiele rzeczy zmieniło się na świecie, że gdyby nasi pradziadkowie czy nawet Dziadkowie, którzy już zmienili miejsce pobytu na niebiańsko docelowe, mogli to zobaczyć, to pewnie bardzo szybko i chętnie wróciliby na chmurki rżnąć dalej w brydża z aniołami.
Co prawda pewne rzeczy, jak miłość, przyjaźń, empatia i – na szczęście – kilka innych, cały czas pozostały na tym „łez padole” bez zmian, ale mimo wszystko obecny wiek wystawia nas na wiele prób, niebezpieczeństw i frustracji.
Mój znajomy określił kiedyś te wszystkie zmiany na gorsze ceną postępu. 
Nie wiem tylko, czy cena nie okazała się za wysoka.
Tym razem polecę po bandzie – pofilozofuję sobie mianowicie o rasizmie i ogólnej dyskryminacji.
My, mówiąc szumnie – Słowianie, w sumie od zawsze albo byliśmy odcięci od świata politycznie, albo oddzieleni przez ogrom wody, także nie mieliśmy możliwości „dorobić się” niewolników (i całe szczęście, naprawdę).
Mało tego, przez wiele lat nasze kontakty z przedstawicielami innych ras były mocno ograniczone, prawdopodobnie miał na to wpływ „cień Stalina”.
W efekcie problem rasizmu był dla nas mocno surrealistyczny. 
Oczywiście każdy zaliczył „Niewolnicę Isaurę” (niedosłownie, oczywiście) i co ambitniejsi „Korzenie”, ale – jak wszyscy wiemy – telewizja konfabuluje.
Po 1989 roku to wszystko zaczęło się zmieniać. Trochę wymieszaliśmy się z resztą świata i poszerzyliśmy horyzonty (przynajmniej niektórzy z nas). 
Mimo tych wszystkich możliwości, tak na poważnie dopiero tutaj w praktyce zobaczyłam, jak to wygląda.
Zacznijmy od nazewnictwa: „Afroamerykanin”, czyli opisując dokładnie – osobnik posiadający obywatelstwo amerykańskie rasy czarnej. 
Wydaje mi się, że ta nazwa z założenia ma brzmieć bardziej honorowo niż Murzyn lub czarny. 
Obie nazwy przynajmniej w USA są bardzo, bardzo politycznie niepoprawne – nie za bardzo rozumiem tylko, dlaczego. 
Jakoś nie ma Latynoamerykanów, Azjoamerykanów itd. Czy każdy osobnik czarny musi pochodzić z Afryki?
Podobno wszyscy tu są równi (taaaak, tylko niektórzy są równiejsi) – skoro tak, to wszyscy powinni się nazywać Amerykanami. 
W wielu urzędach, szpitalach itd. obowiązkowo trzeba wpisywać rasę. Po co? Czy organy wewnętrzne mają różne obywatelstwa?
Na pewno istnieją jakieś statystyki dotyczące wykształcenia przedstawicieli różnych ras, zatrudnienia itd. 
Nie będę ściemniać, że znam procenty, ale w praktyce wygląda to tak, że im gorsza praca, płaca, dzielnica, tym więcej jest – mówiąc brutalnie – kolorowych.
I tak, jak ja to widzę – subiektywnie oczywiście – to cały czas na samym dole znajdują się czarnoskórzy, potem Latynosi i stosunkowo najwyżej Azjaci.
Nie mamy pojęcia, jak uprzywilejowani jesteśmy tylko dlatego, że bocian dostarczył nas do Europy, nie zahaczając o inny, bardziej egzotyczny kontynent. Oczywiście na pewno obecna sytuacja nie ma porównania z tym, co się działo kilkadziesiąt lat temu, ale i tak czasami jest mocno niezręcznie.
Przez te kilka miesięcy w Stanach dorobiliśmy się małej grupki znajomych, bardzo sympatycznych ludzi. 
Oprócz Europy pochodzą z Chile, Argentyny i Peru. Ostatnio jedna z zaprzyjaźnionych mam (z Chile właśnie) była ze mną w przychodni z moimi Dziećmi. 
Została z moim Synem, a ja, jak opisywałam w jednym z wcześniejszych postów, walczyłam z recepcjonistką. 
Po wyjściu od lekarza pielęgniarka poinformowała mnie, że moja niania czeka z Synem na dole. W umysłach tych ludzi widok latynoskiej kobiety z blond dzieciakiem może oznaczać tylko to.
Moja znajoma jest mocno wyczulona na tym punkcie, bo już niejednokrotnie przydarzały jej się podobne, niesympatyczne dla niej sytuacje. Abstrahując od koloru skóry (który wcale nie jest ciemny), oboje z Mężem to są bardzo inteligentni i wykształceni ludzie. 
W Chile należą wręcz do tzw. śmietanki towarzyskiej, tutaj zostali przerobieni bez zbędnych sentymentów na margarynę.
Mam wrażenie, że jest to błędne koło. 
W każdym kraju jest jakaś grupa ludzi, która cierpi na skutek rasizmu. 
W USA na przykład Chilijczycy, w Chile Peruwiańczycy, w Peru pewnie ktoś inny. 
A jak kończą się problemy z kolorem skóry, zaczynają się kwestie finansowe.
Szokujące jest, jak bardzo tutaj adres zamieszkania określa człowieka.
Jestem Polką, aczkolwiek najwyraźniej mój słowiański akcent nie jest bardzo silny, bo często Amerykanie nie potrafią mnie poprawnie określić. 
Oczywiste jest jednak, że Amerykanką nie jestem i na pewno, przynajmniej według nich, mam ciągoty, żeby popracować trochę „na czarno”.
Tutaj małe wyjaśnienie: udało nam się zamieszkać w bardzo sympatycznej, bezpiecznej okolicy, lubianej przez Europejczyków i Amerykanów. 
Nie raz byłam świadkiem, jak stosunek jakiegoś urzędnika do mnie zmieniał się diametralnie, kiedy podawałam adres. 
O ile wcześniej był oczywiście politycznie poprawny, o tyle potem stawał się wręcz przyjacielski.
Moje Dzieci chodzą do zwyczajnych, państwowych, amerykańskich szkół. 
W podstawówce nie ma żadnego czarnego dziecka (chrzanić wyrafinowane określenia), a w liceum jest ich ok. 10 procent. 
W obydwu szkołach za to jest dużo Latynosów i Azjatów.
To wszystko zaczyna się od adresu. Do miejsca zamieszkania przypisana jest szkoła, ale żeby mieszkać w konkretnej dzielnicy, należy pracować, zarabiać i tu wracamy do końca łańcucha pokarmowego.
Co więc jest warta zmiana nazwy z Murzyna czy czarnego na Afroamerykanina, jeżeli tak naprawdę nic to nie zmienia? Jak wszędzie, człowieka niestety określają pieniądze, a nie inne wartości czy polityczna poprawność, która już mi powoli zaczyna wychodzić bokiem.
Lubię myśleć i mieć nadzieję, że nie jestem rasistką i że jak pewnego dnia moje Dzieci przyprowadzą do domu potencjalnych narzeczonych – wszystko jedno w jakim kolorze: białym, czarnym, żółtym, zielonym czy niebieskim – nie będzie to miało dla mnie żadnego znaczenia. 
Czas pokaże. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”.

niedziela, 28 stycznia 2018

Życie to są chwile, czyli tzw. momenty

Od razu uczciwie ostrzegam, że nie będzie nic z klasycznych „momentów”, czyli nic erotycznego (przynajmniej nie tym razem).
Filozofując straszliwie, stwierdzę, że nasze życie to miliardy chwil, z których tylko niestety mały ułamek zapada nam głęboko w pamięć. 
Większość (czasami na całe szczęście) zapominamy.
Tym razem postaram się opisać dwa momenty, które nie tylko zakotwiczyły w mojej pamięci, ale jeszcze dodatkowo zostawiły po sobie same pozytywne odczucia. Tak się jakoś rozkleiłam.
Podczas mojego pierwszego pobytu w Nowym Jorku i dość bezskutecznych próbach mojego biednego Męża, żeby mnie zachwycić tym miejscem, wylądowaliśmy w kościele św. Patryka, praktycznie w samym sercu Manhattanu.
Kościół jest bardzo duży i piękny, dodatkowo robi niesamowite wrażenie w otoczeniu tych wszystkich obłędnych wieżowców. 
Wygląda jak przeniesiony z innych czasów. Dodatkowo można tam zapalać malutkie świeczki – zwyczaj raczej niepraktykowany w kościołach w Polsce, a wielka szkoda.
Powiem szczerze, że zaciągnęłam tam mojego Męża, bo byłam tak strasznie ogłuszona i przytłoczona tym miastem, że miałam nadzieję na chwilę ciszy i ogarnięcie się we własnych odczuciach.
W środku niestety kłębił się tłum turystów. Mocno sfrustrowana, nie mając specjalnie nadziei na chwilę spokoju, zapaliłam świeczki i wtedy zobaczyłam parę starszych Japończyków. Stali w głównej nawie i przyglądali się ołtarzowi. 
Ja zaczęłam przyglądać się im, ponieważ nie zachowywali się jak typowi, szaleni turyści z pstrykającymi bez przerwy aparatami – wręcz przeciwnie, stali bez ruchu.
W pewnym momencie jednocześnie ukłonili się głęboko ołtarzowi. Ten ukłon był pełen szacunku, spokoju i tego zatrzymania się w czasie, którego wtedy tak bardzo potrzebowałam. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie. To była chyba najsilniejsza forma tolerancji, z jaką do tej pory spotkałam się w życiu.
Teraz trochę o nadziei. Sezon świąteczny nawet w USA dobiegł niestety końca.
Światła i dekoracje przed domami pogasły, a ze sklepów – o zgrozo – zniknęły już prawie czerwone, walentynkowe serduszka i pojawiły się dekoracje wielkanocne. Trochę mnie to tempo amerykańskie przerasta. 
Zdecydowanie nie jestem jeszcze psychicznie gotowa na Wielkanoc, bo dopiero rozebraliśmy choinkę.
Korzystając z ładnej pogody, Mąż postanowił zlikwidować nasze bożonarodzeniowe oświetlenie. 
W związku z tym spędził parę ładnych godzin, dotleniając się i dzielnie nawijając na wielkie plastikowe szpulki miliardy kolorowych lampek (taki fajny chłop mi się trafił).
Zatrzymując się na chwilę w tym momencie, stwierdzę naprawdę obiektywnie, że nasza dekoracja domu i okolicy miała w sobie to coś. 
Zajęło mi to trochę czasu, wysiłku i kilku wypraw do różnych sklepów po dodatkowe lampki, ale myślę, że udało mi się stworzyć coś magicznego.
Tak naprawdę nie wiem, na czym to polegało, ale inne domy, też podświetlone, tego czegoś w sobie nie miały. 
Bardzo lubiłam podjeżdżać pod nasz dom, kiedy już było ciemno, bo ten mały, oświetlony przez nas kawałek był jak z bajki.
Parę razy wracałam Uberem i za każdym razem słyszałam, jak kierowcy, którzy zatrzymywali się pod naszym gniazdkiem, wzdychali (dla jasności: nie z przerażenia). Kilku wręcz stwierdziło, że to jest coś pięknego.
Jeżeli chodzi o zachwyty, generalnie jestem bardzo sceptyczna, ale w tym wypadku tylu ludzi mi to mówiło, że zaczęłam się łamać. 
Nie miało to co prawda większego wpływu na moje odczucia, bo ja i tak byłam zachwycona własnym dziełem, ale zawsze to miło, kiedy ktoś czuje podobnie.
Wracając do mojego dzielnego Męża – podczas procesu likwidacji oświetlenia podszedł do niego sąsiad i powiedział, że wprowadziliśmy prawdziwego ducha Świąt Bożego Narodzenia do tzw. sąsiedztwa, czego bardzo wszyscy potrzebowali. Dodał, że żaden dom w okolicy, mimo wypasionych girland, tak nie wyglądał i że on spróbuje w przyszłym roku też odejść od tego eleganckiego wyrafinowania i spróbować trochę „poczarować”.
Czyżby naprawdę udało mi się przekazać trochę magii Świąt? 
A jeżeli tak, to może jest jeszcze nadzieja dla moich bardzo amerykańskich sąsiadów.

sobota, 27 stycznia 2018

Rozrywki językowe, czyli komunikacja na wesoło

Co myślę o lingwistycznych zdolnościach Amerykanów już pisałam i to dokładnie. Jednakże oprócz frustracji używanie języka angielskiego w Stanach czasami dostarcza prawdziwej rozrywki.
Już przyzwyczaiłam się do nieśmiertelnego „How are you?”. 
Chociaż myślę, że na początku każdy obcokrajowiec ma ochotę odpowiadać na to konkretne pytanie wyczerpująco i zgodnie ze stanem faktycznym. 
Problem w tym, że nikt nie chce tego słuchać. 
No bo wyobraźmy sobie taką sytuację po polsku:
– Jak się masz?
– Tak sobie, mam hemoroidy.
– Co słychać?
– Mam depresję, łupie mnie w krzyżu i zdechła mi złota rybka.
Taaaak, z tej perspektywy zdecydowanie lepsze jest rozwiązanie amerykańskie, gdzie na wszelkie tego rodzaju pytania/powitania jest praktycznie jedna odpowiedź: ŚWIETNIE!
Zadziwia mnie też sposób żegnania pod szkołą, rodzice rzucają w powietrze za biegnącymi dziećmi „love you”. 
Nikt nie przywiązuje do tego specjalnej wagi, w tym kontekście te słowa występują raczej jako, może bardziej osobiste, ale ciągle normalne pożegnanie. 
A z drugiej strony, kiedy mężczyzna wypowie to w formie pełnej „I love you” do kobiety, to jest to równoznaczne prawie z deklaracją małżeństwa.
Tak, należy uważać, bo jedna literka za dużo i trzeba dawać na zapowiedzi.
Niedawno musiałam odbyć z moją starszą pociechą wizytę lekarską. 
Oczywiście po wypełnieniu stosu papierków w dwóch różnych recepcjach czułam się lekko wymięta.
O ile trochę pod koniec tego procesu osłabłam, to błyskawicznie wróciły mi siły witalne, kiedy już blisko końca tego biurokratycznego ciągu trafiła nam się recepcjonistka (rasistowsko opisuję: młoda, ładna i biała).
Zadała mi pytanie o lekarza tzw. pierwszego kontaktu. 
Grzecznie poinformowałam blond dziewoję, że jesteśmy tu od paru miesięcy, zdrowie – odpukać – nam dopisuje i jeszcze się takowego nie dorobiliśmy.
Dziewczyna ponowiła pytanie o lekarza, poddając w wątpliwość prawdziwość moich słów, wyjaśniłam ponownie.
Drążyła temat dalej, patrząc na mnie podejrzliwie. Obrazowo opisałam naszą tężyznę fizyczną. 
Nie odpuściła, rozpoczęła szturm po raz trzeci, tryumfalnie mi udowadniając, że na bank się mylę, bo jak mnie wpuścili do szkoły? 
Czułam silną pokusę powiedzenia, że przez okno, ale grzecznie wyjaśniłam, że do szkoły mnie wpuścili, bo sprawdzili szczepionki, co trzeba to zrobili, dzieci zdrowe i mogły zacząć pochłaniać wiedzę.
Pani recepcjonistka się zawiesiła, widać było, że nie da rady rozwiązać tego problemu samodzielnie. 
Najśmieszniejsze i bardzo sympatyczne w całej tej sytuacji było to, że po mojej drugiej odpowiedzi zaczęli jej wyjaśniać sytuację inni czekający w poczekalni pacjenci (Amerykanie) oraz jej kumpelka, druga recepcjonistka. 
Trwało to i trwało, ale naprawdę się wzruszyłam i dodatkowo odetchnęłam, że skoro rozumieją mnie wszyscy oprócz niej, to nie jest źle.
Przeżyliśmy tu już trochę takich śmiesznych sytuacji, aczkolwiek raz zdarzyło mi się, że nie wiedziałam, jak zareagować.
Byliśmy w sklepie i przy kasie poproszono nas o podanie adresu e-mailowego w celach marketingowych. 
Podaliśmy, bo co będziemy dziewczynie (młodej i sympatycznej) żałować, niech nam przysyła e-maile. 
Kasjerka pieczołowicie wprowadziła nasz adres e-mailowy do systemu, a następnie zapytała (na poważnie), czy to jest nasz numer telefonu.
Staliśmy z moim Mężem jak dwa głąby, nasze miny, jak to się mówi, musiały być bezcenne. 
Małżonek pierwszy otrząsnął się z profesjonalnego szoku, wyjaśnił panience, że to e-mail i wyciągnął mnie ze sklepu. Najwyraźniej obawiał się mojej błyskotliwej reakcji na to genialne pytanie – nie musiał, bo zdolność mowy odzyskałam dopiero po dłuższej chwili.

czwartek, 25 stycznia 2018

Flirt z jogą, czyli następne podejście do odnowy biologicznej

Cały czas nieśmiało flirtuję z jogą. Postanowiłam przetestować wszystkie rodzaje jogi, jakie nasz klub oferuje. 
A ponieważ o jodze praktycznie wiem tyle co nic, niespecjalnie dobrze to świadczy o moim zdrowym rozsądku i instynkcie samozachowawczym.
Po przetestowaniu mojej elastyczności na pierwszych zajęciach ruszyłam na podbój następnych. 
Te (również wersja łagodna) były prowadzone przez panią, której energia życiowa mogłaby zasilić elektrownię. 
Jej dykcja, zaprawiona dużą dawką poczucia humoru, wręcz rozsadzała całe pomieszczenie.
Tym razem wylądowałam w dużej sali, pełnej ludzi. 
Przekrój wieku był szokujący – od młodych kobiet (jedna w zaawansowanej ciąży) do osób w wieku bardzo mocno emerytalnym.
Patrząc na moją nową grupę, zastanawiałam się, co wzbudza we mnie większą zazdrość: grupa seniorów (bo mam takie niejasne podejrzenia, że w ich wieku, o ile oczywiście wcześniej nie przeniosę się do lepszego świata, będę raczej latać głównie z balkonikiem), czy babeczka w ciąży.
Po chwili głębszej refleksji wygrała przyszła matka. 
Gdybym ja w ciąży zaczęła chodzić na jogę, to po pierwsze potrzebowałabym obstawy dwóch mięśniaków do regularnego podnoszenia mnie z podłogi, bo brzuch miałam jak hipopotam (za każdym razem). 
A po drugie na bank urodziłabym w trakcie zajęć, dostarczając niewątpliwie wszystkim rozrywki – może niekoniecznie odpowiedniej podczas oddychania i medytacji.
Zajęcia przeżyłam, mój szacunek do osób regularnie uprawiających jogę znowu wzrósł. 
A ponieważ jestem twardzielem i muszę dawać przykład swoim dzieciom, zamierzam kontynuować proces odnowy biologicznej (przynajmniej dopóki będę mogła się ruszać).
Jak już parę postów temu wspomniałam, z elastycznością na całe szczęście nie mam problemów (jeszcze), ale oddychanie to jest wyzwanie. 
Przyzwyczaiłam się, że niejako mój organizm sam sobie oddycha, a w praktyce okazuje się, że czasami się zawiesza. Wygląda na to, że jestem permanentnie niedotleniona, bo jestem zbyt zaganiana, żeby oddychać. 
Co już nawet jak dla mnie jest lekką przesadą, bo różne rzeczy w życiu można, czy wręcz wskazane jest ograniczać, ale oddychanie raczej do nich nie powinno należeć.
Po zajęciach i pływaniu postanowiłam przetestować jacuzzi – głównie po to, żeby zobaczyć, dlaczego tam wszyscy lądują z błogimi minami (zwłaszcza po jodze).
Temperatura wody co najmniej plus czterdzieści stopni, bąbelki, czyli standardowy brodzik dla dorosłych. Uczucie super przyjemne. 
Po pewnym czasie zaczęłam sobie wyobrażać, jak się muszą czuć biedne homary, ale najgorsze były próby opuszczenia bąbelków z zachowaniem przy tym odrobiny godności. 
Gdyby obok umieścili materacyki, to całe towarzystwo ułożyłoby się do drzemki (ja przynajmniej w pierwszej kolejności). Nie ma to jak grupowa relaksacja w spa!