środa, 7 października 2026

Ostrokrzew, hiena i UFO, czyli amerykańskie sekrety

W pewnym wieku ludzie zwykli mawiać: mnie już nic nie zaskoczy. 
Myślę, że ja też miałam takie zapatrywania na przyszłość. Tymczasem podczas mojej emigracji życie zdecydowało, że trzeba mnie zaskoczyć – szczęśliwie dla mnie, głównie pozytywnie.
Zaczęło się niewinnie. Podczas naszych pierwszych pięciu lat pobytu w Stanach, jak już o tym wspominałam we wcześniejszych postach, mieszkaliśmy w Connecticut. 
Bardzo lubiłam dom, który wynajmowaliśmy, mimo tego, że był stary (zbudowany na początku lat pięćdziesiątych) i zimny pioruńsko. W pakiecie z domem dostaliśmy w leasingu ogród. I to głównie dzięki temu zachowałam zdrowie psychiczne, zwłaszcza podczas pandemii. 
Zachwycałam się wszystkimi roślinami bez specjalnego zastanawiania się, czym dokładnie są, bo zwierzęta rozpoznawałam bez pudła.
W Polsce podczas Świąt Bożego Narodzenia króluje jemioła, w Stanach – ostrokrzew. Przyznam uczciwie, że podczas pierwszego roku przeoczyłam fakt posiadania na własność tej rośliny. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że o ile jemioła wisi na drzewach, o tyle ostrokrzew kojarzył mi się z krzaczkiem. 
A tymczasem podczas drugiego roku emigracji ostrokrzew zaowocował i okazało się, że to jest wielkie drzewo. Jak powiedziała Mojej Mamie, że mam ponad dziesięciometrowy ostrokrzew w ogrodzie, to nie chciała mi wierzyć. 
Co ciekawe, podczas pięciu lat tylko raz się tak pięknie zaprezentował. Potem okazało się, że o ile w Polsce to są krzaczki, o tyle w Stanach takie wielkie drzewa są bardzo popularne. 
Myślę, że uczucie, kiedy widzi się coś, co teoretycznie nie ma prawa istnieć, jest porównywalne do odkrywania nowych gatunków roślin i zwierząt.
I o ile ostrokrzew zszokował mnie w Connecticut, o tyle po przeprowadzce do New Jersey tutejsza fauna postawiła mnie w jeszcze bardziej irracjonalnej sytuacji. Tym razem na szczęście był ze mną Mąż, bo myślę, że inaczej nikt by mi nie uwierzył.
Dwa lata temu wracaliśmy do domu i na naszej ulicy wbiegło nam pod samochód jakieś stworzenie. Ponieważ jechaliśmy wolno, a dodatkowo Mój Mąż ma świetny refleks, obyło się bez tragedii. Niedoszła ofiara stanęła około trzech metrów od nas. Zapatrzyliśmy się na nią, a ona na nas. 
Po dłuższej chwili wydobyłam z siebie głos, nie wierząc, że to mówię:
– Rany boskie, co tutaj robi hiena?
Mieszkamy w New Jersey, w dzielnicy domków jednorodzinnych, a nie na afrykańskiej pustyni. Hieny, zaraz po słoniach i żyrafach, raczej nie spacerują po okolicy. Mój Mężuś słabo zaprzeczył, że to nie może być hiena. 
Tajemniczy drapieżnik ciągle stał, a my nie odrywaliśmy od niego oczu. Widocznie nie byliśmy specjalnie atrakcyjni ani apetyczni, bo w końcu zwierzak zaczął się oddalać wolnym truchcikiem. Ruszał się też zupełnie jak hiena.
I powiem szczerze, że być może to nie była hiena, tylko wynędzniały kojot z patologicznej rodziny po przejściach, ale nie jestem w stanie się do tej wersji przekonać. 
Dotarliśmy do domu i Mój biedny Mąż odblokował się wokalnie, pytając mnie zupełnie ogłuszony:
– Ale przecież to nie mogła być hiena, prawda?
Może i nie mogła, ale według mnie była. Choć od spotkania z tajemniczym, hienopodobnym stworzeniem upłynęło już trochę czasu, Mój Mąż zawsze wspomina to zdarzenie. I chociaż usilnie wypiera możliwość, że faktycznie po naszej okolicy plątał się drapieżny padlinożerca, to zawsze widzę w jego oczach cień niepewności.
I na koniec będzie tajemniczo. Jakoś tak się złożyło, że w filmach przybysze z kosmosu lądują głównie w Stanach. Być może ma to związek z faktem, że istnieje wiele plotek mówiących o lądowaniu w Roswell i w kilku innych miejscach w USA.
Ogólnie wielu Amerykanów wierzy w UFO – obstawiam, że tak średnio połowa, co w przypadku ponad 300-milionowego państwa jest niezłym wynikiem. Mogłam się o tym przekonać osobiście, kiedy mniej więcej rok temu byliśmy na proszonej kolacji u mieszanego małżeństwa polsko-amerykańskiego.
Pan domu, Amerykanin co się zowie, okazał się gorącym zwolennikiem życia pozaziemskiego. Ponieważ impreza odbywała się na zewnątrz, po zapadnięciu zmroku na bezchmurnym niebie pojawiły się gwiazdy, doskonale widoczne, ponieważ nie mieszkamy w mieście. 
W pewnej chwili zauważyłam, że nasz gospodarz obserwuje w skupieniu niebo. Ja również spojrzałam w górę. Lubię patrzeć w niebo w każdym wydaniu: nocnym, dziennym, słonecznym czy zachmurzonym. 
Pan domu wskazał ręką jedną z gwiazd, dość mocno świecącą, i powiedział:
– To nie jest gwiazda, ktoś nas obserwuje.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem, bo jak dla mnie to była zwyczajna gwiazda. Zrobił tajemniczą minę i od tego momentu zaczęliśmy obserwować „podejrzane” zjawisko. 
Mój Mąż lekko wzdychał, ponieważ jako umysł ścisły nie wierzy w syreny, jednorożce i – o zgrozo! – w Świętego Mikołaja. UFO również zalicza się do tej kategorii. 
I normalnie zakończyłabym tę historię w tym momencie, ale koniec był bardziej spektakularny. Gwiazda najpierw trwała bez ruchu, a potem zaczęła się przemieszczać bardzo wolno, następnie zniknęła zupełnie, żeby pojawić się po pół godzinie, znowu przemieścić i zaparkować mniej więcej w tym samym miejscu co wcześniej. I było to o tyle szokujące, że zarówno rodzaj światła, jaki emitowała, jak i ruch nie pasował do niczego. 
Oczywiście chyba nie muszę dodawać, że nasz gospodarz był przekonany, że podglądały nas ufoludki, które pewnie też sobie robiły grilla.
Mnie osobiście również przydarzyło się coś niezwykłego. Kiedyś w nocy wietrzyłam nasze psy. W międzyczasie spoglądałam na rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie zobaczyłam coś dziwnego. 
Wyglądało to jak ślad, jaki zostawiają za sobą w ciągu dnia samoloty, tylko że on był świecący i dodatkowo po kilku sekundach zniknął zupełnie. 
Powiem szczerze: według mnie te wszystkie ponadnaturalne, tajemnicze zjawiska na amerykańskim niebie to nie są statki pozaziemskich cywilizacji, tylko niestandardowe samoloty wojskowe, produkowane w tajemnicy w wersji limitowanej.
Ale, cytując z przymrużeniem oka Sherlocka Holmesa: 
„Gdy odrzuci się wszystko, co niemożliwe, wówczas to, co pozostanie, bez względu na to, jak bardzo byłoby nieprawdopodobne, musi być prawdą”.
Jeżeli coś świeci i leci, a nie jest gwiazdą wiszącą bądź spadającą, samolotem, balonem, helikopterem czy satelitą, to co pozostaje…?


niedziela, 4 października 2026

Amerykański orkan, czyli prawie nas zwiało

 Tydzień temu całe Wschodnie Wybrzeże Stanów nawiedził orkan w wersji amerykańskiej – czyli niszczycielskie wietrzysko w pakiecie z ulewnym deszczem. 

I normalnie pewnie nie byłabym tym tematem tak poruszona, bo niejedną solidną burzę, nawet śnieżną, już tutaj przeżyłam. Ale tym razem było inaczej. 

Po raz pierwszy od dziewięciu lat patrzyłam z prawdziwym strachem na żywioł za oknem. I tutaj już nie chodzi o potencjalne podtopienia, aczkolwiek deszcz z przerwami zalewał nas solidnie przez trzy dni – prawdziwym problemem był wiatr. On nie robił przerw, za to generował hałas porównywalny do lądowania helikoptera tuż przed drzwiami, ewentualnie na dachu.

Drzewa w naszym ogrodzie dosłownie się kładły. A to nie są wiotkie roślinki, tylko kilkudziesięcioletnie olbrzymy. 
Jakoś tak się złożyło, że Moi Mężczyźni nie mają najmniejszych problemów ze spaniem. Junior przespał trzęsienie ziemi w kwietniu dwa lata temu i, o zgrozo, to wcale nie jest żart. 
Ja z kolei, żeby usnąć, potrzebuję albo absolutnej ciszy, albo totalnego wyczerpania. Tym razem nie było ani jednego, ani drugiego. Adrenalina trzymała mnie za gardło i skutecznie otrzeźwiała. Gdyby któreś z naszych drzew się poddało, rozwaliłoby nam dach bez najmniejszych problemów. 
A my podobno i tak byliśmy zaledwie na granicy tego kataklizmu, bo cały główny impet nas ominął. Powiem szczerze, że skoro tak to wyglądało u nas, to aż boję się myśleć, co działo się w samym centrum tego cyklonu. Same gałęzie, które postrącał ten wiatr, ważyły według Mojego Męża, który potem fizycznie je usuwał, kilkadziesiąt kilogramów każda.
Patrząc na to pobojowisko, odruchowo cofnęłam się w myślach do mojego dzieciństwa. Jako że przyszłam na świat na tym łez padole w Kielcach i spędziłam w nich dodatkowo kilkanaście lat, regularnie doświadczałam kaprysów pogodowych Gór Świętokrzyskich. 
Jest takie regionalne przysłowie, i tu będę dosadna, bo inaczej się nie da: „piździ jak w kieleckim”. 
Jeżeli wychowuje się dzieciaki od małego w nawet ekstremalnych warunkach, to one nie są dla nich ekstremalne, tylko zupełnie normalne. Podobnie jak można wrogie gatunki zwierząt hodować razem bez krwawych zbrodni, pod warunkiem że robi się to od samego początku ich życia.
Ja na właśnie takiej zasadzie wyrosłam wśród wiatrów – głównie zachodnich. Mam ogromny szacunek do żywiołów, ale darzę je sympatią, a wodę i wiatr po prostu kocham. 
Te uczucia przydały mi się w Stanach wielokrotnie, ponieważ pogoda w Ameryce sama w sobie jest żywiołem całkowicie nie do okiełznania. I tu na własnej skórze okazało się, jak bardzo potrafi zaskoczyć tutejszy klimat. Dla Moich Dzieci wielkie burze z piorunami, deszcze lejące dniami i nocami oraz śnieg, który zasypuje regularnie całą okolicę i uniemożliwia poruszanie się, to wszystko były nowe, niepokojące doświadczenia.
Dla mnie z kolei to było po prostu odświeżenie sobie dzieciństwa. Do ostatniego weekendu. Poprzednio, gdy nad Wschodnim Wybrzeżem szalał huragan, który wył jak duch udręczony i całkowicie zagłuszał rozmowy, to tylko trochę się spinałam, a cały dom dzielnie opierał się żywiołom i chronił Naszą Rodzinę. Tym razem jednak skala była inna. 
Siedząc w ciemności, doszłam do wniosku, że zupełnie nie wyobrażam sobie, jak egzystują ludzie w rejonach, gdzie regularnie pojawiają się potężne tornada, niszczące absolutnie wszystko na swojej drodze. 
A ponieważ ten nasz weekendowy kataklizm nie był cyklonem tropikalnym, to nie dostał od meteorologów żadnego oficjalnego imienia. Osobiście uważam, że zdecydowanie go przez to nie doceniono.

środa, 30 września 2026

Sanktuarium Wilków

Wiele lat temu zobaczyłam samotnego wilka w ogrodzie zoologicznym w Warszawie. Widok mną wstrząsnął. Mimo upływu czasu wciąż widzę to dumne, dzikie zwierzę uwięzione w ciemnej klatce. 
Od tego czasu unikałam oglądania wilków w niewoli. Być może powinnam zastanowić się nad sobą, ale wilki mnie fascynują. Zdaję sobie sprawę, że nie są to wyrośnięte psy, tylko niebezpieczne, dzikie zwierzęta. 
Na mojej liście marzeń nieustająco było zobaczenie wilka na wolności bez ryzyka, że zostanę zjedzona. Po spełnieniu kilku moich życiowych pragnień w Ameryce rozwydrzyłam się nieprzyzwoicie.
Złapałam Mężusia i zaproponowałam radośnie:
– Chodź, pojedziemy na wilki.
Mąż, zamiast poważnie się martwić, że emigracja jednak mi zaszkodziła, zapytał krótko:
– Gdzie?
I jak go nie kochać?
I tutaj lekko się zawiesiłam, bo faktycznie ściganie wilków po lasach, nawet w pokojowych intencjach, jednak nie jest najmądrzejszym pomysłem. 
Na ogół to Mój Mężuś robi wywiad środowiskowy przed wycieczkami, ale tym razem ja podjęłam się zadania znalezienia wilków najlepiej preferujących dietę wegetariańską. 
Okazało się, że Amerykanie lubią zakładać sanktuaria dla zwierząt. Znaleźliśmy jedno, zgarnęliśmy Moje Dzieci, żeby im poszerzyć horyzonty, i pojechaliśmy „zapolować” na wilki. 
Stwierdziłam, że jak zobaczę jakiegoś wymęczonego wilka w klatce, to mnie zaaresztują za zakłócanie porządku publicznego, bo komuś przywalę. Uprzedzając fakty – udało mi się uniknąć więzienia.
Na nasze pierwsze spotkanie z wilkami z wolnego wybiegu wybraliśmy Lakota Wolf Park. Okazało się, że nie tylko my mamy ochotę zaprzyjaźnić się z wilkami – trzeba było zarezerwować bilety, a najbliższy termin był dopiero za trzy tygodnie. Wreszcie nadszedł TEN dzień. 
Mieliśmy szczęście, że rezerwat znajduje się w New Jersey, ale i tak podróż trwała ponad godzinę. Po dotarciu okazało się, że jesteśmy na skraju lasu i do właściwego rezerwatu trzeba było się przespacerować około kilometra. Dla mniej sprawnych fizycznie chętnych kursowały samochody. Nasze Dzieci tęsknie spojrzały na busiki, ale pogoniliśmy je na piechotę, żeby podziwiały naturę.
Sanktuarium prowadzi para pasjonatów. Zgarnęli całą grupę, ustawili przed płotem zrobionym z siatki i wprowadzili nas w temat. Z zewnątrz ten rezerwat nie wyglądał specjalnie okazale i zaczęłam się martwić, że jest za mały. Okazało się jednak, że jesteśmy przy specjalnie stworzonym dla turystów kąciku, gdzie mogą obserwować wilki z bliska, a właściwy teren rozciągał się dalej – w sumie cztery hektary. Mówiąc szczerze, niewiele mi to mówiło, dopiero gdy właściciel powiedział, że cały teren jest wielkości pięciu boisk do piłki nożnej, oniemiałam. 
Zamieszkują go cztery watahy oddzielone od siebie, a ich sąsiadami są rysie i lisy. Z ręką na sercu powiem, że je zignorowałam, bo wreszcie zobaczyłam pierwszego wilka.
Leżał sobie wyluzowany przy siatce. Mimo że wilki przypominają psy, to psami zdecydowanie nie są. Myślę, że jeżeli jakieś zwierzęta są kwintesencją dzikiej i majestatycznej natury, to są to zdecydowanie wilki. Okazało się, że do sanktuarium trafiają osobniki po przejściach, ewentualnie urodzone w niewoli.
Główną atrakcją było karmienie. Jak wilki zaczęły się schodzić na obiad, zapomniałam robić zdjęcia. Obsługa rzucała im mięso, a wszyscy trwali w nabożnym zachwycie. A najlepsze miało dopiero nadejść. 
Jak już się wszyscy najedli, opiekun puścił z telefonu sygnał i wilki zaczęły wyć. Myślę, że każdy w życiu słyszał wyjącego wilka w telewizji, ale to nie jest to samo. One ewidentnie się porozumiewały i można było na chwilę zapomnieć, że jest XXI wiek i że jesteśmy w centrum cywilizacji. Na chwilę wszystko ucichło. Miałam wrażenie, że nawet ptaki rozsądnie się uciszyły.
Plątaliśmy się potem wzdłuż płotu, aż wilki zaczęły się rozchodzić, bo najwyraźniej już się znudziły. Upatrzyłam sobie jednego tuż przy siatce i stwierdziłam, że będę wyć. 
Wydobyłam z siebie coś, co raczej przypominało syrenę straży pożarnej, taką już mocno zużytą, ale wilk lekceważąco zareagował króciutkim, leniwym „auuu”. 
Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że w wieku dojrzałym będę wyła do wilka, nigdy bym nie uwierzyła, chociaż niewątpliwie uległabym sugestii.


​



niedziela, 27 września 2026

Szkoła przetrwania pokolenia X, czyli My Twardziele

Ból towarzyszy nam przez całe życie. Myślę, że od początku. 

Nie mam pewności, ale uważam, że sam akt narodzin dla dzieci też jakoś specjalnie przyjemny nie jest. Raczej nie wydaje mi się, żeby płakały ze szczęścia.


Amerykanie boją się bólu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy się go boi – z wyjątkiem masochistów oczywiście.


Zawsze o tym myślę podczas badań krwi, które z racji tego, że robię je dość często, zdążyłam być już świadkiem różnych ciekawych akcji.


Amerykańskie pielęgniarki informują o każdym kroku, jakby przeprowadzały skomplikowaną operację, tyle że zamiast „a teraz zrobię cięcie, proszę skalpel” mówią: „a teraz będzie ukłucie, proszę nie mdleć”.


Na koniec zamiast małego plasterka dostaje się solidny opatrunek, obwiązany dodatkowo kilkakrotnie kolorowym plastrem-bandażem, żeby się nie wykrwawić.

Jest to w jakiś surrealistyczny sposób rozczulające.


Cały proces pobierania krwi jest praktycznie identyczny jak w Polsce, bo bądźmy szczerzy – co tu można nowego wymyślić? 

Osobiście zauważyłam tylko trochę inne pojemniczki na krew i mniejsze wyczucie, bo to nie jest brak doświadczenia.

Zarówno młode, jak i starsze pielęgniarki mają te same problemy.


Jestem szczęściarą, bo według lekarzy mam bardzo dobre żyły, przynajmniej do nakłuwania. Reszta mojej Rodziny, czyli Mąż i Dzieci, wracają zawsze w stanie, jakby zamiast oddawać kilkanaście mililitrów krwi, walczyli o życie.

Mają całe posiniaczone ramiona i u nich solidne obwiązywanie bandażami ma zdecydowanie sens. Standardem jest, że zanim pielęgniarkom uda się u nich odnaleźć żyłę i jeszcze wyciągnąć z niej trochę zawartości, muszą próbować w kilku miejscach w obydwu rękach.


Z tej perspektywy nie dziwię się amerykańskiej fobii antyigłowej.

I nie byłabym sobą, gdybym nie walnęła tutaj małego porównania. W Polsce mamy zaprzyjaźnionego od lat fachowca, który przychodził do domu i pobierał krew całej rodzinie. 

Oczywiście było to idealne rozwiązanie dla moich Rodziców, a my bezczelnie korzystaliśmy z okazji.

Ów Pan, nazywany przez nas pieszczotliwie i z wielką sympatią Wampirkiem, przez 20 lat nigdy nie zostawił na nikim żadnego siniaka.

Kilka razy miał problem z wkłuciem, ale zawsze mu się udawało bez powodowania uszkodzeń ciała.


Pozdrawiam serdecznie, Panie Zbigniewie, bardzo nam tutaj Pana brakuje!


Jestem zdecydowanie nocnym stworzeniem – jak mawiała moja Mama: „są świtki i nocniki”.

Jazda bladym świtem do przychodni na czczo nie nastraja nocników specjalnie entuzjastycznie do otoczenia, ja też tak mam.


Na początku przerażałam pielęgniarki, bo wyglądałam, jakbym faktycznie miała im paść, a Mąż już szykował się na pisanie pozwu. Teraz mobilizuję się i do gabinetu wchodzę cała w amerykańskich uśmiechach, nie będę stresować biednych ludzi.


W internecie krążą śmieszne filmiki, jak napakowani, potężni faceci autentycznie mdleją lub płaczą na widok strzykawki. Zawsze myślałam, że to „wroga antyamerykańska propaganda”.

Okazało się, że nie. 

I tutaj podejdę do tematu na poważnie. Można panować nad swoim zachowaniem, ale nie można sobie podkręcić w górę lub w dół odporności na fizyczne cierpienie. 

Odczuwanie bólu jest bardzo indywidualną sprawą, nie ma znaczenia narodowość czy kolor skóry. Myślę, że jest gdzieś głęboko zakopane w naszym DNA. Jedni mdleją przy pobieraniu krwi, inni są w stanie wytrzymać składanie kości.


Jedna rzecz mnie tylko zawsze dziwiła: bez względu na to, jaki dana kobieta ma próg bólu, podczas akcji porodowej żadna nie mdleje. Potem to już inna historia. Wygląda, jakby natura robiła wyjątki w specjalnych sytuacjach, żeby wszystkie gatunki mogły się rozmnażać bez przesadnej utraty przytomności.


I dodatkowo jesteśmy My, Pokolenie X, które w porównaniu do naszych dziadków to zwyczajne mięczaki, ale w obecnych czasach jawimy się jak ktoś, z kim nie warto zadzierać. I chociaż nie ganialiśmy Niemców tudzież Rosjan po lasach z granatami domowej roboty, to jednak jakieś sukcesy w przetrwaniu w ekstremalnych sytuacjach mamy.


Mimo nieograniczonej miłości, jaką żywię do Moich Dzieci, nie wyobrażam sobie, jak przeżyłyby moje dzieciństwo.


Chociaż moja podstawówka należała zdecydowanie do tych „lepszych”, nigdy w toaletach nie było ciepłej wody.

Dla młodszych czytelników, o ile takowi mnie czytają, doprecyzuję: przez osiem lat była tylko lodowata woda i brak mydła. Papier toaletowy od święta, czyli tak średnio dwa, trzy razy do roku. O jego jakości powiem tylko, że trzeba było prawdziwego hartu ducha i odporności pewnych części ciała, żeby go używać. I opowieści, że w toaletach, żeby ratować sytuację, wisiały pocięte gazety, to nie jest niestety mit.


Wszędzie w szkole były piękne parkiety. Musiały być regularnie szorowane specjalnymi metalowymi kłębami wiórów, pastowane i na koniec polerowane, żeby się świeciły. Brałam czynny udział we wszystkich tych etapach wielokrotnie. Dzisiaj pewnie takie traktowanie dzieci uważane by było za brutalne znęcanie się.


Higienistka, zawsze mocno wyluzowana, rezydowała w szkole na stałe, za to dentystka przychodziła okazjonalnie.

I tutaj nikt nikogo nie pytał, czy chce mieć sprawdzane czy borowane zęby. Nikomu z nas nawet nie przychodziło do głowy, żeby się buntować – niektórzy tylko usiłowali uciekać, wychodząc z założenia, że lepiej oberwać w domu za wagary niż poddać się dobrowolnie torturom.


Nie było znieczulania i rozpieszczania, były za to amalgamatowe, czarne plomby, które specjalnie atrakcyjne niestety nie były, ale za to trwałe prawie jak ustrój.


Po pożegnaniu na zawsze uroków socjalizmu wymieniłam wszystkie te relikty na piękne plomby nowej generacji. 

Oczywiście, że lubię znieczulenia u dentysty, ale w Stanach płytkie narkozy podczas leczenia zębów są na porządku dziennym.


Nie wydaje mi się to bardzo rozsądne, a przede wszystkim zdrowe, ale to akceptuję. Fakt, że ja tego nie potrzebuję, nie oznacza, że cała reszta populacji też tak ma. Prawdopodobnie bez tak silnego znieczulenia wielu ludzi nie byłoby w stanie tutaj w ogóle leczyć zębów.


Nie każdy jest w stanie znosić ból z dumnie wypiętą piersią i zaciśniętymi zębami. Zwłaszcza że taka postawa może nie być najwygodniejsza dla dentysty.


Jako twardzielka z pokolenia X dzielnie przetrwałam „czasy słusznie minione”, dlatego mam inną perspektywę na znoszenie życiowych niedogodności. Jako empatyczna i myśląca kobieta uważam, że w życiu jest wystarczająco dużo bólu, także jeżeli można, to trzeba go maksymalnie eliminować.


Umyka mi całkowicie sens cierpienia dla idei.

Nie przesadzajmy z tym stwierdzeniem, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni” – od czasu do czasu możemy być mięczakami albo po prostu ludźmi.