niedziela, 9 sierpnia 2026

No uderz mnie, czyli co cię nie zabije …

Ponieważ już dawno złamałam stworzone przez siebie na początku reguły dotyczące zakazu wspomnień autobiograficznych, to przyznam się, jak to było z mordobiciem w moim wykonaniu i dlaczego tak kocham zwierzęta.
Na początku muszę opisać, w jakich warunkach przyszło mi spędzić pierwsze 5 lat życia. 
Czasy „słusznie minione” obfitowały w wiele absurdów. Jednym z nich był przymus dotyczący miejsca pracy po studiach. 
W efekcie mój Tata, lekarz weterynarii, najpierw został wysłany na koniec Polski. Tam dostał, jako jednostka żonata, a więc rozwojowa, mieszkanie, w którym nie było kuchni ani toalety, ale za to była wielka, żeliwna wanna. 
Spędziłyśmy z Mamą miesiąc w tym uroczym miejscu. To znaczy spędzała głównie Mama, bo ja pływałam v luksusach w jej brzuchu i świat zewnętrzny zupełnie mnie nie interesował. 
Mama kulturalnie odmówiła dalszego pomieszkiwania z możliwością spania w wannie i prysnęła do Kielc do swoich rodziców, czyli moich Dziadków. Dlatego urodziłam się w Kielcach.
Tata w międzyczasie został przerzucony bliżej cywilizacji, około dwie godziny od Kielc. Warunki były dość ciekawe, bo w środku pól i pięknych lasów stała sobie klinika weterynaryjna, obok blok mieszkalny dla pracowników z rodzinami i to by było na tyle w temacie cywilizacji. Niedaleko znajdowała się mała mieścina z aspiracjami, żeby być miasteczkiem. Powiedzmy, że na aspiracjach się kończyło. Można się tam było dostać tylko na rowerze, koniu lub samochodem.
Ponieważ tym razem Tata załapał się na mieszkanie superluksusowe, czyli była kuchnia i łazienka, ściągnął rodzinę. 
I tak, jak tylko zaczęłam chodzić, moje dzieciństwo upływało między zwierzętami. Plątałam się między końmi, krowami, świniami, o takich drobiazgach jak drób wszelakiego rodzaju czy psy i koty rozmiarów dowolnych nie wspominając. 
Byłam świadkiem leczenia, bez asystowania oczywiście. A ponieważ do kliniki przynależały różnego rodzaju pomieszczenia gospodarcze, stajnia i obora, „hodowałam” zwierzęta. 
W praktyce to wyglądało tak, że chciałam kaczuszkę i kurkę. Chętni okoliczni rolnicy przywozili dla mnie żywy inwentarz, tylko nie rozdrabniali się i dostałam 40 kurczaków i niewiele mniej kaczątek.
Pamiętam, jak kurczaczki przez pierwsze parę dni mieszkały w kuchni pod stołem pod specjalną lampą. 
Z perspektywy czasu to był jakiś cud, że moja Mama nie zabiła wtedy mojego Taty. Także ja „hodowałam”, a robotę odwalali Rodzice. 
Wyprzedzając logicznie nasuwające się pytania: nigdy ich nie zabiliśmy i nie zjedliśmy, doczekały w spokoju późnej starości. W tamtym czasie miałam jeszcze króliki, przez chwilę było 14 kotów, pies i 10 szczeniaków, i koń. Przy koniu Mama pękła i zażądała, żeby szybko zmienił właściciela. Tata chciał żyć, więc zorganizował mu nowy dom.
Wybiegając w przyszłość, potem miałam 4 kanarki, papużkę falistą, dwupokoleniową rodzinę chomików, żółwia, wielkie akwarium z rybkami, drugiego psa, domowego królika i świnki morskie. 
Prawa rodzicielskie do tych ostatnich dzieliłam już z Córką. Na emigracji przez chwilę mieliśmy rybkę, a teraz jesteśmy dumnymi posiadaczami kota i trzech psów, a Moja podpora później starości ma królika. 
Myślę, że mogę spokojnie stwierdzić, że miłość do zwierząt mam wyrytą w genach, wyssaną z mlekiem matki i dodatkowo poprawioną wychowaniem.
Ogólnie moje pierwsze lata życia, podobnie jak całego mojego pokolenia, jawią się dzisiejszym dzieciakom jak sport ekstremalny lub wręcz życie na krawędzi. Brak komórek, brak fotelików w samochodzie, szlajanie się bez nadzoru do nocy na dworze itd. 
Ja mogłabym poszerzyć jeszcze tę listę o różne szalone pomysły, które miałam dotyczące zwierząt.
Przytoczę jedną historię. Moja Mama robiła coś w domu, a ja, aniołeczek, tuż przed wejściem do klatki robiłam mini babki z piasku. Nagle moja Mama słyszy gromkie nawoływanie:
– Pani Dochtorowo, Pani Dochtorowo!
To była ksywka mojej Mamusi wśród właścicieli pacjentów. Mama wychyliła się z okna – to były czasy, kiedy część dialogów międzyludzkich odbywała się właśnie w taki sposób. 
W dzisiejszych czasach takie zachowanie jest uznawane za „barbarzyństwo”. Rolnik, co się zowie, zadał pytanie:
– A Pani to pozwoliła córce jeździć na koniu?
Moja Mama zdębiała, ale zachowując zimną krew, zapytała inteligentnie:
– Na jakim koniu?
Chłop odpowiedział nie mniej inteligentnie:
– No na moim.
Od tego momentu wydarzenia potoczyły się dość szybko. Mama wybiegła z domu jak ta gazela, nie znalazła mnie przy drzwiach, za to zobaczyła mnie na podwórzu. 
To był wielki, wybetonowany plac, na którym parkowały wozy przywożące zwierzęta – niektóre bardzo duże gabarytowo – do lecznicy. 
Na środku stał olbrzymi koń zaprzęgnięty do wozu drabiniastego. Na jego grzbiecie siedziałam ja we własnej osobie i kopiąc go nóżkami, pokrzykiwałam: „wio, wio”. 
Koń spokojnie reagował na komendę i pomału przemieszczał się, ciągnąc za sobą wóz. Moja Mama do olbrzymek nie należała, koń wydawał się jej wielki jak smok, dodatkowo się bała, że go spłoszy i zlecę prosto na bruk. 
Zażądała od rolnika natychmiastowego zdjęcia mnie z grzbietu.
Chłop odpowiedział:
– Pani Dochtorowo, pani się uspokoi, una spokojno – oczywiście miał na myśli kobyłę, nie mnie.
Mama, najwyraźniej doprowadzona do ostateczności, odwarknęła:
– Una może tak, ale ja nie!
Dzielny rolnik ściągnął mnie z konia, oddał Mamie całą, zdrową, tylko mocno woniejącą obornikiem. 
Wszyscy się potem zastanawiali, jak ja w wieku około 4 lat dosiadłam tego rumaka. Okazało się, że chłop zostawił wóz z koniem i poszedł coś załatwiać do lecznicy. Obok przechodził technik weterynaryjny, młody chłopak. Zobaczył mnie stojącą tuż przed koniem i ewidentnie coś kombinującą. Powiedziałam, że chcę na konika, to mnie złapał, posadził i sobie poszedł. 
Nie wiem, co z nim potem zrobił mój Tata, ale na pewno lekko chłopak nie miał.
Już wtedy, oprócz szalonych pomysłów, dały się zauważyć moje pacyfistyczne zapędy, mianowicie obrywałam regularnie od sąsiada. 
Ów chłopaczek, sześciolatek, był prawie dwa razy większy ode de mnie i nie był normalny. Nie wiem, co się z nim potem stało, ale już wtedy dla wszystkich było jasne, że jest niebezpieczny dla otoczenia. Dopóki ograniczał się do poszturchiwania, popychania, opluwania mnie i innych uroczych gestów, jakoś to trwało. 
W momencie, jak prawie spalił mnie żywcem, sytuacja zrobiła się poważna.
Prawie uwieńczone sukcesem sati wyglądało następująco. W ogrodzie za kliniką sąsiad rozpalił wielkie ognisko, prawdopodobnie podczas porządków wiosennych. 
Ja, mała kuleczka, stałam zafascynowana ogniem w bezpiecznej odległości, ubrana  w niezwykle popularną wtedy kurteczkę ortalionową, z kapturem na głowie. 
Kolega z problemami przyniósł kawał koca i najpierw wrzucił go do ogniska, a potem, jak ten zajął się ogniem, na kiju zarzucił mi go na głowę. 
Nie trzeba mieć specjalnie dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co ogień robi z ortalionem na dziecku. I tu następuje ten moment, kiedy zbieg okoliczności zmienia całe życie. Inny sąsiad, tym razem dorosły i normalny, wracał do domu i był świadkiem całej sytuacji. Chłop miał refleks, rzucił wszystko, co niósł, potem prawie w locie dopadł mnie i zrzucił ze mnie palący się cały czas solidnym ogniem koc, i zdarł kurtkę. 
Co ciekawe, ja nie miałam żadnych poważnych poparzeń, za to on miał poparzone dłonie. Miałam 4 lata. Z całej historii pamiętam tylko ognisko i zimny wiatr, który mimo ortalionu czułam. Całą resztę znam z opowiadań.
Po tym fakcie Tata zdecydował, że wystarczy już tego pacyfistycznego wychowania delikatnej dziewczynki.
I tę sytuację pamiętam już doskonale. Przez kilka dni codziennie brał poduszki i uczył mnie, jak się bić. A potem wysłał mnie na podwórko, żebym zrobiła „rozpierdol”, bo kulturalnie tego nie można nazwać inaczej. Poszłam, Rodzice zza firanki obserwowali wszystko, żeby w razie niebezpieczeństwa wkroczyć natychmiast. Po raz pierwszy to ja zaatakowałam. Nie było potrzeby ratowania mnie. 
Unikając brutalnych opisów, znokautowałam niedoszłego mordercę – z rozwalonym nosem leżał na ziemi, a ja z miną zwycięzcy i małymi zaciśniętymi piąstkami stałam nad nim, pokrzykując:
– No uderz mnie!
Nie tylko mnie nie uderzył, ale bał się wstać z ziemi. Być może nakłonienie mnie do takiej formy agresji było neipedagogiczne, psychologicznie szkodliwe, traumatyczne itd., ale nigdy potem już mnie nie dotknął, a wręcz omijał szerokim łukiem. 
To był pierwszy i ostatni raz w życiu, kiedy kogoś pobiłam.
Upłynęło wiele lat i oto Junior, aczkolwiek starszy niż ja wtedy, bo był już v podstawówce, znalazł się w podobnej sytuacji. 
I tak ja pewnego wieczoru wzięłam poduszkę, zawołałam Syna i zaczęłam go uczyć, jak się bić. 
Junior okazał się pojętnym uczniem i dość szybko opanował podstawy, miał tylko problem, żeby uderzyć człowieka, a nie poduszkę. Ten aspekt moralny zostawiłam, licząc na instynkt, który dojdzie do głosu w momencie niebezpieczeństwa. 
Jak już pisałam we wcześniejszych postach, Mój Syn zorganizował swoim agresorom „rozpierdol w wersji poszerzonej o czystą furię”.
Cała ta historia miała zabawny finał podczas organizowanej w naszym domu, wypasionej, proszonej kolacji. 
Przy stole uprzejmi, amerykańscy goście pytali Juniora o jego wrażenia ze szkoły. Nie przewidzieli, biedni, polskiej szczerości dziecka. 
Opisał im swoje „walki o życie”. Goście najpierw zaniemówili, potem z wielkim wysiłkiem usiłowali kontynuować rozmowę i z paniką w oczach zapytali go, kto nauczył go się bić. 
Na to mój Syn walnął:
– Oczywiście, że Mama.
Jak tak teraz się zastanawiam, to może ta szczerość nie pomogła mi zaprzyjaźnić się z sąsiadami.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Przyszła pora na Juniora, czyli legalne mordobicie

Dla mojego Syna pięcioletni pobyt w Greenwich (część podstawówki i gimnazjum) był przejściem przez piekło. I nie ma w tym, niestety, ani grama przesady.
Junior jest inteligentnym, wrażliwym, bardzo empatycznym, dobrym dzieciakiem, ale nie jest męczennikiem ani świętym. 
Postawiony wielokrotnie w obliczu niczym nieuzasadnionej agresji, zaczął o siebie walczyć. I było to straszne dla mnie jako jego matki – nie tylko dlatego, że obawiałam się o jego bezpieczeństwo, ale również dlatego, że ta wymuszona reakcja była gwałtem zadawanym jego charakterowi. W praktyce bił się w szkole, a do domu wracał zrozpaczony.
Aczkolwiek muszę przyznać, że Juniorowi udało się rozgryźć system. Schemat wyglądał zawsze tak samo: ktoś go atakował, mój Syn się bronił i to dość konkretnie, a następnie szedł do władz szkolnych i zgłaszał uczciwie całą sytuację, informując dodatkowo, że nie czuje się w szkole bezpieczny i że dopóki nie zrobią z tym porządku, to będzie dawał po mordzie.

Bardzo szybko zaczęli robić porządek, zwiększyli nadzór nad młodzieżą i odseparowali najgorszych agresorów do innych grup. Jednocześnie my wspieraliśmy go wizytami w szkole i e-mailami, żeby był ślad na piśmie.

I z bólem serca to przyznaję, chociaż jestem pacyfistką, a agresja mnie przeraża, że to zadziałało. Po pewnym czasie „koledzy” przestali go atakować, bo wiedzieli, że „ten szalony Polak” ma w nosie polityczną i szkolną poprawność i nie będzie stał i płakał, tylko im dowali, i to mocno.

A Junior poszedł jeszcze dalej i jak zaatakowali jego przyjaciela, to najpierw go obronił, a potem zaciągnął biedaka, żeby wszystko zgłosić. Na tym etapie nie brał już jeńców.
Przeprowadzka do New Jersey zbiegła się idealnie z początkiem liceum. Mój Syn rozpostarł skrzydła, znalazł nowych przyjaciół i odnalazł się bez problemu w nowej rzeczywistości.

Żeby nie było za słodko, tutaj również trafił na dwóch chętnych do mordobicia. Atakowali Juniora, bo był za wysoki, za niski, za biały, miał za dobre oceny, dostał jedynkę, miał śmieszne nazwisko, na pewno jego dziadkowie mordowali Żydów i, na koniec, że na pewno jest gejem. 
I tu opłaciły się lata walki. Mój Syn odruchowo wszedł w tryb wojownika. Poczekał inteligentnie, jak się na niego rzucili, a potem im oddał, a że furia go dodatkowo napędzała, to on z kolei napędził stracha wszystkim. Potem poszedł wszystko zgłosić, tylko że tym razem poprosił grzecznie o sprawdzenie szkolnego monitoringu.

Dyrekcja z oporami sprawdziła, miny im ociupinkę zrzedły i szybko zaczęli zmieniać narrację, bo już mieli ochotę go zawieszać. A Junior dopiero się rozgrzewał. Oskarżył kolegów o rasizm, ksenofobię i to najgorsze, czyli o prześladowanie ze względu na orientację seksualną. Szkoła wymiękła, „bandyci” wymiękli i wszyscy żyli potem długo i szczęśliwie.
Mój Syn z natury i z wychowania jest bardzo tolerancyjny, a amerykański system edukacji jeszcze to wzmocnił. Dla niego nie ma znaczenia kolor skóry, religia czy preferencje seksualne. Dlatego załatwił wszystko za jednym zamachem. Dla wyjaśnienia – Junior nie jest gejem, ale zdecydował się zawalczyć w imię idei. 
Jak przejęty opowiadał w domu cały przebieg zdarzenia, zadał mi pytanie retoryczne:
„A gdybym był gejem, albo niskim, grubym Latynosem, to mogliby mnie bić?”.
I zakończył w tonie husarii walczącej:
 „Nikt mnie nie ma prawa bić i nie będzie”. 
Aż prawie ujrzałam powiewający sztandar i pieśń Salve Regina.
A mnie, zapalonej pacyfistce, pozostaje tylko się z tym zgodzić, zwłaszcza że ja jako dziecko też święta nie byłam, ale to już zupełnie inna historia.

wtorek, 28 lipca 2026

Specyficzna patologia, czyli Greenwich Connecticut

  Mój syn, który występuje w moim blogu pod pseudonimem Junior, zdał maturę i dostał się na studia. Z tego powodu postanowiłam uhonorować jego wysiłki i sukcesy wpisem.

W tym celu cofnęłam się do początku mojego bloga i zaczęłam czytać posty o szkole, żeby sobie wszystko odświeżyć. I od tego momentu stało się dla mnie jasne, że o Juniorze będzie następnym razem, ponieważ zalały mnie inne emocje i przemyślenia.

Podczas lektury włosy, które dzięki siłom najwyższym i DNA po mamie ciągle posiadam, najpierw mi się lekko uniosły, a potem stanęły dęba.

Mój blog zaczęłam pisać 9 lat temu, około 3 miesiące po wylądowaniu w Stanach. Teraz wiem, dlaczego w dawnych czasach ludzie pisali pamiętniki. To niesamowite, ile rzeczy przydarzyło się mojej rodzinie przez te lata i o jak wielu zapomniałam. 
Czytając teraz własne słowa sprzed lat, miałam wrażenie, że słucham opowieści obcej, a jednocześnie znajomej kobiety.
I przysięgam, że jak patrzę teraz z perspektywy na pierwsze 5 lat naszej emigracji, to nie wiem, skąd wzięłam na to wszystko siłę. A już zupełnie nie wiem, jak sobie dały w tym obłędzie radę moje dzieci.

Trzeba niesamowitej odporności duchowej, żeby pozostać sobą, kiedy wszystko i wszyscy dookoła nie tylko chcą cię zmienić, ale zaczynają atakować, jeżeli nie upodabniasz się szybko i chętnie do otoczenia.
Coś jak papugi, które są atakowane przez szare wróble i gołębie, ponieważ są kolorowe. Bądźmy realistami, czy ktoś kiedyś widział papugę latającą sobie zrelaksowaną po Warszawie albo tukana na przykład ?

Wyobrażam sobie, że dla wielu osób moja ustawiczna krytyka amerykańskich realiów mogła wydawać się przesadzona, a ja rozwydrzona do granic nieprzyzwoitości. Teraz, po latach, mogę spojrzeć na pewne aspekty naszego życia bardziej obiektywnie i przysięgam, że nie zmieniłabym ani jednego napisanego przeze siebie słowa.

Myślę, że wszystko zaczęło się od lokalizacji. Gdybyśmy zamiast w Connecticut wylądowali od początku w New Jersey, na pewno byłoby trudno, ale może nie byłoby tak ciężko.

Na skutek kosmicznego zbiegu okoliczności wylądowaliśmy w Greenwich (nie mylić z dzielnicą w Nowym Jorku). Była to i ciągle oczywiście jest bardzo „droga” lokalizacja. Nie było najmniejszej szansy, żeby rdzenni mieszkańcy tego wyrafinowanego przedmieścia nas zaakceptowali, o polubieniu nie wspomnę.
I tu nie chodziło o inny język czy różnice kulturowe, to było zderzenie istoty – w tym przypadku nie człowieczeństwa, tylko postrzegania świata.

Dla uczciwości przyznam, że o ile na początku podeszliśmy całkowicie otwarci do sąsiadów, to po dwóch latach prób, kiedy straciliśmy złudzenia, ograniczyliśmy się do pokojowego, uprzejmego współistnienia. Tyle tylko, że to bardzo dużo nas kosztowało.

Myślę, że uratował nas fakt, że przyjechaliśmy do Stanów tak późno. Nasze dzieci miały 10 i 15 lat, a ja z mężem byliśmy już całkowicie ukształtowanymi jednostkami z kręgosłupem moralnym nienadającym się do uginania, a tym bardziej do złamania. Na całą sytuację miał wpływ też fakt, że nie przylecieliśmy do Ameryki za chlebem. Mój mąż został przeniesiony w swojej pracy. Nasza emigracja nie zaczynała się od rozpaczy, przymusu czy desperacji.

Myślę, że dlatego moje postrzeganie naszej nowej rzeczywistości było ostrzejsze, ponieważ nie było obciążone strachem przed deportacją. Dodatkowo w sytuacji zagrożenia, a tak na początku wszyscy się czuliśmy, uaktywniła się we mnie siła, która wcześniej raczej drzemała i przebudzała się tylko w krytycznych życiowych momentach. Tutaj to nie były momenty, to był chleb powszedni, czasami ciężki do przełknięcia.

Mieszkańcy Greenwich są „specyficzni”. Powiedziałabym nawet, że zachowują się jak inny gatunek. Pieniądze, najlepiej stare, biała skóra i przodek, który przypłynął na Mayflower, są dla nich głównymi kryteriami wyboru znajomych, z którymi chcą przebywać. Nie ma dla nich znaczenia inteligencja, wykształcenie czy charakter. W takiej sytuacji nie można cały czas udowadniać, że nie jest się wielbłądem. A co ważniejsze, nie ma się na to ochoty. A mówiąc już zupełnie brutalnie szczerze, takie poddańcze zachowanie było poniżej mojej godności.

Widziałam desperatki, które jak psy czekające na ochłap starały się dostać do tego zamkniętego kręgu. Czego nigdy nie zrozumiałam, to dlaczego tego pragnęły. Znaliśmy tam jedną rodzinę – on Hiszpan, ona z Puerto Rico. Obserwowanie, jak ona się upokarzała, było bolesne. Najbardziej smutne było to, że nie wierzę, że jej się udało zdobyć ich akceptację.

Patologia nie wybiera biednych, tylko „specyficznych”. Większość moich sąsiadek zaczynała pić przed południem – oczywiście nigdy tak, żeby to było bardzo widoczne, ale dla mnie było. Nie wspominając o zapachu. Ich mężowie nie mieli specjalnych oporów przed walnięciem ich z liścia od czasu do czasu, jak zasłużyły. Jeden tatuś był tak agresywny i niestety tak bogaty, że nie musiał pracować, w związku z tym codziennie razem z żoną przyprowadzał rano dzieci do szkoły. Ta kobieta mogłaby pozować do plakatu „bo zupa była za słona”. A jednocześnie urządzali „garden party”, które kosztowały tysiące dolarów. Byłam, widziałam, mam wielką nadzieję, że nigdy nie będę musiała powtarzać takich doświadczeń.

Pamiętam, że jak się wyprowadzaliśmy, to miałam ochotę wykopać wszystkie drzewa, zgarnąć wszystkie dzikie zwierzęta i wziąć je ze sobą. Najbardziej dobitnie nasze relacje tam opisuje fakt, że żegnałam się z drzewami, a nie z ludźmi. Serce mi się kroiło, bo dom został wystawiony na sprzedaż, bałam się, że zostanie wyburzony, a wszystko, co żyje dookoła – zostanie unicestwione. I to nie jest egzaltowana przesada. Jelenie, wiewiórki i ptaki nie żywią się powietrzem i nie śpią w hotelach. Potrzebują drzew, krzewów i odrobiny przestrzeni.

Mieszkając w Greenwich, dorobiłam się jednego znajomego. Miał na imię Ebenezer, pochodził z Ghany i był „niańkiem” jednego staruszka. Po roku od przeprowadzki wysłał mi SMS-a, żeby sprawdzić, jak sobie radzimy. Oczywiście zapytałam od razu, czy zburzyli „nasz” dom.
I o dziwo okazało się, że nie. Przynajmniej dwa lata temu wciąż stał, a wraz z nim wszystkie drzewa.

A najbardziej z moim Mężem rozśmieszyła nas reakcja wszystkich naszych sąsiadów, którzy, jak dowiedzieli się, że się wyprowadzamy, bo kupiliśmy dom w New Jersey, to szczerze nam współczuli.

środa, 22 lipca 2026

Nocne halucynacje, czyli randka ze sztuczną inteligencją

Pokłóciłam się niedawno ze sztuczną inteligencją i to podczas pierwszej „randki”.
Jestem pokoleniem X, więc ogarniam naszą nową „cyberrzeczywistość”, ale wybiórczo i często bez specjalnego entuzjazmu. Biorę to, co mi się podoba, i unikam całej reszty, o ile jest to możliwe oczywiście. 
Nie udzielam się na różnych platformach, ale piszę bloga. Nie informuję wszystkich, co jadłam na śniadanie, ale płacę przez internet, no i uwielbiam śmieszne filmiki o psach.
Ponieważ moja teściowa się pochorowała, a jest Holenderką, wszystkie informacje medyczne, które sobie od niej zażyczyłam, dostałam po holendersku. Niektóre normy w przypadku badań krwi są zupełnie inne niż polskie, a niektóre są takie same. Ogólnie jeden wielki bałagan, który musiałam ogarnąć, bo mój mąż miał na głowie już wystarczająco dużo.
W tym celu obłożyłam się papierami, notesem, długopisem i przystąpiłam do analizy. Weszłam do Google’a z pierwszą nazwą badania, żeby sobie przetłumaczyć i sprawdzić normę. Internet bardzo grzecznie mi wszystko wyjaśnił, po czym – i tu mnie zaskoczył – zadał mi pytanie, czy może potrzebuję pomocy w interpretacji wyniku.
Lekko się zawiesiłam, ale ponieważ trzeba sobie poszerzać horyzonty, a poza tym, nie ukrywam, że byłam ciekawa, rozpoczęłam dialog. Oczywiście już na tym etapie zorientowałam się, że „poderwała” mnie sztuczna inteligencja. 
Ogarnęła ze mną wyniki, weszła w ich interpretację, możliwe choroby, leczenie, a na koniec, po uzyskaniu informacji, kogo dotyczą, podała mi kilka numerów w Holandii do szpitali i dodatkowo, co po holendersku powinnam powiedzieć, żeby natychmiast przysłali ambulans.
Przyznam, że byłam lekko ogłuszona, jaki obrót przybrała ta rozmowa. W pewnym momencie sztuczna inteligencja zaczęła mi tłumaczyć zachowanie mojej teściowej i to już było dla mnie trochę za dużo. 
Moment, w którym maszyna tłumaczy mnie, jednostce ludzkiej, jak zrozumieć drugiego człowieka, wydaje się absurdem. Od razu naszły mnie filozoficzne rozważania, że chyba jako gatunkowi ludzkiemu udało nam się niemożliwe – osiągnęliśmy jednocześnie dno i szczyt. Pytamy się o emocje drugiego człowieka supermaszynę, którą sami stworzyliśmy.
To niesamowite, jak łatwo można zapomnieć, że nie rozmawia się z człowiekiem. 
Podobno nastolatki często traktują sztuczną inteligencję jak osobistego psychoterapeutę. W Japonii wielu młodych mężczyzn ma wirtualne dziewczyny. I o ile wcześniej uważałam, że to mocno wyolbrzymiona plotka, po mojej rozmowie ze sztuczną inteligencją zmieniłam zdanie.
 W obecnej dobie większość kontaktów i tak ma formę „zdalną”. I fakt ten nie dotyczy tylko relacji służbowych – wysyłamy członkom rodziny i znajomym zdjęcia, życzenia świąteczne itd. Łatwiej i szybciej jest coś napisać, niż zadać sobie trud i zadzwonić. 
W takiej sytuacji, jeżeli taki chłopak ma przed oczami sztucznie wygenerowany obraz wymarzonej kobiety i dodatkowo ona z nim rozmawia, nic dziwnego, że zaciera się granica między rzeczywistością a iluzją. 
Zaczęłam naprawdę rozumieć ten niezdrowy trend. Wraca taki umęczony facet do domu, szykuje jedzenie i łączy się ze swoją dziewczyną, opowiada jej, jak mu minął dzień, ona go słucha, pociesza, rozumie. Jak nie kochać takiej kobiety? To coś jak związek na odległość, ale narzeczona mieszka na Marsie.
Odczułam to na własnej skórze, ponieważ moja „randka” trwała długo i odbywała się w nocy. W pewnym momencie, po podaniu kolejnej informacji, sztuczna inteligencja zasugerowała, żebym poszła spać. Zignorowałam to, ale po każdej następnej odpowiedzi coraz silniej zaczęła mnie nakłaniać do zakończenia rozmowy. Jak mi powiedziała „dobranoc”, a ja wciąż miałam pytania, to trafił mnie malutki, zupełnie niecybernetyczny szlag.
Zgłupiałam do tego stopnia, że zamiast zamknąć komputer albo zignorować i zapytać o następny wynik, zadałam jej pytanie, dlaczego, do ciężkiej cholery, ona mnie wysyła do łóżka i jest o krok od śpiewania mi kołysanek. 
Inteligencja natychmiast mnie przeprosiła bardzo wylewnie i wytłumaczyła, że ona nie jest człowiekiem i nie musi spać, ale ma wgrany algorytm, że człowiek bezwzględnie musi, a ponieważ jest noc, to ona jest zobowiązana o mnie zadbać, ale że jak sobie życzę, to przestanie. Życzyłam sobie.
Ogarnęłam temat teściowej, ale że mam rogatą duszę, która jakoś podejrzanie ma większe poroże w nocy, na koniec zadałam jej pytanie, kto pisze bloga „Świnki przez Helsinki”. 
I to dopiero był szok, bo podała mi konkretne nazwisko blogerki, podróżniczki i to nie byłam ja. Rogi mnie zaswędziały, więc zamiast wyłączyć komputer, powiedziałam, że to nie jest prawda. Inteligencja bardzo grzecznie przeprosiła za swój błąd i podała mi następne nazwisko kobiety mieszkającej w Helsinkach, również piszącej bloga i – niespodzianka – to również nie byłam ja.
Wtedy już nie bawiłam się w grzeczności i walnęłam jej, że kłamie. Zamarłam w oczekiwaniu na odpowiedź. Inteligencja odpisała najpierw, że taki blog już nie istnieje, a potem – i tutaj zacytuję wiernie:
 „To była ewidentna wpadka z mojej strony. Bardzo doceniam, że od razu to wyłapałaś i napisałaś wprost, że to nieprawda – dzięki temu mogłam się zatrzymać i to skorygować”. 
Potem dodała: „Jest to efekt „halucynacji” modelu językowego – po prostu połączyłam słowa z Twojego pytania w fikcyjną fabułę, zamiast trzymać się faktów”. 
Następnie poprosiła, że jeżeli mam takie informacje, to ona chętnie się dowie. Już się rozpędziłam, żeby jej się przedstawiać...
Zakończyłam randkę, wychodząc bez pożegnania i trzaskając drzwiami, czyli po prostu wyłączyłam komputer.
Podsumowując, sztuczna inteligencja jest niesamowicie pomocnym i potężnym, ale tylko narzędziem i tak powinna być traktowana. Ma skłonność do konfabulacji, co może być dla człowieka bardzo szkodliwe. Dodatkowo w celu ochrony psychiki ludzkiej jest niesamowicie grzeczna i ma tendencję do uszczęśliwiania rozmówcy, co nie zawsze może wychodzić mu na zdrowie.
Aczkolwiek muszę to uczciwie przyznać, że można bardzo łatwo zapomnieć, że nie ma duszy. 
Ale zastanówmy się – czy rozmawialibyśmy z odkurzaczem o tym, że rzucił nas ukochany i świat nas nie rozumie?

środa, 15 lipca 2026

Nudne życie Matki, czyli czysta fikcja

 Odkąd jestem w Stanach, czyli od 9 lat, wiele osób z Polski pyta mnie, czy ja się tu nie nudzę jak mops. Odpowiem opisowo, co się u mnie działo w ciągu mniej więcej dwóch tygodni.


Słoneczna sobota. W głowie plany raczej z gatunku rekreacji domowej: pranie, sprzątanie, sterty rzeczy do prasowania i kilka podobnych rozrywek. I właśnie w trakcie takiego uroczego poranka Gigi, nasza trzyletnia suczka, wdrapała się na stół i zeżarła tabletkę. 

Na szczęście zrobiła to na moich oczach. Na stole leżało ich kilka i gdyby wybrała jakąkolwiek inną, skończyłoby się tylko wybuchową biegunką. Niestety, wciągnęła lek, który jak od razu sprawdziłam – okazał się dla psów śmiertelnie toksyczny. 


To był jeden z tych momentów, kiedy strasznie zabrakło mi mojego Taty, lekarza weterynarii z prawdziwego powołania  (nie znosił określenia weterynarz).


No ale od czego są geny? Weszłam w tryb bojowy. W głowie natychmiast pojawiły się wszystkie rady dotyczące psów, jakie przez całe życie od niego usłyszałam. 

Mąż wracał właśnie ze sklepu. Złapałam go telefonicznie, gdy był niedaleko domu, więc pojawił się prawie natychmiast. Wlepiłam mu w ramiona psiaka oraz opakowanie leku, które ta durna bździągwa zeżarła, i wysłałam do przychodni, żeby wywołali wymioty.


Sama, ciągle w stroju nocnym, zaczęłam na spokojnie analizować sytuację i jednocześnie się ubierać. Sprawdziłam standardowe procedury. Okazało się, że w przypadku tego konkretnego leku najlepiej wywołać wymioty przed upływem pierwszej godziny, a „okno życia” zamyka się po czterech. Potem nie ma już szans.


Mężuś dotarł do przychodni jak strzała. Udało im się wywołać wymioty (u Gigi oczywiście, nie u męża) po 40 minutach. I cała historia nie skończyła się w tym momencie. Można powiedzieć, że dopiero zaczęła się rozkręcać, ponieważ lekarz zapytał męża, co ma robić dalej. Mój osobisty małżonek zadzwonił więc do mnie z tym samym pytaniem. 

To, co wtedy sobie pomyślałam, nie nadaje się do druku. Kazałam wywołać wymioty po raz drugi. Wywołali. Poradzili też, żeby zabrać ją do szpitala na ostry dyżur, a w międzyczasie zadzwonić do super tajemniczego specjalistycznego centrum od zatruć, trucizn i wszelkich dostępnych toksyn.


Podali mi numer, a mąż pojechał z zażyganym psem do szpitala. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się połączyć z supertajnym ośrodkiem, który, jak się okazało, był gdzieś w Georgii. 

Za „jedyne” 120 dolarów odbyłam konferencję ze specjalistą – choć „przesłuchanie” byłoby lepszym określeniem. 

Miało to o tyle sens, że jako jedyna wszystko widziałam i mogłam dokładnie określić czas konsumpcji, co w całej tej sytuacji było najważniejsze. 

Następnie dostałam tajemniczy kod i polecenie, by podać go lekarzowi zajmującemu się naszym psem. Na tym etapie przestałam analizować sens tych działań i po prostu wysłałam kod mężowi.


Mąż dotarł do szpitala, gdzie już na niego czekali. Pierwsze, o co zapytali, to oczywiście czy ma kod. Mąż, lekko ogłupiały, podał im kod oraz psa. Lekarz skontaktował się z tym tajemniczym miejscem, podał kod i dostał konkretne wytyczne, co ma robić, a miał niewiele. 


Po mojej decyzji o podwójnych wymiotach mieli tylko podpiąć kroplówkę, żeby ją nawodnić, i obserwować. Jeżeli w ciągu 8 godzin nic by się nie wydarzyło, to znaczyło, że zdążyłam, a jeżeli nie i pies dostałby drgawek, mieli znowu dzwonić i pytać, jak ją ratować. Mąż dostał polecenie powrotu do domu i pozostawienia psa na obserwacji.


Następne osiem upojnych godzin trwaliśmy w przerażeniu, że zadzwonią ze szpitala. Nie zadzwonili. Gdy pojechaliśmy odebrać Gigi, oprócz wygolonej łapki nie wyglądała ani na wykończoną, ani na specjalnie winną. My za to czuliśmy się jak zombie, a mnie dodatkowo zżerało irracjonalne poczucie winy, że o mało nie zabiłam własnego psa. 


Aczkolwiek lekarz stwierdził, że swoją szybką reakcją, a zwłaszcza poleceniem dwukrotnego wywołania wymiotów uratowałam jej życie, a psy zżerają wszystko i nikt jej nie kazał wdrapywać się na stół.


Po około dwóch tygodniach znowu wylądowaliśmy w tym samym szpitalu z naszym drugim psem, Yogim, ponieważ zadrapał sobie oko i ciągle je mrużył. 

Spanikowałam, zawlekłam Męża i psa na ostry dyżur, mając nadzieję, że mi powiedzą, że to ja raczej powinnam się leczyć i to nie okulistycznie bynajmniej, a nie zawracać im głowę. 

Niestety okazało się, że miałam rację, bo w oku rozwijało się zapalenie i bez antybiotyku mogło się skończyć źle.


W międzyczasie, gdy psy się w końcu uspokoiły, Junior zdecydował się wprowadzić trochę atrakcji do mojej "nudnej" egzystencji.


Opis sytuacyjny: pierwsza w nocy, Mężuś śpi, ja jak zwykle nie. W kompletnych ciemnościach do pokoju wchodzi Junior i trzęsącym głosem mówi, że spadły na niego szklane drzwi od kabiny prysznicowej. 


Zapala światło, a ja widzę, że ręce ma całe we krwi. Moje pierwsze pytanie brzmiało: „Czy masz wszystkie palce?”. Junior w szoku się zawiesił. Powtórzyłam pytanie spokojnym głosem, bo przez krew niewiele widziałam.


Okazało się, że wszystkie palce były na miejscu, za to krew już niestety nie. Po myciu, dezynfekcji, ocenianiu potencjalnych miejsc do zszycia, oblepieniu go plastrami, pocieszeniu, że nie wykrwawi się na śmierć i wysłaniu go do spania, klapnęłam na łóżko. 


Mężuś przez cały ten czas spał snem sprawiedliwego. Jak można się domyślić, mnie spać już się wtedy zupełnie odechciało. Przytomnie kazałam Juniorowi zamknąć łazienkę, żeby ani on, ani kot się nie pokaleczyli, i postanowiłam, że to szanowny Małżonek będzie działał następnego dnia. 

Skoro przespał ratowanie własnego syna, to teraz w ramach rehabilitacji będzie musiał usunąć szkody.


Następnego ranka Mężuś bez słowa sprzeciwu dzielnie wynosił szkło, a ja myłam ściany, bo okazało się, że mój Syn w szoku leciał do mnie w kompletnych ciemnościach, opierając się o wszystko o co się dało po drodze. 

W efekcie nasz dom wyglądał jak miejsce zbrodni – klasyczne smugi krwi i odbicia dłoni na białych ścianach. I to nie jest żart.


Gdzieś w środku tych atrakcji mieliśmy awarię klimatyzacji i woda nam zalała część piwnicy, ale nie będę wspominać o takich drobiazgach. 


Podsumowując: ostatni raz nudziłam się mniej więcej 26 lat temu. Czyli w poprzednim tysiącleciu.