niedziela, 27 września 2026

Szkoła przetrwania pokolenia X, czyli My Twardziele

Ból towarzyszy nam przez całe życie. Myślę, że od początku. 

Nie mam pewności, ale uważam, że sam akt narodzin dla dzieci też jakoś specjalnie przyjemny nie jest. Raczej nie wydaje mi się, żeby płakały ze szczęścia.


Amerykanie boją się bólu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy się go boi – z wyjątkiem masochistów oczywiście.


Zawsze o tym myślę podczas badań krwi, które z racji tego, że robię je dość często, zdążyłam być już świadkiem różnych ciekawych akcji.


Amerykańskie pielęgniarki informują o każdym kroku, jakby przeprowadzały skomplikowaną operację, tyle że zamiast „a teraz zrobię cięcie, proszę skalpel” mówią: „a teraz będzie ukłucie, proszę nie mdleć”.


Na koniec zamiast małego plasterka dostaje się solidny opatrunek, obwiązany dodatkowo kilkakrotnie kolorowym plastrem-bandażem, żeby się nie wykrwawić.

Jest to w jakiś surrealistyczny sposób rozczulające.


Cały proces pobierania krwi jest praktycznie identyczny jak w Polsce, bo bądźmy szczerzy – co tu można nowego wymyślić? 

Osobiście zauważyłam tylko trochę inne pojemniczki na krew i mniejsze wyczucie, bo to nie jest brak doświadczenia.

Zarówno młode, jak i starsze pielęgniarki mają te same problemy.


Jestem szczęściarą, bo według lekarzy mam bardzo dobre żyły, przynajmniej do nakłuwania. Reszta mojej Rodziny, czyli Mąż i Dzieci, wracają zawsze w stanie, jakby zamiast oddawać kilkanaście mililitrów krwi, walczyli o życie.

Mają całe posiniaczone ramiona i u nich solidne obwiązywanie bandażami ma zdecydowanie sens. Standardem jest, że zanim pielęgniarkom uda się u nich odnaleźć żyłę i jeszcze wyciągnąć z niej trochę zawartości, muszą próbować w kilku miejscach w obydwu rękach.


Z tej perspektywy nie dziwię się amerykańskiej fobii antyigłowej.

I nie byłabym sobą, gdybym nie walnęła tutaj małego porównania. W Polsce mamy zaprzyjaźnionego od lat fachowca, który przychodził do domu i pobierał krew całej rodzinie. 

Oczywiście było to idealne rozwiązanie dla moich Rodziców, a my bezczelnie korzystaliśmy z okazji.

Ów Pan, nazywany przez nas pieszczotliwie i z wielką sympatią Wampirkiem, przez 20 lat nigdy nie zostawił na nikim żadnego siniaka.

Kilka razy miał problem z wkłuciem, ale zawsze mu się udawało bez powodowania uszkodzeń ciała.


Pozdrawiam serdecznie, Panie Zbigniewie, bardzo nam tutaj Pana brakuje!


Jestem zdecydowanie nocnym stworzeniem – jak mawiała moja Mama: „są świtki i nocniki”.

Jazda bladym świtem do przychodni na czczo nie nastraja nocników specjalnie entuzjastycznie do otoczenia, ja też tak mam.


Na początku przerażałam pielęgniarki, bo wyglądałam, jakbym faktycznie miała im paść, a Mąż już szykował się na pisanie pozwu. Teraz mobilizuję się i do gabinetu wchodzę cała w amerykańskich uśmiechach, nie będę stresować biednych ludzi.


W internecie krążą śmieszne filmiki, jak napakowani, potężni faceci autentycznie mdleją lub płaczą na widok strzykawki. Zawsze myślałam, że to „wroga antyamerykańska propaganda”.

Okazało się, że nie. 

I tutaj podejdę do tematu na poważnie. Można panować nad swoim zachowaniem, ale nie można sobie podkręcić w górę lub w dół odporności na fizyczne cierpienie. 

Odczuwanie bólu jest bardzo indywidualną sprawą, nie ma znaczenia narodowość czy kolor skóry. Myślę, że jest gdzieś głęboko zakopane w naszym DNA. Jedni mdleją przy pobieraniu krwi, inni są w stanie wytrzymać składanie kości.


Jedna rzecz mnie tylko zawsze dziwiła: bez względu na to, jaki dana kobieta ma próg bólu, podczas akcji porodowej żadna nie mdleje. Potem to już inna historia. Wygląda, jakby natura robiła wyjątki w specjalnych sytuacjach, żeby wszystkie gatunki mogły się rozmnażać bez przesadnej utraty przytomności.


I dodatkowo jesteśmy My, Pokolenie X, które w porównaniu do naszych dziadków to zwyczajne mięczaki, ale w obecnych czasach jawimy się jak ktoś, z kim nie warto zadzierać. I chociaż nie ganialiśmy Niemców tudzież Rosjan po lasach z granatami domowej roboty, to jednak jakieś sukcesy w przetrwaniu w ekstremalnych sytuacjach mamy.


Mimo nieograniczonej miłości, jaką żywię do Moich Dzieci, nie wyobrażam sobie, jak przeżyłyby moje dzieciństwo.


Chociaż moja podstawówka należała zdecydowanie do tych „lepszych”, nigdy w toaletach nie było ciepłej wody.

Dla młodszych czytelników, o ile takowi mnie czytają, doprecyzuję: przez osiem lat była tylko lodowata woda i brak mydła. Papier toaletowy od święta, czyli tak średnio dwa, trzy razy do roku. O jego jakości powiem tylko, że trzeba było prawdziwego hartu ducha i odporności pewnych części ciała, żeby go używać. I opowieści, że w toaletach, żeby ratować sytuację, wisiały pocięte gazety, to nie jest niestety mit.


Wszędzie w szkole były piękne parkiety. Musiały być regularnie szorowane specjalnymi metalowymi kłębami wiórów, pastowane i na koniec polerowane, żeby się świeciły. Brałam czynny udział we wszystkich tych etapach wielokrotnie. Dzisiaj pewnie takie traktowanie dzieci uważane by było za brutalne znęcanie się.


Higienistka, zawsze mocno wyluzowana, rezydowała w szkole na stałe, za to dentystka przychodziła okazjonalnie.

I tutaj nikt nikogo nie pytał, czy chce mieć sprawdzane czy borowane zęby. Nikomu z nas nawet nie przychodziło do głowy, żeby się buntować – niektórzy tylko usiłowali uciekać, wychodząc z założenia, że lepiej oberwać w domu za wagary niż poddać się dobrowolnie torturom.


Nie było znieczulania i rozpieszczania, były za to amalgamatowe, czarne plomby, które specjalnie atrakcyjne niestety nie były, ale za to trwałe prawie jak ustrój.


Po pożegnaniu na zawsze uroków socjalizmu wymieniłam wszystkie te relikty na piękne plomby nowej generacji. 

Oczywiście, że lubię znieczulenia u dentysty, ale w Stanach płytkie narkozy podczas leczenia zębów są na porządku dziennym.


Nie wydaje mi się to bardzo rozsądne, a przede wszystkim zdrowe, ale to akceptuję. Fakt, że ja tego nie potrzebuję, nie oznacza, że cała reszta populacji też tak ma. Prawdopodobnie bez tak silnego znieczulenia wielu ludzi nie byłoby w stanie tutaj w ogóle leczyć zębów.


Nie każdy jest w stanie znosić ból z dumnie wypiętą piersią i zaciśniętymi zębami. Zwłaszcza że taka postawa może nie być najwygodniejsza dla dentysty.


Jako twardzielka z pokolenia X dzielnie przetrwałam „czasy słusznie minione”, dlatego mam inną perspektywę na znoszenie życiowych niedogodności. Jako empatyczna i myśląca kobieta uważam, że w życiu jest wystarczająco dużo bólu, także jeżeli można, to trzeba go maksymalnie eliminować.


Umyka mi całkowicie sens cierpienia dla idei.

Nie przesadzajmy z tym stwierdzeniem, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni” – od czasu do czasu możemy być mięczakami albo po prostu ludźmi.


środa, 23 września 2026

Subiektywna kronika zachwytów, czyli blaski życia w USA

Pomimo upływu lat, drastycznych życiowych zawirowań i różnorakich doświadczeń wciąż pozostałam optymistką – mam nadzieję, że wieczną. 
Do tej pory w moich postach, oprócz sceptycyzmu i krytyki emigracji, pojawiały się również zachwyty. Stwierdziłam ostatnio, że może nie były dostatecznie widoczne, i dlatego dzisiaj nie będzie nawet jednego negatywnie nastawionego wykrzyknika. Napiszę o wszystkich rzeczach, które mi się podobają w Ameryce.
Zaczynając od podstaw, uwielbiam amerykańską przestrzeń w każdym tego słowa znaczeniu: duże działki, przestronne domy z wieloma łazienkami i samochody w wersji XXL. Oczywiście nie oznacza to, niestety, że wszyscy Amerykanie mogą się cieszyć takimi luksusami. Jak wszędzie, nie każdego jest na to stać.
Ameryka ma coś, czego nie widziałam nigdzie indziej – bezpieczne, często nieogrodzone przedmieścia, pełne domów, zieleni i dzikich zwierząt. 
Jako miastowy dzieciak ciągle mam opory, żeby maniakalnie nie pilnować zamykania drzwi. w ciągu dnia domy stoją otworem, co poniektóre nawet w nocy. Tutaj już nie jestem taka wyluzowana, bo jednak zdrowy rozsądek trzeba mieć. 
Nie sądzę, żebym kiedykolwiek w Polsce zdecydowała się na posiadanie domu. w Stanach nie mam z tym problemu – to jest taka musująca mieszanka poczucia wolności i bezpieczeństwa. 
To jest jak idealne połączenie miasta ze wsią. Dom z ogrodem, bez konieczności pracy na roli, za to z regularnymi odwiedzinami jeleni, lisów, królików, szopów oraz sokołów i mnóstwa innych ptaków. To życie w bańce na łonie natury, w  ciszy, z jednoczesną możliwością zatopienia się w cywilizacji po przejechaniu paru kilometrów. 
Mimo że doświadczam tych wrażeń już od dziewięciu lat, za każdym razem, jak widzę stado jeleni, to wzdycham z zachwytem.
Domy, oprócz słusznych rozmiarów, mają zawsze kilka łazienek. W praktyce każdy z mieszkańców ma swoją. I to w przypadku posiadania Dzieci, a zwłaszcza nastolatków, jest czystym luksusem.
I jest jeszcze indiańskie lato, czyli amerykańskie „babie lato”. Zaczyna się we wrześniu i kończy na początku listopada. Ze względu na przewagę drzew liściastych to, co wyczynia tutaj natura, to jest temat na poemat. 
Nawet nie spróbuję opisać tego wodospadu kolorów, które dodatkowo zmieniają się praktycznie codziennie. Kiedy podczas spacerów robiłam zdjęcie tego samego drzewa, za każdym razem wyglądało inaczej. 
Pod postem zamieszczam zdjęcia – część z tego roku i większość z ubiegłych lat. Ludzie przyjeżdżają na Wschodnie Wybrzeże, żeby podziwiać to zjawisko.
Jak byłam dzieckiem, to w Polsce były cztery pory roku. Teraz zmiany klimatyczne postawiły wszystko na głowie. w Stanach na Wschodnim Wybrzeżu jest mroźna zima ze śniegiem, piękna wiosna, która trwa dłużej niż tydzień, kolorowe, upalne lato i powalająca kolorami jesień. Kończąc temat natury, Ameryka ma dostęp do oceanu, a nawet trzech, a plaże są ogromne, piaszczyste i piękne.
Amerykanie, w odróżnieniu od Europejczyków, nie całują się przy powitaniu jak z dubeltówki. Zamiast cmokania obejmują się i te amerykańskie „miśki” mają w sobie moc. 
Wytworzyli też swojego rodzaju „zewnętrzny savoir-vivre”. Są uśmiechnięci, nawet jak nie mają z czego się cieszyć, i uprzejmi, nawet jeżeli mają komuś ochotę przyłożyć. Oczywiście zdarzają się wyjątki, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
A czasami ich zachowanie przywraca mi wiarę w ludzkość. I tutaj będzie prawdziwa historia z życia. 
Moja Córka skończyła studia i razem ze swoim chłopakiem zamieszkała około czterech, pięciu godzin jazdy od domu. Jako świeżo upieczona pani magister znalazła pracę o nieludzkich godzinach – od trzeciej po południu do prawie północy. Obok mieszkania, które wynajmuje Moje Dziecko, mieszka pani Afroamerykanka, ok. 75-letnia. I ta kobieta co wieczór czeka, aż Moja Córka wróci do domu – stoi przed swoim mieszkaniem, dopóki ona nie wejdzie bezpiecznie do swojego. Potężna czarna kobieta pilnuje drobniutkiej blondyneczki. Dodatkowo często dzieli się z Moją Córką i jej chłopakiem przygotowanym przez siebie jedzeniem. I ten fakt sam w sobie nie byłby czymś niezwykłym, bo Amerykanie dość często dają wałówkę lubianym sąsiadom, ale ona sama potrzebuje pomocy i dostaje specjalne kupony na jedzenie z opieki społecznej.
Pozostając w tematach uczuciowych, amerykańskie Święta Bożego Narodzenia, dla kogoś, kto je lubi, to jest jak wejście do krainy marzeń. Już od października dekoracje świąteczne, z obowiązkowymi szkockimi kratkami i nieśmiertelnym Disneyem, zalewają sklepy. Samo podziwianie tych cudów jest przygodą. Amerykanie dodatkowo nie ograniczają się do choinek i girland w domu. Zarówno na Halloween, jak i na Boże Narodzenie domy świecą jak latarnie morskie, a na trawnikach można znaleźć wszystko – od Mikołaja na saniach, przez jelenie, smoki, pingwiny, na miśkach polarnych skończywszy. Wszystko się świeci, gra i często rusza. A ponieważ Amerykanie lubią sobie ułatwiać życie, praktycznie prawie wszystko jest na pilota: świeczki na stół, sztuczne choinki i oświetlenia domów.
Pozostając w temacie konsumpcyjnego rozpasania, amerykańskie sklepy również dostarczają wrażeń – pozytywnych, oczywiście. Wiele markowych ubrań, butów i perfum można kupić taniej niż w Polsce. Jak pierwszy raz poszłam na takie zakupy, to byłam pewna, że to są podróbki. Uczciwie oświadczam: nie są.
Początki mojej emigracji nie były łatwe. Wszystkie te drobne i wielkie cuda, które mi się tutaj codziennie przydarzają, umacniają mnie w przekonaniu, że pomimo faktu, że nie wiem, co przyniesie przyszłość, przynajmniej na razie znalazłam swoje miejsce.