środa, 1 lipca 2026

Cargo pełne łez

Długo zastanawiałam się, czy umieścić ten wpis, ponieważ jest niezwykle osobisty, a zarazem mocno różni się od reszty postów. W życiu niestety zdarzają się sytuacje, kiedy okoliczności spychają człowieka pod ścianę i może już w nią tylko walić głową. To był właśnie taki moment. Jednak w chwili, kiedy już miałam uderzyć w mur, znaleźli się ludzie, którzy podłożyli mi poduszkę.
W momencie, kiedy zdecydowaliśmy się na emigrację, dla wszystkich było oczywiste, że będziemy mieli dwa domy. Jeden w Warszawie, gdzie zamieszkali moi rodzice, i drugi, nowy w Stanach. Pomimo że podczas przeprowadzki do Ameryki zabraliśmy ze sobą wiele rzeczy, większość została i moi rodzice dzielnie stanęli na straży naszego polskiego „majątku”.
Przez pierwsze pięć lat, kiedy wynajmowaliśmy dom, uczucie rozdwojenia serca – bo „tam dom, gdzie serce twoje” – było stosunkowo niewielkie. Kiedy jednak kupiliśmy własny dom, pojawiło się rozdarcie nie do zacerowania. Fakt, że zdecydowaliśmy się na tak poważny krok, jakim jest zakup nieruchomości w obcym kraju, daleko od ludzi i miejsc, które kochaliśmy, zmieniał wszystko. Przede wszystkim zniknęło poczucie tymczasowości i obawa, że w każdej chwili ktoś może cię wyrzucić, zabronić trzymania zwierzaka albo po prostu przyjść i wykarczować wszystko, co zielone w ogrodzie. Razem z ciężarem odpowiedzialności za ogromny kredyt oraz nieustannymi, małymi i dużymi naprawami, pojawiło się uczucie błogiego spokoju.
I w takiej sielance, mimo pandemii, przeżyliśmy dwa lata. Śmierć moich rodziców w ciągu pół roku zmieniła wszystko. Stanęłam przed zadaniem, które w normalnych warunkach byłoby niezwykle ciężkie, a po śmierci Matki stało się czystą traumą. Musiałam zlikwidować nasze mieszkanie w Warszawie, żeby wystawić je na sprzedaż. Musiałam to zrobić sama, bo mąż musiał wrócić do Stanów.
Przytomnie zostawiłam sobie do pomocy panią, która opiekowała się moimi rodzicami, i była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu. Oprócz wsparcia moralnego była to pomoc w ciężkiej, fizycznej pracy. Robiłam selekcję rzeczy do oddania, wyrzucenia i zabrania do Stanów. W praktyce chodziłam po mieszkaniu i podejmowałam setki decyzji, co zatrzymać w naszym życiu, a czego się pozbyć na zawsze. Ja decydowałam, a pani Ania (Anioł pod przykrywką) chodziła za mną i płakała.
O ile meble, chociaż bardzo je lubiłam, mogłam oddać, o tyle problemem okazały się te wszystkie drobne rzeczy, które zalegają w każdym domu. Pamiątki, książki, „kryształy rodowe” – w większości przedmioty nieposiadające prawie żadnej materialnej wartości, za to naładowane emocjami, piętrzyły się przede mną, a wybór był wręcz fizycznie bolesny. Mieliśmy ponad trzy tysiące książek, oddałam dwa i pół tysiąca. Reszta miała trafić do naszego domu w Ameryce.
Ciekawa sprawa z książkami – im są starsze, tym trudniej się ich pozbyć. Z ciężkim sercem, ale w miarę sprawnie pakowałam te najnowsze. Pomału robiło się coraz trudniej, aż doszłam do momentu, w którym nie byłam w stanie oddać reszty. Podobnie rzecz się miała z innymi przedmiotami. W pewnym momencie osiągnęłam stan, w którym nie mogłam stracić już nic więcej.
Wtedy pojawiła się firma transportowa, która za ciężkie pieniądze miała przewieźć drogą morską wszystko ładnie popakowane w kartony. Ponieważ była to tzw. drobnica, liczba kartonów była ograniczona. Już podczas pierwszego spotkania zapoznawczego pan koordynator uświadomił mi brutalną prawdę, że nie wszystko się zmieści. Poradził, żebym pożegnała się z pościelą, kocami i ręcznikami.
Na tym etapie zaczęłam już pomału tracić ludzkie odruchy. Zakupiłam cztery dodatkowe walizki do samolotu, a ponieważ w międzyczasie do Polski dotarł Junior, pojawiła się nie tylko pomoc, ale również dodatkowy limit bagażu. W efekcie do Stanów wracaliśmy z sześcioma wielkimi walizkami i dwiema podręcznymi, ale to było potem.
Razem z panią Anią zapakowałam cztery walizki, modląc się w duchu, żeby to wystarczyło. Pozostałe rzeczy leżały w stosach ułożonych na podłodze, w tym wszystkie moje ukochane książki. Dokładnie wtedy, według planu, stawili się panowie od przeprowadzki – trzech „pakowaczy”, z czego jeden zarządzał całym procesem.
Ze względu na liczbę rzeczy proces pakowania miał się odbywać na zasadzie priorytetów. Całe mieszkanie zostało podzielone na sektory. Planowo panowie mieli zacząć od najważniejszych przedmiotów, a jeżeli starczy miejsca – spróbować dopakować coś mniej priorytetowego.
Jeżeli ktoś nie wie, jak wygląda procedura pakowania tzw. mienia przesiedleńczego, już wyjaśniam. Wszystko muszą pakować specjaliści, nic nie można upchnąć, ścisnąć czy ogólnie pokombinować. Rozstawiają stanowiska pracy i uzbrojeni w papier, folię bąbelkową oraz kilometry taśmy klejącej – pakują. Ja mogłam tylko siedzieć i bezsilnie obserwować. Kiedy po opróżnieniu tylko dwóch półek okazało się, że zamknęli trzy kartony, a to nawet nie był jeden procent całości, zaczęłam płakać. Siedziałam i po policzkach leciały mi łzy w zupełnej ciszy.
W panią Anię, oazę spokoju, dosłownie trafił szlag. Najpierw mnie zwymyślała, potem pocieszyła, a na końcu kazała zamknąć się w pokoju i zająć czymś konstruktywnym. W moim przypadku oznaczało to załatwianie masy formalności, które pojawiają się po śmierci bliskiej osoby. Po prostu ubaw po pachy.
Panowie pakowacze bardzo szybko zorientowali się, że sytuacja ociupinkę odbiega od standardowej wysyłki. Moja hierarchia wartości była, delikatnie rzecz ujmując, interesująca. W oczach postronnej osoby mój sposób selekcji – opierający się na wybieraniu „śmieci” zamiast przedmiotów wartościowych – mógł wydawać się dziwny. Po krótkiej informacji, dlaczego likwiduję mieszkanie, powiedzieli mi, żebym się nie martwiła. A ja patrzyłam, jak rośnie sterta kartonów, a rzeczy do zapakowania jakoś nie ubywa. Widziałam, że dadzą radę z „rodowymi zastawami”, ale ja miałam wielką walizkę zdjęć i ponad 500 książek. Wiedziałam, że będę musiała coś poświęcić.
Po powtórnej próbie obserwacji postępów pakowania poddałam się i zamknęłam w pokoju. Stwierdziłam, że muszę chociaż na chwilę odizolować się od tego dramatu, bo padnę klasycznym trupem – i to nie tylko w sensie metaforycznym. Po godzinie wzięłam się w garść, gotowa stawić czoło strasznej rzeczywistości. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że zdjęcia i wszystkie książki zniknęły. Pan szef pakowacz spojrzał na mnie i powiedział: „Już teraz może pani być spokojna, bo to przecież na tych książkach pani najbardziej zależało, prawda?”. Skąd to wiedział? Pozostanie to dla mnie tajemnicą.
Panowie podeszli do pakowania mojego dobytku w sposób kreatywny – zamiast folii i papieru użyli pościeli i ręczników. I nieważne, czy zrobili to z litości, uprzejmości, czy po prostu byli przyzwoitymi ludźmi. Zamknęli w sumie 60 kartonów różnej wielkości. Udało im się zapakować wszystko. Na przekór planom i realnym możliwościom – dokonali niemożliwego.
Pani Ania ugościła ich pierogami domowej roboty w ilościach hurtowych, a ja podpisałam protokół. Podczas gdy panowie pożywiali się, ja trwałam w niedowierzaniu. W końcu stwierdziłam: „Udało wam się zapakować całe moje życie”, na co jeden z nich odpowiedział, że ma wielką nadzieję, że nie. Poprawiłam się: „Zapakowaliście wszystkie moje wspomnienia”. Panowie, totalnie wyluzowani, aczkolwiek trochę wzruszeni, stwierdzili, że przecież mówili, że mam się nie przejmować.
Przekonanie, że dobrych ludzi jest coraz mniej na tym świecie, może i jest prawdą, ale z całą pewnością można jeszcze na nich trafić. W taki sposób moje cargo popłynęło do Stanów. A jak odbyło się rozpakowywanie – to już zupełnie inna historia.

sobota, 27 czerwca 2026

Krasnoludki są wśród nas, czyli gnomki i Ja


Po osiągnięciu (z westchnieniem to przyznaję) wieku okołomenopauzalnego, przeżyciu pandemii, dwóch poważnych operacji i wieku dojrzewania moich dzieci (jedno jeszcze w trakcie procesu), zupełnie egoistycznie zaczęłam świadomie robić coś dla siebie.

Zaczęło się niewinnie od przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia w listopadzie dwa lata temu. Po oficjalnym zakończeniu rehabilitacji okazało się, że oprócz kilkunastu tytanowych elementów w ciele dostałam w bonusie możliwość siedzenia bez bólu. I ten fakt zapoczątkował niezwykle zaskakujący bieg wydarzeń. Melodramatycznie rzecz ujmując – zmienił moje życie.
Tutaj mały wtręt. Amerykanie przygotowują się do wszystkich świąt z dużym wyprzedzeniem. Już się do tego przyzwyczaiłam. Na przykład w sierpniu w sklepach króluje już Halloween oraz pojawiają się dekoracje bożonarodzeniowe. Doszłam do takiego stanu, że choinka ze świecącymi lampkami w środku lata w sklepie zupełnie mnie nie szokuje, wręcz jak jej nie ma, to jestem lekko zdezorientowana. Boże, co ze mną zrobiła ta amerykańska rzeczywistość!
Wracając do tematu: dwa lata temu nieśmiało zaczęłam przygotowywać dekoracje świąteczne po amerykańsku, z wyprzedzeniem. I nagle okazało się, że mogę nie tylko kupić gotowe, ale mogę je sama robić – na siedząco, oczywiście. Odkryłam sklep o obiecującej nazwie Dollar Tree, gdzie wszystko można kupić za dolara (plus podatek) i odpłynęłam. Do tej pory jestem stałą klientką. Dziwię się, że nie wystawili mi jeszcze jakiejś diamentowej karty Szalonego VIP-a albo po prostu nie poddali się i nie sprzedali mi po promocyjnej cenie całego sklepu.
Po pierwszych zakupach mój obładowany dobrem wszelakim Mąż ledwo dotarł do samochodu. Jeszcze wtedy nie wiedział, biedak, co go czeka. A czekały go regularne wizyty w tym przybytku. Zaanektowałam stół w naszym salonie, teoretycznie eleganckim i przeznaczonym dla gości. Rozłożyłam wstążki, szyszki, kulki, brokat, bombki i miliard innych rzeczy i zaczęłam tworzyć. Najpierw pojawiły się różne stroiki, potem dekoracje na choinkę, a na końcu gnomki, czyli krasnoludki.
Parę razy widziałam gnomki w Polsce. Charakteryzują się tym, że mają okrągłe noski i czapki zasłaniające oczy. Co ciekawe, pochodzą oryginalnie z Europy. Dlaczego są tak popularne w Ameryce – nie mam pojęcia, ale bardzo się cieszę z tego powodu, bo stały się moją inspiracją.
Otworzyłam mój Warsztat Świętego Mikołaja, jak go nazywał Mąż i dzieci, grubo przed Świętami, ale niestety przed samym Bożym Narodzeniem musiałam go zamknąć. Już nawet nie chodziło o kwestie estetyczne, że w centralnej części domu stworzyłam minifabrykę, ale zaprosiliśmy na Święta Panią Rosołkową wraz z rodziną. Nie było wyjścia, trzeba było wszystko sprzątnąć. Popakowałam wszystko i poczułam się nieszczęśliwa jak pies, któremu ktoś zabrał ulubioną, wymamlaną kość, ewentualnie skarpetkę. Siła tej reakcji zaskoczyła mnie samą.
I wtedy zrobiłam coś szalonego, mianowicie zlikwidowałam pokój gościnny. W ramach prezentu pod choinkę i przy poparciu ze strony członków rodziny zażyczyłam sobie stół i regały. Urządziłam mój własny, całoroczny warsztat gnomkowy i od tego momentu zaczęłam produkować krasnoludki własnego pomysłu – trochę gnomki, trochę lalki. Potem otworzyłam drugą linię produkcyjną śmiesznych zwierzaków, a ostatnio wpadłam w szał odnawiania staroci. To szaleństwo z kolei zaczęło się od ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, kiedy poszukiwałam starych bombek.
Natknęłam się wtedy na kilka drewnianych świeczników w stanie nadającym się głównie do wyrzucenia. Za zawrotną cenę około 20 dolarów dorobiłam się całej ich kolekcji, którą odmalowałam. Potem znalazłam porcelanowe, a potem straciłam zdrowy rozsądek. Obecnie jestem na etapie malowania wazonów. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej, bo jakoś tak niepokojąco te starocie są coraz większe. Muszę uprzedzić moje stado, że jak zobaczą mnie wpatrującą się z rozmarzeniem w starą, trzydrzwiową szafę, mają mnie natychmiast ewakuować ze sklepu do domu.
Gwoli ścisłości: nie mam żadnego artystycznego przygotowania ani wykształcenia. Nigdy nawet nie sądziłam, że potrafię robić takie rzeczy. U mnie w rodzinie talent artystyczny zgarnęła moja Mama i Córka. Ja byłam raczej tym pokoleniem, przez które takie uzdolnienia przeskoczyły. Przynajmniej tak myślałam, ale okazuje się, że nie tylko życie, ale także jednostka ludzka walcząca z menopauzą może być pełna niespodzianek.
I oto na emigracji odkryłam swoją pasję. Może nie tak spektakularną jak skoki ze spadochronem czy wspinaczka wysokogórska, ale jest moja własna, daje mi szczęście i niesamowity spokój ducha. Powiem szczerze, że posiadanie pasji to była jedna z nielicznych rzeczy w moim życiu, których trochę zazdrościłam, a jednocześnie kompletnie nie rozumiałam. Teraz rozumiem. Uczucie, kiedy robi się coś, co autentycznie uszczęśliwia, jest nie do przecenienia. Żaden najlepszy antydepresant lub używka, legalna bądź nie, do tej emocji się nie umywają.
Czysty egoizm zaś polega na tym, że nie ma żadnego racjonalnego powodu, który mógłby tłumaczyć to szaleństwo (może dlatego, że tego się nie da wytłumaczyć). Nie robię tego dla zysku, nie sprzedaję, nie reklamuję. Po prostu zanurzam się w proces twórczy, psy na swoich legowiskach przez sen mi kibicują, a ja po wszystkim stawiam gotowego gnomka na półce. Zrobiłam już ponad sto lalek, ledwo się mieszczą, a ja wciąż mam nowe pomysły.
Jedyny „konflikt interesów” dotyczy rywalizacji blog kontra rękodzieło. Jak pogrążam się w produkcji, to przestaję pisać i na odwrót. Jak do tej pory nie udało mi się znaleźć równowagi w tym szale twórczym, ale się nie poddam. Pisanie, mimo że również jest rodzajem tworzenia, jest zupełnie czymś innym od fizycznego zrobienia smoka, na przykład. Ponieważ ostatnio wręcz zalały mnie tematy, które chciałabym opisać, oraz – uczciwie przyznając – brakuje mi pisania, to spróbuję i zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.
A to mała próbka mojego szaleństwa.

 




poniedziałek, 26 stycznia 2026

Emigracyjny Duch Bożego Narodzenia, czyli teraźniejszość

 Muszę się ogarnąć i skończyć opisywać moje choinki, bo jeszcze trochę i będę musiała zająć się jajkami (wielkanocnymi, żeby nie było wątpliwości).


W różnych ekranizacjach „Opowieści Wigilijnej” Duch Obecnych Świąt Bożego Narodzenia bardzo często jest przedstawiany jako radosny, hedonistyczne nastawionym do świata, pełny nadziei i apetytu na życie gość, skoncentrowany na chwili obecnej.

Moja choinka opowiada teraźniejszość również optymistycznie, w wersji elastycznej, rozciągniętej mianowicie odrobinkę w czasie, na ostanie, osiem lat naszej emigracji. Pojawiła się w naszym domu na nasze pierwsze, amerykańskie Święta i nic nie wskazuje na to, żeby miało to ulec zmianie. Ją ją bardzo lubię, mój Mąż ją kocha, ja kocham Jego i koło w taki miły sposób się zamyka.

Uwielbiam Szkocję, byłam w niej dwa razy, zjeździłam, obejrzałam, chciałabym wrócić jeszcze raz. Pasjonuje mnie wszystko klany, tartany, zamki, mogłabym wymieniać w nieskończoność i oto nagle podczas naszych pierwszych Świąt, kiedy nostalgia podgryzała moją, słowiańską duszę, serce płakało, a choinka stała dumna i bezduszna nagle okazało się, że Amerykanom jakoś dziwnie łączą się szkockie kratki ze Świętami.

Wszystko dosłownie, wszystko można w okolicy Świąt znaleźć w różne odmiany kratek.
Dekoracje świąteczne są tylko wierzchołkiem góry lodowej, ubrania, pościel, ręczniki, kocyki, bielizna osobista, sprzęty kuchenne, poduszki, lampki i wiele innych rzeczy w szkockim stylu wprost pochłania przestrzeń sklepową. W praktyce jeżeli ktoś ma ochotę na coś w kratkę to w tym okresie to na pewno to znajdzie. Co typowe dla Amerykanów szkockie szaleństwo kończy się tuż przed Świętami, a już przed Sylwestrem w sklepach królują serduszka, ręczniki plażowe i kostiumy kąpielowe, już się przyzwyczaiłam do tego szaleństwa, (co kraj to obyczaj).

I wtedy podczas naszych, pierwszych Świąt w Stanach było to małe ukojenie dla mojej duszy, dlatego na naszej amerykańskiej choince jest bardzo dużo różnych bombek w szkockim stylu. Mąż na zasadzie przekupstwa i miłości oczywiście też, kupował mi również figurki Disney’a, biedny, zdesperowany, napędzany nadzieją, że jednak wszystko wróci do normalności i zacznę znowu ubierać choinkę.
Nie ukrywam, że trwało to trochę, (3 lata), ale jak już wróciłam to zrobiłam to w wielkim stylu. Z bezdusznej, aczkolwiek bezdyskusyjnie pięknej choinki, udało mi się  zrobić amerykańskie marzenie w polskim stylu z odrobiną szkockiej fantazji w tle.

I tak jak teraz tak patrzę na mojego Ducha Obecnych Świąt Bożego Narodzenia to przypominają mi się początki naszej emigracji. Podczas naszych pierwszych Świąt musiałam wyrzucić do śmieci wielką karkówkę, bo nie nadawała się do jedzenia, pamiętam jak podczas zimy zaczęły podchodzić pod nasz dom jelenie na darmowe kolacje oraz wiewiórki, które założyły kolonie w naszym ogrodzie, polskie bombki, które stopniowo przywoziłam z domu w Warszawie co było chyba najbardziej oczywistym znakiem, że wiję gniazdo gdzie indziej, jednym słowem cała, moja emigracja zaklęta w świecącym drzewku. I jak tak patrzę na moją choinkę to nasza emigracja jest taka jak ona, nowa, a jednak stara, amerykańska, a jednak polska, pełna sprzeczności, a jednak stabilna i pełna emocji.
 
Jest bardzo dużo mądrości w stwierdzeniu o nie przesadzaniu starych drzew, aczkolwiek nie do końca. Myślę, że ludzie podobnie do zwierząt są w stanie przemierzać świat w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, gdzie będą się czuli szczęśliwi i wiek nie ma tu znaczenia, raczej psychiczne i fizyczne możliwości poszczególnych jednostek.
Postawiłam moje życie na głowie, w momencie, kiedy większość ludzi myśli raczej o stabilizacji, czy żeby nie ująć tego brutalniej funduszu emerytalnym.
Jak Kolumb, ale taki w wersji bardzo pacyfistycznej przemierzyłam Ocean i zaczęłam układać swoje życie i mojego stada od początku.

Ciekawe czy ktoś napisał kiedyś pracę naukową, w stylu pokaż mi swoją choinkę, a powiem ci kim jesteś. Jeżeli tak to mnie musieliby chyba opisać  jako osobę z rozszczepieniem osobowości, albo jak wolę o sobie myśleć, kogoś o niezwykle bogatym życiu wewnętrznym, szerokich horyzontach i wielu wspaniałych wspomnieniach. Stworzyłam dwie wielkie choinki, które bardzo się od siebie różnią, a jednak razem tworzą idealną całość, czyli mnie.
Obawiam się tylko, że teraz już co roku będziemy musieli mieć dwie.