Pomimo upływu lat, drastycznych życiowych zawirowań i różnorakich doświadczeń wciąż pozostałam optymistką – mam nadzieję, że wieczną.
Do tej pory w moich postach, oprócz sceptycyzmu i krytyki emigracji, pojawiały się również zachwyty. Stwierdziłam ostatnio, że może nie były dostatecznie widoczne, i dlatego dzisiaj nie będzie nawet jednego negatywnie nastawionego wykrzyknika. Napiszę o wszystkich rzeczach, które mi się podobają w Ameryce.
Zaczynając od podstaw, uwielbiam amerykańską przestrzeń w każdym tego słowa znaczeniu: duże działki, przestronne domy z wieloma łazienkami i samochody w wersji XXL. Oczywiście nie oznacza to, niestety, że wszyscy Amerykanie mogą się cieszyć takimi luksusami. Jak wszędzie, nie każdego jest na to stać.
Ameryka ma coś, czego nie widziałam nigdzie indziej – bezpieczne, często nieogrodzone przedmieścia, pełne domów, zieleni i dzikich zwierząt.
Jako miastowy dzieciak ciągle mam opory, żeby maniakalnie nie pilnować zamykania drzwi. w ciągu dnia domy stoją otworem, co poniektóre nawet w nocy. Tutaj już nie jestem taka wyluzowana, bo jednak zdrowy rozsądek trzeba mieć.
Nie sądzę, żebym kiedykolwiek w Polsce zdecydowała się na posiadanie domu. w Stanach nie mam z tym problemu – to jest taka musująca mieszanka poczucia wolności i bezpieczeństwa.
To jest jak idealne połączenie miasta ze wsią. Dom z ogrodem, bez konieczności pracy na roli, za to z regularnymi odwiedzinami jeleni, lisów, królików, szopów oraz sokołów i mnóstwa innych ptaków. To życie w bańce na łonie natury, w ciszy, z jednoczesną możliwością zatopienia się w cywilizacji po przejechaniu paru kilometrów.
Mimo że doświadczam tych wrażeń już od dziewięciu lat, za każdym razem, jak widzę stado jeleni, to wzdycham z zachwytem.
Domy, oprócz słusznych rozmiarów, mają zawsze kilka łazienek. W praktyce każdy z mieszkańców ma swoją. I to w przypadku posiadania Dzieci, a zwłaszcza nastolatków, jest czystym luksusem.
I jest jeszcze indiańskie lato, czyli amerykańskie „babie lato”. Zaczyna się we wrześniu i kończy na początku listopada. Ze względu na przewagę drzew liściastych to, co wyczynia tutaj natura, to jest temat na poemat.
Nawet nie spróbuję opisać tego wodospadu kolorów, które dodatkowo zmieniają się praktycznie codziennie. Kiedy podczas spacerów robiłam zdjęcie tego samego drzewa, za każdym razem wyglądało inaczej.
Pod postem zamieszczam zdjęcia – część z tego roku i większość z ubiegłych lat. Ludzie przyjeżdżają na Wschodnie Wybrzeże, żeby podziwiać to zjawisko.
Jak byłam dzieckiem, to w Polsce były cztery pory roku. Teraz zmiany klimatyczne postawiły wszystko na głowie. w Stanach na Wschodnim Wybrzeżu jest mroźna zima ze śniegiem, piękna wiosna, która trwa dłużej niż tydzień, kolorowe, upalne lato i powalająca kolorami jesień. Kończąc temat natury, Ameryka ma dostęp do oceanu, a nawet trzech, a plaże są ogromne, piaszczyste i piękne.
Amerykanie, w odróżnieniu od Europejczyków, nie całują się przy powitaniu jak z dubeltówki. Zamiast cmokania obejmują się i te amerykańskie „miśki” mają w sobie moc.
Wytworzyli też swojego rodzaju „zewnętrzny savoir-vivre”. Są uśmiechnięci, nawet jak nie mają z czego się cieszyć, i uprzejmi, nawet jeżeli mają komuś ochotę przyłożyć. Oczywiście zdarzają się wyjątki, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
A czasami ich zachowanie przywraca mi wiarę w ludzkość. I tutaj będzie prawdziwa historia z życia.
Moja Córka skończyła studia i razem ze swoim chłopakiem zamieszkała około czterech, pięciu godzin jazdy od domu. Jako świeżo upieczona pani magister znalazła pracę o nieludzkich godzinach – od trzeciej po południu do prawie północy. Obok mieszkania, które wynajmuje Moje Dziecko, mieska pani Afroamerykanka, ok. 75-letnia. I ta kobieta co wieczór czeka, aż Moja Córka wróci do domu – stoi przed swoim mieszkaniem, dopóki ona nie wejdzie bezpiecznie do swojego. Potężna czarna kobieta pilnuje drobniutkiej blondyneczki. Dodatkowo często dzieli się z Moją Córką i jej chłopakiem przygotowanym przez siebie jedzeniem. I ten fakt sam w sobie nie byłby czymś niezwykłym, bo Amerykanie dość często dają wałówkę lubianym sąsiadom, ale ona sama potrzebuje pomocy i dostaje specjalne kupony na jedzenie z opieki społecznej.
Pozostając w tematach uczuciowych, amerykańskie Święta Bożego Narodzenia, dla kogoś, kto je lubi, to jest jak wejście do krainy marzeń. Już od października dekoracje świąteczne, z obowiązkowymi szkockimi kratkami i nieśmiertelnym Disneyem, zalewają sklepy. Samo podziwianie tych cudów jest przygodą. Amerykanie dodatkowo nie ograniczają się do choinek i girland w domu. Zarówno na Halloween, jak i na Boże Narodzenie domy świecą jak latarnie morskie, a na trawnikach można znaleźć wszystko – od Mikołaja na saniach, przez jelenie, smoki, pingwiny, na miśkach polarnych skończywszy. Wszystko się świeci, gra i często rusza. A ponieważ Amerykanie lubią sobie ułatwiać życie, praktycznie prawie wszystko jest na pilota: świeczki na stół, sztuczne choinki i oświetlenia domów.
Pozostając w temacie konsumpcyjnego rozpasania, amerykańskie sklepy również dostarczają wrażeń – pozytywnych, oczywiście. Wiele markowych ubrań, butów i perfum można kupić taniej niż w Polsce. Jak pierwszy raz poszłam na takie zakupy, to byłam pewna, że to są podróbki. Uczciwie oświadczam: nie są.
Początki mojej emigracji nie były łatwe. Wszystkie te drobne i wielkie cuda, które mi się tutaj codziennie przydarzają, umacniają mnie w przekonaniu, że pomimo faktu, że nie wiem, co przyniesie przyszłość, przynajmniej na razie znalazłam swoje miejsce.























































































