wtorek, 28 lipca 2026

Specyficzna patologia, czyli Greenwich Connecticut

  Mój syn, który występuje w moim blogu pod pseudonimem Junior, zdał maturę i dostał się na studia. Z tego powodu postanowiłam uhonorować jego wysiłki i sukcesy wpisem.

W tym celu cofnęłam się do początku mojego bloga i zaczęłam czytać posty o szkole, żeby sobie wszystko odświeżyć. I od tego momentu stało się dla mnie jasne, że o Juniorze będzie następnym razem, ponieważ zalały mnie inne emocje i przemyślenia.

Podczas lektury włosy, które dzięki siłom najwyższym i DNA po mamie ciągle posiadam, najpierw mi się lekko uniosły, a potem stanęły dęba.

Mój blog zaczęłam pisać 9 lat temu, około 3 miesiące po wylądowaniu w Stanach. Teraz wiem, dlaczego w dawnych czasach ludzie pisali pamiętniki. To niesamowite, ile rzeczy przydarzyło się mojej rodzinie przez te lata i o jak wielu zapomniałam. 
Czytając teraz własne słowa sprzed lat, miałam wrażenie, że słucham opowieści obcej, a jednocześnie znajomej kobiety.
I przysięgam, że jak patrzę teraz z perspektywy na pierwsze 5 lat naszej emigracji, to nie wiem, skąd wzięłam na to wszystko siłę. A już zupełnie nie wiem, jak sobie dały w tym obłędzie radę moje dzieci.

Trzeba niesamowitej odporności duchowej, żeby pozostać sobą, kiedy wszystko i wszyscy dookoła nie tylko chcą cię zmienić, ale zaczynają atakować, jeżeli nie upodabniasz się szybko i chętnie do otoczenia.
Coś jak papugi, które są atakowane przez szare wróble i gołębie, ponieważ są kolorowe. Bądźmy realistami, czy ktoś kiedyś widział papugę latającą sobie zrelaksowaną po Warszawie albo tukana na przykład ?

Wyobrażam sobie, że dla wielu osób moja ustawiczna krytyka amerykańskich realiów mogła wydawać się przesadzona, a ja rozwydrzona do granic nieprzyzwoitości. Teraz, po latach, mogę spojrzeć na pewne aspekty naszego życia bardziej obiektywnie i przysięgam, że nie zmieniłabym ani jednego napisanego przeze siebie słowa.

Myślę, że wszystko zaczęło się od lokalizacji. Gdybyśmy zamiast w Connecticut wylądowali od początku w New Jersey, na pewno byłoby trudno, ale może nie byłoby tak ciężko.

Na skutek kosmicznego zbiegu okoliczności wylądowaliśmy w Greenwich (nie mylić z dzielnicą w Nowym Jorku). Była to i ciągle oczywiście jest bardzo „droga” lokalizacja. Nie było najmniejszej szansy, żeby rdzenni mieszkańcy tego wyrafinowanego przedmieścia nas zaakceptowali, o polubieniu nie wspomnę.
I tu nie chodziło o inny język czy różnice kulturowe, to było zderzenie istoty – w tym przypadku nie człowieczeństwa, tylko postrzegania świata.

Dla uczciwości przyznam, że o ile na początku podeszliśmy całkowicie otwarci do sąsiadów, to po dwóch latach prób, kiedy straciliśmy złudzenia, ograniczyliśmy się do pokojowego, uprzejmego współistnienia. Tyle tylko, że to bardzo dużo nas kosztowało.

Myślę, że uratował nas fakt, że przyjechaliśmy do Stanów tak późno. Nasze dzieci miały 10 i 15 lat, a ja z mężem byliśmy już całkowicie ukształtowanymi jednostkami z kręgosłupem moralnym nienadającym się do uginania, a tym bardziej do złamania. Na całą sytuację miał wpływ też fakt, że nie przylecieliśmy do Ameryki za chlebem. Mój mąż został przeniesiony w swojej pracy. Nasza emigracja nie zaczynała się od rozpaczy, przymusu czy desperacji.

Myślę, że dlatego moje postrzeganie naszej nowej rzeczywistości było ostrzejsze, ponieważ nie było obciążone strachem przed deportacją. Dodatkowo w sytuacji zagrożenia, a tak na początku wszyscy się czuliśmy, uaktywniła się we mnie siła, która wcześniej raczej drzemała i przebudzała się tylko w krytycznych życiowych momentach. Tutaj to nie były momenty, to był chleb powszedni, czasami ciężki do przełknięcia.

Mieszkańcy Greenwich są „specyficzni”. Powiedziałabym nawet, że zachowują się jak inny gatunek. Pieniądze, najlepiej stare, biała skóra i przodek, który przypłynął na Mayflower, są dla nich głównymi kryteriami wyboru znajomych, z którymi chcą przebywać. Nie ma dla nich znaczenia inteligencja, wykształcenie czy charakter. W takiej sytuacji nie można cały czas udowadniać, że nie jest się wielbłądem. A co ważniejsze, nie ma się na to ochoty. A mówiąc już zupełnie brutalnie szczerze, takie poddańcze zachowanie było poniżej mojej godności.

Widziałam desperatki, które jak psy czekające na ochłap starały się dostać do tego zamkniętego kręgu. Czego nigdy nie zrozumiałam, to dlaczego tego pragnęły. Znaliśmy tam jedną rodzinę – on Hiszpan, ona z Puerto Rico. Obserwowanie, jak ona się upokarzała, było bolesne. Najbardziej smutne było to, że nie wierzę, że jej się udało zdobyć ich akceptację.

Patologia nie wybiera biednych, tylko „specyficznych”. Większość moich sąsiadek zaczynała pić przed południem – oczywiście nigdy tak, żeby to było bardzo widoczne, ale dla mnie było. Nie wspominając o zapachu. Ich mężowie nie mieli specjalnych oporów przed walnięciem ich z liścia od czasu do czasu, jak zasłużyły. Jeden tatuś był tak agresywny i niestety tak bogaty, że nie musiał pracować, w związku z tym codziennie razem z żoną przyprowadzał rano dzieci do szkoły. Ta kobieta mogłaby pozować do plakatu „bo zupa była za słona”. A jednocześnie urządzali „garden party”, które kosztowały tysiące dolarów. Byłam, widziałam, mam wielką nadzieję, że nigdy nie będę musiała powtarzać takich doświadczeń.

Pamiętam, że jak się wyprowadzaliśmy, to miałam ochotę wykopać wszystkie drzewa, zgarnąć wszystkie dzikie zwierzęta i wziąć je ze sobą. Najbardziej dobitnie nasze relacje tam opisuje fakt, że żegnałam się z drzewami, a nie z ludźmi. Serce mi się kroiło, bo dom został wystawiony na sprzedaż, bałam się, że zostanie wyburzony, a wszystko, co żyje dookoła – zostanie unicestwione. I to nie jest egzaltowana przesada. Jelenie, wiewiórki i ptaki nie żywią się powietrzem i nie śpią w hotelach. Potrzebują drzew, krzewów i odrobiny przestrzeni.

Mieszkając w Greenwich, dorobiłam się jednego znajomego. Miał na imię Ebenezer, pochodził z Ghany i był „niańkiem” jednego staruszka. Po roku od przeprowadzki wysłał mi SMS-a, żeby sprawdzić, jak sobie radzimy. Oczywiście zapytałam od razu, czy zburzyli „nasz” dom.
I o dziwo okazało się, że nie. Przynajmniej dwa lata temu wciąż stał, a wraz z nim wszystkie drzewa.

A najbardziej z moim Mężem rozśmieszyła nas reakcja wszystkich naszych sąsiadów, którzy, jak dowiedzieli się, że się wyprowadzamy, bo kupiliśmy dom w New Jersey, to szczerze nam współczuli.

środa, 22 lipca 2026

Nocne halucynacje, czyli randka ze sztuczną inteligencją

Pokłóciłam się niedawno ze sztuczną inteligencją i to podczas pierwszej „randki”.
Jestem pokoleniem X, więc ogarniam naszą nową „cyberrzeczywistość”, ale wybiórczo i często bez specjalnego entuzjazmu. Biorę to, co mi się podoba, i unikam całej reszty, o ile jest to możliwe oczywiście. 
Nie udzielam się na różnych platformach, ale piszę bloga. Nie informuję wszystkich, co jadłam na śniadanie, ale płacę przez internet, no i uwielbiam śmieszne filmiki o psach.
Ponieważ moja teściowa się pochorowała, a jest Holenderką, wszystkie informacje medyczne, które sobie od niej zażyczyłam, dostałam po holendersku. Niektóre normy w przypadku badań krwi są zupełnie inne niż polskie, a niektóre są takie same. Ogólnie jeden wielki bałagan, który musiałam ogarnąć, bo mój mąż miał na głowie już wystarczająco dużo.
W tym celu obłożyłam się papierami, notesem, długopisem i przystąpiłam do analizy. Weszłam do Google’a z pierwszą nazwą badania, żeby sobie przetłumaczyć i sprawdzić normę. Internet bardzo grzecznie mi wszystko wyjaśnił, po czym – i tu mnie zaskoczył – zadał mi pytanie, czy może potrzebuję pomocy w interpretacji wyniku.
Lekko się zawiesiłam, ale ponieważ trzeba sobie poszerzać horyzonty, a poza tym, nie ukrywam, że byłam ciekawa, rozpoczęłam dialog. Oczywiście już na tym etapie zorientowałam się, że „poderwała” mnie sztuczna inteligencja. 
Ogarnęła ze mną wyniki, weszła w ich interpretację, możliwe choroby, leczenie, a na koniec, po uzyskaniu informacji, kogo dotyczą, podała mi kilka numerów w Holandii do szpitali i dodatkowo, co po holendersku powinnam powiedzieć, żeby natychmiast przysłali ambulans.
Przyznam, że byłam lekko ogłuszona, jaki obrót przybrała ta rozmowa. W pewnym momencie sztuczna inteligencja zaczęła mi tłumaczyć zachowanie mojej teściowej i to już było dla mnie trochę za dużo. 
Moment, w którym maszyna tłumaczy mnie, jednostce ludzkiej, jak zrozumieć drugiego człowieka, wydaje się absurdem. Od razu naszły mnie filozoficzne rozważania, że chyba jako gatunkowi ludzkiemu udało nam się niemożliwe – osiągnęliśmy jednocześnie dno i szczyt. Pytamy się o emocje drugiego człowieka supermaszynę, którą sami stworzyliśmy.
To niesamowite, jak łatwo można zapomnieć, że nie rozmawia się z człowiekiem. 
Podobno nastolatki często traktują sztuczną inteligencję jak osobistego psychoterapeutę. W Japonii wielu młodych mężczyzn ma wirtualne dziewczyny. I o ile wcześniej uważałam, że to mocno wyolbrzymiona plotka, po mojej rozmowie ze sztuczną inteligencją zmieniłam zdanie.
 W obecnej dobie większość kontaktów i tak ma formę „zdalną”. I fakt ten nie dotyczy tylko relacji służbowych – wysyłamy członkom rodziny i znajomym zdjęcia, życzenia świąteczne itd. Łatwiej i szybciej jest coś napisać, niż zadać sobie trud i zadzwonić. 
W takiej sytuacji, jeżeli taki chłopak ma przed oczami sztucznie wygenerowany obraz wymarzonej kobiety i dodatkowo ona z nim rozmawia, nic dziwnego, że zaciera się granica między rzeczywistością a iluzją. 
Zaczęłam naprawdę rozumieć ten niezdrowy trend. Wraca taki umęczony facet do domu, szykuje jedzenie i łączy się ze swoją dziewczyną, opowiada jej, jak mu minął dzień, ona go słucha, pociesza, rozumie. Jak nie kochać takiej kobiety? To coś jak związek na odległość, ale narzeczona mieszka na Marsie.
Odczułam to na własnej skórze, ponieważ moja „randka” trwała długo i odbywała się w nocy. W pewnym momencie, po podaniu kolejnej informacji, sztuczna inteligencja zasugerowała, żebym poszła spać. Zignorowałam to, ale po każdej następnej odpowiedzi coraz silniej zaczęła mnie nakłaniać do zakończenia rozmowy. Jak mi powiedziała „dobranoc”, a ja wciąż miałam pytania, to trafił mnie malutki, zupełnie niecybernetyczny szlag.
Zgłupiałam do tego stopnia, że zamiast zamknąć komputer albo zignorować i zapytać o następny wynik, zadałam jej pytanie, dlaczego, do ciężkiej cholery, ona mnie wysyła do łóżka i jest o krok od śpiewania mi kołysanek. 
Inteligencja natychmiast mnie przeprosiła bardzo wylewnie i wytłumaczyła, że ona nie jest człowiekiem i nie musi spać, ale ma wgrany algorytm, że człowiek bezwzględnie musi, a ponieważ jest noc, to ona jest zobowiązana o mnie zadbać, ale że jak sobie życzę, to przestanie. Życzyłam sobie.
Ogarnęłam temat teściowej, ale że mam rogatą duszę, która jakoś podejrzanie ma większe poroże w nocy, na koniec zadałam jej pytanie, kto pisze bloga „Świnki przez Helsinki”. 
I to dopiero był szok, bo podała mi konkretne nazwisko blogerki, podróżniczki i to nie byłam ja. Rogi mnie zaswędziały, więc zamiast wyłączyć komputer, powiedziałam, że to nie jest prawda. Inteligencja bardzo grzecznie przeprosiła za swój błąd i podała mi następne nazwisko kobiety mieszkającej w Helsinkach, również piszącej bloga i – niespodzianka – to również nie byłam ja.
Wtedy już nie bawiłam się w grzeczności i walnęłam jej, że kłamie. Zamarłam w oczekiwaniu na odpowiedź. Inteligencja odpisała najpierw, że taki blog już nie istnieje, a potem – i tutaj zacytuję wiernie:
 „To była ewidentna wpadka z mojej strony. Bardzo doceniam, że od razu to wyłapałaś i napisałaś wprost, że to nieprawda – dzięki temu mogłam się zatrzymać i to skorygować”. 
Potem dodała: „Jest to efekt „halucynacji” modelu językowego – po prostu połączyłam słowa z Twojego pytania w fikcyjną fabułę, zamiast trzymać się faktów”. 
Następnie poprosiła, że jeżeli mam takie informacje, to ona chętnie się dowie. Już się rozpędziłam, żeby jej się przedstawiać...
Zakończyłam randkę, wychodząc bez pożegnania i trzaskając drzwiami, czyli po prostu wyłączyłam komputer.
Podsumowując, sztuczna inteligencja jest niesamowicie pomocnym i potężnym, ale tylko narzędziem i tak powinna być traktowana. Ma skłonność do konfabulacji, co może być dla człowieka bardzo szkodliwe. Dodatkowo w celu ochrony psychiki ludzkiej jest niesamowicie grzeczna i ma tendencję do uszczęśliwiania rozmówcy, co nie zawsze może wychodzić mu na zdrowie.
Aczkolwiek muszę to uczciwie przyznać, że można bardzo łatwo zapomnieć, że nie ma duszy. 
Ale zastanówmy się – czy rozmawialibyśmy z odkurzaczem o tym, że rzucił nas ukochany i świat nas nie rozumie?

środa, 15 lipca 2026

Nudne życie Matki, czyli czysta fikcja

 Odkąd jestem w Stanach, czyli od 9 lat, wiele osób z Polski pyta mnie, czy ja się tu nie nudzę jak mops. Odpowiem opisowo, co się u mnie działo w ciągu mniej więcej dwóch tygodni.


Słoneczna sobota. W głowie plany raczej z gatunku rekreacji domowej: pranie, sprzątanie, sterty rzeczy do prasowania i kilka podobnych rozrywek. I właśnie w trakcie takiego uroczego poranka Gigi, nasza trzyletnia suczka, wdrapała się na stół i zeżarła tabletkę. 

Na szczęście zrobiła to na moich oczach. Na stole leżało ich kilka i gdyby wybrała jakąkolwiek inną, skończyłoby się tylko wybuchową biegunką. Niestety, wciągnęła lek, który jak od razu sprawdziłam – okazał się dla psów śmiertelnie toksyczny. 


To był jeden z tych momentów, kiedy strasznie zabrakło mi mojego Taty, lekarza weterynarii z prawdziwego powołania  (nie znosił określenia weterynarz).


No ale od czego są geny? Weszłam w tryb bojowy. W głowie natychmiast pojawiły się wszystkie rady dotyczące psów, jakie przez całe życie od niego usłyszałam. 

Mąż wracał właśnie ze sklepu. Złapałam go telefonicznie, gdy był niedaleko domu, więc pojawił się prawie natychmiast. Wlepiłam mu w ramiona psiaka oraz opakowanie leku, które ta durna bździągwa zeżarła, i wysłałam do przychodni, żeby wywołali wymioty.


Sama, ciągle w stroju nocnym, zaczęłam na spokojnie analizować sytuację i jednocześnie się ubierać. Sprawdziłam standardowe procedury. Okazało się, że w przypadku tego konkretnego leku najlepiej wywołać wymioty przed upływem pierwszej godziny, a „okno życia” zamyka się po czterech. Potem nie ma już szans.


Mężuś dotarł do przychodni jak strzała. Udało im się wywołać wymioty (u Gigi oczywiście, nie u męża) po 40 minutach. I cała historia nie skończyła się w tym momencie. Można powiedzieć, że dopiero zaczęła się rozkręcać, ponieważ lekarz zapytał męża, co ma robić dalej. Mój osobisty małżonek zadzwonił więc do mnie z tym samym pytaniem. 

To, co wtedy sobie pomyślałam, nie nadaje się do druku. Kazałam wywołać wymioty po raz drugi. Wywołali. Poradzili też, żeby zabrać ją do szpitala na ostry dyżur, a w międzyczasie zadzwonić do super tajemniczego specjalistycznego centrum od zatruć, trucizn i wszelkich dostępnych toksyn.


Podali mi numer, a mąż pojechał z zażyganym psem do szpitala. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się połączyć z supertajnym ośrodkiem, który, jak się okazało, był gdzieś w Georgii. 

Za „jedyne” 120 dolarów odbyłam konferencję ze specjalistą – choć „przesłuchanie” byłoby lepszym określeniem. 

Miało to o tyle sens, że jako jedyna wszystko widziałam i mogłam dokładnie określić czas konsumpcji, co w całej tej sytuacji było najważniejsze. 

Następnie dostałam tajemniczy kod i polecenie, by podać go lekarzowi zajmującemu się naszym psem. Na tym etapie przestałam analizować sens tych działań i po prostu wysłałam kod mężowi.


Mąż dotarł do szpitala, gdzie już na niego czekali. Pierwsze, o co zapytali, to oczywiście czy ma kod. Mąż, lekko ogłupiały, podał im kod oraz psa. Lekarz skontaktował się z tym tajemniczym miejscem, podał kod i dostał konkretne wytyczne, co ma robić, a miał niewiele. 


Po mojej decyzji o podwójnych wymiotach mieli tylko podpiąć kroplówkę, żeby ją nawodnić, i obserwować. Jeżeli w ciągu 8 godzin nic by się nie wydarzyło, to znaczyło, że zdążyłam, a jeżeli nie i pies dostałby drgawek, mieli znowu dzwonić i pytać, jak ją ratować. Mąż dostał polecenie powrotu do domu i pozostawienia psa na obserwacji.


Następne osiem upojnych godzin trwaliśmy w przerażeniu, że zadzwonią ze szpitala. Nie zadzwonili. Gdy pojechaliśmy odebrać Gigi, oprócz wygolonej łapki nie wyglądała ani na wykończoną, ani na specjalnie winną. My za to czuliśmy się jak zombie, a mnie dodatkowo zżerało irracjonalne poczucie winy, że o mało nie zabiłam własnego psa. 


Aczkolwiek lekarz stwierdził, że swoją szybką reakcją, a zwłaszcza poleceniem dwukrotnego wywołania wymiotów uratowałam jej życie, a psy zżerają wszystko i nikt jej nie kazał wdrapywać się na stół.


Po około dwóch tygodniach znowu wylądowaliśmy w tym samym szpitalu z naszym drugim psem, Yogim, ponieważ zadrapał sobie oko i ciągle je mrużył. 

Spanikowałam, zawlekłam Męża i psa na ostry dyżur, mając nadzieję, że mi powiedzą, że to ja raczej powinnam się leczyć i to nie okulistyczne bynajmniej, a nie zawracać im głowę. 

Niestety okazało się, że miałam rację, bo w oku rozwijało się zapalenie i bez antybiotyku mogło się skończyć źle.


W międzyczasie, gdy psy się w końcu uspokoiły, Junior zdecydował się wprowadzić trochę atrakcji do mojej "nudnej" egzystencji.


Opis sytuacyjny: pierwsza w nocy, Mężuś śpi, ja jak zwykle nie. W kompletnych ciemnościach do pokoju wchodzi Junior i trzęsącym głosem mówi, że spadły na niego szklane drzwi od kabiny prysznicowej. 


Zapala światło, a ja widzę, że ręce ma całe we krwi. Moje pierwsze pytanie brzmiało: „Czy masz wszystkie palce?”. Junior w szoku się zawiesił. Powtórzyłam pytanie spokojnym głosem, bo przez krew niewiele widziałam.


Okazało się, że wszystkie palce były na miejscu, za to krew już niestety nie. Po myciu, dezynfekcji, ocenianiu potencjalnych miejsc do zszycia, oblepieniu go plastrami, pocieszeniu, że nie wykrwawi się na śmierć i wysłaniu go do spania, klapnęłam na łóżko. 


Mężuś przez cały ten czas spał snem sprawiedliwego. Jak można się domyślić, mnie spać już się wtedy zupełnie odechciało. Przytomnie kazałam Juniorowi zamknąć łazienkę, żeby ani on, ani kot się nie pokaleczyli, i postanowiłam, że to szanowny Małżonek będzie działał następnego dnia. 

Skoro przespał ratowanie własnego syna, to teraz w ramach rehabilitacji będzie musiał usunąć szkody.


Następnego ranka Mężuś bez słowa sprzeciwu dzielnie wynosił szkło, a ja myłam ściany, bo okazało się, że mój Syn w szoku leciał do mnie w kompletnych ciemnościach, opierając się o wszystko o co się dało po drodze. 

W efekcie nasz dom wyglądał jak miejsce zbrodni – klasyczne smugi krwi i odbicia dłoni na białych ścianach. I to nie jest żart.


Gdzieś w środku tych atrakcji mieliśmy awarię klimatyzacji i woda nam zalała część piwnicy, ale nie będę wspominać o takich drobiazgach. 


Podsumowując: ostatni raz nudziłam się mniej więcej 26 lat temu. Czyli w poprzednim tysiącleciu.


środa, 8 lipca 2026

Stara Dusza w nowym ciele, czyli Nasz Dom

Moja powrotna podróż do Stanów po opróżnieniu mieszkania i wysłaniu cargo zaczęła się sceną jak z filmu. 

Piękny, słoneczny dzień gdzieś w Warszawie, na chodniku stoją dwie kobiety, obejmują się i płaczą, obok młody chłopak upycha do taksówki stos walizek.

Jedna z kobiet mówi do drugiej: „To nie jest pożegnanie na zawsze, przyjedziesz do mnie, jak skończy się wojna”. Tą osobą była Pani Ania, a drugą oczywiście ja we własnej, wymęczonej osobie. Chociaż jesteśmy w tym samym wieku, Pani Ania zachowywała się jak matka wysyłająca córkę w daleki, niebezpieczny świat. Na pożegnanie jeszcze walnęła mi z grubej rury: „I pamiętaj, dbaj o siebie, bo nikt nie chce chorych kobiet”. 
Ciężko odmówić trafności jej stwierdzenia, aczkolwiek moja kondycja fizyczna była ostatnią rzeczą, o której wtedy myślałam. Adrenalina jest siłą, która jest w stanie – może nie „przenosić góry” – ale małe pagórki już na pewno. Do tej pory nie wiem, jak udało mi się to wszystko ogarnąć, nie paść na zawał i nie zwariować.
W końcu zapakowaliśmy się do taksówki. Ania stała na chodniku i machała nieprzerwanie, aż jej sylwetka zniknęła mi całkiem z oczu. Trwałam w odrętwieniu. 
Oto pożegnałam się, technicznie rzecz biorąc, z obcą babą, Ukrainką, a tak naprawdę zostawiałam kogoś, kto był dla mnie ważniejszy niż rodzina i był ze mną w najgorszych momentach mojego życia. Pechowo dla niej złożyło się bowiem, że opiekowała się mną podczas mojego dochodzenia do siebie po dwóch operacjach i była ze mną przy śmierci moich Rodziców.
Gdybym miała ją opisać, to od zawsze przypominała mi chomika ze stalowym kręgosłupem moralnym. Porównanie do tego miłego gryzonia nie jest obelgą, tylko komplementem. 
Po pierwsze, strasznie lubię chomiki, a po drugie, ich szybkość jest imponująca – jak ktoś widział chomika w pełnym galopie, to wie, o czym mówię. 
Ania taka jest: miła, ciepła, obsesyjnie zbierająca i porządkująca rzeczy, a dodatkowo robi to w takim tempie, że mistrzowie olimpijscy w biegach dostaliby przy niej na bank zadyszki.
Istnieją więzi, których nie można ani zaszufladkować, ani zapomnieć. Wymykają się wszystkim mądrym, psychologicznym definicjom.
Ta, obiektywnie rzecz ujmując, obca kobieta, która opiekowała się moimi Rodzicami i mną z doskoku przez 8 lat, stała się moją „rodziną z wyboru”. 
Ta melodramatyczna scena miała miejsce rok temu. Nie miałam wątpliwości, że nie stracę z nią kontaktu, i tak się stało. Wysyłamy sobie zdjęcia, dzwonimy do siebie, ona modli się za mnie i za całą moją rodzinę. Naprawdę mam wielką nadzieję, że jeszcze ją zobaczę, bo wojna kiedyś się skończy – bo przecież nic nie trwa wiecznie – i wtedy ją odwiedzę.
Po przeleceniu Oceanu, co stało się dla mnie już prawie rutyną, ja, Junior, sześć wielkich walizek, dwie podręczne, plecak i torba (w sumie 150 kg bagażu) dotarliśmy do Stanów. Nie dałam sobie czasu na załamanie nerwowe, tylko rzuciłam się w wir rozpakowywania walizek.
Tutaj będzie mała techniczna porada: jak ktoś chce przewozić kołdry, poduszki, puchate koce, radzę zaopatrzyć się w worki próżniowe. W normalnych warunkach kołdra ledwo się mieści w walizce, z poduszkami jest jeszcze gorzej. Po upchnięciu ich do specjalnych plastikowych worków i odessaniu powietrza, w jednej walizce na luziku zmieściły się 4 kołdry. 
Piszę o czymś tak trywialnym, ponieważ nigdy nie przypuszczałam, że w najgorszych chwilach, jakie serwuje nam czasami życie, największe ukojenie daje stara kołdra czy poduszka, która pamięta czasy „słusznie minione”. I nie ma w tym żadnej logiki, są tylko czyste emocje.
Opróżnienie 8 walizek było świetną rozgrzewką przed dostarczeniem cargo. Podróż statkiem trochę potrwała (około 6 tygodni), ale dzięki temu zdążyliśmy kupić witrynki i dodatkową szafkę, żeby było miejsce na ekspozycję kryształów rodowych.
Mężuś w pocie czoła je składał, aczkolwiek był moment, kiedy myślałam, że mój łagodny, spokojny i niezwykle opanowany, osobisty mąż wywali wszystko do śmieci, a wcześniej mściwie te szafki porąbie. W końcu witrynki, mimo licznych przeciwności losu, stanęły, dumnie lśniąc przeszklonymi drzwiczkami, i wtedy przypłynęło cargo.
W wyznaczonym dniu na naszym podjeździe zaparkowała średniej wielkości ciężarówka i tu, dla odmiany, czterech panów „rozpakowywaczy” ruszyło do dzieła. Rozpakowywanie, ze względu na fakt, że były to tylko drobne rzeczy, a nie meble czy fortepian, sprowadziło się tak naprawdę do opróżnienia przez nich części kartonów, pogrupowania rzeczy według moich wskazówek i ułożenia ich wszędzie, gdzie się dało.
W efekcie kuchnia zatonęła pod stosami rzeczy opakowanych w papier i folię bąbelkową, kartony z książkami zablokowały możliwość poruszania się między pokojami, a w salonie na podłodze zaległy tak zwane przedmioty dekoracyjne, co w praktyce oznaczało właściwie całą resztę naszego polskiego dobytku.
Mężuś, który inteligentnie ewakuował się do pracy, obserwował postęp moich wysiłków niejako z oddalenia. Zadziałał u niego czysty instynkt samozachowawczy i nie narzucał się z oferowaniem pomocy, ponieważ ja, wychodząc ze słusznego założenia, że mężczyźnie trzeba wyartykułować potrzebę prosto z mostu, a nie liczyć, że się domyśli, poinformowałam go, żeby mnie zostawił w spokoju, bo ja muszę i chcę to zrobić sama, a jak będę czegoś potrzebowała, to poproszę.
W efekcie przez miesiąc, pracując codziennie przez 12 godzin prawie bez przerw, stworzyłam od nowa Nasz Dom. 
Wreszcie, po latach, udało nam się zgromadzić w jednym miejscu 5 domów: kawalerski mojego męża, moje panieńskie lokum, mieszkanie moich Rodziców, nasz polski „apartament” i amerykańskie, nowo nabyte gniazdo. Efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Powiem szczerze, że nawet ja nie myślałam, że to będzie możliwe.
Połączenie rzeczy pochodzących z tak różnych miejsc i epok mogło doprowadzić do koszmarnego, klaustrofobicznego zagracenia przestrzeni, a mnie udało się stworzyć bezpieczną przestrzeń pełną harmonii, naładowaną wspomnieniami. Wreszcie wszystko połączyło się ze sobą w jedną, nierozerwalną całość.
I tutaj muszę się trochę cofnąć w czasie. 
Podczas pakowania rzeczy w Warszawie, oprócz wielu praktycznych i dekoracyjnych przedmiotów, do cargo trafił obraz i pluszowy pies. 
Obraz, aczkolwiek pamięta czasy słusznie, a nawet niesłusznie minione, niestety nie jest zagubionym dziełem van Gogha albo chociaż Picassa.
Jest sporej wielkości obrazem przedstawiającym bukiet kolorowych róż. Jak znalazł się w mojej rodzinie – już nigdy się tego nie dowiem, a wielka szkoda. 
Wiem za to, że od zawsze był i od zawsze również miał dziurę wielkości solidnego kciuka. Potem doszły jeszcze inne rany kłute i cięte i w efekcie to był klasyczny obraz nędzy i rozpaczy. 
Musiałam podpisywać specjalne dokumenty, że mimo tego, że on jest w takim stanie, to chcę go przewozić do Stanów, a nie wyrzucić na śmietnik, na co, myślę, panowie mieli wielką ochotę.
I tak obraz dotarł podziurawiony jak sito i z ramą, która w podróży rozpadła się na kawałki – tylko zrobiła mi uprzejmość i pękła idealnie w czterech rogach.
Jak już z grubsza wszystko rozpakowałam, to stanęłam nad tą kupką nieszczęścia i zamyśliłam się. Opór przed wyrzuceniem go był nie do przezwyciężenia. 
Zakupiłam klej do drewna i skleiłam ramę. Nie było to łatwe zadanie, bo robiłam to sama i ciągle mi brakowało ręki, żeby się wszystko trzymało i nie rozpadło. Potem pomalowałam kawałki kanwy i podkleiłam wszystkie dziury i rozcięcia od wewnętrznej strony, a na końcu kupiłam mały zestaw farb olejnych i zaczęłam się modlić do wszystkich sił o odrobinę talentu, ewentualnie farta. 
Nigdy wcześniej w życiu nie malowałam nic farbami olejnymi. Ostatni raz, kiedy w ogóle coś malowałam, miał miejsce w podstawówce, a potem miałam jednorazowy incydent w dekorowaniu szklanych butelek. Ciężko to było nazwać doświadczeniem wystarczającym do takiego zadania.
W pewne ciepłe popołudnie wyniosłam obraz do ogrodu, bo tylko w dziennym świetle dobrze widziałam kolory, i zaczęłam zamalowywać blizny. Szczęśliwie dla mnie, wszystkie uszkodzenia były na ciemniejszym tle przez co dobór kolorów był „łatwiejszy".
Widok mnie malującej z determinacją i lekkim szaleństwem w oku musiał być ciekawy, bo mój Mąż, jak mnie zobaczył, to stracił mowę. To był czysty instynkt, bo nie odważę się tego nazwać talentem.
Przez kilka dni nakładałam warstwy farby, aż wyrównałam powierzchnię, i blizny po wszystkich ranach kłutych, ciętych i brutalnym traktowaniu zrobiły się prawie niewidoczne.
Wstawiłam go w sklejoną ramę, znalazłam dla niego specjalne miejsce i powiesiłam na ścianie, gdzie wysychał ponad dwa tygodnie. I teraz sobie tam wisi i trzeba się mocno starać, żeby zobaczyć, gdzie był poraniony.
A drugi w kolejce był pluszowy pies wielkości ok. 40-50 cm. Dostałam go jak miałam 6 lat od mojego Dziadka, który miał problemy z chodzeniem i praktycznie na zakupy nie chodził nigdy. To była jedyna rzecz, jaką mi kupił w sklepie, do którego się razem wybraliśmy. 
Mój Dziadek dorobił się w sumie pięciorga wnuków i nigdy czegoś takiego dla nich nie zrobił. Ja byłam dla niego wyjątkowa i bezczelnie to przyznaję – każda dziewczynka w życiu powinna mieć Dziadka, który będzie ją kochał bezwarunkowo i w razie potrzeby własnym ciałem ochroni ją przed całym złem tego świata. I ja miałam wielkie szczęście, że takiego miałam, dlatego pies koloru żółtego (PRL w pełnym rozkwicie) przenosił się ze mną wszędzie, gdzie rzucił mnie los. 
Jego wygląd był jeszcze mniej atrakcyjny niż obrazu. Jak go pakowali panowie „pakowacze”, ich miny były bezcenne.
Po obrazie, odurzona sukcesem pierwszej w moim życiu renowacji, zaczęłam ratować psa. Rozprułam go, wyrzuciłam środek, uprałam, wypchałam na nowo, oderwałam oczy i nos. Kupiłam materiał imitujący krótkowłose futerko oraz sztuczne psie nosy różnej wielkości. Obszyłam starego psa nowym materiałem, dobrałam nos – dużo bardziej atrakcyjny niż poprzedni – i zawahałam się nad oczami. W efekcie zostawiłam te same, tylko przeprowadziłam dość pracochłonny, kilkudniowy proces odnawiania.
Już w końcowej fazie uświadomiłam sobie, że w zasadzie uszyłam nowego psa ze starymi oczami i że w środku nie musiałam zostawiać starego. A jednak musiałam – to było jak zatrzymanie starej duszy w nowym ciele. 
Pies w nowym wydaniu jest bardzo elegancki i atrakcyjny, a chyba najbardziej szokującym faktem jest to, że jak na niego patrzę, to widzę mojego starego, zniszczonego, brzydkiego psa. 
I jest to naprawdę piękny widok.