niedziela, 20 września 2026

Menopauza i żyrafki, czyli być kobietą (wyzwoloną)

Jestem książkowym przykładem na to, co się dzieje z kobietą, kiedy w pewnym momencie życia zatrzymuje się i zaczyna wreszcie żyć dla siebie.

Jak każda przedstawicielka „płci pięknej” w wieku „balzakowskim” nie miałam wyjścia i musiałam spotkać się z menopauzą. 

Obserwując przez lata kobiety, stwierdziłam, że przekwitanie można podzielić na dwa rodzaje: psychiczne i fizyczne.
Dla otoczenia znacznie lepszy jest wariant fizyczny, bo uderzenia gorąca nie biją postronnych świadków, a poty, już nawet nie te „siódme”, nie zalewają członków Rodziny. Ewentualna osteoporoza również skupia się tylko na biednej kobiecie. 

Wariant psychiczny, aczkolwiek pozornie mniej widoczny, jest dużo gorszy. I nie chodzi tu już o kiepski stan emocjonalny, ale niestety u niektórych kobiet menopauza drastycznie zmienia charakter – i raczej nigdy nie na lepszy. 
Istnieje jeszcze wyniszczająca kombinacja tych dwóch wersji. Myślę, że po czymś takim kobiety już nigdy nie odzyskują w pełni dawnych siebie.

Odkąd zaczęłam się interesować tym tematem, od bezpośrednio zainteresowanych zawsze słyszałam tylko narzekania. 
I wiem, że zabrzmię teraz jak szalona, ale mnie – przynajmniej jak do tej pory – menopauza przyniosła same dobre rzeczy. 

Przede wszystkim świetne samopoczucie, związany z tym wewnętrzny spokój i to najważniejsze, obezwładniające poczucie wolności. Silne przekonanie, że nic już nie muszę, ale absolutnie wszystko mogę. 

Ogólnie przekwitanie kojarzy mi się z odzyskiwaniem harmonii. Myślę, że wiąże się to z zawirowaniami hormonalnymi, które nawet najodporniejsze jednostki potrafią wykończyć, a które menopauza skutecznie wycisza. Być może dlatego, że nie ma już tam co wirować.

Prawdopodobnie jestem tak dobrze do niej nastawiona, ponieważ nie miałam prawie żadnych męczących, fizycznych objawów, a psychicznie wręcz odżyłam. Szkoda tylko, że dobre samopoczucie nie ma absolutnie żadnego wpływu na siwiejące włosy i fakt, że pewne części ciała zaczynają bezlitośnie przegrywać z grawitacją. 
Tylko błysk w oczach ciągle jest ten sam, bo dusza nie starzeje się nigdy.

Jest bardzo niewiele rzeczy, których zazdrościłam komukolwiek w swoim życiu, ale zawsze ogromnie żałowałam, że nie mam jakiegoś talentu – nawet tego malutkiego. Jakiejś iskry, która dodałaby blasku zwyczajnej egzystencji. Pogodziłam się z tym faktem, uważając, że wszystkie zdolności w Rodzinie wylosowały już Moja Mama i Córka.
I nagle, wraz z menopauzą na emigracji, uchyliło się jakieś okno w duszy. Pomału przez szparę zaczęły się przeciskać ukryte pragnienia, pomysły i czysto egoistyczna potrzeba stworzenia czegoś tylko dla siebie. 

Podjęłam najpierw nieśmiałe próby i spod moich palców zaczęły wychodzić małe, pokraczne krasnoludki.
Kiedy już urządziłam swój warsztat, musiałam zreperować kilka dekoracji na choinkę. Uczucie, które pojawiło się, gdy wieszałam upiększoną laleczkę, było tak niesamowicie pozytywne, aż wręcz uzależniające. 

Najpierw nieśmiało zaczęłam odnawiać rzeczy, które przywiozłam ze sobą z Polski, a potem zaczęłam namiętnie wyszukiwać skarby w sklepach ze starociami. Patrzyłam na brzydkie, zniszczone przedmioty i wręcz „swędziały mnie palce”, żeby dać im drugie życie. 

Mój Mąż, który często wybierał się ze mną na takie polowania, stwierdził, że dokładnie widzi moment, kiedy patrząc na jakiś wynędzniały świecznik, już wiem, co z nim zrobić, żeby odżył. 
Najwyraźniej po latach małżeństwa nauczył się bezbłędnie rozpoznawać Mój „twórczy błysk” w oku.


Myślę zresztą, że nie tylko mnie sprawia to ogromną przyjemność. Junior, który parę razy woził mnie do sklepów ze starociami, sam w końcu zaraził się tym bakcylem i zaczął mi namiętnie wynajdywać rzeczy do renowacji. 
Ostatnio niesamowicie spodobała mu się trzydziestocentymetrowa figura szachowa i poprosił, żebym pomalowała ją dla niego na biało-czerwono. Tak patriotycznie Go nagle natchnęło. 
A potem zalała mnie fala pomysłów – i to uczucie było lepsze niż wszystkie używki i antydepresanty razem wzięte.

Zdaję sobie sprawę, że stało się tak nie tylko ze względu na moje „uśpione zdolności”, ale również dzięki Mojemu Mężowi. Przejął na swoje barki całe utrzymanie Rodziny, a to umożliwiło mi – w oderwaniu od Ojczyzny i wszystkich dotychczasowych zobowiązań – odnaleźć ten brakujący, najważniejszy element siebie. 
To było jak ułożenie ostatniego elementu układanki. Wreszcie wszystko zaczęło mieć głęboki sens.

A ostatnio Mój Mężuś podsunął mi dwie zdewastowane żyrafki, które przywiózł ze swojego domu rodzinnego w nadziei, że im też zaoferuję drugie życie – tym razem już z nami, na emigracji.



środa, 16 września 2026

Algieria i Ameryka, czyli wszędzie dobrze…

 Mówi się: „co kraj, to obyczaj”. 

Uważam, że bez względu na to, jak dużo podróżuje się po świecie, tak naprawdę poznaje się dane miejsce dopiero wtedy, gdy pomieszka się w nim przez minimum dwa lata. 
Obliczyłam, że odwiedziłam ponad trzydzieści krajów, niektóre z nich wielokrotnie.
Jako nastolatka mieszkałam w Algierii przez ponad dwa lata – nawet zdałam tam maturę. Mój Tata wykładał na uniwersytecie. 
Tamten pobyt, oprócz mnóstwa wspaniałych wspomnień, zdjęć i pamiątek, uzmysłowił mi przede wszystkim, co oznacza w praktyce bycie kobietą w kraju muzułmańskim. 
I wierzcie mi, nie jest to bynajmniej baśń z tysiąca i jednej nocy. Jest to o tyle szokujące, że mimo młodego wieku byłam w stanie ocenić sytuację niezwykle dojrzale i tak też się zachowywać.
Mieszkając w Stanach Zjednoczonych od dziewięciu lat, już jako jednostka w pełni ukształtowana, zaczęłam się poważnie zastanawiać, jak bardzo poszerzyły mi się przez ten czas horyzonty. 
Nie jestem już nastolatką (całe szczęście), mam już niezły bagaż doświadczeń pod pachą i doprawdy niełatwo mnie zaskoczyć. Ameryce się jednak kilka razy ta sztuka udała – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie.
Pierwszym i największym chyba szokiem były dla mnie tutejsze stosunki międzyludzkie oraz jakość jedzenia. I jedno, i drugie pozbawione smaku, tylko pozornie wyglądające zachęcająco. 
O ile bardzo specyficzne relacje społeczne w Algierii – podobnie zresztą jak w Stanach – nie nastrajały mnie specjalnie entuzjastycznie, o tyle pod względem kulinarnym to był zupełnie inny świat. 
Mimo upływu tylu lat wciąż pamiętam intensywny zapach ziół, słodycz ciastek i wielkie stosy pomarańczy leżących na ziemi na tamtejszych bazarach. Oczywiście brakowało mi tam polskiego chleba, tak samo jak teraz w Stanach, ale same artykuły spożywcze były naprawdę bardzo smaczne.
Pomimo diametralnie różnych kultur, paradoksalnie w obydwu tych krajach pewne wzorce zachowań wydają mi się bardzo podobne. Mianowicie: brak głębokiej szczerości w relacjach i reakcjach. Nieśmiertelne amerykańskie powitanie, które jest zwykłym pytaniem o samopoczucie, a na które nikt tak naprawdę nie chce znać prawdziwej odpowiedzi, przypomina mi pewną historię z młodości.
Miałam wtedy niespełna siedemnaście lat, a wyglądałam na czternaście i pół. Mojego Tatę bardzo często odwiedzali koledzy z uczelni, głównie Algierczycy. Po pewnym czasie zaczęli pojawiać się w towarzystwie swoich bratanków, siostrzeńców i kuzynów dziesiątego stopnia – wszyscy oczywiście w wieku poborowym, tak między osiemnaście a dwadzieścia lat. 
Nudziły mnie strasznie te odwiedziny, głównie z powodu całkowitego braku możliwości komunikacji. Chłopaki znały angielski dokładnie tak samo, jak ja arabski, czyli mogliśmy całymi godzinami napawać się głęboką ciszą.
Po kilku takich spotkaniach panowie przeszli jednak do natarcia i zaproponowali małżeństwo. Mnie, oczywiście, nie Tacie. 
I tu nastąpił moment, który idealnie pokazał nie tylko to, że nie można było szczerze na taką prośbę odpowiedzieć, ale również jak mądrym człowiekiem był Mój Ojciec. Wiedząc, że kategoryczna odmowa i urażenie dumy tych wszystkich ludzi absolutnie nie wchodziły w grę, Mój Tata ze śmiertelną powagą stwierdził, że jest głęboko wzruszony i o niczym więcej nie marzy. Niestety – dodał z ubolewaniem – obiecał mnie już wcześniej w Polsce i potencjalny narzeczony tylko czeka, aż skończę osiemnaście lat. 
Ochotnicy do ożenku bez mrugnięcia okiem zaakceptowali sytuację. Nazwali Mojego Ojca człowiekiem honoru, który doskonale wie, jak wychowywać Córkę, i dalej wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tyle że już bez nalotów potencjalnych narzeczonych.
Zaraz na drugim miejscu uplasował się szok związany z ogólnym poziomem wiedzy w amerykańskim społeczeństwie. Zwłaszcza geografia świata jawi się w Stanach większości jak sztuka tajemna. Żeby się o tym bolesnym fakcie przekonać na własne oczy, wystarczy obejrzeć pierwszy z brzegu amerykański teleturniej i zwyczajnie zapłakać przed ekranem. 
I tutaj też przypomina mi się autentyczna anegdotka z Algierii. Mój Tata, jako lekarz weterynarii, wbijał studentom do głowy różne mądrości. Między innymi pokusił się o przedstawienie układu krwionośnego. W tym celu rozrysował wszystko na wielkiej tablicy i chcąc graficznie oddzielić krew żylną od tętniczej, jedną narysował czerwoną, a drugą niebieską kredą. 
A potem, podczas kolokwium, dostał od studenta opis, że serce pompuje w organizmie czerwoną i niebieską krew.
Poziom edukacji przekłada się, co jest rzeczą oczywistą, na wiele kluczowych dziedzin codziennego życia. W efekcie dobrego lekarza trzeba w Ameryce ścigać, od nauczycieli bardzo często uciekać w popłochu, a we wszelkiego rodzaju urzędach modlić się do wszystkich sił wyższych o natychmiastowy cud. 
Chociaż pod tym ostatnim względem to wygląda dokładnie tak samo jak w Polsce.
Urzędy w Algierii, podobnie jak w starym, dobrym PRL-u, to były udzielne księstwa. Trzeba było olbrzymich zdolności dyplomatycznych i jeszcze większych prezentów, żeby cokolwiek załatwić. Jednym słowem: w Algierii i w Polsce w czasach słusznie minionych rządziły pokora i łapówki, a w Stanach obecnie liczy się tylko pokora. 
Biurokracja i sztywne przepisy mogą być straszne wszędzie. W Stanach po raz pierwszy zobaczyłam, że tutejsze procedury są ważniejsze od zdrowia, a nawet życia. 
Uważam, że w dobie „podbijania kosmosu” opieka medyczna powinna być dostępna dla każdego wszędzie. I nie uważam, że jest to utopijne pragnienie. 
Skoro chcemy przeprowadzać ludzkość na inną planetę, może najpierw stwórzmy godne warunki do życia na tej, na której obecnie mieszkamy.
Gotowanie Polacy mają we krwi i nikt nie wyobraża sobie, żeby wychowywać Dzieci bez podstawowych umiejętności kulinarnych. 
W Algierii było podobnie, oprócz faktu, że oczywiście nie gotowali tam mężczyźni. 
Podczas wszystkich uroczystości rodzinnych czy świąt kobiety zawsze przygotowywały tony jedzenia. W porównaniu do algierskich świąt nasza wyżerka bożonarodzeniowa to zaledwie delikatna przekąska. 
O jedzeniu w USA krążą już legendy i nie ma w nich niestety żadnej przesady. Oprócz codziennego, śmieciowego jedzenia i legendarnego już makaronu z serem (tutejszego sławnego Mac & Cheese), jedynym kulinarnym zrywem pozostaje serwowana raz do roku wielka uczta na Święto Dziękczynienia. 
Bywałam w wielu domach, w których kuchnie – poza mikrofalówką, oczywiście – nie były w ogóle używane. 
Zawsze zastanawiałam się, jak w ten sposób wychowuje się Dzieci w Stanach. Doszłam do wniosku, że dzieciaki są karmione przez całe życie gotowymi produktami i półproduktami – najpierw ze słoiczków, a potem z taśmy różnych restauracji i stołówek. 
I jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało, im ktoś jest biedniejszy, tym ma większe problemy z otyłością. Gorsze jakościowo artykuły spożywcze są tańsze. Syrop skrobiowy, który jest obecny prawie we wszystkim, jest szkodliwy dla zdrowia i z punktu widzenia konsumentów nie ma żadnych zalet. Jest za to lubiany przez producentów żywności, ponieważ jest bardzo tani i łatwo dostępny.
I na koniec popularny obecnie temat deportacji. Oczywistym faktem jest, że jako Polka nigdy nie musiałam się martwić o deportację we własnym kraju. 
W Algierii też osobiście się o to nie martwiłam, za to bardzo mocno martwili się Moi Rodzice. Było tam kilka głośnych przypadków, kiedy cudzoziemcy zostali wydaleni z kraju za „niegodne” zachowanie, i to w trybie błyskawicznym. 
O tym, jak ta sytuacja wygląda obecnie w Stanach Zjednoczonych, wiedzą chyba wszyscy. 
Inny kontynent, inne tysiąclecie, ale ciągle obecna i paraliżująca obawa, że można zostać z dnia na dzień wyrzuconym, pozostaje dokładnie taka sama. 
Można kupić w Ameryce dom, przebywać legalnie, płacić podatki ale myślę, że codziennie wszystkim imigrantom towarzyszy głęboko ukryty strach, że ich przyszłość zależy od bezdusznego systemu i kaprysu ludzi u władzy.

niedziela, 13 września 2026

Wyspa Kobiet, czyli powrót do Meksyku

 Rok temu na następną podróż poślubną śmignęliśmy do Meksyku. 

Parę lat temu byliśmy całą Rodziną w Cancún, a ponieważ wspominaliśmy ten pobyt bardzo pozytywnie, polecieliśmy tym razem tylko we dwójkę. Junior został na stanowisku, dowodząc jednym kotem z problemami emocjonalnymi i psią sforą. 

Zostawiliśmy go z pełną lodówką i życzeniem, że nieważne, w jakim stanie zastanę dom, byle stał, i on oraz wszystkie zwierzaki były żywe i zdrowe.

Jak zaczęliśmy mieszkać w Stanach, było dla mnie oczywiste, że wreszcie dotrzemy na Karaiby. I tak się stało. 
Barbados był pierwszą „rajską” wyspą, jaką zobaczyłam w moim życiu. Wiązałam z tym wyjazdem ogromne plany, bo marzyłam o uratowaniu stada małych żółwików. Nie udało się, aczkolwiek Barbados jest przepiękny. 
Odłożyłam to marzenie do pudełka zatytułowanego „marzenia niespełnione”.
Ogłuszeni przykrą rzeczywistością wybraliśmy się do Meksyku w październiku, czyli co najmniej dwa miesiące przed sezonem. Co okazało się niezwykle trafionym pomysłem, bo pogoda była wspaniała, ciepły deszcz od czasu do czasu był, za to nie było tłumu ludzi.

I oto w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałam, na plaży w Cancún, pod leżakiem dwa metry od nas, wylęgły się żółwie.
Właśnie relaksowaliśmy się na piasku, kiedy nagle koło nas zrobiło się poruszenie. 
Nieliczna grupka plażowiczów rzuciła się w naszym kierunku. Zaniepokoiłam się lekko, ale okazało się, że celem ich ataku nie byliśmy my, tylko leżak stojący tuż obok. 
Razem z nimi leciał pracownik hotelu z plastikowym wiadrem. Mój Mózg nie mógł zrozumieć, dlaczego wszyscy są tacy rozentuzjazmowani widokiem starego wiadra. 
Mój Mężuś, z racji słusznego wzrostu niejako prawie z lotu ptaka, stwierdził, że mam też lecieć podziwiać to wiadro. 
Widząc moje niedowierzanie, powiedział jedno słowo: „Żółwiki”.
Wystartowałam jak petarda. Dopadłam do wiadra, a tam kłębiło się stadko dopiero co wylęgłych żółwi. 
Pracownik plażowy hotelu rył cały czas w piachu jak dzik w poszukiwaniu trufli, żeby nie przegapić żadnego malucha. Okazało się, że przegapił jednego i na drugi dzień znalazł go turysta. Ponieważ siedział koło mnie – turysta oczywiście, bo żółw raczej się czołgał – zanim dopadł nas ratownik żółwikowy z kolejnym wiadrem, mogłam go potrzymać. 
Okazało się, że przetrzymują te żółwie do nocy, a potem wypuszczają je do wody, żeby ich nic nie zeżarło po drodze. 
I tak oto wyjęłam marzenie z jednego pudełka i wsadziłam do drugiego, zatytułowanego „nigdy nie wiadomo, kiedy spełnią się marzenia”.

Przygoda z żółwikami wylała trochę balsamu na moją duszę.
Praktycznie zawsze, jak jesteśmy na wakacjach gdzieś nad wodą – a zawsze jesteśmy nad wodą – to wybieramy się na wycieczkę katamaranem z atrakcjami. 
Tym razem wybraliśmy się na Wyspę Kobiet, czyli Isla Mujeres. Najpierw popłynęliśmy obejrzeć podwodne rzeźby w kształcie dłoni. 
Część turystów została na pokładzie, a grupka razem z ratownikiem zdecydowała się płynąć w maskach z rurkami. 
Katamaran odpłynął – okazało się, że będzie na nas czekał po drugiej stronie podwodnego rezerwatu. I tak przez godzinę płynęliśmy, a nasz opiekun unosił się koło nas w pomarańczowym kole ratunkowym jak gumowa kaczuszka w kąpieli.
Od czasu do czasu otaczały nas różne kolorowe rybki. Morze Karaibskie zdecydowało się pokazać odrobinę zadziornego charakteru i falowało bardzo energicznie. 
Po pewnym czasie zaczęłam lekko opadać z sił, ale dzielnie parłam naprzód, zachowując się bezczelnie jak rybka na wielorybie – przyssana do Męża.
Podpłynęliśmy do rzeźb. Zanurkowałam i zobaczyłam krąg sporych rzeźb przedstawiających dłonie z wyciągniętymi palcami. 
Morze uparcie wypychało mnie do góry, ja parłam na dół. Wynurzyłam się wreszcie wymęczona, łapiąc desperacko oddech. Woda zalewała mi oczy, bo w międzyczasie ściągnęłam maskę. I wtedy wydarzyło się coś metafizycznego. 
W ciągu ostatnich niespełna dwóch lat musiałam zmierzyć się wielokrotnie ze śmiercią bliskich osób. Nie miałam tak naprawdę możliwości, żeby zatrzymać się i pozwolić sobie na żałobę. 
Wtedy w Meksyku, kiedy wynurzyłam się z wody, nasz opiekun spojrzał na mnie i powiedział: „Wszystko, co się rodzi, musi umrzeć”. 
Zamarłam. Oczywiście był to wstęp do wyjaśnień dotyczących rzeźb. Ale mimo wszystko to był jeden z tych momentów, które pamięta się przez całe życie.
To jedno zdjęcie nie jest moje.
Dotarliśmy do katamaranu, na pokładzie którego opalała się zrelaksowana większa część naszej grupy. 
Po godzinnym zmaganiu z falami wyglądaliśmy jak ofiary kataklizmu. 
Potem obraliśmy kurs na Isla Mujeres. Wyspę nazwali tak hiszpańscy „odkrywcy”, ponieważ była poświęcona bogini płodności – znaleźli na niej mnóstwo figurek kobiet, pozostawionych tam przez pielgrzymki modlące się o błogosławieństwo.
To był jeden z tych dni, kiedy ma się wrażenie, że natura ma poczucie humoru. Pogoda zmieniała się jak w Szkocji. 
Najbardziej surrealistycznym doświadczeniem był obiad w restauracji w „dżungli”, na świeżym powietrzu, w ulewnym deszczu. 
Ciepła na szczęście woda zalewała ludzi i jedzenie, ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. Po obiedzie wyszło słońce, wysuszyliśmy się i pojechaliśmy zwiedzać wyspę.
Sama forma podróżowania już była przygodą – mianowicie jeździliśmy wózkami golfowymi. 
To było wyzwanie. Czułam się „goła”. Normalnie człowiek w samochodzie jest otoczony metalem i szkłem, tutaj byłam otoczona głównie powietrzem. 
Mąż prowadził, ja siedziałam obok, a z tyłu siedział oddelegowany do opieki nad nami ochroniarz, który pilnował, żebyśmy nie skończyli w rowie. 
Całe szczęście, że mieszkańcy wyspy są przyzwyczajeni do widoku turystów z obłędem w oczach w wózkach golfowych i są bardzo wyrozumiali dla bladych łajz szalejących na drogach.
Jednym z punktów wycieczki była wizyta na klifie, na którym znajdowały się posągi Majów. 
O ile rzeźby były jak dla mnie ociupinkę za nowe, o tyle widok wynagradzał wszystko. 
Cały konwój wózków golfowych zatrzymał się przed wejściem i nasz ochroniarz dał nam piętnaście minut na zwiedzanie. 
Tylko że biedak nie przewidział, że niewiele rzeczy jest w stanie zniechęcić i zatrzymać rozpędzoną, pełną entuzjazmu Polkę. Przegoniłam Męża po całym klifie, częściowo znowu w deszczu. Śmigałam tam jak gazela, a biedny ochroniarz usiłował nas wołać. 
Kiedy usatysfakcjonowana wrażeniami dotarłam do wózka, spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem. Lekkim, bo był bardzo sympatycznym gościem.