niedziela, 23 sierpnia 2026

Wybory życiowe, czyli lepiej późno niż wcale

Nic bardziej nie uświadomiło mi, jak wielki błąd popełniłam w wyborze drogi życiowej, jak wizyty na uczelniach, które wybrał dla siebie Junior. 

Obiektywnie, chociaż pękając z dumy, stwierdzam, że mam bardzo inteligentne dzieci. 

Córka, jako umysł ścisły, skończyła inżynierię biomedyczną. 

Syn natomiast okazał się humanistą i nieśmiało zauważę, że z pisaniem opowiadań czy esejów nie ma, podobnie do mnie, żadnych problemów.

Amerykański proces zdawania matury i dostawania się na studia nie ma żadnych cech wspólnych z polskim. 
Dla świeżych imigrantów jest naprawdę sporym wyzwaniem – logistycznym i finansowym oczywiście. 
Tutaj, podobnie jak w przypadku leczenia, koszty są olbrzymie, nieadekwatne do zdobywanej wiedzy i zwyczajnie nieetyczne. 
Teraz, kiedy już „podwójnie skończyłam” amerykańskie liceum, mogę uczciwie przedstawić całą tę machinę.
Wszystko zaczyna się dużo wcześniej. Matura, czyli „po amerykańsku” SAT, jest egzaminem, do którego, po pierwsze, można podchodzić kilkukrotnie, a po drugie, bardzo często większa część licealistów robi to już w trzeciej klasie. Oczywiście wybiera się najlepszy wynik, a za każde podejście się płaci (70 dolarów). Uczciwie przyznam, Junior podchodził trzy razy.
Co szokujące, nie na wszystkie wyższe uniwersytety SAT jest wymagany. Wymagana za to jest zawsze przyzwoita średnia, odpowiednia liczba godzin wolontariatu, listy polecające od nauczycieli i najważniejsza rzecz – esej. I jak bardzo by to nie brzmiało surrealistycznie, to wypracowanie paradoksalnie może zadecydować o przyjęciu. 
W praktyce wygląda to tak, że jeżeli komisja rekrutacyjna ma do wyboru dwóch kandydatów – jednego ze średnią 4.0 i przyzwoitym esejem, a drugiego ze średnią 3.8 i rewelacyjnym esejem – wybierze tego drugiego. 
I mimo najszerszych chęci nie rozumiem sensu takich decyzji.
Gdy Córka zdawała na studia jako cudzoziemka, dostała kilka takich przykładowych tekstów, żeby wyrobić sobie pogląd. 
Przyniosła je do domu i nie ukrywam, że z wielką ciekawością pogrążyłam się w lekturze. 
Brutalnie podsumowując: esej, żeby być świetnym, musi być niezwykle osobisty, emocjonalny, poruszający poważne tematy, pełen tragicznych wydarzeń i traum. Najlepiej, jak ktoś w nim umiera, ewentualnie ciężko choruje, i na koniec to wszystko musi mieć związek z kierunkiem studiów, który się wybiera. 
Tekst musi mieć określoną liczbę słów – jak jest za długi, to już nie masz szans na bycie wyjątkowym. 
I o ile jestem w stanie na poczekaniu wymyślić emocjonalne powody, żeby zostać lekarzem, nauczycielem czy artystą, to inżynierem już ociupinkę mniej.
To samo dotyczy kierunku Juniora, który zamierza być dziennikarzem sportowym, ewentualnie komentatorem lub organizatorem imprez sportowych. 
Nie wchodząc z butami w emocje moich pociech – zostały one przez nie tak skutecznie przekute na eseje, że wzbudziły ogólny podziw i oboje dostali stypendia. 
I to nie sportowe, co w Stanach jest najbardziej pożądane, tylko naukowe. Pamiętam, jak w Greenwich sąsiedzi z litością na mnie patrzyli i ostrzegali, że moje dzieci nigdy nie dostaną się na studia, bo żadne nie uprawia wyczynowo żadnego sportu. 
A tu proszę – szok i niedowierzanie, można studiować bez regularnych kontuzji.
Dostanie się na uniwersytet odbywa się tylko na podstawie dostarczonych dokumentów. Nie ma żadnych egzaminów wstępnych. W praktyce wygląda to tak, że w trakcie trzeciej klasy można wysłać wszystkie aplikacje na wybrane uczelnie – im więcej, tym lepiej. 
Po paru tygodniach listownie zaczynają przychodzić odpowiedzi. 
Moje dzieci złożyły podania na sześć uczelni i zostały przyjęte na pięć. W efekcie w trzeciej klasie już wiadomo, kto, gdzie i co będzie studiował. Junior w grudniu trzeciej klasy już wiedział, gdzie chce i będzie się dalej kształcił. Część jego kolegów przeciągnęła ten proces na czwartą klasę, co mogło być niebezpieczne, bo tutaj stwierdzenie „kto pierwszy, ten lepszy” jest bardzo trafione.
Czwarta klasa głównie służy zaliczeniu wszystkich wymaganych przedmiotów i zdobywaniu punktów, tzw. kredytów, z których część może przejść na studia. 
W trakcie ogarniania papierologii dzieciaki zaczynają odwiedzać wybrane uniwersytety, które organizują specjalne dni otwarte. Ta otwartość ma jednak swoje granice, bo nie można na takie wydarzenie wejść z ulicy. 
Wcześniej trzeba się zarejestrować i na wejściu każdy jest sprawdzany – jak go nie ma na liście, to „wypad z balu”.
I korzystając z okazji, rozwieję iluzję o wielkim bogactwie płynącym dzięki studiowaniu na uczelniach Ligi Bluszczowej. 
Nie ukrywam, że przymusowo musiałam uczestniczyć w mini-seminarium poświęconym wybieraniu studiów. Odbywało się to jeszcze w Connecticut. Przyznaję bez bicia, że te prelekcje całkowicie zmieniły moje postrzeganie całego systemu. 
Patrząc obiektywnie, jeżeli dzieciak nie pochodzi z bardzo bogatego domu lub rodzice nie są chętni, żeby finansować edukację, i nie dostaje olbrzymiego stypendium pokrywającego wszystkie koszty, ma tylko dwie opcje do wyboru. Pierwsza – wziąć kredyt studencki (wielkość oczywiście zależy od uczelni), druga – zmienić plany życiowe i zrezygnować ze studiowania.
Najbardziej szokującym faktem dla mnie było to, że pierwsze pensje wszystkich absolwentów, bez względu na to, jaką uczelnię kończyli, są porównywalne. 
I dodatkowo te wielkie pieniądze wydane na czesne nigdy im się nie zwracają. Wybór jednego z najlepszych uniwersytetów, takich jak Princeton, Harvard czy Yale, nie gwarantuje sukcesu zawodowego. 
Jednym słowem, dobra, lokalna uczelnia przy odrobinie szczęścia i małych znajomościach może dać dużo więcej lub tyle samo. 
Statystycznie udowadniano, że po dziesięciu latach znaczenie tego, gdzie kto studiował, zasadniczo maleje. Mówiąc mniej dyplomatycznie: nikogo to już nie interesuje.
Princeton jest najlepszym uniwersytetem w całych Stanach. Byłam, widziałam. Powstał w XVIII wieku, ma piękne budynki, które wyglądają na stare. 
Niewątpliwie urokliwe miejsce ze świetnym ciałem pedagogicznym, jednak samo czesne wynosi około 70 tysięcy dolarów rocznie. A to jest wersja podstawowa – bez miejsca do życia, jedzenia, pieniędzy na transport czy książek. 
Utrzymanie dziecka tam przebija grubo 100 tysięcy dolarów rocznie. Czyli, jak łatwo obliczyć, całe studia to kwota zbliżająca się do pół miliona dolarów. 

Widziałam bardzo mądre wykresy, które uświadomiły nam, że trzeba szukać dobrych uczelni, ale takich, przez które nie zbankrutujemy. Zapędy naszych dzieci, że wezmą sobie kredyty, ukróciliśmy w zarodku.
Jak odwiedzaliśmy uczelnię z Córką jako umysł ścisły, hiperwentylował się Mój Mąż. Dla ścisłości: ekscytowali się oboje, a ja chodziłam i kolekcjonowałam ulotki. Uczciwie przyznam, że uczestniczyłam w tych atrakcjach tylko z miłości.
Junior zdecydował się na kontynuowanie edukacji na kierunkach humanistycznych, które tutaj są, jak dla mnie, bardzo romantycznie określane sztukami wyzwolonymi (liberal arts). 
W momencie, gdy weszłam na teren pierwszego uniwersytetu z listy Juniora, to ja zaczęłam się hiperwentylować. Posługując się terminologią bardziej uduchowioną: to miejsce wysyłało fluidy, które idealnie trafiały w sam środek mojego ducha. 
System takich otwartych dni wszędzie był taki sam – każdy kierunek w innym budynku, a przy stolikach siedzieli wykładowcy i rozdawali cukierki oraz ulotki.
Junior chodził od stoiska do stoiska i rozsiewał blask swojej indywidualności, a ja, zanim się spostrzegłam, zatopiłam się w rozmowie z panią profesor socjologii. 
Nie miałam wyrzutów sumienia, ponieważ nie było do niej kolejki. W momencie, gdy zawisł nade mną Mój Mąż i Syn, sugerując, że czas do domu, bo już prawie wszyscy wyszli, miałam wrażenie, że obudziłam się ze snu. 
Kompletnie straciłam poczucie czasu, pani profesor zdaje się też.
Moja droga do tytułu magistra to był czysty obowiązek, konieczność, ciężka praca i mnóstwo nerwów. 
Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że zdobywanie wiedzy mogło być dla mnie przyjemnością. 
Skończyłam Handel Zagraniczny i powiem szczerze, że decyzja o wyborze tego konkretnego kierunku i uczelni była błędem. Wynudziłam się jak mops przez pięć lat, potem mniej lub bardziej męczyłam się w różnych pracach, aczkolwiek finansowo nie mogłam narzekać. 
Zawsze dopadało mnie uczucie, że moja praca to było bezsensowne przekładanie papierów, pisanie raportów, o których za miesiąc nikt nie będzie pamiętał, oraz poczucie, że nie robię nic dobrego dla „świata”. 
Mówiąc brutalnie: uważałam, że jest to czysta strata czasu.
Jedynymi pozytywami moich studiów było bezpieczeństwo finansowe, jakie mi potem zagwarantowały, i kilka przyjaźni, które wtedy powstały i trwają do dziś. 
Pasji albo nawet minimalnego zainteresowania z mojej strony częścią merytoryczną nie było żadnego. 
Nic, tylko siąść i płakać.
Jednym z największych sukcesów i radości w moim życiu jest fakt, że moje dzieci wybrały kierunki studiów, które są ich pasją. 
Moja Córka przez cały okres studiów rozkwitała. 
Jest powiedzenie: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. Parafrazując, o moim starszym dziecku można by powiedzieć: wybierz studia, które kochasz, a uczenie będzie zawsze czystą przyjemnością, a najgorszy egzamin wyzwaniem, a nie traumą. 
Wygląda na to, że u Mojego Syna będzie podobnie. Wybrał to, co jest jego pasją, i pozostaje mi mieć nadzieję, że za parę lat będę mogła o nim powtórzyć te same słowa, co napisałam o Córce.
Gdy kończyłam podstawówkę, chciałam pracować w teatrze kukiełkowym albo pisać książki. 
Prawda jest taka, że chociaż Rodzice chcieli dla mnie jak najlepiej, nikt mnie nie pytał o moje marzenia, a ja o nie nie zawalczyłam. 
Okazuje się, że wiele rzeczy w człowieku można stłamsić, wręcz zniszczyć, ale nie wszystkie i nie zawsze. Potrzeba było wielu lat i już nawet nie zawirowań, ale wręcz huraganów życiowych, żebym odnalazła tę cząstkę siebie, którą straciłam.
W efekcie piszę bloga, robię lalki i zaczęłam malować. 
Może jednak jeszcze uda mi się kiedyś napisać książkę. 
„Dopóki życia, dopóki nadziei”.

wtorek, 18 sierpnia 2026

Nawet magia potrzebuje czasem pomocy, czyli renowacja jednorożców

Ponieważ ciężar gatunkowy ostatnich wpisów był solidny, zdecydowałam się na zmianę tematu na zdecydowanie lżejszy.
Rok temu Mąż zorganizował sobie rozrywkową aktywność w formie generalnego sprzątania garażu. Efektem jego działalności była delikatna sugestia, żeby wyrzucić jednorożca, bo jest już kompletnie zniszczony. Drugi, w stanie niewiele lepszym, miał jeszcze szansę „przeżycia”.
Dorosła kobieta, myśląca praktycznie i nieulegająca emocjom, odesłałaby jednorożca na różowe łąki. Myślę, że ulegam tylko wybranym emocjom i jestem bardzo zorganizowana, ale nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do rezygnacji z mojego jednorożca.
Pomagał mi prawie od początku emigracji, przeganiał koszmary i świecąc, pokazywał w ciemności drogę do domu. Jakkolwiek infantylnie by to brzmiało, pomyślałam, że czas się odwdzięczyć za wszystkie magiczne chwile.

Przytomnie nie czekałam z reanimacją do zimy, tylko pod koniec lata, wraz z Moją Córką, wyciągnęłam jednorożce z garażu. Widok zniszczeń mną wstrząsnął. Stałyśmy na podjeździe nad leżącymi jednorożcami. Jeden, mimo uszkodzeń, cały czas miał w miarę stabilne nogi, drugi miał jedną nogę zupełnie zniszczoną.

Moja Córka powiedziała:
– Mamo, ale wiesz, że on już nigdy nie stanie, prawda?
Coś mi błysnęło w duszy, odpowiedziałam:
– Ale poleci.

Moja Podpora Późnej Starości spojrzała na mnie lekko zszokowana. Zaledwie lekko, bo jednak przez lata miała okazję doświadczyć efektów moich pomysłów.
Zatargałam jednorożce do ogrodu. Tak dla wyjaśnienia: to nie są małe, plastikowe dekoracje. Moje jednorożce to solidne konstrukcje wielkości około 170 cm każdy. Ustawiłam oba na dwóch krzesłach. Nasze patio zaczęło przypominać warsztat samochodowy dla stworzeń magicznych.
Przez następne 5 dni uparcie tkwiłam w ogrodzie. Podeszłam do problemu na poważnie. Ponieważ już wtedy miałam czynny mój warsztat gnomkowy, wynalazłam kawałki białej koronki, przygotowałam pistolet silikonowy, klej, farby i stos innych przydatnych rzeczy.
Byłam już trochę zaznajomiona z zasadami renowacji, więc zaczęłam od sprawdzenia kompletów lampek. Część była przepalona, a problem tkwił w tym, że wszystkie znajdowały się wewnątrz.
Dokonałam operacji na otwartym sercu. Wybebeszyłam jednorożce. Wszystko robiłam symultanicznie, przechodząc od jednego do drugiego stanowiska pracy. Usunęłam przepalone lampki, zamówiłam podobne. Po wypraniu grzyw i ogonów przystąpiłam do łatania dziur koronką. Nie było to łatwe i koronka nie była idealnie taka sama, ale przynajmniej jednorożce przestały wyglądać na ciężko ranne.
W międzyczasie okazało się, że skrzydła też wymagają naprawy, albo raczej cundu. Pozbyłam się plastikowych, połamanych części – nienaruszone zostały na szczęście metalowe szkielety. Kupiłam białą farbę, odmalovala je. Zamontowałam na nich malutkie lampki i chwilowo odłożyłam na bok.
Na koniec została noga. Nie wiem, ile czasu nad nią siedziałam, ale pod koniec miałam wrażenie, że już prawie ogarniam ortopedię.
Noga zaczęła wyglądać w miarę przyzwoicie, ale nie było żadnej szansy, żeby utrzymała jednorożca v pionie. Nawet ja, wieczna optymistka, zdawałam sobie z tego sprawę.
Przy patio stoją dwa drzewa identycznej wielkości. Do ostatniego etapu zażyczyłam sobie pomocy Rodziny. Zamontowaliśmy na gałęziach zepsute kable od ładowarek (polecam ze względu na wytrzymałość) i powiesiłam na nich jednorożce.
Prawie dotykają ziemi, ale nie muszą stać. Skrzydła wyszły obłędnie – lepiej niż stare.
W ciemności odpaliłam lampki i jednorożce po raz kolejny roztoczyły swoją magię.
Mój Mąż, zaproszony na prezentację, powiedział:
– Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać.

sobota, 15 sierpnia 2026

Depozytariusz wspomnień

Jakiś czas temu usłyszałam, że każdy człowiek w pewnym momencie życia zaczyna potrzebować depozytariusza wspomnień.
Zafascynowało mnie to określenie – może dlatego, że się starzeję, chociaż tego zupełnie nie czuję.
Nie sądzę, żeby to była kwestia tylko wieku, ale doświadczeń i przede wszystkim strat.
Słuchamy powtarzanych przez rodziców czy dziadków dziesiątki razu tych samych historii. Znudzeni myślimy, że znamy je na pamięć, a kiedy nie ma już nikogo, kto by je opowiadał, okazuje się, że niewiele pamiętamy. Pozostaje tylko żal.
Tracimy ludzi, przedmioty, miejsca i wspomnienia. Paradoksalnie strata wspomnień czyni stratę ludzi jeszcze bardziej bolesną i ostateczną.
Ten ciężki temat przygniótł mnie osobiście, ponieważ Mój Teść od kilku lat walczy z demencją, a z nią jeszcze nikt nie wygrał.
Codziennie powtarzamy, że materialne dobra się nie liczą, że trzeba zdobywać wspomnienia, żeby było co wspominać na starość.
W efekcie, pomimo górnolotnych deklaracji, chcąc zapewnić sobie i bliskim bezpieczeństwo i dostatek, zatracamy się w pogoni za złotym cielcem.
I nie ma w tym nic złego, jeżeli wiemy, kiedy się zatrzymać. Bez tej umiejętności będziemy jak Erysichton – bez względu na to, ile będziemy jedli, zawsze będziemy głodni.
Uważam, że utrata wspomnień jest na drugim miejscu po stracie bliskiej osoby.
Jak patrzę na Mojego Teścia, to widzę, jak z każdym wspomnieniem, które zapomina, umiera kawałek jego duszy. I nie jest to żaden egzaltowany, melodramatyczny opis, tylko stwierdzenie smutnego faktu.
Ta faza, kiedy stracił już większą część siebie, ale jeszcze pamięta, kim był, jest straszna.
Niedawno zmarła Moja Teściowa, a wraz z jej śmiercią jego świat rozpadł się na kawałki, które on próbuje „sklejać”, ale mu się nie udaje.
W życiu codziennym zanik pamięci krótkotrwałej dla otoczenia osoby z demencją jest bardzo męczący.
W przypadku, kiedy Teść pamięta tylko, że jego Żona zmarła, i kilkanaście razy dziennie pyta o szczegóły, jego cierpienie, odnawiane po każdym przypomnieniu, wręcz drenuje siły Mojego Męża, a ja mogę tylko bezsilnie się przyglądać.
Nikt i nic nie może mu już pomóc, albo chociaż zmniejszyć ból w tym błędnym kole cierpienia.
Najbardziej uzmysłowiła mi to rozmowa z Moim Teściem.
Kiedy zapytałam go, czy pamięta moje wesele, okazało się, że nie.
A kiedy zapytałam go, jak się poznaliśmy, również nie pamiętał. Powiedział mi tylko:
– Po prostu przecież cały czas jesteś.
Wygląda to tak, jakby stracił wszystko oprócz pamięci dotyczącej osób – tak jakbyśmy my wszyscy byli jego ostatnimi kotwicami utrzymującymi go w rzeczywistości.
Nie pamięta szczegółów z naszego życia, wie tylko, że przy nim jesteśmy i byliśmy od zawsze.
Nie pamięta dobrych ani złych chwil, ale niestety pamięta, że nie pamięta.
Z tej perspektywy powtarzanie ciągle tych samych rzeczy jest niczym więcej jak błahostką – czasami może trochę nużącą, ale niełamiącą serca.
Świadomość, że bez względu na to, jak ważna czy emocjonalna jest nasza rozmowa, za godzinę nie będzie jej pamiętał, a jak wrócę do Stanów, zapomni, że z nim byłam, odbiera cały sens wszystkim działaniom.
A jednak zarówno Mój Mąż, jak i ja cały czas walczymy w nadziei, że może z setek rozmów zapamięta chociaż jedno zdanie, które go uspokoi, doda sił i chociaż na chwilę da wytchnienie od tego niekończącego się cierpienia.
Kiedy dzień przed pogrzebem siedzieliśmy w ogrodzie i załamany powiedział, że nie pamięta nic z naszych wspólnych przeżyć z ostatnich 20 lat, powiedziałam mu:
– Nawet jeżeli ty nie pamiętasz, to ja pamiętam.
Czasami tracimy ludzi, nawet jeżeli oni jeszcze ciągle żyją.
Myślę, że dlatego tak zafascynowała mnie idea powierzenia komuś swoich wspomnień, żeby nigdy nie przepadły. 
Zabezpieczenia swojej przeszłości i pewności, że dopóki ktoś o nas pamięta, nigdy tak naprawdę nie umieramy.

środa, 12 sierpnia 2026

Poznasz Bambi wieczorową porą, czyli biegi przełajowe w ciemnościach

W dwóch najbardziej szalonych przygodach ze zwierzętami, jakie przydarzyły mi się w Connecticut, brał udział szop pracz i jelonek (poprawna nazwa: cielę).
Ponieważ mieszkamy w bezpiecznej okolicy, a ja dodatkowo, jak maluję coś śmierdzącymi farbami, to suszę je na zewnątrz, garaż często jest otwarty.
Pewnego dnia Mąż, po powrocie z pracy, zamiast wejść do domu normalnie, zaczął się dziwnie skradać. 
Zastał mnie w kuchni, złapał za rękę i przyciszonym, tajemniczo głosem zapytał, czy chcę coś zobaczyć. Jako że jestem Żoną z doświadczeniem, jestem w stanie rozpoznać różnego rodzaju błyski w oczach mojego partnera. Tym razem spojrzenie było bardzo obiecujące. Dałam się zaciągnąć do, cały czas otwartego, garażu.
Mąż z dumą wskazał na coś ręką. Zaczęłam poważnie się zastanawiać, że skoro leżaki plażowe nie pierwszej młodości wzbudzają jego zachwyt, może czas najwyższy pomyśleć dla niego o jakimś sanatorium. 
Na szczęście, zanim podzieliłam się moimi przemyśleniami, zobaczyłam, o co chodziło Mężusiowi. 
Na półce kulił się szop pracz po przejściach, z ewidentnym zespołem stresu pourazowego. 
Osobiście uwielbiam te zwierzęta, są śliczne, śmieszne i bezczelne w uwodzicielski sposób. Nieszczęśnik w naszym garażu niestety tak nie wyglądał. Ewidentnie potrzebował pomocy. 
Weszłam w tryb zadaniowy i pierwsze, co zrobiłam, to zamknęłam garaż. Następnie przyniosłam miskę wody i wyżerkę. Przygotowałam bufet szwedzki, bo nie wiedziałam, na co będzie miał ochotę.
Potem zaczęłam dzwonić po pomoc, bo nie mam jeszcze specjalizacji z leczenia szopów. Ponieważ pechowo był już wieczór, po wielu próbach udało mi się wreszcie kogoś złapać z Animal Control, czyli czegoś w rodzaju policji dla zwierzaków, które naruszyły ludzkie paragrafy. 
Amerykanie w większości nie znoszą szopów, nazywają je śmietnikowymi pandami, dlatego jak zgłosiłam problem z prośbą o pomoc, natychmiast zaoferowali fachowca. 
Ów przemiły człowiek miał pojawić się w ciągu pół godziny i zabić intruza, zdaje się, że z broni palnej, ale przerobionej na usypiająco-trującą (w zależności co ma być potem zrobione ze zwierzakiem). 
Szop pracz załapywał się na opcję z trucizną. Najwidoczniej był za mało egzotyczny i nieskłonny do wyginięcia. Zaparło mi dech.
Po dość długich wyjaśnieniach, kiedy zrozumieli, że ja chcę ratownika, nie mordercę, z rozbrajającą szczerością powiedzieli, że ktoś taki będzie na następny dzień. 
Także albo zabijam, albo czekam. 
Zabić miałam ochotę przez chwilę, ale nie zwierzaka. 
Poszłam do garażu. „Śmietnikowy pandek” zmienił miejsce pobytu na pudła z bombkami, ale cały czas nie wyglądał kwitnąco. Dołożyłam jedzenia, żeby było bardziej all inclusive, i poszłam spać, postanawiając twardo czekać na pomoc.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta, która przedstawiła się jako ratownik zbłąkanych zwierzaków, gatunek dowolny. 
Upewniła się, że dziki lokator jest na miejscu, dodatkowo nie w formie doczesnych szczątków, i zapowiedziała się za dwie godziny. Pojawiła się punktualnie. Okazała się trzydziestoletnią, młodą, postawną kobietą, wysyłającą bardzo pozytywne fluidy. Dowiedziałam się od niej, że łapanie szopów to dla niej czysta rozrywka, bo często musi ścigać węże, lisy tudzież niedźwiedzie. 
Najpierw ją przesłuchałam na okoliczność ewentualnego mordu na „moim” szopie. Okazało się, że wszystkie złapane zwierzęta, jeżeli są zdrowe, są wypuszczane na wolność, a chore najpierw leczone, a potem również uwalniane.
Po upewnieniu się co do przyszłości mojego nowego współlokatora, otworzyłam garaż. 
Wcześniej dzielna ratowniczka wprowadziła mnie w temat od strony praktycznej. Mianowicie, jeżeli szop pozwoli się złapać, to znaczy, że nie jest dobrze i jest poważnie poturbowany. 
Idealną sytuacją będzie, jak on ucieknie o własnych siłach, bo potrzebował tylko odrobiny spokoju i luksusu. 
Zaczaiłam się przed wejściem do garażu i rozpoczęłam obserwację. 
Na początku szop się przyczaił, a potem dał klasycznego dyla. I mimo że obie puściłyśmy się za nim w pogoń, to nam bez specjalnego trudu uciekł. 
Okazało się, że pochłonął całą kolację, wypił wodę i walnął kupę. Według ratowniczki fakt, że zamknęłam go na noc w bezpiecznym miejscu, gdzie mógł odpocząć i się najeść, był dla niego najlepszy. 
Pożegnałyśmy się, a ja poszłam sprzątać garaż.
Druga przygoda odbyła się w kompletnych ciemnościach – w nocy, oczywiście. 
Już wtedy mieliśmy postawiony płot, więc teoretycznie nic nie mogło nam wejść na teren prywatny. A jednak w nocy usłyszałam dziwny dźwięk, przypominający beczenie owcy i kota. 
Ponieważ lament nie ustawał, zamiast obudzić Męża, w koszuli nocnej, bo było ciepło, wybiegłam do ogrodu. Wyszłam z założenia, że psychopaci, mordercy i gwałciciele nie beczą, aczkolwiek moja akcja nie była do końca przemyślana.
W ciemnościach zamiast na potwora czy złoczyńcę najpierw natknęłam się na Juniora, którego również zaintrygowały dziwne odgłosy. 
Zaczęliśmy tropić dzikiego zwierza razem. Coś przebiegło koło nas w ciemności. 
Syn zawyrokował:
– Mamo, to chyba jeleń, i jak ty go złapiesz?
Co ciekawe, nie poddawał w wątpliwość faktu, że to zrobię, tylko był bardziej zaintrygowany techniką. 
Bo to już nawet nie była kwestia rodzaju zwierzaka, ale tego, że mimo oświetlonego domu, w tej części ogrodu prawie nic nie było widać. 
Jak trzy razy nie udało mi się to coś złapać, zaczęłam w siebie trochę wątpić. Za czwartym razem, jak przebiegał w desperacji, rzuciłam się do przodu, coś poczułam i nie zastanawiając się, chwyciłam. 
Uczciwie przyznam, że nie wiem, jak mi się to udało. Oczywiście już w trakcie „polowania” zdałam sobie sprawę, że nie ścigam pełnowymiarowego jelenia, tylko Bambi. 
Złapałam go w okolicach brzucha i podniosłam, uważając na jego nogi. Najpierw zaczęłam się modlić, żeby nie był ciężki, a zaraz potem, żeby mnie nie ugryzł, bo już przed oczami miałam serię zastrzyków w brzuch.
Po drugiej stronie płotu, w ogrodzie sąsiadów, zobaczyłam stado dorosłych jeleni, które mimo strachu dzielnie stały i czekały na malucha, który darł się przez cały czas w niebogłosy. 
Dzięki Bogu nasz płot nie ma dwóch metrów, więc bez trudu, bo Bambi okazał się bardzo lekki, przerzuciłam go delikatnie na drugą stronę do rodziny.
Po wszystkim, kiedy zastanawialiśmy się, jak ten mały dostał się do naszego, zamkniętego ogrodu, okazało się, że ktoś nie domknął furtki i jelonek wykorzystał okazję, żeby się włamać.