Odkąd jestem w Stanach, czyli od 9 lat, wiele osób z Polski pyta mnie, czy ja się tu nie nudzę jak mops. Odpowiem opisowo, co się u mnie działo w ciągu mniej więcej dwóch tygodni.
Słoneczna sobota. W głowie plany raczej z gatunku rekreacji domowej: pranie, sprzątanie, sterty rzeczy do prasowania i kilka podobnych rozrywek. I właśnie w trakcie takiego uroczego poranka Gigi, nasza trzyletnia suczka, wdrapała się na stół i zeżarła tabletkę.
Na szczęście zrobiła to na moich oczach. Na stole leżało ich kilka i gdyby wybrała jakąkolwiek inną, skończyłoby się tylko wybuchową biegunką. Niestety, wciągnęła lek, który jak od razu sprawdziłam – okazał się dla psów śmiertelnie toksyczny.
To był jeden z tych momentów, kiedy strasznie zabrakło mi mojego Taty, lekarza weterynarii z prawdziwego powołania (nie znosił określenia weterynarz).
No ale od czego są geny? Weszłam w tryb bojowy. W głowie natychmiast pojawiły się wszystkie rady dotyczące psów, jakie przez całe życie od niego usłyszałam.
Mąż wracał właśnie ze sklepu. Złapałam go telefonicznie, gdy był niedaleko domu, więc pojawił się prawie natychmiast. Wlepiłam mu w ramiona psiaka oraz opakowanie leku, które ta durna bździągwa zeżarła, i wysłałam do przychodni, żeby wywołali wymioty.
Sama, ciągle w stroju nocnym, zaczęłam na spokojnie analizować sytuację i jednocześnie się ubierać. Sprawdziłam standardowe procedury. Okazało się, że w przypadku tego konkretnego leku najlepiej wywołać wymioty przed upływem pierwszej godziny, a „okno życia” zamyka się po czterech. Potem nie ma już szans.
Mężuś dotarł do przychodni jak strzała. Udało im się wywołać wymioty (u Gigi oczywiście, nie u męża) po 40 minutach. I cała historia nie skończyła się w tym momencie. Można powiedzieć, że dopiero zaczęła się rozkręcać, ponieważ lekarz zapytał męża, co ma robić dalej. Mój osobisty małżonek zadzwonił więc do mnie z tym samym pytaniem.
To, co wtedy sobie pomyślałam, nie nadaje się do druku. Kazałam wywołać wymioty po raz drugi. Wywołali. Poradzili też, żeby zabrać ją do szpitala na ostry dyżur, a w międzyczasie zadzwonić do super tajemniczego specjalistycznego centrum od zatruć, trucizn i wszelkich dostępnych toksyn.
Podali mi numer, a mąż pojechał z zażyganym psem do szpitala. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się połączyć z supertajnym ośrodkiem, który, jak się okazało, był gdzieś w Georgii.
Za „jedyne” 120 dolarów odbyłam konferencję ze specjalistą – choć „przesłuchanie” byłoby lepszym określeniem.
Miało to o tyle sens, że jako jedyna wszystko widziałam i mogłam dokładnie określić czas konsumpcji, co w całej tej sytuacji było najważniejsze.
Następnie dostałam tajemniczy kod i polecenie, by podać go lekarzowi zajmującemu się naszym psem. Na tym etapie przestałam analizować sens tych działań i po prostu wysłałam kod mężowi.
Mąż dotarł do szpitala, gdzie już na niego czekali. Pierwsze, o co zapytali, to oczywiście czy ma kod. Mąż, lekko ogłupiały, podał im kod oraz psa. Lekarz skontaktował się z tym tajemniczym miejscem, podał kod i dostał konkretne wytyczne, co ma robić, a miał niewiele.
Po mojej decyzji o podwójnych wymiotach mieli tylko podpiąć kroplówkę, żeby ją nawodnić, i obserwować. Jeżeli w ciągu 8 godzin nic by się nie wydarzyło, to znaczyło, że zdążyłam, a jeżeli nie i pies dostałby drgawek, mieli znowu dzwonić i pytać, jak ją ratować. Mąż dostał polecenie powrotu do domu i pozostawienia psa na obserwacji.
Następne osiem upojnych godzin trwaliśmy w przerażeniu, że zadzwonią ze szpitala. Nie zadzwonili. Gdy pojechaliśmy odebrać Gigi, oprócz wygolonej łapki nie wyglądała ani na wykończoną, ani na specjalnie winną. My za to czuliśmy się jak zombie, a mnie dodatkowo zżerało irracjonalne poczucie winy, że o mało nie zabiłam własnego psa.
Aczkolwiek lekarz stwierdził, że swoją szybką reakcją, a zwłaszcza poleceniem dwukrotnego wywołania wymiotów uratowałam jej życie, a psy zżerają wszystko i nikt jej nie kazał wdrapywać się na stół.
Po około dwóch tygodniach znowu wylądowaliśmy w tym samym szpitalu z naszym drugim psem, Yogim, ponieważ zadrapał sobie oko i ciągle je mrużył.
Spanikowałam, zawlekłam Męża i psa na ostry dyżur, mając nadzieję, że mi powiedzą, że to ja raczej powinnam się leczyć i to nie okulistyczne bynajmniej, a nie zawracać im głowę.
Niestety okazało się, że miałam rację, bo w oku rozwijało się zapalenie i bez antybiotyku mogło się skończyć źle.
W międzyczasie, gdy psy się w końcu uspokoiły, Junior zdecydował się wprowadzić trochę atrakcji do mojej "nudnej" egzystencji.
Opis sytuacyjny: pierwsza w nocy, Mężuś śpi, ja jak zwykle nie. W kompletnych ciemnościach do pokoju wchodzi Junior i trzęsącym głosem mówi, że spadły na niego szklane drzwi od kabiny prysznicowej.
Zapala światło, a ja widzę, że ręce ma całe we krwi. Moje pierwsze pytanie brzmiało: „Czy masz wszystkie palce?”. Junior w szoku się zawiesił. Powtórzyłam pytanie spokojnym głosem, bo przez krew niewiele widziałam.
Okazało się, że wszystkie palce były na miejscu, za to krew już niestety nie. Po myciu, dezynfekcji, ocenianiu potencjalnych miejsc do zszycia, oblepieniu go plastrami, pocieszeniu, że nie wykrwawi się na śmierć i wysłaniu go do spania, klapnęłam na łóżko.
Mężuś przez cały ten czas spał snem sprawiedliwego. Jak można się domyślić, mnie spać już się wtedy zupełnie odechciało. Przytomnie kazałam Juniorowi zamknąć łazienkę, żeby ani on, ani kot się nie pokaleczyli, i postanowiłam, że to szanowny Małżonek będzie działał następnego dnia.
Skoro przespał ratowanie własnego syna, to teraz w ramach rehabilitacji będzie musiał usunąć szkody.
Następnego ranka Mężuś bez słowa sprzeciwu dzielnie wynosił szkło, a ja myłam ściany, bo okazało się, że mój Syn w szoku leciał do mnie w kompletnych ciemnościach, opierając się o wszystko o co się dało po drodze.
W efekcie nasz dom wyglądał jak miejsce zbrodni – klasyczne smugi krwi i odbicia dłoni na białych ścianach. I to nie jest żart.
Gdzieś w środku tych atrakcji mieliśmy awarię klimatyzacji i woda nam zalała część piwnicy, ale nie będę wspominać o takich drobiazgach.
Podsumowując: ostatni raz nudziłam się mniej więcej 26 lat temu. Czyli w poprzednim tysiącleciu.































