niedziela, 11 października 2026

Waszyngton, czyli historia jednej przyjaźni

 Pięć  lat temu, w środku pandemii, wylądowaliśmy na wakacjach na Jamajce. Pobyt pod wieloma względami był bardzo udany. Po pierwsze, świat ciągle jeszcze był częściowo zamknięty, więc ta podróż to było jak wyrwanie się z klatki. Po drugie, poznałam wtedy Szaloną Duszę – Polkę oryginalnie z Krakowa, a od trzydziestu lat z okolic Waszyngtonu. A po trzecie, to właśnie na Jamajce, mocząc się w morza lazurze, przekonałam Mojego Męża, że to jest najwyższy czas na psa.

Mam wrażenie, że im człowiek jest starszy, tym trudniej mu jest zawierać prawdziwe przyjaźnie. My zaczęłyśmy naszą na tarasie przy blasku świec. I choć brzmi to bardzo romantycznie, to rzeczywistość dość mocno odbiegała od tej wizji. Ponieważ mieszkaliśmy w tym samym hotelu, zostaliśmy zaproszeni na drinka po kolacji. To był ten moment, kiedy dochodziliśmy do siebie po śmierci naszych świnek, a kot kochał nieustająco tylko Juniora. Moja nowa znajoma miała króliki, sztuk trzy, które kochała mniej więcej tak jak my nasze małe tuczniki. Była niestety po stracie jednego z nich. I tak część męska naszych rodzin, w sumie sześciu facetów, oraz Moja Córka patrzyli bezradnie, jak dwie polskie baby, pociągając nosami, wyrzucają z siebie rozpaczliwe emocje.
Z takimi wakacyjnymi znajomościami jest albo wszystko, albo nic – formy pośrednie, jeśli istnieją, w niczym nie przypominają przyjaźni. Po wspólnych wakacjach umówiłyśmy się na telefon i rozjechałyśmy się każda do swojego domu. Pamiętam, że po powrocie klapnęliśmy z Moim Mężusiem na fotelach i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ta znajomość udźwignie odległość. I teraz, po pięciu latach, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić: udźwignęła. Zaczęło się od telefonów i godzinnych rozmów, a potem zaczęłyśmy się regularnie odwiedzać. Cztery godziny jazdy w jedną stronę w Stanach to jak przejechać Nowy Jork (w godzinach szczytu).
Dzięki temu miałam powód, żeby zwiedzić Waszyngton i – na moje wyraźne życzenie – Baltimore. Wybraliśmy się z wizytą w lutym i o ile błękit nieba powalał, a słońce zachęcająco świeciło, to niestety było przeraźliwie zimno i wiał arktyczny wiatr. Ale jeżeli po jednej stronie barykady są dwie szalone Polki, a po drugiej tornado, to raczej nie obstawiałabym zwycięstwa żywiołu. W świetnych humorach galopowałyśmy radośnie, poganiając mężczyzn, a ponieważ obie dorobiłyśmy się cudzoziemców – ja Holendra, a ona Amerykanina – to panowie dzielnie podtrzymywali się na duchu.
A było po czym chodzić, bo główne atrakcje są położone w linii prostej liczącej trzy kilometry. Zaczęliśmy od pomnika Lincolna, jednego z ulubionych miejsc do kręcenia filmów sensacyjnych, potem zobaczyłam sadzawkę lustrzaną, przez którą brnęła dziewczyna do „Forresta Gumpa”, obleciałam dookoła obelisk, czyli pomnik Waszyngtona, i zakończyliśmy na siedzibie parlamentu, czyli Kapitolu. Pod koniec wszyscy szczękali zębami. Muszę przyznać, że ta trasa robi wrażenie. Te miejsca są tak znane i tak często pokazywane w filmach, że przez cały czas miałam irracjonalne wrażenie, że po pierwsze już tam kiedyś byłam, a po drugie, że to wszystko to dekoracja, a nie prawdziwe budynki. Przyznam uczciwie, że na Biały Dom rzuciłam tylko okiem z oddalenia – na tle Kapitolu i monumentu Lincolna wyglądał on doprawdy niepozornie.

Jak byłam szczawikiem w podstawówce, granice były zamknięte i istniały wyroby czekoladopodobne, to moim marzeniem było zobaczenie Baltimore. I uczciwie to przyznaję, że tylko i wyłącznie ze względu na nazwę, która bardzo mi się podobała. Kojarzyła mi się z czymś tajemniczym i egzotycznym. Razem z „czasami słusznie minionymi” zostawiłam za sobą to zupełnie pozbawione sensu pragnienie. Aczkolwiek od momentu, jak usłyszałam „Dezyderatę” w wykonaniu Piwnicy pod Baranami, to gdzieś z tyłu głowy zawsze brzmiały mi słowa: „znaleziono w starym kościele św. Pawła w Baltimore”.
Kiedy już zwiedziliśmy solidny kawałek Waszyngtonu i zaczęliśmy pomału zbierać się do domu, Szalona Dusza zapytała, czy jest jeszcze coś, co bym chciała zobaczyć. Przez chwilę się zawahałam, a że prawdziwa przyjaźń opiera się przede wszystkim na tym, że można sobie pozwolić być sobą, walnęłam prosto z mostu:
– Baltimore.
Pierwszą reakcją wszystkich było głośne:
– Dlaczego?
Według partnera Szalonej Duszy Baltimore nie było ani specjalnie atrakcyjne, ani, co ważniejsze, bezpieczne. Mimo obaw zawieźli nas tam, wybrali restaurację na szczycie wieżowca i wystawili mnie na taras w pełnym słońcu i, oczywiście, porywistym wietrze. Roztoczył się przede mną widok portu. Może nie był najpiękniejszy na świecie, ale mnie się bardzo podobał. Patrząc na wszystko z lotu ptaka, uśmiechnęłam się zachwycona, a potem palnęłam:
– A teraz chcę zobaczyć kościół.
Panowie zamarli, a Szalona Dusza w mig zrozumiała, o co chodzi – w końcu Piwnicę pod Baranami miała niejako we krwi.


Spacerkiem dotarliśmy do kościoła św. Pawła i tutaj okazało się, że niestety nie będziemy mogli wejść do środka, bo jest zamknięty. Zupełnie się tym nie przejęłam. Wystarczyło mi, że mogłam dotknąć jego murów z zewnątrz. W takich chwilach czuję po prostu czystą wdzięczność, że los i wszystkie Siły Wyższe pozwalają mi na przeżywanie mojego życia na moich warunkach.


Usatysfakcjonowani widokami i obiadem, wracaliśmy ulicami Baltimore do samochodu. Przechodząc przez jakiś skwerek, zobaczyłam pomnik. Ponieważ zbliżyłam się do niego od tyłu, nie wiedziałam, co dokładnie przedstawia. Odruchowo obrzuciłam go spojrzeniem i stanęłam jak wryta. Ogarnęło mnie to specyficzne, nagłe uczucie, jakie człowiek miewa, gdy na totalnym końcu świata, daleko od domu, znajduje cząstkę własnej tożsamości. Wydawało mi się, że u samej góry dostrzegłam rzeźbę husarza. Co zupełnie nie miało sensu – bo co husaria robiłaby w centrum Baltimore?
Obeszłam tę majestatyczną bryłę i wszystko stało się jasne. Przede mną wznosił się wysoki monument upamiętniający Polaków zamordowanych w Katyniu. Na złotych, stylizowanych płomieniach byli jakby zawieszeni w czasie żołnierze i królowie polscy, a na samym szczycie – dumni husarze. Okazało się, że ten pomnik jest jednym z najokazalszych w całym Baltimore, a powstał oczywiście dzięki niesamowitej inicjatywie Polonii. 

I może w obecnych czasach to nie jest ani łatwe, ani popularne, ale ja naprawdę jestem dumna z faktu, że jestem Polką.


środa, 7 października 2026

Ostrokrzew, hiena i UFO, czyli amerykańskie sekrety

W pewnym wieku ludzie zwykli mawiać: mnie już nic nie zaskoczy. 
Myślę, że ja też miałam takie zapatrywania na przyszłość. Tymczasem podczas mojej emigracji życie zdecydowało, że trzeba mnie zaskoczyć – szczęśliwie dla mnie, głównie pozytywnie.
Zaczęło się niewinnie. Podczas naszych pierwszych pięciu lat pobytu w Stanach, jak już o tym wspominałam we wcześniejszych postach, mieszkaliśmy w Connecticut. 
Bardzo lubiłam dom, który wynajmowaliśmy, mimo tego, że był stary (zbudowany na początku lat pięćdziesiątych) i zimny pioruńsko. W pakiecie z domem dostaliśmy w leasingu ogród. I to głównie dzięki temu zachowałam zdrowie psychiczne, zwłaszcza podczas pandemii. 
Zachwycałam się wszystkimi roślinami bez specjalnego zastanawiania się, czym dokładnie są, bo zwierzęta rozpoznawałam bez pudła.
W Polsce podczas Świąt Bożego Narodzenia króluje jemioła, w Stanach – ostrokrzew. Przyznam uczciwie, że podczas pierwszego roku przeoczyłam fakt posiadania na własność tej rośliny. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że o ile jemioła wisi na drzewach, o tyle ostrokrzew kojarzył mi się z krzaczkiem. 
A tymczasem podczas drugiego roku emigracji ostrokrzew zaowocował i okazało się, że to jest wielkie drzewo. Jak powiedziała Mojej Mamie, że mam ponad dziesięciometrowy ostrokrzew w ogrodzie, to nie chciała mi wierzyć. 
Co ciekawe, podczas pięciu lat tylko raz się tak pięknie zaprezentował. Potem okazało się, że o ile w Polsce to są krzaczki, o tyle w Stanach takie wielkie drzewa są bardzo popularne. 
Myślę, że uczucie, kiedy widzi się coś, co teoretycznie nie ma prawa istnieć, jest porównywalne do odkrywania nowych gatunków roślin i zwierząt.
I o ile ostrokrzew zszokował mnie w Connecticut, o tyle po przeprowadzce do New Jersey tutejsza fauna postawiła mnie w jeszcze bardziej irracjonalnej sytuacji. Tym razem na szczęście był ze mną Mąż, bo myślę, że inaczej nikt by mi nie uwierzył.
Dwa lata temu wracaliśmy do domu i na naszej ulicy wbiegło nam pod samochód jakieś stworzenie. Ponieważ jechaliśmy wolno, a dodatkowo Mój Mąż ma świetny refleks, obyło się bez tragedii. Niedoszła ofiara stanęła około trzech metrów od nas. Zapatrzyliśmy się na nią, a ona na nas. 
Po dłuższej chwili wydobyłam z siebie głos, nie wierząc, że to mówię:
– Rany boskie, co tutaj robi hiena?
Mieszkamy w New Jersey, w dzielnicy domków jednorodzinnych, a nie na afrykańskiej pustyni. Hieny, zaraz po słoniach i żyrafach, raczej nie spacerują po okolicy. Mój Mężuś słabo zaprzeczył, że to nie może być hiena. 
Tajemniczy drapieżnik ciągle stał, a my nie odrywaliśmy od niego oczu. Widocznie nie byliśmy specjalnie atrakcyjni ani apetyczni, bo w końcu zwierzak zaczął się oddalać wolnym truchcikiem. Ruszał się też zupełnie jak hiena.
I powiem szczerze, że być może to nie była hiena, tylko wynędzniały kojot z patologicznej rodziny po przejściach, ale nie jestem w stanie się do tej wersji przekonać. 
Dotarliśmy do domu i Mój biedny Mąż odblokował się wokalnie, pytając mnie zupełnie ogłuszony:
– Ale przecież to nie mogła być hiena, prawda?
Może i nie mogła, ale według mnie była. Choć od spotkania z tajemniczym, hienopodobnym stworzeniem upłynęło już trochę czasu, Mój Mąż zawsze wspomina to zdarzenie. I chociaż usilnie wypiera możliwość, że faktycznie po naszej okolicy plątał się drapieżny padlinożerca, to zawsze widzę w jego oczach cień niepewności.
I na koniec będzie tajemniczo. Jakoś tak się złożyło, że w filmach przybysze z kosmosu lądują głównie w Stanach. Być może ma to związek z faktem, że istnieje wiele plotek mówiących o lądowaniu w Roswell i w kilku innych miejscach w USA.
Ogólnie wielu Amerykanów wierzy w UFO – obstawiam, że tak średnio połowa, co w przypadku ponad 300-milionowego państwa jest niezłym wynikiem. Mogłam się o tym przekonać osobiście, kiedy mniej więcej rok temu byliśmy na proszonej kolacji u mieszanego małżeństwa polsko-amerykańskiego.
Pan domu, Amerykanin co się zowie, okazał się gorącym zwolennikiem życia pozaziemskiego. Ponieważ impreza odbywała się na zewnątrz, po zapadnięciu zmroku na bezchmurnym niebie pojawiły się gwiazdy, doskonale widoczne, ponieważ nie mieszkamy w mieście. 
W pewnej chwili zauważyłam, że nasz gospodarz obserwuje w skupieniu niebo. Ja również spojrzałam w górę. Lubię patrzeć w niebo w każdym wydaniu: nocnym, dziennym, słonecznym czy zachmurzonym. 
Pan domu wskazał ręką jedną z gwiazd, dość mocno świecącą, i powiedział:
– To nie jest gwiazda, ktoś nas obserwuje.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem, bo jak dla mnie to była zwyczajna gwiazda. Zrobił tajemniczą minę i od tego momentu zaczęliśmy obserwować „podejrzane” zjawisko. 
Mój Mąż lekko wzdychał, ponieważ jako umysł ścisły nie wierzy w syreny, jednorożce i – o zgrozo! – w Świętego Mikołaja. UFO również zalicza się do tej kategorii. 
I normalnie zakończyłabym tę historię w tym momencie, ale koniec był bardziej spektakularny. Gwiazda najpierw trwała bez ruchu, a potem zaczęła się przemieszczać bardzo wolno, następnie zniknęła zupełnie, żeby pojawić się po pół godzinie, znowu przemieścić i zaparkować mniej więcej w tym samym miejscu co wcześniej. I było to o tyle szokujące, że zarówno rodzaj światła, jaki emitowała, jak i ruch nie pasował do niczego. 
Oczywiście chyba nie muszę dodawać, że nasz gospodarz był przekonany, że podglądały nas ufoludki, które pewnie też sobie robiły grilla.
Mnie osobiście również przydarzyło się coś niezwykłego. Kiedyś w nocy wietrzyłam nasze psy. W międzyczasie spoglądałam na rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie zobaczyłam coś dziwnego. 
Wyglądało to jak ślad, jaki zostawiają za sobą w ciągu dnia samoloty, tylko że on był świecący i dodatkowo po kilku sekundach zniknął zupełnie. 
Powiem szczerze: według mnie te wszystkie ponadnaturalne, tajemnicze zjawiska na amerykańskim niebie to nie są statki pozaziemskich cywilizacji, tylko niestandardowe samoloty wojskowe, produkowane w tajemnicy w wersji limitowanej.
Ale, cytując z przymrużeniem oka Sherlocka Holmesa: 
„Gdy odrzuci się wszystko, co niemożliwe, wówczas to, co pozostanie, bez względu na to, jak bardzo byłoby nieprawdopodobne, musi być prawdą”.
Jeżeli coś świeci i leci, a nie jest gwiazdą wiszącą bądź spadającą, samolotem, balonem, helikopterem czy satelitą, to co pozostaje…?


niedziela, 4 października 2026

Amerykański orkan, czyli prawie nas zwiało

 Tydzień temu całe Wschodnie Wybrzeże Stanów nawiedził orkan w wersji amerykańskiej – czyli niszczycielskie wietrzysko w pakiecie z ulewnym deszczem. 

I normalnie pewnie nie byłabym tym tematem tak poruszona, bo niejedną solidną burzę, nawet śnieżną, już tutaj przeżyłam. Ale tym razem było inaczej. 

Po raz pierwszy od dziewięciu lat patrzyłam z prawdziwym strachem na żywioł za oknem. I tutaj już nie chodzi o potencjalne podtopienia, aczkolwiek deszcz z przerwami zalewał nas solidnie przez trzy dni – prawdziwym problemem był wiatr. On nie robił przerw, za to generował hałas porównywalny do lądowania helikoptera tuż przed drzwiami, ewentualnie na dachu.

Drzewa w naszym ogrodzie dosłownie się kładły. A to nie są wiotkie roślinki, tylko kilkudziesięcioletnie olbrzymy. 
Jakoś tak się złożyło, że Moi Mężczyźni nie mają najmniejszych problemów ze spaniem. Junior przespał trzęsienie ziemi w kwietniu dwa lata temu i, o zgrozo, to wcale nie jest żart. 
Ja z kolei, żeby usnąć, potrzebuję albo absolutnej ciszy, albo totalnego wyczerpania. Tym razem nie było ani jednego, ani drugiego. Adrenalina trzymała mnie za gardło i skutecznie otrzeźwiała. Gdyby któreś z naszych drzew się poddało, rozwaliłoby nam dach bez najmniejszych problemów. 
A my podobno i tak byliśmy zaledwie na granicy tego kataklizmu, bo cały główny impet nas ominął. Powiem szczerze, że skoro tak to wyglądało u nas, to aż boję się myśleć, co działo się w samym centrum tego cyklonu. Same gałęzie, które postrącał ten wiatr, ważyły według Mojego Męża, który potem fizycznie je usuwał, kilkadziesiąt kilogramów każda.
Patrząc na to pobojowisko, odruchowo cofnęłam się w myślach do mojego dzieciństwa. Jako że przyszłam na świat na tym łez padole w Kielcach i spędziłam w nich dodatkowo kilkanaście lat, regularnie doświadczałam kaprysów pogodowych Gór Świętokrzyskich. 
Jest takie regionalne przysłowie, i tu będę dosadna, bo inaczej się nie da: „piździ jak w kieleckim”. 
Jeżeli wychowuje się dzieciaki od małego w nawet ekstremalnych warunkach, to one nie są dla nich ekstremalne, tylko zupełnie normalne. Podobnie jak można wrogie gatunki zwierząt hodować razem bez krwawych zbrodni, pod warunkiem że robi się to od samego początku ich życia.
Ja na właśnie takiej zasadzie wyrosłam wśród wiatrów – głównie zachodnich. Mam ogromny szacunek do żywiołów, ale darzę je sympatią, a wodę i wiatr po prostu kocham. 
Te uczucia przydały mi się w Stanach wielokrotnie, ponieważ pogoda w Ameryce sama w sobie jest żywiołem całkowicie nie do okiełznania. I tu na własnej skórze okazało się, jak bardzo potrafi zaskoczyć tutejszy klimat. Dla Moich Dzieci wielkie burze z piorunami, deszcze lejące dniami i nocami oraz śnieg, który zasypuje regularnie całą okolicę i uniemożliwia poruszanie się, to wszystko były nowe, niepokojące doświadczenia.
Dla mnie z kolei to było po prostu odświeżenie sobie dzieciństwa. Do ostatniego weekendu. Poprzednio, gdy nad Wschodnim Wybrzeżem szalał huragan, który wył jak duch udręczony i całkowicie zagłuszał rozmowy, to tylko trochę się spinałam, a cały dom dzielnie opierał się żywiołom i chronił Naszą Rodzinę. Tym razem jednak skala była inna. 
Siedząc w ciemności, doszłam do wniosku, że zupełnie nie wyobrażam sobie, jak egzystują ludzie w rejonach, gdzie regularnie pojawiają się potężne tornada, niszczące absolutnie wszystko na swojej drodze. 
A ponieważ ten nasz weekendowy kataklizm nie był cyklonem tropikalnym, to nie dostał od meteorologów żadnego oficjalnego imienia. Osobiście uważam, że zdecydowanie go przez to nie doceniono.

środa, 30 września 2026

Sanktuarium Wilków

Wiele lat temu zobaczyłam samotnego wilka w ogrodzie zoologicznym w Warszawie. Widok mną wstrząsnął. Mimo upływu czasu wciąż widzę to dumne, dzikie zwierzę uwięzione w ciemnej klatce. 
Od tego czasu unikałam oglądania wilków w niewoli. Być może powinnam zastanowić się nad sobą, ale wilki mnie fascynują. Zdaję sobie sprawę, że nie są to wyrośnięte psy, tylko niebezpieczne, dzikie zwierzęta. 
Na mojej liście marzeń nieustająco było zobaczenie wilka na wolności bez ryzyka, że zostanę zjedzona. Po spełnieniu kilku moich życiowych pragnień w Ameryce rozwydrzyłam się nieprzyzwoicie.
Złapałam Mężusia i zaproponowałam radośnie:
– Chodź, pojedziemy na wilki.
Mąż, zamiast poważnie się martwić, że emigracja jednak mi zaszkodziła, zapytał krótko:
– Gdzie?
I jak go nie kochać?
I tutaj lekko się zawiesiłam, bo faktycznie ściganie wilków po lasach, nawet w pokojowych intencjach, jednak nie jest najmądrzejszym pomysłem. 
Na ogół to Mój Mężuś robi wywiad środowiskowy przed wycieczkami, ale tym razem ja podjęłam się zadania znalezienia wilków najlepiej preferujących dietę wegetariańską. 
Okazało się, że Amerykanie lubią zakładać sanktuaria dla zwierząt. Znaleźliśmy jedno, zgarnęliśmy Moje Dzieci, żeby im poszerzyć horyzonty, i pojechaliśmy „zapolować” na wilki. 
Stwierdziłam, że jak zobaczę jakiegoś wymęczonego wilka w klatce, to mnie zaaresztują za zakłócanie porządku publicznego, bo komuś przywalę. Uprzedzając fakty – udało mi się uniknąć więzienia.
Na nasze pierwsze spotkanie z wilkami z wolnego wybiegu wybraliśmy Lakota Wolf Park. Okazało się, że nie tylko my mamy ochotę zaprzyjaźnić się z wilkami – trzeba było zarezerwować bilety, a najbliższy termin był dopiero za trzy tygodnie. Wreszcie nadszedł TEN dzień. 
Mieliśmy szczęście, że rezerwat znajduje się w New Jersey, ale i tak podróż trwała ponad godzinę. Po dotarciu okazało się, że jesteśmy na skraju lasu i do właściwego rezerwatu trzeba było się przespacerować około kilometra. Dla mniej sprawnych fizycznie chętnych kursowały samochody. Nasze Dzieci tęsknie spojrzały na busiki, ale pogoniliśmy je na piechotę, żeby podziwiały naturę.
Sanktuarium prowadzi para pasjonatów. Zgarnęli całą grupę, ustawili przed płotem zrobionym z siatki i wprowadzili nas w temat. Z zewnątrz ten rezerwat nie wyglądał specjalnie okazale i zaczęłam się martwić, że jest za mały. Okazało się jednak, że jesteśmy przy specjalnie stworzonym dla turystów kąciku, gdzie mogą obserwować wilki z bliska, a właściwy teren rozciągał się dalej – w sumie cztery hektary. Mówiąc szczerze, niewiele mi to mówiło, dopiero gdy właściciel powiedział, że cały teren jest wielkości pięciu boisk do piłki nożnej, oniemiałam. 
Zamieszkują go cztery watahy oddzielone od siebie, a ich sąsiadami są rysie i lisy. Z ręką na sercu powiem, że je zignorowałam, bo wreszcie zobaczyłam pierwszego wilka.
Leżał sobie wyluzowany przy siatce. Mimo że wilki przypominają psy, to psami zdecydowanie nie są. Myślę, że jeżeli jakieś zwierzęta są kwintesencją dzikiej i majestatycznej natury, to są to zdecydowanie wilki. Okazało się, że do sanktuarium trafiają osobniki po przejściach, ewentualnie urodzone w niewoli.
Główną atrakcją było karmienie. Jak wilki zaczęły się schodzić na obiad, zapomniałam robić zdjęcia. Obsługa rzucała im mięso, a wszyscy trwali w nabożnym zachwycie. A najlepsze miało dopiero nadejść. 
Jak już się wszyscy najedli, opiekun puścił z telefonu sygnał i wilki zaczęły wyć. Myślę, że każdy w życiu słyszał wyjącego wilka w telewizji, ale to nie jest to samo. One ewidentnie się porozumiewały i można było na chwilę zapomnieć, że jest XXI wiek i że jesteśmy w centrum cywilizacji. Na chwilę wszystko ucichło. Miałam wrażenie, że nawet ptaki rozsądnie się uciszyły.
Plątaliśmy się potem wzdłuż płotu, aż wilki zaczęły się rozchodzić, bo najwyraźniej już się znudziły. Upatrzyłam sobie jednego tuż przy siatce i stwierdziłam, że będę wyć. 
Wydobyłam z siebie coś, co raczej przypominało syrenę straży pożarnej, taką już mocno zużytą, ale wilk lekceważąco zareagował króciutkim, leniwym „auuu”. 
Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że w wieku dojrzałym będę wyła do wilka, nigdy bym nie uwierzyła, chociaż niewątpliwie uległabym sugestii.


​