W dwóch najbardziej szalonych przygodach ze zwierzętami, jakie przydarzyły mi się w Connecticut, brał udział szop pracz i jelonek (poprawna nazwa: cielę).
Ponieważ mieszkamy w bezpiecznej okolicy, a ja dodatkowo, jak maluję coś śmierdzącymi farbami, to suszę je na zewnątrz, garaż często jest otwarty.
Pewnego dnia Mąż, po powrocie z pracy, zamiast wejść do domu normalnie, zaczął się dziwnie skradać.
Zastał mnie w kuchni, złapał za rękę i przyciszonym, tajemniczo głosem zapytał, czy chcę coś zobaczyć. Jako że jestem Żoną z doświadczeniem, jestem w stanie rozpoznać różnego rodzaju błyski w oczach mojego partnera. Tym razem spojrzenie było bardzo obiecujące. Dałam się zaciągnąć do, cały czas otwartego, garażu.
Mąż z dumą wskazał na coś ręką. Zaczęłam poważnie się zastanawiać, że skoro leżaki plażowe nie pierwszej młodości wzbudzają jego zachwyt, może czas najwyższy pomyśleć dla niego o jakimś sanatorium.
Na szczęście, zanim podzieliłam się moimi przemyśleniami, zobaczyłam, o co chodziło Mężusiowi.
Na półce kulił się szop pracz po przejściach, z ewidentnym zespołem stresu pourazowego.
Osobiście uwielbiam te zwierzęta, są śliczne, śmieszne i bezczelne w uwodzicielski sposób. Nieszczęśnik w naszym garażu niestety tak nie wyglądał. Ewidentnie potrzebował pomocy.
Weszłam w tryb zadaniowy i pierwsze, co zrobiłam, to zamknęłam garaż. Następnie przyniosłam miskę wody i wyżerkę. Przygotowałam bufet szwedzki, bo nie wiedziałam, na co będzie miał ochotę.
Potem zaczęłam dzwonić po pomoc, bo nie mam jeszcze specjalizacji z leczenia szopów. Ponieważ pechowo był już wieczór, po wielu próbach udało mi się wreszcie kogoś złapać z Animal Control, czyli czegoś w rodzaju policji dla zwierzaków, które naruszyły ludzkie paragrafy.
Amerykanie w większości nie znoszą szopów, nazywają je śmietnikowymi pandami, dlatego jak zgłosiłam problem z prośbą o pomoc, natychmiast zaoferowali fachowca.
Ów przemiły człowiek miał pojawić się w ciągu pół godziny i zabić intruza, zdaje się, że z broni palnej, ale przerobionej na usypiająco-trującą (w zależności co ma być potem zrobione ze zwierzakiem).
Szop pracz załapywał się na opcję z trucizną. Najwidoczniej był za mało egzotyczny i nieskłonny do wyginięcia. Zaparło mi dech.
Po dość długich wyjaśnieniach, kiedy zrozumieli, że ja chcę ratownika, nie mordercę, z rozbrajającą szczerością powiedzieli, że ktoś taki będzie na następny dzień.
Także albo zabijam, albo czekam.
Zabić miałam ochotę przez chwilę, ale nie zwierzaka.
Poszłam do garażu. „Śmietnikowy pandek” zmienił miejsce pobytu na pudła z bombkami, ale cały czas nie wyglądał kwitnąco. Dołożyłam jedzenia, żeby było bardziej all inclusive, i poszłam spać, postanawiając twardo czekać na pomoc.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta, która przedstawiła się jako ratownik zbłąkanych zwierzaków, gatunek dowolny.
Upewniła się, że dziki lokator jest na miejscu, dodatkowo nie w formie doczesnych szczątków, i zapowiedziała się za dwie godziny. Pojawiła się punktualnie. Okazała się trzydziestoletnią, młodą, postawną kobietą, wysyłającą bardzo pozytywne fluidy. Dowiedziałam się od niej, że łapanie szopów to dla niej czysta rozrywka, bo często musi ścigać węże, lisy tudzież niedźwiedzie.
Najpierw ją przesłuchałam na okoliczność ewentualnego mordu na „moim” szopie. Okazało się, że wszystkie złapane zwierzęta, jeżeli są zdrowe, są wypuszczane na wolność, a chore najpierw leczone, a potem również uwalniane.
Po upewnieniu się co do przyszłości mojego nowego współlokatora, otworzyłam garaż.
Wcześniej dzielna ratowniczka wprowadziła mnie w temat od strony praktycznej. Mianowicie, jeżeli szop pozwoli się złapać, to znaczy, że nie jest dobrze i jest poważnie poturbowany.
Idealną sytuacją będzie, jak on ucieknie o własnych siłach, bo potrzebował tylko odrobiny spokoju i luksusu.
Zaczaiłam się przed wejściem do garażu i rozpoczęłam obserwację.
Na początku szop się przyczaił, a potem dał klasycznego dyla. I mimo że obie puściłyśmy się za nim w pogoń, to nam bez specjalnego trudu uciekł.
Okazało się, że pochłonął całą kolację, wypił wodę i walnął kupę. Według ratowniczki fakt, że zamknęłam go na noc w bezpiecznym miejscu, gdzie mógł odpocząć i się najeść, był dla niego najlepszy.
Pożegnałyśmy się, a ja poszłam sprzątać garaż.
Druga przygoda odbyła się w kompletnych ciemnościach – w nocy, oczywiście.
Już wtedy mieliśmy postawiony płot, więc teoretycznie nic nie mogło nam wejść na teren prywatny. A jednak w nocy usłyszałam dziwny dźwięk, przypominający beczenie owcy i kota.
Ponieważ lament nie ustawał, zamiast obudzić Męża, w koszuli nocnej, bo było ciepło, wybiegłam do ogrodu. Wyszłam z założenia, że psychopaci, mordercy i gwałciciele nie beczą, aczkolwiek moja akcja nie była do końca przemyślana.
W ciemnościach zamiast na potwora czy złoczyńcę najpierw natknęłam się na Juniora, którego również zaintrygowały dziwne odgłosy.
Zaczęliśmy tropić dzikiego zwierza razem. Coś przebiegło koło nas w ciemności.
Syn zawyrokował:
– Mamo, to chyba jeleń, i jak ty go złapiesz?
Co ciekawe, nie poddawał w wątpliwość faktu, że to zrobię, tylko był bardziej zaintrygowany techniką.
Bo to już nawet nie była kwestia rodzaju zwierzaka, ale tego, że mimo oświetlonego domu, w tej części ogrodu prawie nic nie było widać.
Jak trzy razy nie udało mi się to coś złapać, zaczęłam w siebie trochę wątpić. Za czwartym razem, jak przebiegał w desperacji, rzuciłam się do przodu, coś poczułam i nie zastanawiając się, chwyciłam.
Uczciwie przyznam, że nie wiem, jak mi się to udało. Oczywiście już w trakcie „polowania” zdałam sobie sprawę, że nie ścigam pełnowymiarowego jelenia, tylko Bambi.
Złapałam go w okolicach brzucha i podniosłam, uważając na jego nogi. Najpierw zaczęłam się modlić, żeby nie był ciężki, a zaraz potem, żeby mnie nie ugryzł, bo już przed oczami miałam serię zastrzyków w brzuch.
Po drugiej stronie płotu, w ogrodzie sąsiadów, zobaczyłam stado dorosłych jeleni, które mimo strachu dzielnie stały i czekały na malucha, który darł się przez cały czas w niebogłosy.
Dzięki Bogu nasz płot nie ma dwóch metrów, więc bez trudu, bo Bambi okazał się bardzo lekki, przerzuciłam go delikatnie na drugą stronę do rodziny.
Po wszystkim, kiedy zastanawialiśmy się, jak ten mały dostał się do naszego, zamkniętego ogrodu, okazało się, że ktoś nie domknął furtki i jelonek wykorzystał okazję, żeby się włamać.
