Uważam, że bez względu na to, jak dużo podróżuje się po świecie, tak naprawdę poznaje się dane miejsce dopiero wtedy, gdy pomieszka się w nim przez minimum dwa lata.
Obliczyłam, że odwiedziłam ponad trzydzieści krajów, niektóre z nich wielokrotnie.
Jako nastolatka mieszkałam w Algierii przez ponad dwa lata – nawet zdałam tam maturę. Mój Tata wykładał na uniwersytecie.
Tamten pobyt, oprócz mnóstwa wspaniałych wspomnień, zdjęć i pamiątek, uzmysłowił mi przede wszystkim, co oznacza w praktyce bycie kobietą w kraju muzułmańskim.
I wierzcie mi, nie jest to bynajmniej baśń z tysiąca i jednej nocy. Jest to o tyle szokujące, że mimo młodego wieku byłam w stanie ocenić sytuację niezwykle dojrzale i tak też się zachowywać.
Mieszkając w Stanach Zjednoczonych od dziewięciu lat, już jako jednostka w pełni ukształtowana, zaczęłam się poważnie zastanawiać, jak bardzo poszerzyły mi się przez ten czas horyzonty.
Nie jestem już nastolatką (całe szczęście), mam już niezły bagaż doświadczeń pod pachą i doprawdy niełatwo mnie zaskoczyć. Ameryce się jednak kilka razy ta sztuka udała – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie.
Pierwszym i największym chyba szokiem były dla mnie tutejsze stosunki międzyludzkie oraz jakość jedzenia. I jedno, i drugie pozbawione smaku, tylko pozornie wyglądające zachęcająco.
O ile bardzo specyficzne relacje społeczne w Algierii – podobnie zresztą jak w Stanach – nie nastrajały mnie specjalnie entuzjastycznie, o tyle pod względem kulinarnym to był zupełnie inny świat.
Mimo upływu tylu lat wciąż pamiętam intensywny zapach ziół, słodycz ciastek i wielkie stosy pomarańczy leżących na ziemi na tamtejszych bazarach. Oczywiście brakowało mi tam polskiego chleba, tak samo jak teraz w Stanach, ale same artykuły spożywcze były naprawdę bardzo smaczne.
Pomimo diametralnie różnych kultur, paradoksalnie w obydwu tych krajach pewne wzorce zachowań wydają mi się bardzo podobne. Mianowicie: brak głębokiej szczerości w relacjach i reakcjach. Nieśmiertelne amerykańskie powitanie, które jest zwykłym pytaniem o samopoczucie, a na które nikt tak naprawdę nie chce znać prawdziwej odpowiedzi, przypomina mi pewną historię z młodości.
Miałam wtedy niespełna siedemnaście lat, a wyglądałam na czternaście i pół. Mojego Tatę bardzo często odwiedzali koledzy z uczelni, głównie Algierczycy. Po pewnym czasie zaczęli pojawiać się w towarzystwie swoich bratanków, siostrzeńców i kuzynów dziesiątego stopnia – wszyscy oczywiście w wieku poborowym, tak między osiemnaście a dwadzieścia lat.
Nudziły mnie strasznie te odwiedziny, głównie z powodu całkowitego braku możliwości komunikacji. Chłopaki znały angielski dokładnie tak samo, jak ja arabski, czyli mogliśmy całymi godzinami napawać się głęboką ciszą.
Po kilku takich spotkaniach panowie przeszli jednak do natarcia i zaproponowali małżeństwo. Mnie, oczywiście, nie Tacie.
I tu nastąpił moment, który idealnie pokazał nie tylko to, że nie można było szczerze na taką prośbę odpowiedzieć, ale również jak mądrym człowiekiem był Mój Ojciec. Wiedząc, że kategoryczna odmowa i urażenie dumy tych wszystkich ludzi absolutnie nie wchodziły w grę, Mój Tata ze śmiertelną powagą stwierdził, że jest głęboko wzruszony i o niczym więcej nie marzy. Niestety – dodał z ubolewaniem – obiecał mnie już wcześniej w Polsce i potencjalny narzeczony tylko czeka, aż skończę osiemnaście lat.
Ochotnicy do ożenku bez mrugnięcia okiem zaakceptowali sytuację. Nazwali Mojego Ojca człowiekiem honoru, który doskonale wie, jak wychowywać Córkę, i dalej wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tyle że już bez nalotów potencjalnych narzeczonych.
Zaraz na drugim miejscu uplasował się szok związany z ogólnym poziomem wiedzy w amerykańskim społeczeństwie. Zwłaszcza geografia świata jawi się w Stanach większości jak sztuka tajemna. Żeby się o tym bolesnym fakcie przekonać na własne oczy, wystarczy obejrzeć pierwszy z brzegu amerykański teleturniej i zwyczajnie zapłakać przed ekranem.
I tutaj też przypomina mi się autentyczna anegdotka z Algierii. Mój Tata, jako lekarz weterynarii, wbijał studentom do głowy różne mądrości. Między innymi pokusił się o przedstawienie układu krwionośnego. W tym celu rozrysował wszystko na wielkiej tablicy i chcąc graficznie oddzielić krew żylną od tętniczej, jedną narysował czerwoną, a drugą niebieską kredą.
A potem, podczas kolokwium, dostał od studenta opis, że serce pompuje w organizmie czerwoną i niebieską krew.
Poziom edukacji przekłada się, co jest rzeczą oczywistą, na wiele kluczowych dziedzin codziennego życia. W efekcie dobrego lekarza trzeba w Ameryce ścigać, od nauczycieli bardzo często uciekać w popłochu, a we wszelkiego rodzaju urzędach modlić się do wszystkich sił wyższych o natychmiastowy cud.
Chociaż pod tym ostatnim względem to wygląda dokładnie tak samo jak w Polsce.
Urzędy w Algierii, podobnie jak w starym, dobrym PRL-u, to były udzielne księstwa. Trzeba było olbrzymich zdolności dyplomatycznych i jeszcze większych prezentów, żeby cokolwiek załatwić. Jednym słowem: w Algierii i w Polsce w czasach słusznie minionych rządziły pokora i łapówki, a w Stanach obecnie liczy się tylko pokora.
Biurokracja i sztywne przepisy mogą być straszne wszędzie. W Stanach po raz pierwszy zobaczyłam, że tutejsze procedury są ważniejsze od zdrowia, a nawet życia.
Uważam, że w dobie „podbijania kosmosu” opieka medyczna powinna być dostępna dla każdego wszędzie. I nie uważam, że jest to utopijne pragnienie.
Skoro chcemy przeprowadzać ludzkość na inną planetę, może najpierw stwórzmy godne warunki do życia na tej, na której obecnie mieszkamy.
Gotowanie Polacy mają we krwi i nikt nie wyobraża sobie, żeby wychowywać Dzieci bez podstawowych umiejętności kulinarnych.
W Algierii było podobnie, oprócz faktu, że oczywiście nie gotowali tam mężczyźni.
Podczas wszystkich uroczystości rodzinnych czy świąt kobiety zawsze przygotowywały tony jedzenia. W porównaniu do algierskich świąt nasza wyżerka bożonarodzeniowa to zaledwie delikatna przekąska.
O jedzeniu w USA krążą już legendy i nie ma w nich niestety żadnej przesady. Oprócz codziennego, śmieciowego jedzenia i legendarnego już makaronu z serem (tutejszego sławnego Mac & Cheese), jedynym kulinarnym zrywem pozostaje serwowana raz do roku wielka uczta na Święto Dziękczynienia.
Bywałam w wielu domach, w których kuchnie – poza mikrofalówką, oczywiście – nie były w ogóle używane.
Zawsze zastanawiałam się, jak w ten sposób wychowuje się Dzieci w Stanach. Doszłam do wniosku, że dzieciaki są karmione przez całe życie gotowymi produktami i półproduktami – najpierw ze słoiczków, a potem z taśmy różnych restauracji i stołówek.
I jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało, im ktoś jest biedniejszy, tym ma większe problemy z otyłością. Gorsze jakościowo artykuły spożywcze są tańsze. Syrop skrobiowy, który jest obecny prawie we wszystkim, jest szkodliwy dla zdrowia i z punktu widzenia konsumentów nie ma żadnych zalet. Jest za to lubiany przez producentów żywności, ponieważ jest bardzo tani i łatwo dostępny.
I na koniec popularny obecnie temat deportacji. Oczywistym faktem jest, że jako Polka nigdy nie musiałam się martwić o deportację we własnym kraju.
W Algierii też osobiście się o to nie martwiłam, za to bardzo mocno martwili się Moi Rodzice. Było tam kilka głośnych przypadków, kiedy cudzoziemcy zostali wydaleni z kraju za „niegodne” zachowanie, i to w trybie błyskawicznym.
O tym, jak ta sytuacja wygląda obecnie w Stanach Zjednoczonych, wiedzą chyba wszyscy.
Inny kontynent, inne tysiąclecie, ale ciągle obecna i paraliżująca obawa, że można zostać z dnia na dzień wyrzuconym, pozostaje dokładnie taka sama.
Można kupić w Ameryce dom, przebywać legalnie, płacić podatki ale myślę, że codziennie wszystkim imigrantom towarzyszy głęboko ukryty strach, że ich przyszłość zależy od bezdusznego systemu i kaprysu ludzi u władzy.