niedziela, 31 grudnia 2017

Sylwestrowe szaleństwa, czyli transmisja na żywo z Times Square

Po świątecznych przygodach tudzież złapaniu małego przeziębienia zdecydowaliśmy się na Sylwestra, jak to się kiedyś mówiło, „na białej sali”, czyli w bliskiej odległości do łóżek.
Wystrój wnętrza i atmosfera jednakże były bardzo dalekie od zen. 
Choinka świeciła, w kominku ogień wychodził z siebie, żeby wprawić wszystkich w płomienny nastrój, a w telewizji leciała relacja na żywo z Times Square. 
W wygodnych dresikach zasiedliśmy przed kominkiem, telewizorem i choinką, chłonąc wszystko, gotowi na naszego pierwszego amerykańskiego Sylwka. 
Najpierw wszyscy zgodnie pogratulowaliśmy sobie pomysłu, żeby zostać w domu.
Temperatura na zewnątrz wynosiła minus 12, a odczuwalna minus 22. 
Boże, jak ci ludzie marzli – aż żal było patrzeć! 
Dwóch prowadzących na zewnątrz: pan ubrany rozsądnie (pełen zimowy zestaw, łącznie z rękawiczkami) i Pani Elegantka w różowym, plastikowym płaszczyku, mitenkach i bereciku z uszami na wierzchu. 
Głównym tematem wywiadów z publiką było to, ile kto ma na sobie warstw ubrań (rekordzista doszedł do siedmiu). 
Ale jak widać, Amerykanów byle mróz nie zmoże. Co jakiś czas dziarsko wykrzykiwali: „Marzniemy na kość, ale i tak się świetnie bawimy!”. No, powodzenia.
Moje starsze dziecko, leżąc wygodnie przed kominkiem, świetnie się bawiło, głównie komentując, a młodsze wystawiło na próbę ojcowski ogrom miłości i wywlokło Tatusia na mróz, bo w okolicy pojawił się jakiś szalony pokemon. 
Wrócili bardzo szybko – telefon padł z zimna, bo raczej w przegrzanie wątpię. Pokemon dał dyla prawdopodobnie do ciepłych krajów. Wszędzie pustki. 
Jeżeli widzieli ich sąsiedzi, to teraz już na bank będą myśleli, że należy nas unikać i traktować łagodnie, bo z wariatami nigdy nic nie wiadomo.
Mieli już małą rozgrzewkę w Wigilię, kiedy w oczekiwaniu na Mikołaja spacerowaliśmy przed domem jak te ostatnie łajzy (ja oczywiście w kożuszku). 
Mikołaj uczciwie wykorzystał naszą nieobecność, zostawił prezenty, a jeden sąsiad o mało nie zostawił z wrażenia zakupów przed domem, tak się na nas zagapił.
Wracając na Times Square: zaczęli się pojawiać różni piosenkarze, część wewnątrz, część na zewnątrz. 
Moja pociecha, malowniczo wyciągnięta w blasku ognia, komentowała na bieżąco zmiany koloru słynnej kuli. 
Pani Elegantka, prawdopodobnie w celu uniknięcia przymarznięcia do barierki, rozpoczęła tańce z przytupami. Im bliżej było do północy, tym bardziej Pani w różach brakowało tematów do rozmów – dotyczyły głównie pogody i wpływu, jaki miała na ludzi zgromadzonych w centrum Nowego Jorku. 
Wpływ można było sobie łatwo wyobrazić, a nawet zobaczyć. Ludzie dzielili się na tych, co się trzęśli, i tych, co udawali, że się nie trzęsą. 
W międzyczasie łóżko kusiło, a północ zbliżała się bardzo powoli.
Mąż usiłował przegłosować jakiś film, ale nic z tego – dzieci, solidarnie przyssane do telewizora, przegłosowały go bezlitośnie. Pan prowadzący, chcąc najwyraźniej podnieść morale, zaznaczył, że Mariah Carey będzie śpiewała na żywo. Twardzielka. 
Mąż zdrajca przemycił książkę – daremnie! Telefon się rozgrzał, naładował i inteligentny potomek zaproponował następne podejście, tym razem samochodem. 
Okazało się, że w ciemnościach można złapać nie pokemona, ale smoki, i w dodatku cztery. Po 20 minutach moi dzielni wojownicy wrócili ze smokami. 
Mąż wyglądał, jakby z co najmniej jednym musiał walczyć osobiście.
Godzinę przed północą Pani Elegantka wreszcie się poddała i pojawiła w granatowej, pikowanej kurteczce, rękawiczkach, bereciku wełnianym, ale uszy twardo na wierzchu (chwilowo). 
Po krótkim czasie okazało się, że nie doceniłam Pani Elegantki – wróciła znowu w wersji na różowego letniaka. 
Pewnie chciała zaimponować Mariah Carey, co było zupełnie nierealne, bo Mariah wystąpiła co prawda w białym futerku, ale za to z biustem na wierzchu i wszyscy byli pod wrażeniem.
Północ nadeszła, obejrzeliśmy zjeżdżającą kulę – faktycznie nawet w telewizji zrobiła wrażenie. 
Rozpoczęliśmy Nowy Rok w Ameryce, postaraliśmy się nawet o fajerwerki w wersji mini, w związku z ewentualnym zakłócaniem porządku publicznego! 
Emocje pomału opadały, za to młodsza latorośl ewidentnie na coś czekała. W końcu mój potomek nie wytrzymał i walnął prosto z mostu:
– To kiedy będzie wreszcie w telewizji Zenon Martyniuk?

sobota, 30 grudnia 2017

Koniec roku, czyli trochę podsumowań

Święta przeszły, wątroby ocalały, można robić podsumowanie roku.
Święta minęły, szczęśliwie bez większych dramatów. 
Małe były na przykład: na parę godzin światła szlag nam trafił, ogrzewanie działa, jak chce, albo raczej jak nie chce, i cała karkówka wylądowała w koszu. 
Ciekawe, czy ja kiedykolwiek w tym kraju osiągnę moment, że będę wiedziała dokładnie, co robię i co z tych działań wyniknie. Mięso miało być karkówką, a tu niespodzianka. 
Jeżeli chodzi o niespodzianki jedzeniowe, to ja już przekroczyłam normę. Chwilowo nie będę więcej marudziła na temat wpadek żywieniowych.
Mieszkanie na amerykańskich przedmieściach, jak wszystko, ma swoje plusy i minusy. 
Wiewióry, króliki, ogólnie całe stado dzikich zwierzaków, roślinność, spokój, porządek – tak, to jest to, co „tygrysy lubią najbardziej”. 
Brak sympatycznych sklepików w odległości krótkiego spaceru, brak jakiejkolwiek publicznej komunikacji (bo wszyscy muszą mieć samochód) i – to ostatnie – wszystkie niespodzianki związane z posiadaniem domu to zdecydowane minusy. 
Fajnie jest mieć dom, bo nie ma sąsiadów i nie trzeba się martwić, że się komuś przeszkadza, ale z drugiej strony takie przyziemne sprawy jak woda czy ogrzewanie okazują się prawdziwym wyzwaniem. Woda leci, na ogół na całe szczęście w odpowiedniej temperaturze, gorzej z ogrzewaniem.
Od razu, jak się wprowadziliśmy, wiedziałam, że będą z tym problemy. 
Jest to bowiem system chłodząco-ogrzewający i już w lecie w pewnych pomieszczeniach można było zamarznąć, a w niektórych się ugotować. 
Teraz jest dokładnie tak samo, tylko odwrotnie. Tam, gdzie w lecie ostro chłodziło, teraz grzeje na potęgę.
 Po długich miesiącach negocjacji udało nam się zorganizować wszystkie zainteresowane strony i Facio wraz z ekipą rozpoczął reperacje, modernizacje i ogólne wyciąganie pieniędzy. 
Pozmieniał termostaty, coś tam poczyścił i stwierdził, że już lepiej nie będzie, ale będzie super.
Zgodnie rozpoczęliśmy testowanie. Faktycznie trochę udało mu się wyrównać temperatury, ale w dwóch pokojach nie grzeje nic. Szkoda, że w jednym z nich musimy spać. Całe szczęście, że dzieci załapały się na strefę umiarkowanie tropikalną.
W momencie, jak temperatura spadła do minus 12 (odczuwalna minus 20, oczywiście na zewnątrz), zdecydowałam się napisać do Facia. 
Najwyraźniej mam jakieś ukryte, romantyczne talenty pisarskie, o których nie wiem, bo Facio czyta między wierszami jak Romeo. Dialog smsowy wyglądał tak:
– Ogrzewanie nie działa tu i tu, czy mógłby Pan przyjść i sprawdzić? – zapytałam.
– Co słychać? Jaka jest pogoda? – odpisał Facio.
– Bardzo zimno – podałam temperaturę.
– Ooooo, to bardzo zimno! Jestem poza stanem, będę za tydzień – stwierdził.
– Dobrze, skontaktuję się z Panem za tydzień.
– Ubierasz się ciepło?
Przez chwilę czułam nieodpartą pokusę, żeby napisać: „Dziękuję, ubieram się bardzo ciepło, Mąż i dzieci też”. Toby się Facio spłoszył, tylko nie wiem, czy by się jeszcze pojawił, a nie mogę ryzykować.
Teraz wezmę się za szkoły. Największym wrogiem wszystkiego jest brak zdrowego rozsądku. 
Ta „polityczna poprawność”, która tu jest tak ważna, zakrawa na lekki obłęd. Już w Polsce dotykanie dzieci przez nauczycielki było zabronione, nawet przy jakichś uroczystościach. 
Tutaj stosuje się „przybicie piątki”, mowy nie ma o żadnych przytulankach ani niczym takim. Ogólnie nie mam nic przeciwko temu, tylko czasami jestem świadkiem sytuacji, że mam ochotę walnąć taką politycznie poprawną nauczycielkę (albo jeszcze lepiej – wystawić ją gołą na śnieg).
Scenka rodzajowa: dzieci wychodzą ze szkoły, wali śnieg, zimno pioruńsko, większość dzieci na szczęście w miarę ubrana. 
Jeden dzieciak (maksymalnie 8 lat) wybiega w koszulce z krótkimi rękawkami, dźwigając torbę. Staje przed szkołą karnie obok swojej pani (ubranej jak na Syberię) i grzecznie czeka na rodziców. 
Śnieg powoli przysypuje dziecko, mnie podnosi się ciśnienie, nauczycielka nawet nie drgnie. Wypadła moja pociecha, na szczęście w miarę ubrana, ale zawzięłam się i czekam. 
W momencie, kiedy stwierdziłam, że zrobię scenę w prawdziwie polskim stylu, nadleciał tatuś dzieciaka i lekko zszokowany zaczął się go dopytywać, gdzie ma ubranie. Chłopiec wszystko miał w torbie, którą trzymał w ręku. Ubierał go ten nieszczęsny ojciec trzęsącymi się rękami, prawdopodobnie wyobrażał sobie reakcję żony. Nauczycielce nie powiedział ani słowa.
Jak moje dziecko raz miało problemy z brzuchem i zostało parę minut dłużej w toalecie, to ponieważ nie było żadnego wolnego nauczyciela, a obecność kobiety mogłaby mojemu Synowi przeszkadzać emocjonalnie, ściągali do kibla dyrektora. Może to wszystko miałoby dla mnie sens, gdyby to były większe dzieci, a nie takie maluchy.
Ponieważ, na całe szczęście, starsze dziecko ubiera się już samo, u niej dla odmiany mam rozrywki typu intelektualnego. 
Pewnego dnia trafi mnie po prostu zwyczajny szlag. Najwięcej rozrywki nieustająco dostarczają nam lekcje historii i angielskiego. 
Powiedzmy, że dobór lektur pozostawia wiele do życzenia. Nie wiem, co Amerykanie tak naprawdę sądzą o Drugiej Wojnie Światowej, ale mam pewne wątpliwości, czy znają podstawowe fakty historyczne. 
Pewne rzeczy można bowiem różnie interpretować, ale faktów już nie. 
Moje dziecko przerabia teraz lekturę o wojnie, widzianej z perspektywy niemieckiego chłopca. Wszystko pięknie, tylko może ten chłopiec nie powinien przekazywać takich światłych mądrości, że za wybuch wojny była odpowiedzialna Polska, bo zmusiła Hitlera do obrony uciskanej mniejszości narodowej, jaką byli Niemcy, lub też, że Polacy budowali obozy (dla siebie?).
Będziemy chyba niestety musieli z Mężem przeczytać to mocno wątpliwe arcydzieło i iść do szkoły. 
Niefajnej pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że w klasie z Córką jest kolega z Niemiec. 
Tak, tę nauczycielkę też miałabym ochotę palnąć, tym razem książką dla odmiany. 
Ale z trzeciej i z czwartej strony prawda jest taka, że wszystkie dzieci (w tym moje) naprawdę lubią swoje szkoły, i to leje miód na moje patriotyczne rany Matki Polki.

sobota, 23 grudnia 2017

Życzenia Świąteczne

Napisano już tyle pięknych życzeń świątecznych, mimo to spróbuję.
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim: mojej Rodzinie, Przyjaciołom, Znajomym i wszystkim anonimowym Czytelnikom, którzy towarzyszą mi w tej amerykańskiej przygodzie, tego, czego najbardziej potrzebują. 
Życzę Wam Odwagi, jeżeli cały czas musicie walczyć ze strachem, Miłości, jeżeli jej pragniecie, Dobrych Ludzi, żebyście nie czuli się samotni i nie tracili wiary w dobro, Pieniędzy, żeby ich brak nie przesłaniał Wam małych radości, Spokoju, żebyście w natłoku codziennych problemów nie zapominali kim jesteście, Siły, żebyście mogli przetrwać trudne chwile, których w życiu czasami jest tak dużo, i tego najbardziej oklepanego, a tak ważnego – Zdrowia.
Wiele rzeczy nie zależy i nigdy nie będzie zależeć od nas, ale możemy wierzyć i mieć nadzieję – i to, wraz z odrobiną szczęścia, wystarczy.

piątek, 22 grudnia 2017

Karp, czyli akcja z tasakiem

W celu podniesienia morale, które zaczęło nam podupadać w związku ze świętami na obczyźnie, rozpoczęliśmy kampanię żywieniową w staropolskim stylu.
Najpierw, już zahartowani w bojach, rozprawiliśmy się z bigosem. 
Wyszedł nam tak samo pysznie jak jego poprzednik. Żołnierski gar, mimo trudnej przeszłości, poradził sobie z tematem. Potem mój Mąż rozpoczął dziki galop po sklepach w celu upolowania odpowiedniego mięsa. 
Dumny jak jaskiniowiec, znalazł schab, powiedzmy, że karkówkę i coś, co finalnie ma być boczkiem, choć tak naprawdę prawdziwym boczkiem nie jest.
Jaka nasza kuchnia jest, każdy wie, a już w święta szczególnie. 
Oprócz dań na osobnym talerzu powinien leżeć Sylimarol, No-Spa i ziółka na wątrobę – zamiast tego stoją napoje wysokoprocentowe.
Tu na chwilę małe odejście od tematu. Ładnych parę lat temu gościłam u siebie parę Holendrów w średnim wieku. 
Oboje bardzo zainteresowani Polską, zwłaszcza jedzeniem. Zaserwowaliśmy im taki „zestaw obowiązkowy”, a pan zażyczył sobie polską wódkę. Pożądany napój dostał i wszyscy obecni panowie przy stole pokazali mu, jak ją powinien pić: „raz, dwa i chlup do dna”. 
Pan miał inną koncepcję – sączył wódkę mililitr po mililitrze, krzywiąc się przy tym straszliwie. Całe towarzystwo usiłowało go przekonać, żeby zmienił sposób picia – daremnie. Pan stwierdził, że my, Polacy, nie umiemy pić (tak, jasne), on za to umie, bo alkoholem trzeba się delektować, a nie tak „chlup w dziób”. Na swój sposób wypił kieliszek, męczył się straszliwie, aż żal było patrzeć, a dokładki odmówił. 
Jakoś mu to delektowanie słabo poszło.
Wracając do polskich potraw: postaraliśmy się o karpia. Tu jak zwykle uratował nas polski sklep. 
Zamówiliśmy rybkę z odpowiednim wyprzedzeniem. Przytomnie poprosiłam o karpia, który już pożegnał się z życiem, bo u nas nie ma nikogo, kto mógłby go zabić, a jakoś nie planuję zakładania akwarium w łazience. 
W oznaczonym terminie stawiłam się w sklepie i dostałam dwa karpie – choć może opis jest za delikatny, były to raczej wielkie monstra, a nie niewinne rybki.
Przytargałam do domu to cudo i stwierdziłam, że skoro robię całą resztę, do przygotowania karpika wykorzystam pierwszego członka rodziny, który mi się nawinie. Pechowo dla mojego starszego dziecka, to ono zjawiło się w domu jako pierwsze. 
Wyłożyłam ryby, wyjaśniłam fachowo, co trzeba z nimi robić. 
Jak to pokazują w bajkach: godzinę później obie śmierdziałyśmy jak karpie, a kuchnia wyglądała jak miejsce morderstwa piłą ze szczególnym okrucieństwem. 
Powiem tylko, że po oskrobaniu najlepiej sprawował się tasak. 
Po skończeniu filetowania moje dziecię spojrzało na ryby, kuchnię i na mnie, po czym spytało cienkim głosem:
– To Dziadziuś to dobrowolnie robi co roku?
Ano robi, tylko teraz na mniejszą skalę i na innym kontynencie. Całe szczęście, że śledziki kupuje się gotowe.
Podsumowując: przygotowania do Świąt idą pełną parą. 
Teraz jeszcze tylko trzeba się postarać o prawdziwie świąteczny nastrój, a tego, jak wszyscy wiemy, niestety nie można kupić.

wtorek, 19 grudnia 2017

Mały aneks, czyli kożuszka ciąg dalszy

Zastanawiałam się, czy opisać, jak potoczyły się losy mojego kożucha, bo temat wydawał mi się zdecydowanie mniej ekscytujący niż świąteczne światła Nowego Jorku, ale co tam – jedziemy z tematem!
Z Polski na emigrację przywiozłam różne rzeczy, m.in. bardzo cieplutki i milutki kożuch, zakupiony w środku lata w Nowym Targu. 
Przy okazji chciałabym serdecznie pozdrowić wszystkich mieszkańców Bukowiny Tatrzańskiej – spędziłam tam kilkakrotnie część wakacji i zawsze było super. 
Wracając do kożucha: ponieważ świetnie się sprawdzał w Polsce, a wzrost i znaczący przyrost wagi, mam nadzieję, mi nie grozi, przetransportowałam go do Stanów.
Tu mała dygresja. Po zwiedzeniu wielu krajów przekonałam się, że przebywając w obcych stronach, należy przyjrzeć się tubylcom. 
Co jedzą, jak się ubierają i czym się leczą. Stwierdzenie „co kraj, to obyczaj” nabiera wtedy zdecydowanie mocniejszego sensu.
Jak minęło lato i rozkręciła się na całego jesień, zaczęliśmy lekko marznąć. Przytomnie rozejrzałam się po sąsiadach. Wszyscy zaczęli nosić kurtki. 
Przesadą byłoby stwierdzenie, że były jednakowe, ale niewątpliwie w jednym stylu: ciepłe, wodoodporne, wiatroodporne i z kapturami obszytymi futerkiem. 
W celu dopełnienia obrazu – ocieplane futerkiem kozaki, wersja na śnieg i na sucho. 
Zdecydowałam się zaryzykować i najpierw zakupiłam buty. 
Okazały się strzałem w dziesiątkę – ciepłe i wygodne jak rękawiczki.
Moje starsze dziecko, po dogłębnej obserwacji matki, również zapałało chęcią posiadania takich butów, tylko w wersji bardziej nowoczesnej, a nie menopauzalnej. 
Mąż wyraził chęć przetestowania kurtki, w związku z tym poszliśmy za ciosem i zakupiliśmy kurtki w amerykańskim stylu z kapturami. 
Małżonek, uszczęśliwiony, przestał marznąć, a ja wyglądałam bardzo sportowo. 
Na marginesie: kurtki też okazały się trafionym zakupem, do czasu spadku temperatury. Kiedy zrobiło się naprawdę zimno, przeprosiłam się z kożuszkiem i odświeżyłam uczucia patriotyczne.
Od razu stałam się „lokalną atrakcją”. Zaczęło się od szkoły. 
Jak pierwszy raz się pojawiłam, wszyscy mieli miny, jakby oczekiwali, że na łańcuchu będę prowadzać wielkiego, polarnego niedźwiedzia. 
Mamy zaczęły mnie delikatnie wypytywać, czy mi jest ciepło. 
Mnie było – nie wiem, jak im. 
Sytuację w knajpie już opisałam, w sklepach wytrzeszcz był stosunkowo najmniejszy. 
To są plusy i minusy życia na przedmieściach. 
W Nowym Jorku można chodzić nago (osobiście widziałam panie topless na Broadwayu) i nikogo to nie interesuje. 
Ale z drugiej strony lubię ten nasz grajdołek z wiewiórkami.
Najśmieszniejsze, że po pewnym czasie zaczęły się pojawiać przed szkołą inne mamy, opatulone podobnie jak ja. 
Jedna z nich zaczepiła mnie kiedyś i powiedziała z westchnieniem ulgi:
– Jak to dobrze, że zaczęłaś nosić taką fajną, ciepłą kurtkę, bo teraz mnie już nie jest tak łyso.

Oczywiście tłumaczenie niedosłowne, ale sens wypowiedzi pozostał niezmieniony. Poczułam się jak prawdziwa pionierka. Okazało się szybko, że wszyscy obcokrajowcy z krajów, gdzie bywa naprawdę zimno, posiadają podobne wdzianka. 
Teraz wszyscy, wyglądający jak egzotyczne miśki z importu, spotykamy się radośnie przed szkołą i pławiąc się w cieple, patrzymy współczująco na lekko trzęsących się tubylców.

niedziela, 17 grudnia 2017

Światła wielkiego miasta, czyli samotność w tłumie

Moje potomstwo poczuło gwałtowną potrzebę zanurzenia się w cywilizacji. Mianowicie zgodnie stwierdzili, że jesteśmy w Stanach (zgadza się), niedaleko Nowego Jorku (zgadza się), a nie widzieliśmy choinki i świateł wielkiego miasta (no tak, to się niestety również zgodziło ze stanem faktycznym). 
Osobiście miałam w zanadrzu kilka innych pomysłów na spędzenie niedzieli niż uganianie się po Nowym Jorku, ale były one zdecydowanie za mało rozrywkowe dla młodszego pokolenia.
Mąż postanowił zadziałać przekupstwem – zaproponował, że wstąpimy do sklepu Disneya, bo może coś nowego „rzucili”. Pokusa była zbyt wielka, uległam. Przytomnie powstrzymałam całe towarzystwo od wyruszenia rankiem, bo przecież wtedy się jeszcze nic nie świeci. Opatuliliśmy się, jak przystało na zapobiegliwą, polską rodzinę, i wyruszyliśmy wczesnym popołudniem. 
O ile na naszym przedmieściu zalegało jeszcze trochę śniegu, o tyle w Nowym Jorku zupełnie go nie było. 
Było za to zimno, tłoczno i do domu daleko.
Rozpoczęliśmy szybki spacerek, bo wolny raczej nie wchodził w grę. 
W parku Bryanta wpadliśmy w środek czegoś w rodzaju bazarków różnego rodzaju rękodzieła. Utknęłam jak zwykle w sklepiku z dekoracjami świątecznymi i trzeba było mnie wyciągać siłą (perswazji). 
Potem, zupełnie nieoczekiwanie, stanęliśmy oko w oko z wielką, żywą choinką, obwieszoną olbrzymimi bombkami i gwiazdami, jeszcze niepodświetloną, bo było za jasno. 
Muszę przyznać, że bardzo mi się ta choinka spodobała – miała w sobie to nieuchwytne, świąteczne „coś”. Już wtedy zaczęli mi się rzucać w oczy „chłopcy radarowcy”, ale jeszcze nienachalnie.
Złapawszy trochę ducha Świąt, wyruszyliśmy dalej. 
W sklepie Disneya panowało pandemonium. Ludzie z szaleństwem w oczach, obwieszeni torbami, wykupowali towar. 
W ramach promocji części pluszaków przy zakupie jednego, zdaje się, drugi był za darmo. Promocja moim zdaniem zupełnie zbędna, bo wszyscy wręcz rzucali się na puchate, słodziakowate zabawki. 
Zresztą zupełnie im się nie dziwię – sama bym się trochę porzucała, ale chwilowo nie było zapotrzebowania, niestety. Wzdychając nostalgicznie: „jak te dzieci szybko rosną”, dotarliśmy wreszcie na Rockefeller Plaza. 
I tu życzenia, i duch Świąt Bożego Narodzenia szybko się upłynnił, albo raczej mocno rozrzedził.
Choinka faktycznie robiła wrażenie nawet z daleka – były lampki, anioły i od cholery policji. 
Obrońcy prawa byli uzbrojeni jak na wojnę, co przy takiej liczbie ludzi latających w amoku było w pełni zrozumiałe, aczkolwiek niekoniecznie miłe dla oka. 
Może jestem nietypowa, ale duże ilości broni palnej jakoś mi się kłócą z Magią Świąt. 
Chcąc przyjrzeć się wszystkiemu trochę bliżej, jak ostatnie łajzy wpakowaliśmy się w tłum, który z nabożeństwem podziwiał wystawy sklepu Saks Fifth Avenue. 
Wtedy po raz pierwszy poczułam się mocno niekomfortowo. Otaczała mnie ściana ludzi, nie mogliśmy się ruszyć, przytomnie tylko pilnowaliśmy dzieci. 
Nie wiedziałam, co się dzieje, tłum bowiem pomalutku się przemieszczał. Okazało się, że w stronę tych nieszczęsnych wystaw. Muzyczka grała przeboje z kreskówek Disneya, światła na budynku sklepu udawały zamek, ale mi było zupełnie nebajkowo.
Wreszcie dotarliśmy na ulicę i tu okazało się, że o bliższym podejściu można tylko marzyć, bo policja zamknęła ulicę. 
Kiedy udało nam się szczęśliwie wyrwać z tej obłąkanej rzeki ludzi, nawet moje dzieci miały niewyraźne miny. 
Zaczęłam się zastanawiać, czy to jest kwestia wieku, czy usposobienia. 
Doszłam do wniosku, że chyba głównie wieku – gdybym 20 lat temu znalazła się w takim tłumie, pewnie świetnie bym się bawiła. Widziałam kupę rozchichotanych nastolatek, które bez przerwy robiły sobie zdjęcia, wyraźnie dobrze spędzając czas i nie zwracając kompletnie uwagi na nic. 
A ponieważ nie jestem już nastolatką (całe szczęście, bo dorastać w obecnych czasach to niezłe wyzwanie), czułam tylko ból kręgosłupa i potworne zmęczenie.
Nasyceni widokami zgodnie udaliśmy się w drogę powrotną. Po dotarciu na „nasze tereny” uderzyła nas cisza i świeże powietrze. 
Tłum, jak wiemy, może pachnieć różnie, ale raczej nie różami.
Wracając na koniec do naszych upojnych chwil w Wielkim Jabłku, byłam świadkiem sceny, która zapadła mi w serce. 
Stałam i podziwiałam te wszystkie świecące cuda przy słynnej choince, kiedy zwróciłam uwagę na mężczyznę, który znajdował się przede mną. 
Był bardzo niski, pochodzący z Ameryki Południowej (tak przynajmniej myślę) i rozmawiał przez telefon, używając kamerki. Chociaż nie należę do bardzo wysokich kobiet, i tak przewyższałam gościa o głowę. Dzięki temu mimowolnie widziałam ekran jego telefonu. 
A on pokazywał choinkę i lodowisko swojej żonie i małemu synkowi, jednocześnie ich widząc. Oni siedzieli sobie gdzieś w blasku dnia, na jakimś ciepłym pustkowiu z malutkim domkiem w tle, a on stał sam w czapce, marznąc, i pokazywał im amerykańskie marzenie.