środa, 12 sierpnia 2026

Poznasz Bambi wieczorową porą, czyli biegi przełajowe w ciemnościach

W dwóch najbardziej szalonych przygodach ze zwierzętami, jakie przydarzyły mi się w Connecticut, brał udział szop pracz i jelonek (poprawna nazwa: cielę).
Ponieważ mieszkamy w bezpiecznej okolicy, a ja dodatkowo, jak maluję coś śmierdzącymi farbami, to suszę je na zewnątrz, garaż często jest otwarty.
Pewnego dnia Mąż, po powrocie z pracy, zamiast wejść do domu normalnie, zaczął się dziwnie skradać. 
Zastał mnie w kuchni, złapał za rękę i przyciszonym, tajemniczo głosem zapytał, czy chcę coś zobaczyć. Jako że jestem Żoną z doświadczeniem, jestem w stanie rozpoznać różnego rodzaju błyski w oczach mojego partnera. Tym razem spojrzenie było bardzo obiecujące. Dałam się zaciągnąć do, cały czas otwartego, garażu.
Mąż z dumą wskazał na coś ręką. Zaczęłam poważnie się zastanawiać, że skoro leżaki plażowe nie pierwszej młodości wzbudzają jego zachwyt, może czas najwyższy pomyśleć dla niego o jakimś sanatorium. 
Na szczęście, zanim podzieliłam się moimi przemyśleniami, zobaczyłam, o co chodziło Mężusiowi. 
Na półce kulił się szop pracz po przejściach, z ewidentnym zespołem stresu pourazowego. 
Osobiście uwielbiam te zwierzęta, są śliczne, śmieszne i bezczelne w uwodzicielski sposób. Nieszczęśnik w naszym garażu niestety tak nie wyglądał. Ewidentnie potrzebował pomocy. 
Weszłam w tryb zadaniowy i pierwsze, co zrobiłam, to zamknęłam garaż. Następnie przyniosłam miskę wody i wyżerkę. Przygotowałam bufet szwedzki, bo nie wiedziałam, na co będzie miał ochotę.
Potem zaczęłam dzwonić po pomoc, bo nie mam jeszcze specjalizacji z leczenia szopów. Ponieważ pechowo był już wieczór, po wielu próbach udało mi się wreszcie kogoś złapać z Animal Control, czyli czegoś w rodzaju policji dla zwierzaków, które naruszyły ludzkie paragrafy. 
Amerykanie w większości nie znoszą szopów, nazywają je śmietnikowymi pandami, dlatego jak zgłosiłam problem z prośbą o pomoc, natychmiast zaoferowali fachowca. 
Ów przemiły człowiek miał pojawić się w ciągu pół godziny i zabić intruza, zdaje się, że z broni palnej, ale przerobionej na usypiająco-trującą (w zależności co ma być potem zrobione ze zwierzakiem). 
Szop pracz załapywał się na opcję z trucizną. Najwidoczniej był za mało egzotyczny i nieskłonny do wyginięcia. Zaparło mi dech.
Po dość długich wyjaśnieniach, kiedy zrozumieli, że ja chcę ratownika, nie mordercę, z rozbrajającą szczerością powiedzieli, że ktoś taki będzie na następny dzień. 
Także albo zabijam, albo czekam. 
Zabić miałam ochotę przez chwilę, ale nie zwierzaka. 
Poszłam do garażu. „Śmietnikowy pandek” zmienił miejsce pobytu na pudła z bombkami, ale cały czas nie wyglądał kwitnąco. Dołożyłam jedzenia, żeby było bardziej all inclusive, i poszłam spać, postanawiając twardo czekać na pomoc.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta, która przedstawiła się jako ratownik zbłąkanych zwierzaków, gatunek dowolny. 
Upewniła się, że dziki lokator jest na miejscu, dodatkowo nie w formie doczesnych szczątków, i zapowiedziała się za dwie godziny. Pojawiła się punktualnie. Okazała się trzydziestoletnią, młodą, postawną kobietą, wysyłającą bardzo pozytywne fluidy. Dowiedziałam się od niej, że łapanie szopów to dla niej czysta rozrywka, bo często musi ścigać węże, lisy tudzież niedźwiedzie. 
Najpierw ją przesłuchałam na okoliczność ewentualnego mordu na „moim” szopie. Okazało się, że wszystkie złapane zwierzęta, jeżeli są zdrowe, są wypuszczane na wolność, a chore najpierw leczone, a potem również uwalniane.
Po upewnieniu się co do przyszłości mojego nowego współlokatora, otworzyłam garaż. 
Wcześniej dzielna ratowniczka wprowadziła mnie w temat od strony praktycznej. Mianowicie, jeżeli szop pozwoli się złapać, to znaczy, że nie jest dobrze i jest poważnie poturbowany. 
Idealną sytuacją będzie, jak on ucieknie o własnych siłach, bo potrzebował tylko odrobiny spokoju i luksusu. 
Zaczaiłam się przed wejściem do garażu i rozpoczęłam obserwację. 
Na początku szop się przyczaił, a potem dał klasycznego dyla. I mimo że obie puściłyśmy się za nim w pogoń, to nam bez specjalnego trudu uciekł. 
Okazało się, że pochłonął całą kolację, wypił wodę i walnął kupę. Według ratowniczki fakt, że zamknęłam go na noc w bezpiecznym miejscu, gdzie mógł odpocząć i się najeść, był dla niego najlepszy. 
Pożegnałyśmy się, a ja poszłam sprzątać garaż.
Druga przygoda odbyła się w kompletnych ciemnościach – w nocy, oczywiście. 
Już wtedy mieliśmy postawiony płot, więc teoretycznie nic nie mogło nam wejść na teren prywatny. A jednak w nocy usłyszałam dziwny dźwięk, przypominający beczenie owcy i kota. 
Ponieważ lament nie ustawał, zamiast obudzić Męża, w koszuli nocnej, bo było ciepło, wybiegłam do ogrodu. Wyszłam z założenia, że psychopaci, mordercy i gwałciciele nie beczą, aczkolwiek moja akcja nie była do końca przemyślana.
W ciemnościach zamiast na potwora czy złoczyńcę najpierw natknęłam się na Juniora, którego również zaintrygowały dziwne odgłosy. 
Zaczęliśmy tropić dzikiego zwierza razem. Coś przebiegło koło nas w ciemności. 
Syn zawyrokował:
– Mamo, to chyba jeleń, i jak ty go złapiesz?
Co ciekawe, nie poddawał w wątpliwość faktu, że to zrobię, tylko był bardziej zaintrygowany techniką. 
Bo to już nawet nie była kwestia rodzaju zwierzaka, ale tego, że mimo oświetlonego domu, w tej części ogrodu prawie nic nie było widać. 
Jak trzy razy nie udało mi się to coś złapać, zaczęłam w siebie trochę wątpić. Za czwartym razem, jak przebiegał w desperacji, rzuciłam się do przodu, coś poczułam i nie zastanawiając się, chwyciłam. 
Uczciwie przyznam, że nie wiem, jak mi się to udało. Oczywiście już w trakcie „polowania” zdałam sobie sprawę, że nie ścigam pełnowymiarowego jelenia, tylko Bambi. 
Złapałam go w okolicach brzucha i podniosłam, uważając na jego nogi. Najpierw zaczęłam się modlić, żeby nie był ciężki, a zaraz potem, żeby mnie nie ugryzł, bo już przed oczami miałam serię zastrzyków w brzuch.
Po drugiej stronie płotu, w ogrodzie sąsiadów, zobaczyłam stado dorosłych jeleni, które mimo strachu dzielnie stały i czekały na malucha, który darł się przez cały czas w niebogłosy. 
Dzięki Bogu nasz płot nie ma dwóch metrów, więc bez trudu, bo Bambi okazał się bardzo lekki, przerzuciłam go delikatnie na drugą stronę do rodziny.
Po wszystkim, kiedy zastanawialiśmy się, jak ten mały dostał się do naszego, zamkniętego ogrodu, okazało się, że ktoś nie domknął furtki i jelonek wykorzystał okazję, żeby się włamać.



niedziela, 9 sierpnia 2026

No uderz mnie, czyli co cię nie zabije …

Ponieważ już dawno złamałam stworzone przez siebie na początku reguły dotyczące zakazu wspomnień autobiograficznych, to przyznam się, jak to było z mordobiciem w moim wykonaniu i dlaczego tak kocham zwierzęta.
Na początku muszę opisać, w jakich warunkach przyszło mi spędzić pierwsze 5 lat życia. 
Czasy „słusznie minione” obfitowały w wiele absurdów. Jednym z nich był przymus dotyczący miejsca pracy po studiach. 
W efekcie mój Tata, lekarz weterynarii, najpierw został wysłany na koniec Polski. Tam dostał, jako jednostka żonata, a więc rozwojowa, mieszkanie, w którym nie było kuchni ani toalety, ale za to była wielka, żeliwna wanna. 
Spędziłyśmy z Mamą miesiąc w tym uroczym miejscu. To znaczy spędzała głównie Mama, bo ja pływałam v luksusach w jej brzuchu i świat zewnętrzny zupełnie mnie nie interesował. 
Mama kulturalnie odmówiła dalszego pomieszkiwania z możliwością spania w wannie i prysnęła do Kielc do swoich rodziców, czyli moich Dziadków. Dlatego urodziłam się w Kielcach.
Tata w międzyczasie został przerzucony bliżej cywilizacji, około dwie godziny od Kielc. Warunki były dość ciekawe, bo w środku pól i pięknych lasów stała sobie klinika weterynaryjna, obok blok mieszkalny dla pracowników z rodzinami i to by było na tyle w temacie cywilizacji. Niedaleko znajdowała się mała mieścina z aspiracjami, żeby być miasteczkiem. Powiedzmy, że na aspiracjach się kończyło. Można się tam było dostać tylko na rowerze, koniu lub samochodem.
Ponieważ tym razem Tata załapał się na mieszkanie superluksusowe, czyli była kuchnia i łazienka, ściągnął rodzinę. 
I tak, jak tylko zaczęłam chodzić, moje dzieciństwo upływało między zwierzętami. Plątałam się między końmi, krowami, świniami, o takich drobiazgach jak drób wszelakiego rodzaju czy psy i koty rozmiarów dowolnych nie wspominając. 
Byłam świadkiem leczenia, bez asystowania oczywiście. A ponieważ do kliniki przynależały różnego rodzaju pomieszczenia gospodarcze, stajnia i obora, „hodowałam” zwierzęta. 
W praktyce to wyglądało tak, że chciałam kaczuszkę i kurkę. Chętni okoliczni rolnicy przywozili dla mnie żywy inwentarz, tylko nie rozdrabniali się i dostałam 40 kurczaków i niewiele mniej kaczątek.
Pamiętam, jak kurczaczki przez pierwsze parę dni mieszkały w kuchni pod stołem pod specjalną lampą. 
Z perspektywy czasu to był jakiś cud, że moja Mama nie zabiła wtedy mojego Taty. Także ja „hodowałam”, a robotę odwalali Rodzice. 
Wyprzedzając logicznie nasuwające się pytania: nigdy ich nie zabiliśmy i nie zjedliśmy, doczekały w spokoju późnej starości. W tamtym czasie miałam jeszcze króliki, przez chwilę było 14 kotów, pies i 10 szczeniaków, i koń. Przy koniu Mama pękła i zażądała, żeby szybko zmienił właściciela. Tata chciał żyć, więc zorganizował mu nowy dom.
Wybiegając w przyszłość, potem miałam 4 kanarki, papużkę falistą, dwupokoleniową rodzinę chomików, żółwia, wielkie akwarium z rybkami, drugiego psa, domowego królika i świnki morskie. 
Prawa rodzicielskie do tych ostatnich dzieliłam już z Córką. Na emigracji przez chwilę mieliśmy rybkę, a teraz jesteśmy dumnymi posiadaczami kota i trzech psów, a Moja podpora później starości ma królika. 
Myślę, że mogę spokojnie stwierdzić, że miłość do zwierząt mam wyrytą w genach, wyssaną z mlekiem matki i dodatkowo poprawioną wychowaniem.
Ogólnie moje pierwsze lata życia, podobnie jak całego mojego pokolenia, jawią się dzisiejszym dzieciakom jak sport ekstremalny lub wręcz życie na krawędzi. Brak komórek, brak fotelików w samochodzie, szlajanie się bez nadzoru do nocy na dworze itd. 
Ja mogłabym poszerzyć jeszcze tę listę o różne szalone pomysły, które miałam dotyczące zwierząt.
Przytoczę jedną historię. Moja Mama robiła coś w domu, a ja, aniołeczek, tuż przed wejściem do klatki robiłam mini babki z piasku. Nagle moja Mama słyszy gromkie nawoływanie:
– Pani Dochtorowo, Pani Dochtorowo!
To była ksywka mojej Mamusi wśród właścicieli pacjentów. Mama wychyliła się z okna – to były czasy, kiedy część dialogów międzyludzkich odbywała się właśnie w taki sposób. 
W dzisiejszych czasach takie zachowanie jest uznawane za „barbarzyństwo”. Rolnik, co się zowie, zadał pytanie:
– A Pani to pozwoliła córce jeździć na koniu?
Moja Mama zdębiała, ale zachowując zimną krew, zapytała inteligentnie:
– Na jakim koniu?
Chłop odpowiedział nie mniej inteligentnie:
– No na moim.
Od tego momentu wydarzenia potoczyły się dość szybko. Mama wybiegła z domu jak ta gazela, nie znalazła mnie przy drzwiach, za to zobaczyła mnie na podwórzu. 
To był wielki, wybetonowany plac, na którym parkowały wozy przywożące zwierzęta – niektóre bardzo duże gabarytowo – do lecznicy. 
Na środku stał olbrzymi koń zaprzęgnięty do wozu drabiniastego. Na jego grzbiecie siedziałam ja we własnej osobie i kopiąc go nóżkami, pokrzykiwałam: „wio, wio”. 
Koń spokojnie reagował na komendę i pomału przemieszczał się, ciągnąc za sobą wóz. Moja Mama do olbrzymek nie należała, koń wydawał się jej wielki jak smok, dodatkowo się bała, że go spłoszy i zlecę prosto na bruk. 
Zażądała od rolnika natychmiastowego zdjęcia mnie z grzbietu.
Chłop odpowiedział:
– Pani Dochtorowo, pani się uspokoi, una spokojno – oczywiście miał na myśli kobyłę, nie mnie.
Mama, najwyraźniej doprowadzona do ostateczności, odwarknęła:
– Una może tak, ale ja nie!
Dzielny rolnik ściągnął mnie z konia, oddał Mamie całą, zdrową, tylko mocno woniejącą obornikiem. 
Wszyscy się potem zastanawiali, jak ja w wieku około 4 lat dosiadłam tego rumaka. Okazało się, że chłop zostawił wóz z koniem i poszedł coś załatwiać do lecznicy. Obok przechodził technik weterynaryjny, młody chłopak. Zobaczył mnie stojącą tuż przed koniem i ewidentnie coś kombinującą. Powiedziałam, że chcę na konika, to mnie złapał, posadził i sobie poszedł. 
Nie wiem, co z nim potem zrobił mój Tata, ale na pewno lekko chłopak nie miał.
Już wtedy, oprócz szalonych pomysłów, dały się zauważyć moje pacyfistyczne zapędy, mianowicie obrywałam regularnie od sąsiada. 
Ów chłopaczek, sześciolatek, był prawie dwa razy większy ode de mnie i nie był normalny. Nie wiem, co się z nim potem stało, ale już wtedy dla wszystkich było jasne, że jest niebezpieczny dla otoczenia. Dopóki ograniczał się do poszturchiwania, popychania, opluwania mnie i innych uroczych gestów, jakoś to trwało. 
W momencie, jak prawie spalił mnie żywcem, sytuacja zrobiła się poważna.
Prawie uwieńczone sukcesem sati wyglądało następująco. W ogrodzie za kliniką sąsiad rozpalił wielkie ognisko, prawdopodobnie podczas porządków wiosennych. 
Ja, mała kuleczka, stałam zafascynowana ogniem w bezpiecznej odległości, ubrana  w niezwykle popularną wtedy kurteczkę ortalionową, z kapturem na głowie. 
Kolega z problemami przyniósł kawał koca i najpierw wrzucił go do ogniska, a potem, jak ten zajął się ogniem, na kiju zarzucił mi go na głowę. 
Nie trzeba mieć specjalnie dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, co ogień robi z ortalionem na dziecku. I tu następuje ten moment, kiedy zbieg okoliczności zmienia całe życie. Inny sąsiad, tym razem dorosły i normalny, wracał do domu i był świadkiem całej sytuacji. Chłop miał refleks, rzucił wszystko, co niósł, potem prawie w locie dopadł mnie i zrzucił ze mnie palący się cały czas solidnym ogniem koc, i zdarł kurtkę. 
Co ciekawe, ja nie miałam żadnych poważnych poparzeń, za to on miał poparzone dłonie. Miałam 4 lata. Z całej historii pamiętam tylko ognisko i zimny wiatr, który mimo ortalionu czułam. Całą resztę znam z opowiadań.
Po tym fakcie Tata zdecydował, że wystarczy już tego pacyfistycznego wychowania delikatnej dziewczynki.
I tę sytuację pamiętam już doskonale. Przez kilka dni codziennie brał poduszki i uczył mnie, jak się bić. A potem wysłał mnie na podwórko, żebym zrobiła „rozpierdol”, bo kulturalnie tego nie można nazwać inaczej. Poszłam, Rodzice zza firanki obserwowali wszystko, żeby w razie niebezpieczeństwa wkroczyć natychmiast. Po raz pierwszy to ja zaatakowałam. Nie było potrzeby ratowania mnie. 
Unikając brutalnych opisów, znokautowałam niedoszłego mordercę – z rozwalonym nosem leżał na ziemi, a ja z miną zwycięzcy i małymi zaciśniętymi piąstkami stałam nad nim, pokrzykując:
– No uderz mnie!
Nie tylko mnie nie uderzył, ale bał się wstać z ziemi. Być może nakłonienie mnie do takiej formy agresji było neipedagogiczne, psychologicznie szkodliwe, traumatyczne itd., ale nigdy potem już mnie nie dotknął, a wręcz omijał szerokim łukiem. 
To był pierwszy i ostatni raz w życiu, kiedy kogoś pobiłam.
Upłynęło wiele lat i oto Junior, aczkolwiek starszy niż ja wtedy, bo był już v podstawówce, znalazł się w podobnej sytuacji. 
I tak ja pewnego wieczoru wzięłam poduszkę, zawołałam Syna i zaczęłam go uczyć, jak się bić. 
Junior okazał się pojętnym uczniem i dość szybko opanował podstawy, miał tylko problem, żeby uderzyć człowieka, a nie poduszkę. Ten aspekt moralny zostawiłam, licząc na instynkt, który dojdzie do głosu w momencie niebezpieczeństwa. 
Jak już pisałam we wcześniejszych postach, Mój Syn zorganizował swoim agresorom „rozpierdol w wersji poszerzonej o czystą furię”.
Cała ta historia miała zabawny finał podczas organizowanej w naszym domu, wypasionej, proszonej kolacji. 
Przy stole uprzejmi, amerykańscy goście pytali Juniora o jego wrażenia ze szkoły. Nie przewidzieli, biedni, polskiej szczerości dziecka. 
Opisał im swoje „walki o życie”. Goście najpierw zaniemówili, potem z wielkim wysiłkiem usiłowali kontynuować rozmowę i z paniką w oczach zapytali go, kto nauczył go się bić. 
Na to mój Syn walnął:
– Oczywiście, że Mama.
Jak tak teraz się zastanawiam, to może ta szczerość nie pomogła mi zaprzyjaźnić się z sąsiadami.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Przyszła pora na Juniora, czyli legalne mordobicie

Dla mojego Syna pięcioletni pobyt w Greenwich (część podstawówki i gimnazjum) był przejściem przez piekło. I nie ma w tym, niestety, ani grama przesady.
Junior jest inteligentnym, wrażliwym, bardzo empatycznym, dobrym dzieciakiem, ale nie jest męczennikiem ani świętym. 
Postawiony wielokrotnie w obliczu niczym nieuzasadnionej agresji, zaczął o siebie walczyć. I było to straszne dla mnie jako jego matki – nie tylko dlatego, że obawiałam się o jego bezpieczeństwo, ale również dlatego, że ta wymuszona reakcja była gwałtem zadawanym jego charakterowi. W praktyce bił się w szkole, a do domu wracał zrozpaczony.
Aczkolwiek muszę przyznać, że Juniorowi udało się rozgryźć system. Schemat wyglądał zawsze tak samo: ktoś go atakował, mój Syn się bronił i to dość konkretnie, a następnie szedł do władz szkolnych i zgłaszał uczciwie całą sytuację, informując dodatkowo, że nie czuje się w szkole bezpieczny i że dopóki nie zrobią z tym porządku, to będzie dawał po mordzie.

Bardzo szybko zaczęli robić porządek, zwiększyli nadzór nad młodzieżą i odseparowali najgorszych agresorów do innych grup. Jednocześnie my wspieraliśmy go wizytami w szkole i e-mailami, żeby był ślad na piśmie.

I z bólem serca to przyznaję, chociaż jestem pacyfistką, a agresja mnie przeraża, że to zadziałało. Po pewnym czasie „koledzy” przestali go atakować, bo wiedzieli, że „ten szalony Polak” ma w nosie polityczną i szkolną poprawność i nie będzie stał i płakał, tylko im dowali, i to mocno.

A Junior poszedł jeszcze dalej i jak zaatakowali jego przyjaciela, to najpierw go obronił, a potem zaciągnął biedaka, żeby wszystko zgłosić. Na tym etapie nie brał już jeńców.
Przeprowadzka do New Jersey zbiegła się idealnie z początkiem liceum. Mój Syn rozpostarł skrzydła, znalazł nowych przyjaciół i odnalazł się bez problemu w nowej rzeczywistości.

Żeby nie było za słodko, tutaj również trafił na dwóch chętnych do mordobicia. Atakowali Juniora, bo był za wysoki, za niski, za biały, miał za dobre oceny, dostał jedynkę, miał śmieszne nazwisko, na pewno jego dziadkowie mordowali Żydów i, na koniec, że na pewno jest gejem. 
I tu opłaciły się lata walki. Mój Syn odruchowo wszedł w tryb wojownika. Poczekał inteligentnie, jak się na niego rzucili, a potem im oddał, a że furia go dodatkowo napędzała, to on z kolei napędził stracha wszystkim. Potem poszedł wszystko zgłosić, tylko że tym razem poprosił grzecznie o sprawdzenie szkolnego monitoringu.

Dyrekcja z oporami sprawdziła, miny im ociupinkę zrzedły i szybko zaczęli zmieniać narrację, bo już mieli ochotę go zawieszać. A Junior dopiero się rozgrzewał. Oskarżył kolegów o rasizm, ksenofobię i to najgorsze, czyli o prześladowanie ze względu na orientację seksualną. Szkoła wymiękła, „bandyci” wymiękli i wszyscy żyli potem długo i szczęśliwie.
Mój Syn z natury i z wychowania jest bardzo tolerancyjny, a amerykański system edukacji jeszcze to wzmocnił. Dla niego nie ma znaczenia kolor skóry, religia czy preferencje seksualne. Dlatego załatwił wszystko za jednym zamachem. Dla wyjaśnienia – Junior nie jest gejem, ale zdecydował się zawalczyć w imię idei. 
Jak przejęty opowiadał w domu cały przebieg zdarzenia, zadał mi pytanie retoryczne:
„A gdybym był gejem, albo niskim, grubym Latynosem, to mogliby mnie bić?”.
I zakończył w tonie husarii walczącej:
 „Nikt mnie nie ma prawa bić i nie będzie”. 
Aż prawie ujrzałam powiewający sztandar i pieśń Salve Regina.
A mnie, zapalonej pacyfistce, pozostaje tylko się z tym zgodzić, zwłaszcza że ja jako dziecko też święta nie byłam, ale to już zupełnie inna historia.

wtorek, 28 lipca 2026

Specyficzna patologia, czyli Greenwich Connecticut

  Mój syn, który występuje w moim blogu pod pseudonimem Junior, zdał maturę i dostał się na studia. Z tego powodu postanowiłam uhonorować jego wysiłki i sukcesy wpisem.

W tym celu cofnęłam się do początku mojego bloga i zaczęłam czytać posty o szkole, żeby sobie wszystko odświeżyć. I od tego momentu stało się dla mnie jasne, że o Juniorze będzie następnym razem, ponieważ zalały mnie inne emocje i przemyślenia.

Podczas lektury włosy, które dzięki siłom najwyższym i DNA po mamie ciągle posiadam, najpierw mi się lekko uniosły, a potem stanęły dęba.

Mój blog zaczęłam pisać 9 lat temu, około 3 miesiące po wylądowaniu w Stanach. Teraz wiem, dlaczego w dawnych czasach ludzie pisali pamiętniki. To niesamowite, ile rzeczy przydarzyło się mojej rodzinie przez te lata i o jak wielu zapomniałam. 
Czytając teraz własne słowa sprzed lat, miałam wrażenie, że słucham opowieści obcej, a jednocześnie znajomej kobiety.
I przysięgam, że jak patrzę teraz z perspektywy na pierwsze 5 lat naszej emigracji, to nie wiem, skąd wzięłam na to wszystko siłę. A już zupełnie nie wiem, jak sobie dały w tym obłędzie radę moje dzieci.

Trzeba niesamowitej odporności duchowej, żeby pozostać sobą, kiedy wszystko i wszyscy dookoła nie tylko chcą cię zmienić, ale zaczynają atakować, jeżeli nie upodabniasz się szybko i chętnie do otoczenia.
Coś jak papugi, które są atakowane przez szare wróble i gołębie, ponieważ są kolorowe. Bądźmy realistami, czy ktoś kiedyś widział papugę latającą sobie zrelaksowaną po Warszawie albo tukana na przykład ?

Wyobrażam sobie, że dla wielu osób moja ustawiczna krytyka amerykańskich realiów mogła wydawać się przesadzona, a ja rozwydrzona do granic nieprzyzwoitości. Teraz, po latach, mogę spojrzeć na pewne aspekty naszego życia bardziej obiektywnie i przysięgam, że nie zmieniłabym ani jednego napisanego przeze siebie słowa.

Myślę, że wszystko zaczęło się od lokalizacji. Gdybyśmy zamiast w Connecticut wylądowali od początku w New Jersey, na pewno byłoby trudno, ale może nie byłoby tak ciężko.

Na skutek kosmicznego zbiegu okoliczności wylądowaliśmy w Greenwich (nie mylić z dzielnicą w Nowym Jorku). Była to i ciągle oczywiście jest bardzo „droga” lokalizacja. Nie było najmniejszej szansy, żeby rdzenni mieszkańcy tego wyrafinowanego przedmieścia nas zaakceptowali, o polubieniu nie wspomnę.
I tu nie chodziło o inny język czy różnice kulturowe, to było zderzenie istoty – w tym przypadku nie człowieczeństwa, tylko postrzegania świata.

Dla uczciwości przyznam, że o ile na początku podeszliśmy całkowicie otwarci do sąsiadów, to po dwóch latach prób, kiedy straciliśmy złudzenia, ograniczyliśmy się do pokojowego, uprzejmego współistnienia. Tyle tylko, że to bardzo dużo nas kosztowało.

Myślę, że uratował nas fakt, że przyjechaliśmy do Stanów tak późno. Nasze dzieci miały 10 i 15 lat, a ja z mężem byliśmy już całkowicie ukształtowanymi jednostkami z kręgosłupem moralnym nienadającym się do uginania, a tym bardziej do złamania. Na całą sytuację miał wpływ też fakt, że nie przylecieliśmy do Ameryki za chlebem. Mój mąż został przeniesiony w swojej pracy. Nasza emigracja nie zaczynała się od rozpaczy, przymusu czy desperacji.

Myślę, że dlatego moje postrzeganie naszej nowej rzeczywistości było ostrzejsze, ponieważ nie było obciążone strachem przed deportacją. Dodatkowo w sytuacji zagrożenia, a tak na początku wszyscy się czuliśmy, uaktywniła się we mnie siła, która wcześniej raczej drzemała i przebudzała się tylko w krytycznych życiowych momentach. Tutaj to nie były momenty, to był chleb powszedni, czasami ciężki do przełknięcia.

Mieszkańcy Greenwich są „specyficzni”. Powiedziałabym nawet, że zachowują się jak inny gatunek. Pieniądze, najlepiej stare, biała skóra i przodek, który przypłynął na Mayflower, są dla nich głównymi kryteriami wyboru znajomych, z którymi chcą przebywać. Nie ma dla nich znaczenia inteligencja, wykształcenie czy charakter. W takiej sytuacji nie można cały czas udowadniać, że nie jest się wielbłądem. A co ważniejsze, nie ma się na to ochoty. A mówiąc już zupełnie brutalnie szczerze, takie poddańcze zachowanie było poniżej mojej godności.

Widziałam desperatki, które jak psy czekające na ochłap starały się dostać do tego zamkniętego kręgu. Czego nigdy nie zrozumiałam, to dlaczego tego pragnęły. Znaliśmy tam jedną rodzinę – on Hiszpan, ona z Puerto Rico. Obserwowanie, jak ona się upokarzała, było bolesne. Najbardziej smutne było to, że nie wierzę, że jej się udało zdobyć ich akceptację.

Patologia nie wybiera biednych, tylko „specyficznych”. Większość moich sąsiadek zaczynała pić przed południem – oczywiście nigdy tak, żeby to było bardzo widoczne, ale dla mnie było. Nie wspominając o zapachu. Ich mężowie nie mieli specjalnych oporów przed walnięciem ich z liścia od czasu do czasu, jak zasłużyły. Jeden tatuś był tak agresywny i niestety tak bogaty, że nie musiał pracować, w związku z tym codziennie razem z żoną przyprowadzał rano dzieci do szkoły. Ta kobieta mogłaby pozować do plakatu „bo zupa była za słona”. A jednocześnie urządzali „garden party”, które kosztowały tysiące dolarów. Byłam, widziałam, mam wielką nadzieję, że nigdy nie będę musiała powtarzać takich doświadczeń.

Pamiętam, że jak się wyprowadzaliśmy, to miałam ochotę wykopać wszystkie drzewa, zgarnąć wszystkie dzikie zwierzęta i wziąć je ze sobą. Najbardziej dobitnie nasze relacje tam opisuje fakt, że żegnałam się z drzewami, a nie z ludźmi. Serce mi się kroiło, bo dom został wystawiony na sprzedaż, bałam się, że zostanie wyburzony, a wszystko, co żyje dookoła – zostanie unicestwione. I to nie jest egzaltowana przesada. Jelenie, wiewiórki i ptaki nie żywią się powietrzem i nie śpią w hotelach. Potrzebują drzew, krzewów i odrobiny przestrzeni.

Mieszkając w Greenwich, dorobiłam się jednego znajomego. Miał na imię Ebenezer, pochodził z Ghany i był „niańkiem” jednego staruszka. Po roku od przeprowadzki wysłał mi SMS-a, żeby sprawdzić, jak sobie radzimy. Oczywiście zapytałam od razu, czy zburzyli „nasz” dom.
I o dziwo okazało się, że nie. Przynajmniej dwa lata temu wciąż stał, a wraz z nim wszystkie drzewa.

A najbardziej z moim Mężem rozśmieszyła nas reakcja wszystkich naszych sąsiadów, którzy, jak dowiedzieli się, że się wyprowadzamy, bo kupiliśmy dom w New Jersey, to szczerze nam współczuli.