sobota, 31 października 2026

Halloween i zapach chryzantem

Wreszcie nadeszło Halloween i na szczęście już poszło. 
Odkąd przyjechałam do Stanów i zaczęłam pisać mój blog, średnio raz do roku użalam się nad sobą w tym temacie. Gdybym miała wymienić pięć różnic kulturowych, z którymi mam problemy w Ameryce, Halloween znalazłoby się w tej niechlubnej piątce dość wysoko.
I nie sądzę, aby ten fakt miał kiedykolwiek ulec zmianie. I nie chodzi o przekonania religijne, tylko o urodzenie i wychowanie w kulcie 1 listopada – Dnia Wszystkich Świętych – i 2 listopada – Dnia Zadusznych. 
Jak patrzę na Moje Dzieci, które mają zupełnie inne podejście do tego tematu, a zwłaszcza na Juniora, uświadamiam sobie, że chociaż moja dusza jest wiecznie młoda i szalona, to zamieszkuje ciało, które już wiele rzeczy doświadczyło i widziało. Dzieciakom urodzonym wiele lat po zmianach ustrojowych właściwie niemożliwe jest wytłumaczenie realiów PRL-u. Obchodzenie Dnia Wszystkich Świętych w starym stylu również się do tego zalicza.
W moich najwcześniejszych wspomnieniach pamiętam sprzątanie grobów, kupowanie chryzantem w doniczkach i, oczywiście, zniczy. 
O tym, jak bardzo zmieniła się nasza rzeczywistość, świadczy fakt, że pomagałam te groby czyścić, a ponieważ byłam najmniejsza i najlżejsza, wdrapywałam się na grobowiec prababci, bo tylko tak można było umieścić znicz na górnej części nagrobka. 
Wiem, że dzisiaj to brzmi surrealistycznie, ale pamiętam całą rodzinę zgromadzoną na dole i rzucającą wskazówki typu: „w prawo, w lewo”. Jakby dzisiaj jakieś dziecko radośnie pracowało na wysokościach na grobowcu, policja jak nic zorganizowałaby rodzicom spokojne, odosobnione miejsce do kontemplacji. Od dawna opiekę nad grobowcem praprzodków przejęło miasto ze względu na wartość historyczną. Tak teraz sobie myślę, że całe szczęście, że ten antyczny grób się pode mną nie załamał. 
I oczywiście były obowiązkowe, mrożące krew w żyłach opowieści o tych wszystkich nieszczęśnikach pogrzebanych żywcem. Prawdopodobnie 99 procent z nich to była fikcja, ale wystarczyła, żeby zrobić ze mnie gorącą zwolenniczkę kremacji. Myślę, że te opowieści wyczerpały całkowicie moje życiowe zapotrzebowanie na horrory. Według mnie w życiu jest wystarczająco dużo strachu, żeby sobie jeszcze fundować dodatkowe atrakcje.
Zdecydowanie dla mnie jako dla dziecka najgorszy w tym czasie był pełen smutku i powagi nastrój, który musiał panować 1 i 2 listopada. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale były czasy, kiedy w te dni w telewizji były głównie filmy dokumentalne i relacja na żywo z cmentarzy, ewentualnie filmy o umieraniu. W radiu nie było lepiej, była puszczana tylko muzyka poważna. Wszystko nastrajało bardziej do płaczu niż pełnej refleksji zadumy nad sensem istnienia i przemijaniem. To święto nierozerwalnie od zawsze kojarzyło mi się tylko ze śmiercią. Pamiętam, jak kiedyś w latach osiemdziesiątych uczyłam się w nocy przy muzyce z radia i czekałam zrezygnowana, bo wiedziałam, że o północy wjedzie obowiązkowy marsz żałobny.
I wtedy po raz pierwszy zaczęła się medialna odwilż emocjonalna. Z wybiciem północy prowadzący nocny program miłym głosem zakomunikował, że zaczyna się Dzień Wszystkich Świętych i teraz zacznie grać muzykę dla tych wszystkich, którzy są już po tamtej stronie – z nadzieją, że usłyszą. Piosenki były bardzo spokojne, ale pełne nadziei. Do tej pory pamiętam to uczucie ulgi. W następnych latach media w dużej mierze odeszły od epatowania samą rozpaczą, ale ten dzień nigdy z założenia nie był okazją do radosnego świętowania.
I tak po latach takiego uduchowienia wylądowałam w kraju, w którym nie tylko nie obchodzi się święta zmarłych, ale jeszcze podejście do „świętowania śmiertelności”, delikatnie rzecz ujmując, jest oryginalne. 
Myślę, że Halloween jest zdecydowanie ulubionym świętem Amerykanów i przebija nawet Boże Narodzenie. Z dwumiesięcznym wyprzedzeniem ludzie robią halloweenowe plany dotyczące strojów i przyjęć, a sklepy zalewają dekoracje, ubrania, biżuteria, a nawet kosmetyki, których jedynym zadaniem jest straszenie. 
Dla kogoś, komu cmentarz kojarzy się tylko z odejściem bliskich, instalowanie przez sąsiadów nagrobków i szkieletów, nawet sztucznych, na trawniku było lekko traumatycznym przeżyciem. W teorii amerykańskie filmy powinny były mnie przygotować na te widoki, w praktyce nic nie mogło.
W okolicy, w której obecnie mieszkamy, być może dlatego, że jest to bardzo międzynarodowa wspólnota, podejście do straszenia jest bardzo umiarkowane. W Connecticut, w którym spędziliśmy pierwsze pięć lat naszej emigracji, obchodzenie Halloween ze wszystkimi szykanami to było coś na kształt dumy narodowej. 
Dekoracje domów to nie było trochę sztucznych pajęczyn i roześmiany duch zrobiony z prześcieradła. To były profesjonalne dekoracje do horrorów. Paradoksalnie, im były prostsze, tym były bardziej przerażające. A już najgorsze było, jak się ruszały. 
Chyba najbardziej przerażająca była kobieta w białej koszuli nocnej, z długimi, czarnymi, całkowicie zasłaniającymi twarz włosami, siedząca na huśtawce. Ta huśtawka była zawieszona na drzewie przed domem, bardzo blisko ulicy, i specjalny mechanizm cały czas nią poruszał. Kiedyś zamyśliłam się podczas spaceru i na pustej ulicy natknęłam się na to „cudo”. Wrażenie straszne – przez chwilę byłam pewna, że to jest kobieta, która uciekła z zakładu psychiatrycznego, dyskusyjnie żywa czy martwa.
Wspomniałam wcześniej o oryginalnym podejściu Amerykanów do śmiertelności, ponieważ jednym z najbardziej traumatycznych momentów, jakie przeżyłam w związku z halloweenowym szaleństwem, była dekoracja ok. 40 postaci w powiewnych, prawie przezroczystych szatach, które cały czas falowały, ale tym razem poruszane naturalnie wiatrem. I nie byłoby w tym nic szokującego, gdyby nie to, że cała ta ekspozycja zajmowała wielki trawnik przed domem pogrzebowym.
Jedynym elementem Halloween, który lubię, jest rozdawanie cukierków i oglądanie poprzebieranych maluchów. Całą resztę przeczekuję, odliczając dni. 
A najbardziej szokujące jest to, że 1 listopada, po szaleństwach rodem z horroru, Amerykanie wyciągają dekoracje świąteczne i przygotowania do świąt ruszają pełną parą. Jak za dotknięciem magicznej różdżki w sklepach bombki wypierają zombie, choinki zastępują kościotrupy, a piękne, kolorowe girlandy zastępują pajęczyny z pająkami. Gdy cała ta koszmarna otoczka znika, zaczyna działać magia świąt. Zamiast przygnębiającej czerni są świecące, kolorowe lampki, a zamiast śmierci z kosą – Święty Mikołaj. 
Kiedy wchodzę do sklepów w listopadzie, zawsze czuję ulgę podobną do tej, jaka mnie ogarnęła wiele lat temu, kiedy słuchałam radia w nocy.

Te zdjęcia zrobiłam dzisiaj, czyli 1 listopada. Wygląda na to, że bombki też lubią mnie „ścigać”.


czwartek, 29 października 2026

Jamajka, czyli marlin, Ferrari i tropikalny czyściec

 Moja druga przygoda jamajska dobiegła końca. Karaibski raj zdecydował się pożegnać nas w wielkim stylu. W przeddzień naszego wylotu rozpętał się mały kataklizm meteorologiczny. 

Po raz pierwszy mogłam się na własnej skórze przekonać, że z burzami tropikalnymi nie ma żartów. O ile ciepły, mały deszczyk od czasu do czasu był miłym przerywnikiem naszych wakacji, a chmury na niebie tworzyły dzieła sztuki, o tyle burza, która praktycznie wzięła się znikąd, utwierdziła mnie ponownie w przekonaniu, że ludzie nie mają żadnych szans z żywiołami natury.

Zaczęło się jak zwykle od miłego deszczyku i podczas gdy Mężuś przytomnie ewakuował się do hotelu, ja zostałam na plaży w celu napawania się widokami. W momencie jak deszcz zaczął zacinać i zalewać mi dosłownie twarz, stwierdziłam, że wystarczy już tego nawodnienia. 
Dotarłam przemoczona, ale szczęśliwa do pokoju, w którym zrelaksowany czekał Mój Mąż. Spojrzałam przez okno i przez chwilę mój mózg nie był w stanie zaakceptować obrazu rzeczywistości. W ciągu dosłownie kilku minut wszystko się zmieniło. To, co się działo na zewnątrz, jak najbardziej zasługiwało na miano sezonu huraganowego – może nie był to armagedon pogodowy, ale na pewno przyzwoity czyściec. 
Ściana wody, pusta plaża i ciemne, groźne morze, które w niczym nie przypominało widoczków, z których słyną Karaiby. Cały krajobraz utracił wszystkie kolory oprócz szarego. Nie było grzmotów i błyskawic, tylko cichy, bezlitosny żywioł. Mieliśmy ogromne szczęście, że pogoda załamała się na samym końcu naszego pobytu. I wiem, że to brzmi, jakbym przesadziła ze słońcem, ale warto było to zobaczyć. 
Ponieważ deszcz padał pod wszystkimi możliwymi kątami, woda praktycznie wlewała się do hotelu. Wszyscy zwolnili i dreptali powolutku, bo nikt nie chciał zafundować sobie wakacyjnego złamania na mokrych podłogach.
W naszym hotelu można było wypożyczać bez ograniczeń kajaki i deski surfingowe z wiosłem, czyli tzw. paddleboard. Jako pasjonatka wody, w dodatku z kręgosłupem wzmocnionym tytanem, przez cały czas pobytu regularnie rzucałam wyzwanie żywiołowi. To znaczy w moim wykonaniu to były raczej łaskotki. Na szczęście Morze Karaibskie traktowało mnie litościwie i obyło się bez większych uszkodzeń ciała. 
Widziałam wielokrotnie śmiałków na tych wielkich deskach, na siedząco lub stojąco prujących przez fale i energicznie pracujących wiosłami. I przyznam szczerzenie, że jak widziałam w telewizji nieszczęśników lądujących w wodzie, to nie rozumiałam istoty problemu. 
Z boku to wyglądało prosto, łatwo i przyjemnie. A ponieważ podczas naszego pobytu codziennie się w tym wprawiałam, to mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że jest to proste i przyjemne, ale niekoniecznie łatwe. Być może sytuacja wygląda inaczej, jak się pływa po spokojnym jeziorze. W przypadku falującego morza trzeba się czasami nieźle napracować. 
Pływałam na siedząco i, co uważam za wielki sukces, na stojąco. Po raz ostatni wypłynęłam tuż przed wielką burzą. Morze zdecydowanie szykowało się na zmianę pogody, bo pojawiły się jakieś dziwne prądy. Z wielkim trudem dopłynęłam do brzegu. Mój Mąż w pewnym momencie wszedł do wody i zaczął płynąć równolegle ze mną, bo się bał, że nie dam rady. Dałam i duma mnie rozpierała, ale energii, jak dotarłam na leżak, miałam tyle, co zaspany leniwiec.
Stworzenia morskie również ewidentnie wyczuwały zmianę w atmosferze, bo zaczęły łamać schematy i podpływać bardzo blisko brzegu. Jako pierwsza pojawiła się płaszczka dość sporych rozmiarów. A ponieważ pokazywała się kilkukrotnie, to Mężowi udało się ją bezkrwawo „upolować”. 
Potem zaczęły się pojawiać ławice małych rybek, ale to akurat nie było nic oryginalnego. Największą furorę zrobiła tajemnicza ryba. Miało się ku zachodowi słońca i w wodzie zostałam ja, Mężuś i pewen nieznajomy. Na brzegu, połowicznie zanurzone w wodzie z drinkami, leżały dwie pary, roztaczające aurę bardzo pozytywnie nastrojonych do świata morświnów. W pewnym momencie coś koło nas solidnie chlupnęło, a ponieważ robiło się już ciemnawo, to niewiele widziałam. Mężuś, rozentuzjazmowany i zdecydowanie widzący lepiej w ciemnościach, zakrzyknął:
– Jaka wielka ryba!
Ocenił ją na około 80 centymetrów. Oczywiście nie byłabym sobą, żeby jej się nie przyjrzeć i – ignorując wszystkie filmy, kiedy to głupie bohaterki zamiast uciekać, wchodzą wprost w paszczę lwa, w tym wypadku może raczej rekina – zaczęłam się zbliżać do tajemniczego stworzenia.
Ryba niestety zdecydowanie nie była zainteresowana zawieraniem znajomości ze mną. Za to obecny w wodzie współtowarzysz kąpieli również chciał zobaczyć tajemniczego potwora i ewidentnie mu się udało, bo teraz on z kolei rozdarł się na cały głos:
– To chyba marlin!
I w tym momencie dwóch panów leżących na brzegu zerwało się na równe nogi i uciekło z wody, zostawiając swoje partnerki na pastwę losu i oczywiście potwora morskiego. 
Ja zostałam w wodzie, Mężuś został w wodzie, nieznajomy wciąż goniący rybę również. Wspomniany „marlin” z przyczyn oczywistych również nie chciał opuszczać swojego środowiska naturalnego. Dwie wciąż leżące panie spojrzały tylko całkowicie niewzruszone na swoich bohaterskich partnerów i zmieniły pozycję w wodzie, panowie zaś zostali na plaży i ewidentnie mieli ochotę się zakopać w piasku ze wstydu. 
Aż chciałoby się westchnąć i zawołać: „Gdzie ci mężczyźni, gdzie te chłopy ?”.
A że samochody sportowe na ogół kojarzą się z męską częścią społeczeństwa, często przeżywającą drugą młodość, opiszę zakończenie naszej jamajskiej przygody, kiedy to pojawiło się wodne Ferrari – i to w sensie dosłownym. Z rykiem silnika mknął wśród fal czerwony samochód wyścigowy. I to był jeden z tych momentów, kiedy w pierwszej chwili człowiek się zastanawia, czy dobrze widzi, czy może już czas wybrać się do okulisty. Oczywiście okazało się, że był to efekt połączenia skutera i małej motorówki, ale wrażenie zrobił na wszystkich plażowiczach. I może nawet, rozwydrzona sukcesami z deską surfingową, ruszyłabym na podbój morskich odmętów w tej przeczącej prawom fizyki zabawce, ale okazało się, że taka półgodzinna jazda kosztuje dwieście sześćdziesiąt dolarów od osoby. W związku z tym faktem bez namysłu stwierdziłam, że będę poznawać bezkres Morza Karaibskiego metodą tradycyjną – i po prostu rzuciłam się wpław.


niedziela, 25 października 2026

Jamajka, czyli kiedy w duszy śpiewa Bob Marley

 Jamajki zapałały wielką sympatią do Mojego Męża. Wysyłały w jego kierunku regularnie ciepłe i bardzo flirtujące fluidy.

Mój Mężuś upatrzył sobie barek kawowy i jako wielbiciel tego podnoszącego ciśnienie napoju meldował się w nim kilka razy dziennie. 
Mój Mąż ma coś takiego w sobie, że przepadają za nim czarnoskóre panie bez względu na wiek i kraj pochodzenia. Rozświetlają się na jego widok, wachlują rzęsami jak jelonki Bambi i nazywają go kochaniem, cukiereczkiem i skarbem. Mój Mężuś, zawsze uszczęśliwiony okazywanym zainteresowaniem, rumieni się jak dziewica w noc poślubną. Ja zaś w takich wypadkach na ogół stoję z boku w charakterze ignorowanego, prywatnego ochroniarza. Tylko nie jestem do końca przekonana, czy Mój Mąż nie tylko potrzebuje, ale również jest zainteresowany ewentualnym ratunkiem przed wielbicielkami. 
Począwszy od drugiego dnia, jak się tam pojawiał, bez pytania serwowały mu jego ulubioną kawę. O promiennych uśmiechach nawet nie wspomnę.
Polubiłam Jamajczyków już 5 lat temu i ta sympatia tylko przybrała na sile podczas naszego tegorocznego pobytu. Ten naród ma w sobie niesamowitą pogodę ducha, dumę, serdeczność i coś nieuchwytnego – może ten osławiony, pełen reggae luz. 
Nie mam wątpliwości, że sympatia, jakiej doświadczyłam z ich strony, w dużej mierze jest formą usługi dla turystów, ale na pewno nie w całości. Są zachowania, których nie można udawać. 
Często widziałam kelnerów i sprzątaczki, które po całym dniu naprawdę ciężkiej pracy tańczyły i śpiewały w ciemności, bez świadków. Patrzenie na nich sprawiało mi czystą przyjemność. 
Po paru dniach zaczęliśmy ze wzajemnością rozpoznawać wszystkich kelnerów i kelnerki. Jeden z nich powiedział mi: 
„Dobrze jest przeżyć następny dzień”. 
Taka karaibska wersja psychoterapii przy kolacji. Czasami potrzebne jest takie sprowadzenie do przysłowiowego parteru i zweryfikowanie swojej własnej hierarchii wartości.
A już zupełnie mnie rozbroili, gdy dowiadując się, że jesteśmy na Jamajce drugi raz, mówili z uśmiechem: „Witajcie w domu”. Mówiąc szczerze, nie wiem, co to dokładnie jest, ale przebywanie z tak nastawionymi do świata ludźmi powoduje, że o wiele lżej mi się oddycha.
Bez względu na to, jak to zabrzmi, zawsze na takich wyjazdach cieszę się, że mój angielski ma wyraźny, „europejski” akcent. 
Jedna z Jamajek rzuciła mi kiedyś prosto w twarz: „Nie mówisz, nie wyglądasz i nie zachowujesz się jak Amerykanka”. I nie była to w żaden sposób krytyka. Być może częściowo było to spowodowane moim abstynenckim zachowaniem. Na Jamajce „odkryłam” mocktail, czyli w wolnym tłumaczeniu „kpinę, nie drink”. 
Napój, który wygląda jak kolorowy, wyskokowy trunek, ale nie ma w nim ani grama alkoholu.
Myślę, że goście w hotelu preferowali raczej formę tradycyjną, za to ja od pierwszego dnia uzależniłam się od tych lemoniadek. Różniły się kolorami i smakami, lubiłam wszystkie. Kiedyś, stojąc przy barze, czekałam, żeby złożyć zamówienie i z nudów obserwowałam barmana, który grzecznie wszystkich pytał, co piją, i tworzył w szklankach kolorowe cuda. Jak przyszła moja kolej, zapytał krótko:
– Jeden czy dwa?
Myślałam, że coś mu się pomyliło i zaczęłam mu tłumaczyć, że chcę koktajl, a on z uśmiechem dokończył:
– Tak, wiem, bez alkoholu.
I taka sytuacja powtarzała się codziennie z różnymi barmanami. 
I wiem, że to brzmi, jakbym pochłaniała te oranżadki nagminnie – i tak w istocie było – ale dzięki temu zawsze czułam prawdopodobnie to samo niesamowite, pełne akceptacji uczucie, co Mój Mąż podczas zamawiania porannej kawy.
Jak już wspomniałam we wcześniejszych postach, Jamajka nie jest egzotycznym rajem na ziemi. Jest to piękna, zielona wyspa, pełna luksusowych hoteli. Ale poza chronionymi murami kurortów żyją ludzie w warunkach, które nikogo z nas nie nastrajałyby do tańczenia i śpiewania po kilkunastu godzinach stania w kuchni. A jednak Jamajczycy to robią. Dla siebie, bez widowni i bez napiwków. Oni naprawdę uważają swój kraj za raj na ziemi. 
I to Jamajczycy, a nie piękne skądinąd morze i plaża, spowodowali, że zarówno mnie, jak i Mężowi – cukiereczkowi udało się wyrzucić pewne myśli z głowy i głęboko odetchnąć.





czwartek, 22 października 2026

Aneks dotyczący koralowców

 Selekcja koralowców była najszybszą akcją w historii turystyki jamajskiej. Nie mogłam wziąć ani jednego, ponieważ okazało się, że jest to nielegalne. 

Moja Psiapsióła, która dzięki Mocom Wyższym i sile przyjaźni czyta mojego bloga, zdążyła mnie przestrzec i, cytując ją wiernie: „uratować przed jamajskim więzieniem”. 

Katarino, dzięki, doceniam !

I tak moje wizje artystyczne dotyczące wykorzystania koralowców wzięły i zdechły, ale co się naspacerowałam i nacieszyłam, to moje. Ostatnio przeczytałam zdanie i choć niestety nie jest mojego autorstwa, to idealnie oddaje mój stan ducha: 
„To, jak wiele piękna jest w Twoim życiu, zależy od tego, czy potrafisz je dostrzec”.

środa, 21 października 2026

Jamajka, czyli koralowcobranie i zespół pijanych cykad

 Zostałam wychowana, jak całe moje pokolenie, w kulcie grzybów. Począwszy od zbierania, a skończywszy na przyrządzaniu i konsumpcji. I o ile bardzo lubię przyrządzać i pochłaniać grzyby w różnej postaci, o tyle sama ich nie zbieram. 

A nie robię tego, bo doskonale znam swoje ograniczenia i w moim przypadku powiedzenie, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz, idealnie by się sprawdzało. 
Rozumiem jednak, jak wielką przyjemność może sprawiać zbieranie grzybów, bo ja odczuwam dokładnie to samo, tylko przy zbieraniu muszli. 
A rozpisałam się tak na ten temat, pozornie niemający nic wspólnego z Jamajką, bo na naszej plaży nie ma muszelek, ale za to są koralowce.
Podczas pierwszego romantycznego spaceru plażą zauważyłam dwa kawałki koralowców nieśmiało wystających z piasku i radośnie je zgarnęłam. 
O ile w domu mam jakiś milion muszli, o tyle koralowców zaledwie kilka. A potem było tylko lepiej. Zaczęłam uskuteczniać samotne spacery w nieznane i przynosić do pokoju całe stosy koralowców. 
Myślę, że uczucie, kiedy znajduje się muszle czy koralowce częściowo ukryte pod piaskiem, i ta chwila tuż przed ich wydobyciem, jest identyczna z momentem znalezienia grzybów ukrytych w ściółce leśnej, kiedy sięga się po nożyk. 
Las ma potężną, kojącą siłę – odgłosy, zapachy i spokój leczą duszę. Morze ze swoim szumem i bezkresem działa na mnie dokładnie tak samo.
I teraz codziennie powiększam Moją kolekcję, a dodatkowego czaru dostarcza fakt, że nie mam żadnej konkurencji. Nikt z lekkim szaleństwem w oczach nie galopuje po plaży. 
Sporadycznie podczas tych maratonów karaibskim wybrzeżem spotykam spacerujących ludzi – statystyka to mniej więcej trzy osoby na cztery dni. 
Może już nie ma dzikich, karaibskich plaż, ale ta bardzo dobrze taką udaje. Nawet wiedząc, że za moimi plecami znajduje się kompleks hotelowy, ogarnia mnie nierealne uczucie, że oprócz mnie nie ma w okolicy nikogo.
A mnie nie jest łatwo wprowadzić w taki stan, bo jestem weteranką biegania po polskich plażach o różnym stopniu zaludnienia w każdą pogodę. 
Może dlatego nie potrafię za długo leżeć na wygodnym leżaczku, bo szkoda mi każdej chwili. Zdaję sobie sprawę, że mogę już nigdy tego nie doświadczyć. 
Ja, turkusowe morze i koralowce – układ idealny.

Mój Mąż, dla którego układem idealnym jest morze, parasol i leżak, tylko spojrzał na Moje skarby i spokojnie sprawdził, jaki mamy limit na bagaż. 

Codziennie po plaży Mój Mężuś ofiarnie taszczy torbę nowozebranych koralowców, które ja najpierw myję, a potem rozkładam na balkonie, żeby się suszyły i wietrzyły. Uspokajam Go, że w przeddzień wylotu przeprowadzę niezwykle brutalną selekcję, aczkolwiek mam niejasne uczucie, że nie jestem specjalnie przekonująca. 

„Koralowcobranie”, które uskuteczniam codziennie, zapewniło mi rozrywkę w ciągu dnia. Wieczorami za to uaktywniła się karaibska fauna.

Pierwszego wieczoru, ogłuszeni problemem z drzwiami i lotem, nie zwróciliśmy uwagi na odgłosy nocy, a zdecydowanie dużo się działo. 
Na drugi wieczór, jak szliśmy na kolację, otoczyła mnie kakofonia dźwięków. I przysięgam, że na początku myślałam, że rozdzwonił się alarm samochodowy. Potem zaczęłam dopuszczać myśl, że to cykady wzmocnione przez alarm samochodowy. Bo to nie było romantyczne cykanie, tylko hałas, jaki mógłby zrobić zespół pijanych cykad z dostępem do super-wzmacniacza ze wstawionym sopranem w tle. 
Zawahałam się, czy sprawdzić sprawców tych dźwięków w internecie, bo a nuż okazałoby się, że są to jakieś straszne robale, i jak ja bym wtedy uskuteczniała romantyczne spacery z Moim osobistym Mężem? 
Mężuś litościwie sam sprawdził i poinformował mnie, że za nocne koncerty są odpowiedzialne cykady i żaby. Odetchnęłam z ulgą – płazy mogą sobie śpiewać do upojenia, a nawet tańczyć reggae.

niedziela, 18 października 2026

Jamajka, czyli relaks w rytmie reggae

 5 lat temu, w trakcie szalejącej pandemii, wylądowaliśmy na Jamajce. Te wspaniałe wakacje były wymuszone dwutygodniową kwarantanną, bez odbycia której nie moglibyśmy wrócić z Polski do Stanów. Myślę, że była to najprzyjemniejsza kwarantanna w historii pandemii i nie tylko.

Mój Mąż, który musiał poradzić sobie z trzykrotną stratą bliskich w ciągu ostatnich kilku miesięcy i trzymał się zdumiewająco dobrze, po kolizji Juniora na autostradzie ogłosił oficjalnie brak sił.
 W celu odbudowania potencjału życiowego przyznałam mu prawo do decyzji, kiedy i gdzie lecimy. 
O dziwo, wybrał powtórnie Jamajkę – nie musiał mnie oczywiście namawiać. I tak w środku października, kiedy biedni studenci i młodzież szkolna muszą karnie pochłaniać wiedzę, a świat pomału szykuje się na zimę, odkurzyłam kostium kąpielowy, zakupiłam olejki ze wszystkimi możliwymi numerami filtrów UV i zapakowałam walizkę.
W dzień odlotu musieliśmy wstać przed piątą rano i było to dość brutalne doświadczenie – nie tylko ze względu na porę, ale też z powodu odkrycia, że w domu nie ma ciepłej wody. Z racji tego, że mamy bojler, najwyraźniej coś go trafiło i przestał działać. 
To był ten moment, który dobił Mojego Męża ostatecznie. Czasu mieliśmy tylko tyle, żeby dostać się na lotnisko, więc szybko zapakowałam Mężusia do Ubera i wysłałam błagającego SMS-a do naszych polskich sąsiadów. 
Mój biedny Mężuś siedział potem na lotnisku jak bezradny misiek koala, któremu odcięli dostęp do eukaliptusa, a w tym samym czasie nasz sąsiad sprawdzał domową awarię. Wsiedliśmy na pokład, nie wiedząc, czy Junior nie będzie zarastał brudem do czasu naszego powrotu. Ja nie miałam z tym żadnego problemu, bo czasami trzeba po prostu odpuścić, ale Mój Mąż wręcz przeciwnie. 
Gdy wylądowaliśmy w Montego Bay, okazało się, że naszemu sąsiadowi udało się zrestartować bojler – najwyraźniej zgasł w nim płomień, ale już się rozpalił ponownie. Mój Mąż odetchnął z ulgą i wreszcie mógł skupić się na relaksie w rytmie reggae.
Zanim jednak dotarliśmy do tego raju, samo podchodzenie do lądowania dostarczyło nam niesamowitych wrażeń. Każda wyspa, a Jamajka nią jest, gwarantuje z lotu ptaka piękny widok, bo pod skrzydłami ma się bezkresny przestwór oceanu lub lazurowe morze. Jednak tutaj to była prawdziwa przygoda – przez około 10–15 sekund samolot leci tuż nad wodą, „prawie” dotykając kołami fal. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam.


Ponieważ tym razem wyjazd wakacyjny prawie idealnie przypadł na naszą rocznicę ślubu, mogliśmy z czystym sumieniem poinformować o tym na recepcji. W rezultacie dostaliśmy apartament pełen luster dla już lekko przechodzonych nowożeńców z dodatkową wstęgą na drzwiach, głoszącą, że obchodzimy rocznicę. Te lustra ewidentnie miały służyć jako dodatkowa forma rozrywki. 


Przez lata jeździliśmy na wakacje z dziećmi, dlatego zawsze wybieraliśmy hotele dopasowane do ich potrzeb – czyli place zabaw, parki wodne i animacje w stylu mini disco. Tym razem wybraliśmy hotel tylko dla dorosłych, a ponieważ na październik przypada sezon huraganów i burz, trafiliśmy do absolutnego raju.


Jamajka to biedny kraj, utrzymujący się głównie z turystów, produkcji rumu i kawy, z tego powodu przybysze są objęci szczególną ochroną. 5 lat temu zatrzymaliśmy się w hotelu otoczonym murem i pilnowanym przez panów w pełnym umundurowaniu. Tym razem nasz hotel był położony na samym końcu półwyspu, a obszar, który zajmował, nie tylko robił wrażenie, ale zapewniał niesamowite bezpieczeństwo i przestrzeń. 
Dzięki tym wszystkim okolicznościom po raz pierwszy w życiu wylądowałam na prawie pustej karaibskiej plaży. Leżaki i łóżka plażowe były tu w ilościach hurtowych, do dyspozycji mieliśmy też kilka hotelowych basenów. I o ile na większości z nich kwitło ożywione życie towarzyskie, napędzane dodatkowo przez barmanów, o tyle na jednym w godzinach szczytu były maksymalnie dwie osoby – czyli ja i Mężuś, ewentualnie tylko ja. „Posiadanie” na własność basenu jeszcze nigdy w życiu mi się nie przydarzyło.
Pierwszego dnia po kolacji, kiedy Mąż dopieszczony kulinarnie zaczął łapać jamajski luz, okazało się, że nie możemy wejść do pokoju. Zamek uparcie nie reagował na kartę. 
Zostawiłam lekko podupadającego na duchu Mężusia i pognałam na recepcję. Karty hotelowe mają ten irytujący zwyczaj, że jak za długo leżą za blisko telefonu, to się rozkodowują albo obrażają – jak kto woli. Przekonana, że naszą właśnie to spotkało, wyjaśniłam sytuację, dostałam nową i wróciła do Mojego Męża. Zamek w drzwiach złośliwie znowu nie zareagował. Powtórzyłam całą procedurę.
Gdy za trzecim razem wylądowałam na recepcji, dziewczyna przyjrzała mi się uważnie i prawie widziałam w jej oczach ocenę mojej skromnej osoby: trzeźwa, do wieku sędziwego na szczęście jeszcze jej brakuje, wygląda na bystrą i normalną – trzeba działać. 
Zawołała na pomoc kolegę, żeby otworzył drzwi moją kartą, bo widocznie dopuszczała myśl, że jednak z tą bystrością to przesadziła. Jestem przyzwyczajona do wysokich, postawnych mężczyzn, bo sama jednego posiadam na własność od lat, a mimo to na widok asystenta recepcjonistki lekko mi szczęka drgnęła. 
Mówiąc szczerze, zamiast pomagać na recepcji, powinien reklamować siłownię i zdrowy styl życia. Na jego widok wszystkie turystki cały czas karnie rąbałyby tylko marchewkę.
Kiedy pojawiłam się po raz czwarty pod drzwiami w takim towarzystwie, Mój Mąż lekko się zdziwił. Drzwi pozostały nieugięte na urodę recepcjonisty i twardo trwały zamknięte. Przystojniaczek zaciągnął mnie znowu do recepcji, zreferował wszystko i zniknął. Po chwili pojawił się fachowiec z torbą, zgarnął mnie i razem poszliśmy do pokoju. 
Myślę, że na tym etapie Mężuś zaczął z rozrzewnieniem wspominać zepsuty bojler. Pan stwierdził, że padła bateria w zamku i trzeba ją wymienić, ale zanim się za to zabrał, walnął pięścią dwa razy w zamek. I gdybym tego nie widziała na własne oczy, to bym nie uwierzyła – karta magicznie zadziałała. Widocznie zamek się po prostu przestraszył. 
Następnie, żebyśmy nie musieli za każdym razem nokautować drzwi, nasz nowy znajomy wymienił baterię. Wreszcie dostaliśmy się do pokoju. Śmiałam się cały czas jak hiena, bo Mój Mąż na serio rozważał już wejście do pokoju przez balkon od sąsiadów.