czwartek, 31 października 2019

Miesiąc miodowy w wersji mini, czyli ruszamy w trasę

Jakoś tak się złożyło, że nie mieliśmy z Mężem oficjalnego miesiąca miodowego (ani razem, ani osobno).
Fakt ten może wydawać się smutny, ale tylko pozornie. Dzięki temu co jakiś czas wypuszczamy się na szalone wycieczki, zgodnie twierdząc, że przecież nie mieliśmy podróży poślubnej i nam się należy.
W efekcie (jak do tej pory) wyrobiliśmy normę za co najmniej kilkanaście par.
Po różowym ślubie udzielonym nam przez Elvisa wybraliśmy się w mini podróż poślubną, żeby zwiedzać Wielki Kanion, Zaporę Hoovera i wszystko, co nam się trafi po drodze.

I tutaj, patrząc z perspektywy całego wyjazdu, popełniliśmy jeden błąd: wykupiliśmy piętnaście upojnych godzin wycieczki autokarem z przewodnikiem, a trzeba było po prostu wypożyczyć samochód i ruszyć samowolnie w nieznane.
Wyruszyliśmy przed świtem (dosłownie), bo było jeszcze zupełnie ciemno.
Autokar załadowany był na full turystami z całego świata.
Przez cały dzień pilnowali i zabawiali nas kierowca i przewodniczka. 
Pod koniec już chyba wszyscy mieli dosyć tego zabawiania, a już pilnowania to na pewno.
Po wyjeździe z miasta zaczęło się robić dość szybko jasno i mogliśmy zacząć podziwiać widoki tudzież trzaskać zdjęcia.
Nevada, podobnie jak Arizona, jest piękna. Wielkie przestrzenie, góry, różne szalone formacje skalne i kamienie malowniczo rozrzucone po okolicy.
W dodatku bardzo często występuje roślinność, co było o tyle zaskakujące, że oczekiwałam raczej tylko piasku i gór o dość monotonnym wyglądzie.
Najwyraźniej nie tylko ja zachwyciłam się widokami za oknem, bo według pani przewodniczki wiele lat temu jechał sobie tą trasą mężczyzna. 
Co samo w sobie nie stanowiło żadnej atrakcji ani nadzwyczajnego wydarzenia, bo faceci lubią sobie pojeździć, ale ów facio zajmował się wymyślaniem kreskówek.
Podobno właśnie te skały i góry natchnęły go do stworzenia serii filmów o Strusiu Pędziwiatrze i Kojocie.
Patrząc na otaczające nas góry, nie miałam żadnych wątpliwości, że to prawda.
Pozostając w temacie filmów animowanych – mieliśmy przerwę (zdecydowanie za krótką) w miasteczku Seligman, które uznawane jest za miejsce narodzin stanowej Drogi 66. Jest ona bardzo znana, ciągnie się przez kilka tysięcy kilometrów i stanowi atrakcję samą w sobie.
To miasteczko okazało się być miejscem, w którym z kolei dzieje się akcja filmu Disneya „Samochody”.
Po rewelacjach dotyczących Strusia i Kojota byłam sceptyczna.
Autokar stanął w celu uzupełnienia przez turystów jednych płynów i pozbycia się zgoła innych.
Ja w tym czasie, zaintrygowana, pogoniłam Męża w celu weryfikacji bajkowej anegdoty.

Seligman (w założeniu Chłodnica Górska) jest małym, uroczym miasteczkiem zapełnionym wrakami różnych starych samochodów. Wiele z nich jest cały czas na chodzie.
Mąż zaczął tak jakby sapać z wrażenia. Ja pilnie zgrywałam twardziela, ale uczucie czystej błogości i tak zalewało mnie od środka.
Odnalazłam Złomka i kilku innych bohaterów filmu. 
Samochody nie wyglądały kropka w kropkę jak w kreskówce, ale niewątpliwie to od nich wszystko się zaczęło. Udało mi się piknąć parę zdjęć, zanim dopadł nas kierowca i pogonił jak pies do reszty czekającego stada.

Wzdychając ciężko, brutalnie wyrwana z bajki, przez okno mogłam podziwiać śmieszne samochodziki stojące praktycznie przed każdym budynkiem.
Z przyjemnością spędziłabym tam więcej czasu, ale z autokarem pełnym rozochoconych wizją Wielkiego Kanionu turystów nie miałam najmniejszych szans.










środa, 30 października 2019

Love me tender, czyli Ślub w Las Vegas


Kiedy wstępowałam w związek małżeński z moim Mężem, stwierdziłam, że następnego razu nie będzie. 
A tu proszę, niespodzianka – przydarzyło się.
Zmieniły się okoliczności, kontynent, strefa czasowa, wygląd (niestety), ale najważniejsze pozostało bez zmian, czyli główni uczestnicy. 
A przecież mogło być różnie.
Zdecydowaliśmy się z moim Mężem strzelić sobie jeszcze jeden ślub, tym razem w Las Vegas, z Elvisem Presleyem w roli głównej.
Wczuwając się w klimaty, Mąż wystąpił w koszuli w różowe flamingi, w związku z czym dostosowałam się i wykopałam najbardziej różową letnią sukienkę, jaką miałam.
Zaparłam się tylko, że chcę welon (biały, nie różowy), bo wcześniej go nie miałam, i wielki, plastikowy diament – jak szaleć, to szaleć!

Jak przystało na ludzi zorganizowanych i przesiąkniętych już trochę amerykańskimi realiami, prawie wszystkie atrakcje, w tym ceremonię ślubną, załatwiliśmy jeszcze przed przylotem do Las Vegas.
Do ostatniej chwili trzymali nas w niepewności co do terminu i w efekcie po zameldowaniu się w hotelu okazało się, że mamy bardzo mało czasu. 
Musieliśmy się zrobić na dwa różowe bóstwa w tempie mocno ekspresowym.
Zamówiliśmy Ubera, bo okazało się, że Elvis czeka po drugiej stronie miasta, i wyruszyliśmy.
Wcześniej bardzo miła Pani przez telefon ustaliła z nami kolor wiązanki (różowy, jakby ktoś miał wątpliwości) i podkład muzyczny.
Przejęci dotarliśmy na miejsce parę minut przed czasem – w sam raz, żeby zakupić diamentowe cudo i wypożyczyć welon.
Welon mi zjeżdżał, ręce się trzęsły, to wszystko wyglądało nad wyraz realistycznie.
Panie organizatorki poratowały mnie spinkami, złapałam oddech, zapanowałam nad tiulem i weszliśmy do kaplicy.
Od progu pogonili Męża, żeby na mnie czekał, jak przystało na Pana Młodego, a mnie, śpiewając, Elvis doprowadził do „narzeczonego”.
Następnie Król przeprowadził ceremonię, częściowo śpiewając, częściowo żartując.
Nakręcili nam filmik i walnęli sesję fotograficzną.
Bez względu na fakt, że to miała być tylko sympatyczna przygoda, zrobiło się nagle bardzo emocjonalnie.
Ponieważ nie braliśmy ślubu, tylko „poprawialiśmy” już zawarty, cała ceremonia była duchowo dostrojona do naszych różowych nastrojów, ubiorów i flamingów.
Na koniec dostaliśmy potwierdzenie odnowienia ślubów i pamiątkę ze ślubu Elvisa.

Wyszliśmy na ulicę i po chwili znaleźliśmy się w środku następnego kompleksu kasyn i teatrów.
Machałam sobie wesoło wiązanką, a obcy ludzie uśmiechali się i gratulowali nam.
Jest pewien urok w braniu takiego szalonego ślubu bez świadków, ale myślę, że jeżeli ma się rodzinę i przyjaciół, to przyjemniej jest jednak rzucić się na głęboką wodę, nie kombinować i urządzić sobie klasyczne wesele (niech się bieda wścieknie!).
Czasami sprawdzone rozwiązania, chociaż mogą wydawać się przestarzałe i nudne, są najlepsze. 
Co nie zmienia faktu, że Król jest tylko jeden!







Las Vegas, czyli lądowanie w szponach hazardu



Wylądowaliśmy w Las Vegas. 
Już na lotnisku można było zobaczyć maszyny do gry, a potem było coraz ciekawiej.
Wyprzedzając opis kasyn – „jednorękich bandytów” można było znaleźć wszędzie. Zdziwiłam się, że nie wstawili chociaż po jednym do toalet.

Po raz pierwszy w życiu jechałam pociągiem na lotnisku po odbiór bagażu – doświadczenie z gatunku surrealistycznych.
W każdym razie pociąg robił wrażenie, a potem okazało się, że to była tylko przygrywka, bo jednak Las Vegas ciężko jest z czymś porównać.

Dookoła góry, które w promieniach oślepiającego i ostrego słońca wydają się niebieskie, a w środku eksplozja kolorów w dzień, świateł w nocy, a wszystko w otoczeniu palm i ludzi hołdujących zasadzie: 
„co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas”.
Na ogół amerykańskie miasta mają jedną cechę wspólną: w centrum znajduje się kupa bezosobowych, wielkich wieżowców, a potem budynki mieszkalne, parki i przedmieścia, w efekcie większość wygląda podobnie.

Las Vegas jest inne. W centrum są właściwie same hotele, w których znajdują się kasyna, knajpy i sklepy.
Są ogromne, ale może przez to, że są podświetlone, zupełnie nie przypominają typowych biurowców.
Między hotelami stoi Statua Wolności, Wieża Eiffla, Sfinks, olbrzymi rollercoaster, diabelski młyn, Most Brooklynski, statki pirackie i praktycznie wszystkie dekoracje z całego świata, jakie można sobie wyobrazić.
Dodatkowo, oprócz oświetlenia, które często się zmienia, wszędzie są wielkie plazmowe ekrany z reklamami i muzyką (lub hałasem, w zależności od miejsca i gustu słuchającego).
Na wielkich ruchomych bilbordach pojawiają się ogłoszenia o występach różnych sław i tak jak sobie teraz myślę, to widziałam tam wszystko oprócz żywych zwierząt (przynajmniej na ulicach).
Wyobrażałam sobie, że Las Vegas będzie brudne, lepkie i ogólnie nieapetycznie woniejące. Tymczasem okazało się, że jest czyste (przynajmniej w centrum), suche i ładnie pachnie.

Zmiana otoczenia rzuca się w oczy w zaciemnionych okolicach, które cieszą się złą sławą. Tam już walają się śmieci, a turystom delikatnie sugeruje się inne miejsca do zwiedzania.
Pozostając w temacie ulic – i tu już nie ma żadnych ograniczeń geograficznych – zalegają na nich bezdomni. Widok jest tak samo straszny jak w Nowym Jorku, a może nawet gorszy, bo w Las Vegas, prawdopodobnie ze względu na pogodę, bezdomni śpią na ulicach pod kołdrami, gotują na maleńkich kuchenkach i nie można ich ignorować, ewentualnie sobie wmawiać, że to są kupki starych ubrań, a ne ludzie.

Poruszyłam ten temat w Uberze i zdziwiłam się, kiedy kierowca poinformował mnie, że aczkolwiek w Newadzie mają zimy, czasami nawet z odrobiną śniegu, to dużo cięższe dla bezdomnych do przeżycia jest upalne lato.

Pewnie zabrzmię jak komunistka, utopistka lub pierwsza naiwna, ale uważam, że w erze lotów w kosmos, sztucznej inteligencji i mnóstwa innych kompletnie zbędnych udogodnień nie powinno na naszej planecie być ludzi, którzy nie mają dachu nad głową.
To jak cofnięcie się do czasów średniowiecznych, tylko teraz nie mamy żadnego usprawiedliwienia, bo czasy barbarzyńców (przynajmniej w teorii) już przeminęły.
Tyle w tematach poważnych, teraz to, co najbardziej kojarzy się z Las Vegas – czyli kasyna.
Są wszędzie. Pomieszczenia zawsze są ciemne, bez okien, co ma głęboki sens ze względu na pożądany brak poczucia mijanego czasu u tracących fortuny frajerów.
Najwięcej jest maszyn, które świecą, buczą, dzwonią, grają i ogólnie bardzo źle wpływają na proces myślenia.
Między nimi są ustawione stoły z ruletką i do gry w karty.

Zagrałam w ruletkę – przegrałam. 
Zagrałam na kilku maszynach – przegrałam. 
W związku z czym nie zostanę nałogową hazardzistką.
Prawdopodobnie gdybym wygrała, mogłoby mnie to wciągnąć. Na szczęście nie wciągnęło, bo jak wszyscy mądrzy ludzie wiedzą, w kasynie tak naprawdę wygrywa tylko kasyno.
Aczkolwiek biorąc pod uwagę ilość kłębiących się graczy, nasuwa się stwierdzenie, że „głupich nie sieją, sami rosną”.

W ciemnych kątach znajdują się wydzielone przestrzenie dla tak zwanych graczy na poważnie. Atmosfera jest tam tak ciężka, jakby grawitacja dostała depresji.
Ci ludzie siedzą przy stołach bez ruchu, w jakimś strasznym skupieniu, jakby czas stanął w miejscu.
Przeciwwagą do tej powagi są imprezowicze, czyli grupki przyjaciół, którzy przyjeżdżają do Las Vegas tylko w celach rozrywkowych.
Na ulicach i w hotelach aż roi się od wymalowanych i wystrojonych jak na bal sylwestrowy kobiet (przekrój wieku od pełnoletnich, mam nadzieję, do setki).
Co ciekawe, i tu zabrzmię mało solidarnie jako kobieta, większość z nich jest średnio atrakcyjna.
Jako przeciwwaga występują panowie, ubrani bardziej na sportowo i ogólnie lepiej się prezentujący.

Jest jeszcze trzecia grupa, nazwałabym ją „specyficzną” – to osobnicy, którzy już jakiś czas temu zerwali ze wszelkimi trendami, formami lub zwyczajnym, zdrowym rozsądkiem i wyglądają dziwnie lub przerażająco (tatuaże i kolczyki są tu najmniejszym problemem).

W ciągu tygodnia Las Vegas wygląda jak niekończąca się impreza, a w weekend (w co trudno uwierzyć) jest jeszcze głośniej, a szaleństwa na ulicach nie da się z niczym porównać.
Miasto faluje i traci wszelkie zahamowania, których i tak wcześniej specjalnie nie było widać. 
Wśród tego kolorowego tłumu plączą się półnagie panienki z piórkami w pupach, zachęcające do obejrzenia przedstawienia z udziałem koleżanek, prawdopodobnie już bez piórek.

Co jakiś czas można się nadziać (w sensie dosłownym) na dominę w skórze, czyli panią, która pejczem przetrzepie nam tyłek za odpowiednią opłatą (jakoś mnie nie korciło).
O ile piórka i pejcze nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia, to prawie mnie wmurowało, jak zobaczyłam stojącą na chodniku panią, tak na oko w wieku emerytalnym, która stała w samych majtkach, butach i masce na twarzy. Owa dama dzierżyła w ręku kij i oferowała regularne manto.

Nie wiem, co było straszniejsze: fakt, że stała, czy że byli chętni na jej usługi.
I jeśli dodam, że wszędzie unosi się zapach marihuany, którą w różnych formach można legalnie zakupić, to chyba nikt się nie zdziwi, że jestem zdania, że nie jest to miejsce odpowiednie dla dzieci tudzież niepełnoletniej młodzieży.
Prawie wszystko jest otwarte non stop. 
Na noc zamykane są tylko duże sklepy markowe.
Wygląda na to, że w Las Vegas nikt nigdy nie śpi i każdy czuje się młody i gotowy zaryzykować dużo więcej niż oszczędności w kasynach.


























wtorek, 29 października 2019

Szalony weekend, czyli lecimy do Las Vegas

Mieliśmy polecieć na Kubę. 
Pomysł wydawał się idealny – bliżej niż z Polski, trzy godzinki i rach-ciach.
W momencie, jak zaczęliśmy załatwiać formalności, otworzyła nam się strona rządu amerykańskiego, informująca nas uprzejmie, że o ile nie mamy na Kubie rodziny (no, jakoś się nie złożyło), nie jedziemy z misją humanitarną i nie jesteśmy misjonarzami, to możemy zapomnieć o wycieczce, ewentualnie przemyśleć życiowe priorytety.

Okazało się, że Kuba, razem z Iranem i Koreą (tą mniej przyjazną, oczywiście), jest na liście krajów, których dotyczą specjalne sankcje rządowe (baliśmy się sprawdzać dokładnie jakiego rodzaju).

Prezydent Obama usiłował to zmienić, ale mu nie wyszło. W związku z tym nam nie wyszedł wyjazd i musieliśmy szybko znaleźć alternatywne rozwiązanie.
Padło na Las Vegas – jak szaleć, to szaleć. Zwłaszcza że zawsze można się usprawiedliwiać, że jak nie teraz, to kiedy?
Na czarnej liście na szczęście nie jest, aczkolwiek niepełnoletni turyści raczej powinni się trzymać od tego miejsca z daleka (przynajmniej moim skromnym zdaniem, ale o tym później).

I tak wyruszyliśmy na przedłużony weekend do „miasta grzechu”, chociaż ja raczej zastosowałabym liczbę mnogą, bo co jak co, ale grzeszyć to tam można bez ograniczeń.
Zanim zacznę opisywać nasz pobyt w Las Vegas i wszystkie atrakcje, jakie tam sobie zorganizowaliśmy (a działo się, oj działo), przez chwilę poprzynudzam o podróży, bo tym razem była niezwykła.

Samolot jak zwykle bez szału, za to widoki za oknem obłędne.
Nastawiłam się, że jak zwykle nic nie będzie widać i pogrążę się w lekturze na sześć godzin, bo tyle miał trwać lot.
Po pierwsze lecieliśmy krócej – w jedną stronę pięć, w drugą cztery godziny – a widoki po prostu mnie powaliły.

Przez połowę czasu faktycznie za oknem były same chmurki i błękitne niebo, ale potem zerknęłam kontrolnie i zamarłam z wrażenia. A następnie zaczęłam robić zdjęcia w ilościach hurtowych i z lekkim szaleństwem w oku.
Najpierw wyłoniły się góry (Rocky Mountains), całe w śniegu. Jak się potem dowiedziałam, ten śnieg bardzo się przydaje, bo się topi i w formie wody dość znacząco przyczynia się do podtrzymywania życia w tych dość suchych okolicach.

Potem zaczęły się góry, same skały bez śladu roślinności i pustynie.
Wyglądało to tak, jakbyśmy przez przypadek wpadli w czarną dziurę i znaleźli się na innej planecie.
Pod nami rozciągała się obłędna przestrzeń bez śladu jakiegokolwiek życia, o miastach nie wspominając.
To chyba właśnie nazywa się „surowe piękno” i dodatkowo powinno uzmysłowić ludziom, że chociaż możemy się szarogęsić na tej planecie, to i tak jesteśmy na przegranej pozycji.

Potem zaczęły się pojawiać małe miasteczka, pola w śmieszne kółka (na pewno zrobione przez kosmitów) i wreszcie pojawiło się Las Vegas.


































































wtorek, 22 października 2019

Włamywacz i Kotka na gigancie, czyli kolejny, nudny dzień na amerykańskim przedmieściu

Myślę, że sporo ludzi wyobrażając sobie amerykańską mamuśkę z przedmieścia, widzi odrobinę znudzoną, biegającą z pieskiem i rozwożącą obsesyjnie dzieci na różne zajęcia dodatkowe kobietkę w legginsach z lekkim szaleństwem w oku i z gigantycznym brylantem na palcu.
Mieszkam na takim przedmieściu już trzeci rok i jakoś mi ta adaptacja nie wyszła, legginsów nie noszę, samochodu nie prowadzę, mam bardzo zachowawczy stosunek do przeciążania dzieci niepotrzebnymi głupotami i jakoś nie mogę się zacząć nudzić, (o wielkich brylantach nie wspominając).

Podobnie, moje, amerykańskie przedmieście różni się trochę od tych sielankowych, pokazywanych w filmach, głównie brakiem uczestników wspomnianej sielanki. 
Trochę to wygląda jak scena z filmu, kiedy ufoludki porwały większość mieszkańców. Pozostała resztka daje się zauważyć w samochodach, od czasu do czasu jakiś pies wyprowadzi swoją panią na spacerek, a jak się ma szczęście to można zauważyć przemykających jak duchy biegaczy. 
Dzieciaki może i by poszalały na rowerkach, ale ich nie ma bo spełniają przerost ambicji rodziców na zajęciach dodatkowych.
Sympatycznym wyjątkiem od tych wszystkich reguł są nianie. Owe panie biorą mianowicie maluchy na spacerki w wózkach lub na piechotę i o zgrozo pojawiają się na uliczkach, (chodników oczywiście brak).

I to właśnie dzięki jednej z tych pań ostatnio zrobiło mi się bardzo miło na sercu.
Był ciepły dzień, otwarte okna, cisza bo maszyny budowlane chwilowo o dziwo zamilkły i jedna z niań wyprowadziła na spacerek małą dziewczynkę. 
Przechodziły koło koło naszego domu i nagle słyszę dziecięcy, podekscytowany głosik: "Patrz, patrz, jednorożec wrócił !"
Błogość mnie zalała frontalnie, można powiedzieć.

Jakoś nie słyszałam nikogo wołającego: 
"Patrzcie jak fajnie, że wróciły kościotrupy i gigantyczne pająki".
Mała sąsiadka musiała zapamietać jednorożca z zeszłego roku. 
Fajnie jest komuś dać nawet takie, malutkie, miłe wspomnienie.

Od czasu jak zaadoptowaliśmy kociaka, (tak to się tutaj ładnie nazywa, nie ma właścicieli są rodzice), to jestem przekonana, że wszelkie nadzieje na nudę straciłam bezpowrotnie.
Nie narzekam, tylko byłoby miło, gdybym średnio raz w tygodniu nie miała palpitacji serca.

Na przykład parę dni temu, dzień jak co dzień, blady świt, pobudka, normalne poranne zamieszanie. Jak już udało mi się szczęśliwie wyprawić do szkoły i pracy dzieci i męża i zamarzyła mi się poranna, reanimacyjna kawusia, miaucząca terrorystka również rozpoczęła swój normalny dzień.

Po niedawnej sterylizacji dochodzi do siebie, nosi specjalny plastikowy kołnierz i wygląda jak kudłata lampa zaprojektowana w chwili głębokiego kryzysu osobowości.
Cierpi przez ten kołnierz straszliwie, bo nie tylko nie może regularnie dbać o swoją urodę, (sięga tylko do ogona), to na dodatek jak coś zje to jest cała uświniona i muszę jej ten klosz myć.
A jak już jest nakarmiona i umyta, to łazi za mną i zagania mnie żebym, gdzieś przyjęła zrelaksowaną pozycję, bo ona chce spać i potrzebuje do tego towarzystwa. 
No ja też, ale nie zawsze mogę.

W trakcie mojej dyskusji z kotem o jej potrzebach, (tak wiem, samotność może być szkodliwa dla zdrowia psychicznego), przyszedł SMS od jednej z mam, że Junior z jej synem umówili się na wizytę domową i ona zgarnie mojego syna ze szkoły prosto do siebie.
Zgodziłam się i chwilowo zapomniałam o temacie. Działałam, ostro w kuchni, Kotka twardo nalegała na przerwę, kiedy nagle usłyszałam łomot. 
Najpierw spojrzałam kontrolnie na kotkę, która zgrywając chodzącą niewinność siedziała koło mojej nogi.
Po chwili łomot się powtórzył i ktoś zaczął włamywać mi się do domu. 
Z odległości, widziałam tylko postać usiłującą wyłamać oszklone drzwi.
Było popołudnie, lał deszcz i było trochę ciemnawo.
Z tą zawrotną szybkością reakcji w momentach kryzysowych, to chyba jest lekka ściema, bo mi się raczej zwolniła, albo wręcz zamarła. 

Na szczęście dla mojego biednego, serca, dość szybko we włamywaczu rozpoznałam własnego syna, ponieważ, nie wiedząc kiedy podeszłam do drzwi, zamiast uciekać i wzywać policję. 
To by się zgadzało ze wszystkim scenami z dreszczowców, kiedy głupie baby, zamiast uciekać wchodzą dobrowolnie do ciemnej piwnicy w celu zawarcia znajomości z psychopatą-mordercą.
Okazało się, że chłopcy się nie dogadali, za dwie minuty pod dom zajechała mama kolegi i zgarnęła uszczęśliwionego Juniora. 
Mnie też ogarnęło uczucie szczęścia, tylko trochę poźniej, jak już zaczęłam normalnie oddychać.

W międzyczasie nad naszą okolicą rozszalały się huraganowe wiatry, gałęzie łamały się jak zapałki, sąsiedzi mieli prawdziwe szczęście, że nie rozwaliło im dachu. 
U nas na szczęście nic nikomu na głowę nie spadło, ale jednorożec ucierpiał, bo jego biodro nie wytrzymało. Biedak walczył tak długo jak mógł, potem padł.
Skrzyknęłam ekipę ratunkową, córkę i jej kolegę i rozpoczęliśmy operację wymiany stawu biodrowego oraz kilka dodatkowych operacji plastycznych.
Biodro zostało zadrutowane, całość odrestaurowana, jednorożec otrzymał dodatkowe zakotwiczenie, żeby nie odleciał, jednym słowem pełen sukces.

Podczas procesu leczenia, siedzieliśmy na dworze, a obrażona Kotka w środku. 
Wróciliśmy wykończeni do domu i tu odezwał się mój macierzyński, (najwyraźniej wzbogacony o kocie pierwiastki), instynkt.
Mianowicie odrazu zaczęłam szukać kota. Mogła ucinać sobie drzemkę w dowolnym miejscu w domu, ale mnie coś ciągnęło na dwór. 
Wyszłam z domu i spotkałam się oko w oko z naszym kociakiem spacerującym i wyglądającym na lekko oszołomionego. 

Najwyraźniej miała cwaniara, wykorzystała moment, kiedy ktoś poszedł po coś do domu i dała dyla spragniona wyzwań, (jakby do tej pory było jej za mało).
Zrobiło mi się zimno, a potem zaraz gorąco, oczami wyobraźni zobaczyłam durnego zwierzaka w tym śmiesznym abażurze na szyi uciekającego w siną dal i zjadanego przez kojoty, psy ewentualnie zadziobanego przez indyki giganty.
Zaczęłam się skradać, a córkę puściłam w drugą stronę, zachowałyśmy się jak dwa, rasowe psy do zaganiania owiec, stosując klasyczny manewr oskrzydlający.
Jak się okazało Kotka nie potrzebowała zaganiania, ani nawet zachęty, z godnością zaczęła wracać do domu.
Trochę jej tylko ta godność przez ten abażur na szyi niespecjalnie wyszła.
Siadłam sobie, bo nogi mnie nie chciały już dłużej trzymać w pionie, coś jak naszego jednorożca.
Taak, fajne są te, nudne dni Matki Polki na przedmieściu.