Stwierdziłam, że skoro jeszcze przed pandemią wzięliśmy ślub jak prawdziwa amerykańska para w Las Vegas, to pora na iście amerykański miesiąc miodowy – tylko taki bardziej w stylu lat sześćdziesiątych.
Dlatego wybraliśmy się w naszą, myślę, że około dwudziestą podróż poślubną, tym razem nad wodospad Niagara.
Dwa lata temu na rocznicę ślubu zapakowaliśmy się do samochodu.
Junior dzielnie zobowiązał się do opieki nad naszym zwierzyńcem i pomknęliśmy w nieznane.
To znaczy – to nieznane było tylko dla mnie. Jak już kilkakrotnie wspominałam na moim blogu, nie jestem typem, który przed wakacjami sprawdza wszystkie atrakcje turystyczne.
Lubię się zaskoczyć, najchętniej pozytywnie, i zachwycić, najchętniej szczerze. Na szczęście Mój Mąż nie ma takiej postawy życiowej. Dzięki temu obsługuje logistyczną część naszych podróży i wszyscy są szczęśliwi.
Zobaczenie Niagary to była od zawsze obowiązkowa pozycja na mojej liście obiektów do zwiedzenia. O tym sławnym wodospadzie wiedziałam trzy rzeczy: że jest podświetlany na kolorowo (to z filmu z Marilyn Monroe), że od strony kanadyjskiej jest znacznie piękniejszy niż od amerykańskiej (to z kolei wiedziałam od wszystkich) oraz że ludzie próbują przepływać go w beczkach.
Słyszałam też, że raz jakiś pies wpadł i przeżył, ale ta ostatnia informacja była niepotwierdzona. Miałam nadzieję, że zweryfikuję ją na miejscu.
Po około sześciu godzinach jazdy dotarliśmy do granicy. Po regularnym wjeżdżaniu do Stanów, które jest traumatycznym doświadczeniem, wjazd do Kanady to była pogawędka przy kawce. Zostaliśmy tylko bardzo grzecznie przepytani, gdzie będziemy mieszkać i co zamierzamy robić.
Ciekawa jestem, czy w związku z tym padały tam kiedyś jakieś oryginalne odpowiedzi. W końcu tuż przy granicy znajdował się wielki wodospad, który ściągał turystów jak niedźwiedzie do miodu.
Gdy zbliżyliśmy się do celu, Mój Mąż powiedział:
– Popatrz, tam przed nami jest ten twój wodospad.
Przed nami był tylko sznur samochodów, żadnego cudu natury nie dostrzegłam. Mąż wskazał mi dwa pióropusze dymu, twierdząc, że to mgła, która unosi się cały czas nad wodą. I przyznam uczciwie, że mu nie uwierzyłam, bo to wyglądało bardziej jak dymy fabryczne.
Potem się okazało, że faktycznie była to mgła unosząca się nad kaskadą.
Mój Mąż cwaniak dokształcił się przed podróżą i teraz lekko napuchł z dumy.
Niewiele widziałam z samochodu. Po przekroczeniu granicy i zameldowaniu się w jednym z hoteli stojących tuż przy turystycznej atrakcji, na osiemnastym piętrze na bezdechu dopadłam do okna i rozsunęłam zasłony w nadziei na wspaniały widok.
Przed moimi oczami roztoczyła się niewątpliwie urokliwa perspektywa: wielka rzeka i ładny, średniej wielkości wodospad. Rozczarowanie ścisnęło mnie za gardło, bo zabrakło mi tego efektu totalnego oszołomienia i zachwytu.


Od strony kanadyjskiej tuż przy brzegu stoi kilka bardzo wysokich hoteli – my mieliśmy akurat pokój w jednym z nich. Nie chcąc psuć nastroju Mojemu Mężusiowi, który wiązał wielkie nadzieje z tą romantyczną podróżą i wiedział, że jest to jedno z moich marzeń, nic nie powiedziałam. Przeprowadziłam ze sobą poważną rozmowę, wyliczając sobie, że to ja chciałam przyjechać, ja miałam wielkie oczekiwania i że zupełnie to nie jest wina Mojego Męża, że „telewizja kłamie”.
Dzielnie zebrałam się w sobie i poszliśmy oglądać żywioł z bliska.
Stwierdziłam, że nie będę wyrażać swoich opinii, bo trudno przecież, żeby Mój Mężuś szybko zbudował zaporę tylko po to, by mnie uszczęśliwić i zwiększyć wrażenia wizualne.
Podeszliśmy bliżej. Z tej perspektywy całość wyglądała jeszcze ładniej, aczkolwiek cały czas nie rewelacyjnie.
Gdy dotarliśmy już do murku, który przeszkadzał szalonym turystom w skokach do wody, spojrzałam w prawo.
I przez chwilę byłam tylko ja i niewyobrażalna, pierwotna siła.









Wodospad Niagara ma trzy odnogi.
Z naszego okna widać było mniejszą, na prawo była największa i to ona zrobiła wrażenie na mnie, na Mężu i – podejrzewam – na wszystkich turystach, którzy z lekkim obłędem w oczach kłębili się dookoła nas.
Potem, gdy obejrzałam wszystko z góry, mogłam zobaczyć, jak rzeka Niagara zamienia się w wodospad. I nie ma w tym ani grama przesady, że to miejsce jest wyjątkowe i zupełnie nieprzereklamowane. Jest to jedno z nielicznych miejsc, które widziałam, do którego chciałabym jeszcze raz pojechać.
Nie jestem w stanie znaleźć właściwych słów opisujących ogrom tego zjawiska. Używa się często stwiercenia „z siłą wodospadu” – myślę, że dopiero widząc Niagarę, naprawdę zrozumiałam znaczenie tego powiedzenia. Miliony lub więcej hektolitrów wody spadające z wysokości robią niesamowite wrażenie.
Niczym nieujarzmiony żywioł.
To jest ten moment, kiedy człowiek uświadamia sobie, jak kruchym jest stworzeniem, mimo prób podporządkowania sobie naszej planety i lotów w kosmos.
Dookoła unosiła się mgła, którą widziałam z daleka. W powietrzu było czuć wilgoć i nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała, że razem z kropelkami wody unosiła się czysta magia.
Efektem ubocznym zachwytu było przemoczenie wierzchniej warstwy ubrań. Skóra na twarzy była cały czas lekko wilgotna, a moje włosy, które kochają takie klimaty, natychmiast zafalowały i skręciły się z radości. Kiedy po paru godzinach poczułam, że jestem już wystarczająco nawodniona, wróciliśmy do hotelu, gdzie po krótkim wysuszeniu wybraliśmy się na kolację w oczekiwaniu na zapadnięcie zmroku.
Zamierzaliśmy osobiście sprawdzić te sławne światła, które podziwiała w swoim filmie Marilyn Monroe.
Na początku obawiałam się, że się rozczaruję, ale nic takiego się ne wydarzyło. Światła się zmieniały, pulsowały i w dziwny sposób hipnotyzowały.
O ile w ciągu dnia wszystko wyglądało magicznie, o tyle w nocy wyglądało bajkowo. Dopuszczam możliwość, że dla niektórych ludzi ta feeria kolorów mogła być lekko kiczowata, ale zamierzam się twardo trzymać mojej wersji pełnej zachwytu.
Tego pierwszego wieczoru nie daliśmy rady obejrzeć widowiska do końca i przemoczeni wróciliśmy do hotelu. Padliśmy – to znaczy usiłowaliśmy paść do łóżka, ponieważ nagle okazało się, że Niagara jest pełna niespodzianek. Jako ekstra bonus na dobranoc mogliśmy podziwiać fajerwerki. Mieliśmy świetną miejscówkę, bo z naszego okna wszystko wyglądało przepięknie. I okazało się, że fajerwerki są codziennie o dziesiątej.














Podeszliśmy do tematu zwiedzania bardzo poważnie, w rezultacie obejrzałam wodospad od dołu, od góry, od wewnątrz, z zewnątrz i prawie wpłynęłam do środka.
Zaczęliśmy od tuneli wykutych w skałach, dzięki którym można obejrzeć ten cud natury od tyłu. Same tunele wyglądają raczej jak część więzienia. Kończą się całkowicie otwarte i dzięki temu można widzieć spadające tony wody. Zabezpieczenia, żeby szaleńcy nie usiłowali brać tam prysznica, są w odległości kilku metrów od końca tunelu. Na zewnątrz znajduje się platforma, z której można widzieć dla odmiany bok wodospadu.
Zawsze kłębi się tam mały tłum w żółtych nieprzemakalnych pelerynkach i całują się nowożeńcy.
Zaliczyliśmy z Mężusiem tunele, platformę i mokre buziaki – a kto nam zabroni?







Następnie, na zasadzie kontrastu, wjechaliśmy na szczyt wieży widokowej Skylon Tower szklaną windą.
Z niej po raz pierwszy zobaczyłam, jak wygląda cały wodospad.






W trakcie tych szaleństw dorobiliśmy się pilotki, która większą część swojego wykładu poświęciła na sławne spływy w beczkach.
I o zgrozo, to nie był odosobniony przypadek. Oficjalnie około dwudziestu ludziom sprzykrzyła się nudna egzystencja. Pierwsza taka próba, na szczęście zakończona sukcesem, miała miejsce ponad 120 lat temu.
Osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak można przeżyć takie doświadczenie w beczce – ja nie odważyłabym się na to nawet w łodzi podwodnej.
Podobno jeden ze szczęśliwców, który przeżył ten wyczyn, zginął wiele lat później, bo poślizgnął się na skórce od pomarańczy lub banana.
Mam pewne wątpliwości co do prawdziwości tej historii, chociaż nikt nie pisze tak zaskakujących i nierealnych scenariuszy jak życie.
Więc kto wie – może wygrał walkę z żywiołem, a przegrał z cytrusem.
I udało mi się zweryfikować historię psa. Okazało się, że istotnie był jeden czworonóg, który faktycznie przeżył spływ beczką.
Co oczywiste, dobrowolnie tego nie zrobił, tylko został wsadzony do środka przez swojego właściciela.
Czasami lepiej nie porównywać inteligencji zwierząt i ludzi, bo dla tych ostatnich rezultat takiej analizy mógłby być średnio zadowalający.
Najwyraźniej natchnieni potrzebą bliskiego kontaktu z żywiołem, wykupiliśmy rejs łodzią.
Kanadyjskie statki oferują gościom czerwone pelerynki, a amerykańskie – niebieskie. Kursują non stop, dzięki czemu można zobaczyć jak blisko wielbiciele silnych wrażeń znajdują się od ściany wody.
Praktycznie bliżej wodospadu się nie da już być, no chyba że we wspomnianej beczce.
Opakowani w czerwone pelerynki zaokrętowaliśmy się na wielką łódź i rozpoczęłam jedyną w swoim rodzaju przygodę mojego życia.
Część osób mogła obserwować wszystko zza szyb, reszta zapaleńców mokła na zewnątrz. Oczywiście my staliśmy przy barierce i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam.
Huk i ściana wody zalewająca oczy. Samo oddychanie było wyzwaniem, o racjonalnym myśleniu nie wspominając. Mimo tych okoliczności to było uczucie niczym nieskrępowanej wolności.
To był ten moment, kiedy każdy, kto chciał, mógł śpiewać czy krzyczeć – i to wszystko ginęło w ryku wodospadu.
Trzymając się mokrej barierki zupełnie straciłam poczucie czasu i chyba przez moment zrozumiałam dlaczego ktoś chciałby skoczyć i zatracić się w tym żywiole.














Jak wróciliśmy, oprócz tego, że mimo pelerynki nie miałam na sobie ani jednej sztuki odzieży suchej, to czułam się młoda, dzika, niezwyciężona i doładowana czystą energią.
Nie wiem, czy Mój Mężuś czuł się wyzwolony, ale przemoczony na pewno.