Ponieważ już dawno złamałam stworzone przez siebie na początku reguły dotyczące zakazu wspomnień autobiograficznych, to przyznam się, jak to było z mordobiciem w moim wykonaniu i dlaczego tak kocham zwierzęta.
Na początku muszę opisać, w jakich warunkach przyszło mi spędzić pierwsze 5 lat życia.
Czasy „słusznie minione” obfitowały w wiele absurdów. Jednym z nich był przymus dotyczący miejsca pracy po studiach.
W efekcie mój Tata, lekarz weterynarii, najpierw został wysłany na koniec Polski. Tam dostał, jako jednostka żonata, a więc rozwojowa, mieszkanie, w którym nie było kuchni ani toalety, ale za to była wielka, żeliwna wanna.
Spędziłyśmy z Mamą miesiąc w tym uroczym miejscu. To znaczy spędzała głównie Mama, bo ja pływałam v luksusach w jej brzuchu i świat zewnętrzny zupełnie mnie nie interesował.
Mama kulturalnie odmówiła dalszego pomieszkiwania z możliwością spania w wannie i prysnęła do Kielc do swoich rodziców, czyli moich Dziadków. Dlatego urodziłam się w Kielcach.
Tata w międzyczasie został przerzucony bliżej cywilizacji, około dwie godziny od Kielc. Warunki były dość ciekawe, bo w środku pól i pięknych lasów stała sobie klinika weterynaryjna, obok blok mieszkalny dla pracowników z rodzinami i to by było na tyle w temacie cywilizacji. Niedaleko znajdowała się mała mieścina z aspiracjami, żeby być miasteczkiem. Powiedzmy, że na aspiracjach się kończyło. Można się tam było dostać tylko na rowerze, koniu lub samochodem.
Ponieważ tym razem Tata załapał się na mieszkanie superluksusowe, czyli była kuchnia i łazienka, ściągnął rodzinę.
I tak, jak tylko zaczęłam chodzić, moje dzieciństwo upływało między zwierzętami. Plątałam się między końmi, krowami, świniami, o takich drobiazgach jak drób wszelakiego rodzaju czy psy i koty rozmiarów dowolnych nie wspominając.
Byłam świadkiem leczenia, bez asystowania oczywiście. A ponieważ do kliniki przynależały różnego rodzaju pomieszczenia gospodarcze, stajnia i obora, „hodowałam” zwierzęta.
W praktyce to wyglądało tak, że chciałam kaczuszkę i kurkę. Chętni okoliczni rolnicy przywozili dla mnie żywy inwentarz, tylko nie rozdrabniali się i dostałam 40 kurczaków i niewiele mniej kaczątek.
Pamiętam, jak kurczaczki przez pierwsze parę dni mieszkały w kuchni pod stołem pod specjalną lampą.
Z perspektywy czasu to był jakiś cud, że moja Mama nie zabiła wtedy mojego Taty. Także ja „hodowałam”, a robotę odwalali Rodzice.
Wyprzedzając logicznie nasuwające się pytania: nigdy ich nie zabiliśmy i nie zjedliśmy, doczekały w spokoju późnej starości. W tamtym czasie miałam jeszcze króliki, przez chwilę było 14 kotów, pies i 10 szczeniaków, i koń. Przy koniu Mama pękła i zażądała, żeby szybko zmienił właściciela. Tata chciał żyć, więc zorganizował mu nowy dom.
Wybiegając w przyszłość, potem miałam 4 kanarki, papużkę falistą, dwupokoleniową rodzinę chomików, żółwia, wielkie akwarium z rybkami, drugiego psa, domowego królika i świnki morskie.
Prawa rodzicielskie do tych ostatnich dzieliłam już z Córką. Na emigracji przez chwilę mieliśmy rybkę, a teraz jesteśmy dumnymi posiadaczami kota i trzech psów, a Moja podpora później starości ma królika.
Myślę, że mogę spokojnie stwierdzić, że miłość do zwierząt mam wyrytą w genach, wyssaną z mlekiem matki i dodatkowo poprawioną wychowaniem.
Ogólnie moje pierwsze lata życia, podobnie jak całego mojego pokolenia, jawią się dzisiejszym dzieciakom jak sport ekstremalny lub wręcz życie na krawędzi. Brak komórek, brak fotelików w samochodzie, szlajanie się bez nadzoru do nocy na dworze itd.
Ja mogłabym poszerzyć jeszcze tę listę o różne szalone pomysły, które miałam dotyczące zwierząt.
Przytoczę jedną historię. Moja Mama robiła coś w domu, a ja, aniołeczek, tuż przed wejściem do klatki robiłam mini babki z piasku. Nagle moja Mama słyszy gromkie nawoływanie:
– Pani Dochtorowo, Pani Dochtorowo!
To była ksywka mojej Mamusi wśród właścicieli pacjentów. Mama wychyliła się z okna – to były czasy, kiedy część dialogów międzyludzkich odbywała się właśnie w taki sposób.
W dzisiejszych czasach takie zachowanie jest uznawane za „barbarzyństwo”. Rolnik, co się zowie, zadał pytanie:
– A Pani to pozwoliła córce jeździć na koniu?
Moja Mama zdębiała, ale zachowując zimną krew, zapytała inteligentnie:
– Na jakim koniu?
Chłop odpowiedział nie mniej inteligentnie:
– No na moim.
Od tego momentu wydarzenia potoczyły się dość szybko. Mama wybiegła z domu jak ta gazela, nie znalazła mnie przy drzwiach, za to zobaczyła mnie na podwórzu.
To był wielki, wybetonowany plac, na którym parkowały wozy przywożące zwierzęta – niektóre bardzo duże gabarytowo – do lecznicy.
Na środku stał olbrzymi koń zaprzęgnięty do wozu drabiniastego. Na jego grzbiecie siedziałam ja we własnej osobie i kopiąc go nóżkami, pokrzykiwałam: „wio, wio”.
Koń spokojnie reagował na komendę i pomału przemieszczał się, ciągnąc za sobą wóz. Moja Mama do olbrzymek nie należała, koń wydawał się jej wielki jak smok, dodatkowo się bała, że go spłoszy i zlecę prosto na bruk.
Zażądała od rolnika natychmiastowego zdjęcia mnie z grzbietu.
Chłop odpowiedział:
– Pani Dochtorowo, pani się uspokoi, una spokojno – oczywiście miał na myśli kobyłę, nie mnie.
Mama, najwyraźniej doprowadzona do ostateczności, odwarknęła:
– Una może tak, ale ja nie!
Dzielny rolnik ściągnął mnie z konia, oddał Mamie całą, zdrową, tylko mocno woniejącą obornikiem.
Wszyscy się potem zastanawiali, jak ja w wieku około 4 lat dosiadłam tego rumaka. Okazało się, że chłop zostawił wóz z koniem i poszedł coś załatwiać do lecznicy. Obok przechodził technik weterynaryjny, młody chłopak. Zobaczył mnie stojącą tuż przed koniem i ewidentnie coś kombinującą. Powiedziałam, że chcę na konika, to mnie złapał, posadził i sobie poszedł.
Nie wiem, co z nim potem zrobił mój Tata, ale na pewno lekko chłopak nie miał.
Już wtedy, oprócz szalonych pomysłów, dały się zauważyć moje pacyfistyczne zapędy, mianowicie obrywałam regularnie od sąsiada.
Ów chłopaczek, sześciolatek, był prawie dwa razy większy ode de mnie i nie był normalny. Nie wiem, co się z nim potem stało, ale już wtedy dla wszystkich było jasne, że jest niebezpieczny dla otoczenia. Dopóki ograniczał się do poszturchiwania, popychania, opluwania mnie i innych uroczych gestów, jakoś to trwało.
W momencie, jak prawie spalił mnie żywcem, sytuacja zrobiła się poważna.
Prawie uwieńczone sukcesem sati wyglądało następująco. W ogrodzie za kliniką sąsiad rozpalił wielkie ognisko, prawdopodobnie podczas porządków wiosennych.
Ja, mała kuleczka, stałam zafascynowana ogniem w bezpiecznej odległości, ubrana w niezwykle popularną wtedy kurteczkę ortalionową, z kapturem na głowie.
Kolega z problemami przyniósł kawał koca i najpierw wrzucił go do ogniska, a potem, jak ten zajął się ogniem, na kiju zarzucił mi go na głowę.
Nie trzeba mieć specjalnie dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co ogień robi z ortalionem na dziecku. I tu następuje ten moment, kiedy zbieg okoliczności zmienia całe życie. Inny sąsiad, tym razem dorosły i normalny, wracał do domu i był świadkiem całej sytuacji. Chłop miał refleks, rzucił wszystko, co niósł, potem prawie w locie dopadł mnie i zrzucił ze mnie palący się cały czas solidnym ogniem koc, i zdarł kurtkę.
Co ciekawe, ja nie miałam żadnych poważnych poparzeń, za to on miał poparzone dłonie. Miałam 4 lata. Z całej historii pamiętam tylko ognisko i zimny wiatr, który mimo ortalionu czułam. Całą resztę znam z opowiadań.
Po tym fakcie Tata zdecydował, że wystarczy już tego pacyfistycznego wychowania delikatnej dziewczynki.
I tę sytuację pamiętam już doskonale. Przez kilka dni codziennie brał poduszki i uczył mnie, jak się bić. A potem wysłał mnie na podwórko, żebym zrobiła „rozpierdol”, bo kulturalnie tego nie można nazwać inaczej. Poszłam, Rodzice zza firanki obserwowali wszystko, żeby w razie niebezpieczeństwa wkroczyć natychmiast. Po raz pierwszy to ja zaatakowałam. Nie było potrzeby ratowania mnie.
Unikając brutalnych opisów, znokautowałam niedoszłego mordercę – z rozwalonym nosem leżał na ziemi, a ja z miną zwycięzcy i małymi zaciśniętymi piąstkami stałam nad nim, pokrzykując:
– No uderz mnie!
Nie tylko mnie nie uderzył, ale bał się wstać z ziemi. Być może nakłonienie mnie do takiej formy agresji było neipedagogiczne, psychologicznie szkodliwe, traumatyczne itd., ale nigdy potem już mnie nie dotknął, a wręcz omijał szerokim łukiem.
To był pierwszy i ostatni raz w życiu, kiedy kogoś pobiłam.
Upłynęło wiele lat i oto Junior, aczkolwiek starszy niż ja wtedy, bo był już v podstawówce, znalazł się w podobnej sytuacji.
I tak ja pewnego wieczoru wzięłam poduszkę, zawołałam Syna i zaczęłam go uczyć, jak się bić.
Junior okazał się pojętnym uczniem i dość szybko opanował podstawy, miał tylko problem, żeby uderzyć człowieka, a nie poduszkę. Ten aspekt moralny zostawiłam, licząc na instynkt, który dojdzie do głosu w momencie niebezpieczeństwa.
Jak już pisałam we wcześniejszych postach, Mój Syn zorganizował swoim agresorom „rozpierdol w wersji poszerzonej o czystą furię”.
Cała ta historia miała zabawny finał podczas organizowanej w naszym domu, wypasionej, proszonej kolacji.
Przy stole uprzejmi, amerykańscy goście pytali Juniora o jego wrażenia ze szkoły. Nie przewidzieli, biedni, polskiej szczerości dziecka.
Opisał im swoje „walki o życie”. Goście najpierw zaniemówili, potem z wielkim wysiłkiem usiłowali kontynuować rozmowę i z paniką w oczach zapytali go, kto nauczył go się bić.
Na to mój Syn walnął:
– Oczywiście, że Mama.
Jak tak teraz się zastanawiam, to może ta szczerość nie pomogła mi zaprzyjaźnić się z sąsiadami.