Ból towarzyszy nam przez całe życie. Myślę, że od początku.
Nie mam pewności, ale uważam, że sam akt narodzin dla dzieci też jakoś specjalnie przyjemny nie jest. Raczej nie wydaje mi się, żeby płakały ze szczęścia.
Amerykanie boją się bólu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy się go boi – z wyjątkiem masochistów oczywiście.
Zawsze o tym myślę podczas badań krwi, które z racji tego, że robię je dość często, zdążyłam być już świadkiem różnych ciekawych akcji.
Amerykańskie pielęgniarki informują o każdym kroku, jakby przeprowadzały skomplikowaną operację, tyle że zamiast „a teraz zrobię cięcie, proszę skalpel” mówią: „a teraz będzie ukłucie, proszę nie mdleć”.
Na koniec zamiast małego plasterka dostaje się solidny opatrunek, obwiązany dodatkowo kilkakrotnie kolorowym plastrem-bandażem, żeby się nie wykrwawić.
Jest to w jakiś surrealistyczny sposób rozczulające.
Cały proces pobierania krwi jest praktycznie identyczny jak w Polsce, bo bądźmy szczerzy – co tu można nowego wymyślić?
Osobiście zauważyłam tylko trochę inne pojemniczki na krew i mniejsze wyczucie, bo to nie jest brak doświadczenia.
Zarówno młode, jak i starsze pielęgniarki mają te same problemy.
Jestem szczęściarą, bo według lekarzy mam bardzo dobre żyły, przynajmniej do nakłuwania. Reszta mojej Rodziny, czyli Mąż i Dzieci, wracają zawsze w stanie, jakby zamiast oddawać kilkanaście mililitrów krwi, walczyli o życie.
Mają całe posiniaczone ramiona i u nich solidne obwiązywanie bandażami ma zdecydowanie sens. Standardem jest, że zanim pielęgniarkom uda się u nich odnaleźć żyłę i jeszcze wyciągnąć z niej trochę zawartości, muszą próbować w kilku miejscach w obydwu rękach.
Z tej perspektywy nie dziwię się amerykańskiej fobii antyigłowej.
I nie byłabym sobą, gdybym nie walnęła tutaj małego porównania. W Polsce mamy zaprzyjaźnionego od lat fachowca, który przychodził do domu i pobierał krew całej rodzinie.
Oczywiście było to idealne rozwiązanie dla moich Rodziców, a my bezczelnie korzystaliśmy z okazji.
Ów Pan, nazywany przez nas pieszczotliwie i z wielką sympatią Wampirkiem, przez 20 lat nigdy nie zostawił na nikim żadnego siniaka.
Kilka razy miał problem z wkłuciem, ale zawsze mu się udawało bez powodowania uszkodzeń ciała.
Pozdrawiam serdecznie, Panie Zbigniewie, bardzo nam tutaj Pana brakuje!
Jestem zdecydowanie nocnym stworzeniem – jak mawiała moja Mama: „są świtki i nocniki”.
Jazda bladym świtem do przychodni na czczo nie nastraja nocników specjalnie entuzjastycznie do otoczenia, ja też tak mam.
Na początku przerażałam pielęgniarki, bo wyglądałam, jakbym faktycznie miała im paść, a Mąż już szykował się na pisanie pozwu. Teraz mobilizuję się i do gabinetu wchodzę cała w amerykańskich uśmiechach, nie będę stresować biednych ludzi.
W internecie krążą śmieszne filmiki, jak napakowani, potężni faceci autentycznie mdleją lub płaczą na widok strzykawki. Zawsze myślałam, że to „wroga antyamerykańska propaganda”.
Okazało się, że nie.
I tutaj podejdę do tematu na poważnie. Można panować nad swoim zachowaniem, ale nie można sobie podkręcić w górę lub w dół odporności na fizyczne cierpienie.
Odczuwanie bólu jest bardzo indywidualną sprawą, nie ma znaczenia narodowość czy kolor skóry. Myślę, że jest gdzieś głęboko zakopane w naszym DNA. Jedni mdleją przy pobieraniu krwi, inni są w stanie wytrzymać składanie kości.
Jedna rzecz mnie tylko zawsze dziwiła: bez względu na to, jaki dana kobieta ma próg bólu, podczas akcji porodowej żadna nie mdleje. Potem to już inna historia. Wygląda, jakby natura robiła wyjątki w specjalnych sytuacjach, żeby wszystkie gatunki mogły się rozmnażać bez przesadnej utraty przytomności.
I dodatkowo jesteśmy My, Pokolenie X, które w porównaniu do naszych dziadków to zwyczajne mięczaki, ale w obecnych czasach jawimy się jak ktoś, z kim nie warto zadzierać. I chociaż nie ganialiśmy Niemców tudzież Rosjan po lasach z granatami domowej roboty, to jednak jakieś sukcesy w przetrwaniu w ekstremalnych sytuacjach mamy.
Mimo nieograniczonej miłości, jaką żywię do Moich Dzieci, nie wyobrażam sobie, jak przeżyłyby moje dzieciństwo.
Chociaż moja podstawówka należała zdecydowanie do tych „lepszych”, nigdy w toaletach nie było ciepłej wody.
Dla młodszych czytelników, o ile takowi mnie czytają, doprecyzuję: przez osiem lat była tylko lodowata woda i brak mydła. Papier toaletowy od święta, czyli tak średnio dwa, trzy razy do roku. O jego jakości powiem tylko, że trzeba było prawdziwego hartu ducha i odporności pewnych części ciała, żeby go używać. I opowieści, że w toaletach, żeby ratować sytuację, wisiały pocięte gazety, to nie jest niestety mit.
Wszędzie w szkole były piękne parkiety. Musiały być regularnie szorowane specjalnymi metalowymi kłębami wiórów, pastowane i na koniec polerowane, żeby się świeciły. Brałam czynny udział we wszystkich tych etapach wielokrotnie. Dzisiaj pewnie takie traktowanie dzieci uważane by było za brutalne znęcanie się.
Higienistka, zawsze mocno wyluzowana, rezydowała w szkole na stałe, za to dentystka przychodziła okazjonalnie.
I tutaj nikt nikogo nie pytał, czy chce mieć sprawdzane czy borowane zęby. Nikomu z nas nawet nie przychodziło do głowy, żeby się buntować – niektórzy tylko usiłowali uciekać, wychodząc z założenia, że lepiej oberwać w domu za wagary niż poddać się dobrowolnie torturom.
Nie było znieczulania i rozpieszczania, były za to amalgamatowe, czarne plomby, które specjalnie atrakcyjne niestety nie były, ale za to trwałe prawie jak ustrój.
Po pożegnaniu na zawsze uroków socjalizmu wymieniłam wszystkie te relikty na piękne plomby nowej generacji.
Oczywiście, że lubię znieczulenia u dentysty, ale w Stanach płytkie narkozy podczas leczenia zębów są na porządku dziennym.
Nie wydaje mi się to bardzo rozsądne, a przede wszystkim zdrowe, ale to akceptuję. Fakt, że ja tego nie potrzebuję, nie oznacza, że cała reszta populacji też tak ma. Prawdopodobnie bez tak silnego znieczulenia wielu ludzi nie byłoby w stanie tutaj w ogóle leczyć zębów.
Nie każdy jest w stanie znosić ból z dumnie wypiętą piersią i zaciśniętymi zębami. Zwłaszcza że taka postawa może nie być najwygodniejsza dla dentysty.
Jako twardzielka z pokolenia X dzielnie przetrwałam „czasy słusznie minione”, dlatego mam inną perspektywę na znoszenie życiowych niedogodności. Jako empatyczna i myśląca kobieta uważam, że w życiu jest wystarczająco dużo bólu, także jeżeli można, to trzeba go maksymalnie eliminować.
Umyka mi całkowicie sens cierpienia dla idei.
Nie przesadzajmy z tym stwierdzeniem, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni” – od czasu do czasu możemy być mięczakami albo po prostu ludźmi.























































































