Wreszcie nadeszło Halloween i na szczęście już poszło.
Odkąd przyjechałam do Stanów i zaczęłam pisać mój blog, średnio raz do roku użalam się nad sobą w tym temacie. Gdybym miała wymienić pięć różnic kulturowych, z którymi mam problemy w Ameryce, Halloween znalazłoby się w tej niechlubnej piątce dość wysoko.
I nie sądzę, aby ten fakt miał kiedykolwiek ulec zmianie. I nie chodzi o przekonania religijne, tylko o urodzenie i wychowanie w kulcie 1 listopada – Dnia Wszystkich Świętych – i 2 listopada – Dnia Zadusznych.
Jak patrzę na Moje Dzieci, które mają zupełnie inne podejście do tego tematu, a zwłaszcza na Juniora, uświadamiam sobie, że chociaż moja dusza jest wiecznie młoda i szalona, to zamieszkuje ciało, które już wiele rzeczy doświadczyło i widziało. Dzieciakom urodzonym wiele lat po zmianach ustrojowych właściwie niemożliwe jest wytłumaczenie realiów PRL-u. Obchodzenie Dnia Wszystkich Świętych w starym stylu również się do tego zalicza.
W moich najwcześniejszych wspomnieniach pamiętam sprzątanie grobów, kupowanie chryzantem w doniczkach i, oczywiście, zniczy.
O tym, jak bardzo zmieniła się nasza rzeczywistość, świadczy fakt, że pomagałam te groby czyścić, a ponieważ byłam najmniejsza i najlżejsza, wdrapywałam się na grobowiec prababci, bo tylko tak można było umieścić znicz na górnej części nagrobka.
Wiem, że dzisiaj to brzmi surrealistycznie, ale pamiętam całą rodzinę zgromadzoną na dole i rzucającą wskazówki typu: „w prawo, w lewo”. Jakby dzisiaj jakieś dziecko radośnie pracowało na wysokościach na grobowcu, policja jak nic zorganizowałaby rodzicom spokojne, odosobnione miejsce do kontemplacji. Od dawna opiekę nad grobowcem praprzodków przejęło miasto ze względu na wartość historyczną. Tak teraz sobie myślę, że całe szczęście, że ten antyczny grób się pode mną nie załamał.
I oczywiście były obowiązkowe, mrożące krew w żyłach opowieści o tych wszystkich nieszczęśnikach pogrzebanych żywcem. Prawdopodobnie 99 procent z nich to była fikcja, ale wystarczyła, żeby zrobić ze mnie gorącą zwolenniczkę kremacji. Myślę, że te opowieści wyczerpały całkowicie moje życiowe zapotrzebowanie na horrory. Według mnie w życiu jest wystarczająco dużo strachu, żeby sobie jeszcze fundować dodatkowe atrakcje.
Zdecydowanie dla mnie jako dla dziecka najgorszy w tym czasie był pełen smutku i powagi nastrój, który musiał panować 1 i 2 listopada. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale były czasy, kiedy w te dni w telewizji były głównie filmy dokumentalne i relacja na żywo z cmentarzy, ewentualnie filmy o umieraniu. W radiu nie było lepiej, była puszczana tylko muzyka poważna. Wszystko nastrajało bardziej do płaczu niż pełnej refleksji zadumy nad sensem istnienia i przemijaniem. To święto nierozerwalnie od zawsze kojarzyło mi się tylko ze śmiercią. Pamiętam, jak kiedyś w latach osiemdziesiątych uczyłam się w nocy przy muzyce z radia i czekałam zrezygnowana, bo wiedziałam, że o północy wjedzie obowiązkowy marsz żałobny.
I wtedy po raz pierwszy zaczęła się medialna odwilż emocjonalna. Z wybiciem północy prowadzący nocny program miłym głosem zakomunikował, że zaczyna się Dzień Wszystkich Świętych i teraz zacznie grać muzykę dla tych wszystkich, którzy są już po tamtej stronie – z nadzieją, że usłyszą. Piosenki były bardzo spokojne, ale pełne nadziei. Do tej pory pamiętam to uczucie ulgi. W następnych latach media w dużej mierze odeszły od epatowania samą rozpaczą, ale ten dzień nigdy z założenia nie był okazją do radosnego świętowania.
I tak po latach takiego uduchowienia wylądowałam w kraju, w którym nie tylko nie obchodzi się święta zmarłych, ale jeszcze podejście do „świętowania śmiertelności”, delikatnie rzecz ujmując, jest oryginalne.
Myślę, że Halloween jest zdecydowanie ulubionym świętem Amerykanów i przebija nawet Boże Narodzenie. Z dwumiesięcznym wyprzedzeniem ludzie robią halloweenowe plany dotyczące strojów i przyjęć, a sklepy zalewają dekoracje, ubrania, biżuteria, a nawet kosmetyki, których jedynym zadaniem jest straszenie.
Dla kogoś, komu cmentarz kojarzy się tylko z odejściem bliskich, instalowanie przez sąsiadów nagrobków i szkieletów, nawet sztucznych, na trawniku było lekko traumatycznym przeżyciem. W teorii amerykańskie filmy powinny były mnie przygotować na te widoki, w praktyce nic nie mogło.
W okolicy, w której obecnie mieszkamy, być może dlatego, że jest to bardzo międzynarodowa wspólnota, podejście do straszenia jest bardzo umiarkowane. W Connecticut, w którym spędziliśmy pierwsze pięć lat naszej emigracji, obchodzenie Halloween ze wszystkimi szykanami to było coś na kształt dumy narodowej.
Dekoracje domów to nie było trochę sztucznych pajęczyn i roześmiany duch zrobiony z prześcieradła. To były profesjonalne dekoracje do horrorów. Paradoksalnie, im były prostsze, tym były bardziej przerażające. A już najgorsze było, jak się ruszały.
Chyba najbardziej przerażająca była kobieta w białej koszuli nocnej, z długimi, czarnymi, całkowicie zasłaniającymi twarz włosami, siedząca na huśtawce. Ta huśtawka była zawieszona na drzewie przed domem, bardzo blisko ulicy, i specjalny mechanizm cały czas nią poruszał. Kiedyś zamyśliłam się podczas spaceru i na pustej ulicy natknęłam się na to „cudo”. Wrażenie straszne – przez chwilę byłam pewna, że to jest kobieta, która uciekła z zakładu psychiatrycznego, dyskusyjnie żywa czy martwa.
Wspomniałam wcześniej o oryginalnym podejściu Amerykanów do śmiertelności, ponieważ jednym z najbardziej traumatycznych momentów, jakie przeżyłam w związku z halloweenowym szaleństwem, była dekoracja ok. 40 postaci w powiewnych, prawie przezroczystych szatach, które cały czas falowały, ale tym razem poruszane naturalnie wiatrem. I nie byłoby w tym nic szokującego, gdyby nie to, że cała ta ekspozycja zajmowała wielki trawnik przed domem pogrzebowym.
Jedynym elementem Halloween, który lubię, jest rozdawanie cukierków i oglądanie poprzebieranych maluchów. Całą resztę przeczekuję, odliczając dni.
A najbardziej szokujące jest to, że 1 listopada, po szaleństwach rodem z horroru, Amerykanie wyciągają dekoracje świąteczne i przygotowania do świąt ruszają pełną parą. Jak za dotknięciem magicznej różdżki w sklepach bombki wypierają zombie, choinki zastępują kościotrupy, a piękne, kolorowe girlandy zastępują pajęczyny z pająkami. Gdy cała ta koszmarna otoczka znika, zaczyna działać magia świąt. Zamiast przygnębiającej czerni są świecące, kolorowe lampki, a zamiast śmierci z kosą – Święty Mikołaj.
Kiedy wchodzę do sklepów w listopadzie, zawsze czuję ulgę podobną do tej, jaka mnie ogarnęła wiele lat temu, kiedy słuchałam radia w nocy.
Te zdjęcia zrobiłam dzisiaj, czyli 1 listopada. Wygląda na to, że bombki też lubią mnie „ścigać”.