poniedziałek, 26 stycznia 2026

Emigracyjny Duch Bożego Narodzenia, czyli teraźniejszość

 Muszę się ogarnąć i skończyć opisywać moje choinki, bo jeszcze trochę i będę musiała zająć się jajkami (wielkanocnymi, żeby nie było wątpliwości).


W różnych ekranizacjach „Opowieści Wigilijnej” Duch Obecnych Świąt Bożego Narodzenia bardzo często jest przedstawiany jako radosny, hedonistyczne nastawionym do świata, pełny nadziei i apetytu na życie gość, skoncentrowany na chwili obecnej.

Moja choinka opowiada teraźniejszość również optymistycznie, w wersji elastycznej, rozciągniętej mianowicie odrobinkę w czasie, na ostanie, osiem lat naszej emigracji. Pojawiła się w naszym domu na nasze pierwsze, amerykańskie Święta i nic nie wskazuje na to, żeby miało to ulec zmianie. Ją ją bardzo lubię, mój Mąż ją kocha, ja kocham Jego i koło w taki miły sposób się zamyka.

Uwielbiam Szkocję, byłam w niej dwa razy, zjeździłam, obejrzałam, chciałabym wrócić jeszcze raz. Pasjonuje mnie wszystko klany, tartany, zamki, mogłabym wymieniać w nieskończoność i oto nagle podczas naszych pierwszych Świąt, kiedy nostalgia podgryzała moją, słowiańską duszę, serce płakało, a choinka stała dumna i bezduszna nagle okazało się, że Amerykanom jakoś dziwnie łączą się szkockie kratki ze Świętami.

Wszystko dosłownie, wszystko można w okolicy Świąt znaleźć w różne odmiany kratek.
Dekoracje świąteczne są tylko wierzchołkiem góry lodowej, ubrania, pościel, ręczniki, kocyki, bielizna osobista, sprzęty kuchenne, poduszki, lampki i wiele innych rzeczy w szkockim stylu wprost pochłania przestrzeń sklepową. W praktyce jeżeli ktoś ma ochotę na coś w kratkę to w tym okresie to na pewno to znajdzie. Co typowe dla Amerykanów szkockie szaleństwo kończy się tuż przed Świętami, a już przed Sylwestrem w sklepach królują serduszka, ręczniki plażowe i kostiumy kąpielowe, już się przyzwyczaiłam do tego szaleństwa, (co kraj to obyczaj).

I wtedy podczas naszych, pierwszych Świąt w Stanach było to małe ukojenie dla mojej duszy, dlatego na naszej amerykańskiej choince jest bardzo dużo różnych bombek w szkockim stylu. Mąż na zasadzie przekupstwa i miłości oczywiście też, kupował mi również figurki Disney’a, biedny, zdesperowany, napędzany nadzieją, że jednak wszystko wróci do normalności i zacznę znowu ubierać choinkę.
Nie ukrywam, że trwało to trochę, (3 lata), ale jak już wróciłam to zrobiłam to w wielkim stylu. Z bezdusznej, aczkolwiek bezdyskusyjnie pięknej choinki, udało mi się  zrobić amerykańskie marzenie w polskim stylu z odrobiną szkockiej fantazji w tle.

I tak jak teraz tak patrzę na mojego Ducha Obecnych Świąt Bożego Narodzenia to przypominają mi się początki naszej emigracji. Podczas naszych pierwszych Świąt musiałam wyrzucić do śmieci wielką karkówkę, bo nie nadawała się do jedzenia, pamiętam jak podczas zimy zaczęły podchodzić pod nasz dom jelenie na darmowe kolacje oraz wiewiórki, które założyły kolonie w naszym ogrodzie, polskie bombki, które stopniowo przywoziłam z domu w Warszawie co było chyba najbardziej oczywistym znakiem, że wiję gniazdo gdzie indziej, jednym słowem cała, moja emigracja zaklęta w świecącym drzewku. I jak tak patrzę na moją choinkę to nasza emigracja jest taka jak ona, nowa, a jednak stara, amerykańska, a jednak polska, pełna sprzeczności, a jednak stabilna i pełna emocji.
 
Jest bardzo dużo mądrości w stwierdzeniu o nie przesadzaniu starych drzew, aczkolwiek nie do końca. Myślę, że ludzie podobnie do zwierząt są w stanie przemierzać świat w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, gdzie będą się czuli szczęśliwi i wiek nie ma tu znaczenia, raczej psychiczne i fizyczne możliwości poszczególnych jednostek.
Postawiłam moje życie na głowie, w momencie, kiedy większość ludzi myśli raczej o stabilizacji, czy żeby nie ująć tego brutalniej funduszu emerytalnym.
Jak Kolumb, ale taki w wersji bardzo pacyfistycznej przemierzyłam Ocean i zaczęłam układać swoje życie i mojego stada od początku.

Ciekawe czy ktoś napisał kiedyś pracę naukową, w stylu pokaż mi swoją choinkę, a powiem ci kim jesteś. Jeżeli tak to mnie musieliby chyba opisać  jako osobę z rozszczepieniem osobowości, albo jak wolę o sobie myśleć, kogoś o niezwykle bogatym życiu wewnętrznym, szerokich horyzontach i wielu wspaniałych wspomnieniach. Stworzyłam dwie wielkie choinki, które bardzo się od siebie różnią, a jednak razem tworzą idealną całość, czyli mnie.
Obawiam się tylko, że teraz już co roku będziemy musieli mieć dwie.





































sobota, 20 grudnia 2025

Duch Świąt Bożego Narodzenia, czyli Ja (Przeszłość)

 I oto stało się, minęło pół wieku i znowu usiadłam przed choinką, to znaczy dokładniej rzecz ujmując przed dwoma, jedną miałam przed sobą, a drugą za plecami.

Wyglądało to jak moja prywatna wersja „Opowieści Wigilijnej”, przede mną żywa choinka robiła za Ducha Minionych Świąt Bożego Narodzenia, za plecami miałam Ducha Obecnych Świąt, czyli sztuczną piękność, a w środku siedziałam ja najwyraźniej robiąc za Ducha Przyszłych Świąt chłonąc emocje wzbogacone leśnym zapachem.

Pierwsze co mi przyszło na myśl, to że przez ostatnie lata oszukiwałam wszystkich, (łącznie z własną osobą).
W momencie jak odpaliłam kolorowe lampki stało się bowiem oczywiste, że zalały mnie uczucia, których nigdy nie wzbudzała we mnie nasza, piękna, amerykańska choinka z białymi lampkami.

Ogarnęło mnie uczucie ulgi, poczucia, że wszystko jest tak jak  powinno być, prawie jak powrót do domu, odnalezienie cząstki siebie w tym szalonym świecie.
Zamknęłam oczy i weszłam do pokoju stołowego, jak nazywali go moi Dziadkowie.
Pod oknami stała choinka, na której wisiały te same bombki i dekoracje, które właśnie powiesiłam na mojej żywej, amerykańskiej choince. Na wielkim, okrągłym stole, przykrytym białym obrusem, rozsuwanym na potrzeby zgromadzonej rodziny pachniały potrawy wigilijne bardzo klasyczne, które mówiąc szczerze jako dziecko niespecjalnie lubiłam. Prześladował mnie barszcz z uszkami, który szczęśliwie na przestrzeni lat zmieniłam na grzybową z łazankami.

Wigilia u moich dziadków w momencie szczytu przyrostu naturalnego w rodzinie, gromadziła ok. 14-16 osób, wtedy wydawało mi się, że były to przyjęcia jak na 100 par, ciężko mi teraz uwierzyć, kiedy wszystkich policzyłam, że było to mniej niż 20 osób.

Po opłatku, obowiązkowym barszczu, pierogach, karpiu, który straszył zadławieniem ośćmi i zawsze lekko podpalonych makowcach śpiewaliśmy kolędy, sami bez radia czy innych pomocy technicznych. Cały czas mam przed oczami całą rodzinę zgromadzoną przy stole w złotym blasku choinki i nic, że była tam ciocia, która nigdy za mną nie przepadała, (ze wzajemnością zresztą), ta chwila miała moc. I jak teraz o tym myślę, to ma ją nadal.

A potem były pasterki, z których pamiętam, że było mi strasznie gorąco, a potem zimno jak wracaliśmy grupowo do domu. Tata nosił mnie na barana i ślizgał się na skrzypiącym śniegu, który lśnił w lampach ulicznych.

Tutaj wyjaśnienie dla młodszych czytelników, dawno, dawno temu na Święta Bożego Narodzenia padał śnieg, było biało, zimno, a mróz malował na szybach wzory jak z bajek.

Pod choinką leżały prezenty, zapakowane na ogół w brązowy lub biały papier bo innych nie było. I mówiąc szczerze prezenty były najsłabszym punktem „Programu Świątecznego”, już nawet nie mówię tu o skarpetkach, ale najgorsze dla mnie osobiście były piżamy. Mimo wszystko zawsze przy dystrybucji prezentów pojawiał się mały dreszczyk ekscytacji, ale tak naprawdę to nie one były najważniejsze. I bez względu jak bardzo jest już teraz zużyte to stwierdzenie, to była po prostu „magia Świąt”.

I jak teraz tak siedzę przed moją wspomnieniową choinką i patrzę na tego mojego „Pierwszego Ducha”, dociera do mnie z wielką mocą czym były te czary, to prostu było uczucie miłości, ciepła, poczucia bezpieczeństwa i nierozerwalnej więzi.
Moi Dziadkowie i Rodzice dawali mi wszystko w czasach kiedy było tak niewiele.
Nawet nie zauważyłam kiedy wlali we mnie siłę na przyszłość. Jestem pokoleniem X i jak się potem okazało ta siła nie tylko ze względów pokoleniowych była mi bardzo potrzebna.

Ostatnia Wigilia Dziadka, była jednocześnie ostatnią, rodzinną Wigilią, po jego śmierci babcia spędzała Święta ze swoimi dziećmi i wnukami, między innymi oczywiście ze mną, w naszych domach.

A teraz zostawmy już przeszłość w spokoju, (przynajmniej na chwilę), zanurzymy się w kolorach z PRL-u, to będzie seria zdjęć bombek i dekoracji odziedziczonych po mojej Babci i Mamie. Te wszystkie krasnalki, laleczki, waga, pies i cała reszta mają ponad pięćdziesiąt lat, gdzieś w tle oczywiście może wisieć coś nowszego.



















Dla porównania, teraz będzie seria zdjęć dekoracji amerykańskich, które również mają kilkadziesiąt lat. Tutaj muszę wspomnieć, że podczas polowania na nie przeżyłam wiele ściskających za serce momentów. Znalazłam bowiem wiele bombek bardzo osobistych, upamiętniających narodziny, śluby, dostanie się na studia, okrągłe rocznice.  Oprócz dokładnych dat były podpisy dwa muszę przytoczyć:

„Dla Mojej, Największej Miłości w nasze pierwsze, wspólne Święta 1980”,
„Dla naszego, pierwszego prawnuczka z miłością na zawsze 1984”.

Znalazłam takich bombek bardzo dużo, sama tworzyłam je od momentu jak urodziły się moje dzieci, tylko niestety prawie wszystkie się potłukły, jak kiedyś upadła nam choinka.
Według mnie skoro tak modne są mosty zakochanych z kłódkami to powinny istnieć drzewa bombkowe, bo szkoda by było, żeby coś tak pięknego przepadło. Takie bombkowe drzewa mogłyby stać w jakiś zabezpieczonych miejscach i poprawiać nastrój malkontentom i nie tylko, udowadniając, że banalne treści są czasami najważniejsze i najpiękniejsze.

Większość z tych ludzi już dawno odeszła, nikt już nie pamięta tych wszystkich uczuć. I mimo, że szkło jest tak kruche przetrwało i trafiło do moich rąk. Kupiłam kilka dekoracji, między innymi małe, plemię Eskimosów. Zaczęło się od jednego, śmiesznego Eskimoska, a potem znalazłam resztę rodzinki. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to cała seria i że na każdym jest wymalowana data. Najwcześniejsza to 1984, a najpóźniejsza 1992. Ktoś zadawał sobie trud, co roku kupował Eskimosa i wieszał na choince, no przecież nie mogłam gości tak porzucić. Było ich znacznie więcej, ale niestety trafiłam na same zniszczone egzemplarze nie do uratowania.

Znalazłam za to na jedną bombkę z namalowaną chatką i napisem, w ramach niespodzianki będzie na ostatnim zdjęciu.

















I na koniec zdjęcie Mojego Pierwszego Świątecznego Ducha.