5 lat temu, w trakcie szalejącej pandemii, wylądowaliśmy na Jamajce. Te wspaniałe wakacje były wymuszone dwutygodniową kwarantanną, bez odbycia której nie moglibyśmy wrócić z Polski do Stanów. Myślę, że była to najprzyjemniejsza kwarantanna w historii pandemii i nie tylko.
Mój Mąż, który musiał poradzić sobie z trzykrotną stratą bliskich w ciągu ostatnich kilku miesięcy i trzymał się zdumiewająco dobrze, po kolizji Juniora na autostradzie ogłosił oficjalnie brak sił.
W celu odbudowania potencjału życiowego przyznałam mu prawo do decyzji, kiedy i gdzie lecimy.
O dziwo, wybrał powtórnie Jamajkę – nie musiał mnie oczywiście namawiać. I tak w środku października, kiedy biedni studenci i młodzież szkolna muszą karnie pochłaniać wiedzę, a świat pomału szykuje się na zimę, odkurzyłam kostium kąpielowy, zakupiłam olejki ze wszystkimi możliwymi numerami filtrów UV i zapakowałam walizkę.
W dzień odlotu musieliśmy wstać przed piątą rano i było to dość brutalne doświadczenie – nie tylko ze względu na porę, ale też z powodu odkrycia, że w domu nie ma ciepłej wody. Z racji tego, że mamy bojler, najwyraźniej coś go trafiło i przestał działać.
To był ten moment, który dobił Mojego Męża ostatecznie. Czasu mieliśmy tylko tyle, żeby dostać się na lotnisko, więc szybko zapakowałam Mężusia do Ubera i wysłałam błagającego SMS-a do naszych polskich sąsiadów.
Mój biedny Mężuś siedział potem na lotnisku jak bezradny misiek koala, któremu odcięli dostęp do eukaliptusa, a w tym samym czasie nasz sąsiad sprawdzał domową awarię. Wsiedliśmy na pokład, nie wiedząc, czy Junior nie będzie zarastał brudem do czasu naszego powrotu. Ja nie miałam z tym żadnego problemu, bo czasami trzeba po prostu odpuścić, ale Mój Mąż wręcz przeciwnie.
Gdy wylądowaliśmy w Montego Bay, okazało się, że naszemu sąsiadowi udało się zrestartować bojler – najwyraźniej zgasł w nim płomień, ale już się rozpalił ponownie. Mój Mąż odetchnął z ulgą i wreszcie mógł skupić się na relaksie w rytmie reggae.
Zanim jednak dotarliśmy do tego raju, samo podchodzenie do lądowania dostarczyło nam niesamowitych wrażeń. Każda wyspa, a Jamajka nią jest, gwarantuje z lotu ptaka piękny widok, bo pod skrzydłami ma się bezkresny przestwór oceanu lub lazurowe morze. Jednak tutaj to była prawdziwa przygoda – przez około 10–15 sekund samolot leci tuż nad wodą, „prawie” dotykając kołami fal. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam.
Ponieważ tym razem wyjazd wakacyjny prawie idealnie przypadł na naszą rocznicę ślubu, mogliśmy z czystym sumieniem poinformować o tym na recepcji. W rezultacie dostaliśmy apartament pełen luster dla już lekko przechodzonych nowożeńców z dodatkową wstęgą na drzwiach, głoszącą, że obchodzimy rocznicę. Te lustra ewidentnie miały służyć jako dodatkowa forma rozrywki.
Przez lata jeździliśmy na wakacje z dziećmi, dlatego zawsze wybieraliśmy hotele dopasowane do ich potrzeb – czyli place zabaw, parki wodne i animacje w stylu mini disco. Tym razem wybraliśmy hotel tylko dla dorosłych, a ponieważ na październik przypada sezon huraganów i burz, trafiliśmy do absolutnego raju.
Jamajka to biedny kraj, utrzymujący się głównie z turystów, produkcji rumu i kawy, z tego powodu przybysze są objęci szczególną ochroną. 5 lat temu zatrzymaliśmy się w hotelu otoczonym murem i pilnowanym przez panów w pełnym umundurowaniu. Tym razem nasz hotel był położony na samym końcu półwyspu, a obszar, który zajmował, nie tylko robił wrażenie, ale zapewniał niesamowite bezpieczeństwo i przestrzeń.
Dzięki tym wszystkim okolicznościom po raz pierwszy w życiu wylądowałam na prawie pustej karaibskiej plaży. Leżaki i łóżka plażowe były tu w ilościach hurtowych, do dyspozycji mieliśmy też kilka hotelowych basenów. I o ile na większości z nich kwitło ożywione życie towarzyskie, napędzane dodatkowo przez barmanów, o tyle na jednym w godzinach szczytu były maksymalnie dwie osoby – czyli ja i Mężuś, ewentualnie tylko ja. „Posiadanie” na własność basenu jeszcze nigdy w życiu mi się nie przydarzyło.
Pierwszego dnia po kolacji, kiedy Mąż dopieszczony kulinarnie zaczął łapać jamajski luz, okazało się, że nie możemy wejść do pokoju. Zamek uparcie nie reagował na kartę.
Zostawiłam lekko podupadającego na duchu Mężusia i pognałam na recepcję. Karty hotelowe mają ten irytujący zwyczaj, że jak za długo leżą za blisko telefonu, to się rozkodowują albo obrażają – jak kto woli. Przekonana, że naszą właśnie to spotkało, wyjaśniłam sytuację, dostałam nową i wróciła do Mojego Męża. Zamek w drzwiach złośliwie znowu nie zareagował. Powtórzyłam całą procedurę.
Gdy za trzecim razem wylądowałam na recepcji, dziewczyna przyjrzała mi się uważnie i prawie widziałam w jej oczach ocenę mojej skromnej osoby: trzeźwa, do wieku sędziwego na szczęście jeszcze jej brakuje, wygląda na bystrą i normalną – trzeba działać.
Zawołała na pomoc kolegę, żeby otworzył drzwi moją kartą, bo widocznie dopuszczała myśl, że jednak z tą bystrością to przesadziła. Jestem przyzwyczajona do wysokich, postawnych mężczyzn, bo sama jednego posiadam na własność od lat, a mimo to na widok asystenta recepcjonistki lekko mi szczęka drgnęła.
Mówiąc szczerze, zamiast pomagać na recepcji, powinien reklamować siłownię i zdrowy styl życia. Na jego widok wszystkie turystki cały czas karnie rąbałyby tylko marchewkę.
Kiedy pojawiłam się po raz czwarty pod drzwiami w takim towarzystwie, Mój Mąż lekko się zdziwił. Drzwi pozostały nieugięte na urodę recepcjonisty i twardo trwały zamknięte. Przystojniaczek zaciągnął mnie znowu do recepcji, zreferował wszystko i zniknął. Po chwili pojawił się fachowiec z torbą, zgarnął mnie i razem poszliśmy do pokoju.
Myślę, że na tym etapie Mężuś zaczął z rozrzewnieniem wspominać zepsuty bojler. Pan stwierdził, że padła bateria w zamku i trzeba ją wymienić, ale zanim się za to zabrał, walnął pięścią dwa razy w zamek. I gdybym tego nie widziała na własne oczy, to bym nie uwierzyła – karta magicznie zadziałała. Widocznie zamek się po prostu przestraszył.
Następnie, żebyśmy nie musieli za każdym razem nokautować drzwi, nasz nowy znajomy wymienił baterię. Wreszcie dostaliśmy się do pokoju. Śmiałam się cały czas jak hiena, bo Mój Mąż na serio rozważał już wejście do pokoju przez balkon od sąsiadów.






































