niedziela, 18 października 2026

Jamajka, czyli relaks w rytmie reggae

 5 lat temu, w trakcie szalejącej pandemii, wylądowaliśmy na Jamajce. Te wspaniałe wakacje były wymuszone dwutygodniową kwarantanną, bez odbycia której nie moglibyśmy wrócić z Polski do Stanów. Myślę, że była to najprzyjemniejsza kwarantanna w historii pandemii i nie tylko.

Mój Mąż, który musiał poradzić sobie z trzykrotną stratą bliskich w ciągu ostatnich kilku miesięcy i trzymał się zdumiewająco dobrze, po kolizji Juniora na autostradzie ogłosił oficjalnie brak sił.
 W celu odbudowania potencjału życiowego przyznałam mu prawo do decyzji, kiedy i gdzie lecimy. 
O dziwo, wybrał powtórnie Jamajkę – nie musiał mnie oczywiście namawiać. I tak w środku października, kiedy biedni studenci i młodzież szkolna muszą karnie pochłaniać wiedzę, a świat pomału szykuje się na zimę, odkurzyłam kostium kąpielowy, zakupiłam olejki ze wszystkimi możliwymi numerami filtrów UV i zapakowałam walizkę.
W dzień odlotu musieliśmy wstać przed piątą rano i było to dość brutalne doświadczenie – nie tylko ze względu na porę, ale też z powodu odkrycia, że w domu nie ma ciepłej wody. Z racji tego, że mamy bojler, najwyraźniej coś go trafiło i przestał działać. 
To był ten moment, który dobił Mojego Męża ostatecznie. Czasu mieliśmy tylko tyle, żeby dostać się na lotnisko, więc szybko zapakowałam Mężusia do Ubera i wysłałam błagającego SMS-a do naszych polskich sąsiadów. 
Mój biedny Mężuś siedział potem na lotnisku jak bezradny misiek koala, któremu odcięli dostęp do eukaliptusa, a w tym samym czasie nasz sąsiad sprawdzał domową awarię. Wsiedliśmy na pokład, nie wiedząc, czy Junior nie będzie zarastał brudem do czasu naszego powrotu. Ja nie miałam z tym żadnego problemu, bo czasami trzeba po prostu odpuścić, ale Mój Mąż wręcz przeciwnie. 
Gdy wylądowaliśmy w Montego Bay, okazało się, że naszemu sąsiadowi udało się zrestartować bojler – najwyraźniej zgasł w nim płomień, ale już się rozpalił ponownie. Mój Mąż odetchnął z ulgą i wreszcie mógł skupić się na relaksie w rytmie reggae.
Zanim jednak dotarliśmy do tego raju, samo podchodzenie do lądowania dostarczyło nam niesamowitych wrażeń. Każda wyspa, a Jamajka nią jest, gwarantuje z lotu ptaka piękny widok, bo pod skrzydłami ma się bezkresny przestwór oceanu lub lazurowe morze. Jednak tutaj to była prawdziwa przygoda – przez około 10–15 sekund samolot leci tuż nad wodą, „prawie” dotykając kołami fal. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam.


Ponieważ tym razem wyjazd wakacyjny prawie idealnie przypadł na naszą rocznicę ślubu, mogliśmy z czystym sumieniem poinformować o tym na recepcji. W rezultacie dostaliśmy apartament pełen luster dla już lekko przechodzonych nowożeńców z dodatkową wstęgą na drzwiach, głoszącą, że obchodzimy rocznicę. Te lustra ewidentnie miały służyć jako dodatkowa forma rozrywki. 


Przez lata jeździliśmy na wakacje z dziećmi, dlatego zawsze wybieraliśmy hotele dopasowane do ich potrzeb – czyli place zabaw, parki wodne i animacje w stylu mini disco. Tym razem wybraliśmy hotel tylko dla dorosłych, a ponieważ na październik przypada sezon huraganów i burz, trafiliśmy do absolutnego raju.


Jamajka to biedny kraj, utrzymujący się głównie z turystów, produkcji rumu i kawy, z tego powodu przybysze są objęci szczególną ochroną. 5 lat temu zatrzymaliśmy się w hotelu otoczonym murem i pilnowanym przez panów w pełnym umundurowaniu. Tym razem nasz hotel był położony na samym końcu półwyspu, a obszar, który zajmował, nie tylko robił wrażenie, ale zapewniał niesamowite bezpieczeństwo i przestrzeń. 
Dzięki tym wszystkim okolicznościom po raz pierwszy w życiu wylądowałam na prawie pustej karaibskiej plaży. Leżaki i łóżka plażowe były tu w ilościach hurtowych, do dyspozycji mieliśmy też kilka hotelowych basenów. I o ile na większości z nich kwitło ożywione życie towarzyskie, napędzane dodatkowo przez barmanów, o tyle na jednym w godzinach szczytu były maksymalnie dwie osoby – czyli ja i Mężuś, ewentualnie tylko ja. „Posiadanie” na własność basenu jeszcze nigdy w życiu mi się nie przydarzyło.
Pierwszego dnia po kolacji, kiedy Mąż dopieszczony kulinarnie zaczął łapać jamajski luz, okazało się, że nie możemy wejść do pokoju. Zamek uparcie nie reagował na kartę. 
Zostawiłam lekko podupadającego na duchu Mężusia i pognałam na recepcję. Karty hotelowe mają ten irytujący zwyczaj, że jak za długo leżą za blisko telefonu, to się rozkodowują albo obrażają – jak kto woli. Przekonana, że naszą właśnie to spotkało, wyjaśniłam sytuację, dostałam nową i wróciła do Mojego Męża. Zamek w drzwiach złośliwie znowu nie zareagował. Powtórzyłam całą procedurę.
Gdy za trzecim razem wylądowałam na recepcji, dziewczyna przyjrzała mi się uważnie i prawie widziałam w jej oczach ocenę mojej skromnej osoby: trzeźwa, do wieku sędziwego na szczęście jeszcze jej brakuje, wygląda na bystrą i normalną – trzeba działać. 
Zawołała na pomoc kolegę, żeby otworzył drzwi moją kartą, bo widocznie dopuszczała myśl, że jednak z tą bystrością to przesadziła. Jestem przyzwyczajona do wysokich, postawnych mężczyzn, bo sama jednego posiadam na własność od lat, a mimo to na widok asystenta recepcjonistki lekko mi szczęka drgnęła. 
Mówiąc szczerze, zamiast pomagać na recepcji, powinien reklamować siłownię i zdrowy styl życia. Na jego widok wszystkie turystki cały czas karnie rąbałyby tylko marchewkę.
Kiedy pojawiłam się po raz czwarty pod drzwiami w takim towarzystwie, Mój Mąż lekko się zdziwił. Drzwi pozostały nieugięte na urodę recepcjonisty i twardo trwały zamknięte. Przystojniaczek zaciągnął mnie znowu do recepcji, zreferował wszystko i zniknął. Po chwili pojawił się fachowiec z torbą, zgarnął mnie i razem poszliśmy do pokoju. 
Myślę, że na tym etapie Mężuś zaczął z rozrzewnieniem wspominać zepsuty bojler. Pan stwierdził, że padła bateria w zamku i trzeba ją wymienić, ale zanim się za to zabrał, walnął pięścią dwa razy w zamek. I gdybym tego nie widziała na własne oczy, to bym nie uwierzyła – karta magicznie zadziałała. Widocznie zamek się po prostu przestraszył. 
Następnie, żebyśmy nie musieli za każdym razem nokautować drzwi, nasz nowy znajomy wymienił baterię. Wreszcie dostaliśmy się do pokoju. Śmiałam się cały czas jak hiena, bo Mój Mąż na serio rozważał już wejście do pokoju przez balkon od sąsiadów.


środa, 14 października 2026

Amerykańska Policja, czyli Junior na autostradzie

Mam ochotę napisać o amerykańskiej policji. 
Z racji tego, że jestem jednostką w pełni praworządną, moje osobiste kontakty z władzami – zarówno polskimi, jak i amerykańskimi – od zawsze były bardzo ograniczone. Ewentualne przestępstwa popełniam wyłącznie w myślach i najczęściej dotyczą one nagłej potrzeby walnięcia z liścia na otrzeźwienie wszelkiej maści głupkom czy ignorantom. 
A ponieważ prawo łamię wyłącznie w głowie, moje realne doświadczenia z amerykańską policją całkowicie odbiegają od krwawych obrazów przedstawianych w filmach sensacyjnych. Opiszę więc tylko moje osobiste przeżycia, bez snucia filozoficznych teorii.
Jak do tej pory, dwa razy miałam styczność z tutejszymi organami ścigania.
Pierwszy raz przypominał właściwie wizytę towarzyską. W USA ciągle, niestety, bardzo popularną metodą płatności są papierowe czeki. Często trzeba je wysyłać tradycyjną pocztą i kiedyś musieliśmy w ten sposób uiścić zawrotną sumę dwudziestu pięciu dolarów. 
Mężuś grzecznie wysłał czek, a w krótkim czasie potem, lekko szary na twarzy, odkrył, że z naszego konta zniknęło nagle dwa i pół tysiąca dolarów. Zgłosił kradzież i do domu przyjechało dwóch panów policjantów zbadać sytuację. 
Po przedstawieniu przez bank kopii dokumentu wszystko stało się jasne: jakiś cwaniak przechwycił naszą przesyłkę, dopisał do sumy dwa zera, sprytnie wymazał oryginalnego odbiorcę i wpisał kogoś innego. W teorii nikt nie powinien mieć możliwości zrealizowania tak bezczelnie przerobionego czeku, a jednak system zawiódł. Dostaliśmy nawet zdjęcie z bankowego monitoringu, przedstawiające delikwenta w czapce, szaliku i ciemnych okularach – cud prawdziwy, że nie założył maski dla spawaczy. 
Panowie policjanci poinformowali nas z rozbrajającą pogodą ducha, że nigdy go nie złapią, bo facet rozpłynął się jak sen złoty. Ponieważ ewidentnie nie była to nasza wina, po sporządzeniu oficjalnego raportu bank bezdyskusyjnie zwrócił nam całą kwotę.
I o ile zafałszowanie czeku podniosło Mojemu Mężowi ciśnienie, o tyle okoliczności następnego kontaktu z amerykańską policją prawie przyprawiły go o zawał.
Druga sytuacja miała miejsce dosłownie parę dni temu. Junior miał wypadek samochodowy. Nie tworząc niezdrowego dramatyzmu: fizycznie nic mu się nie stało. Psychicznie – to zupełnie inna historia. Wracał z uczelni do domu swoim samochodem i jechał autostradą. W momencie gdy znajdował się na lewym, najszybszym pasie, nagle eksplodowało mu przednie lewe koło. W potężnym szoku udało mu się zapanować nad pojazdem i zatrzymać, ale niestety po lewej stronie – czyli w najbardziej niebezpiecznym miejscu z możliwych.
Obok śmigały pędzące samochody, a on oczywiście od razu do nas zadzwonił. Mój Mąż zaczął w popłochu szukać pomocy drogowej. Ostatni raz widziałam Go w takim stanie, gdy tuż po narodzinach Nasz Syn wylądował na OIOM-ie. Junior pokazał nam na kamerce oponę, która była w strzępach. 
Siedział przerażony w środku. Nie mógł jechać, nie mógł też uciec na piechotę, bo od bezpiecznego pobocza oddzielały go trzy pasy mknących aut. Czas dziwnie się rozciągnął – mimo że upłynęło dosłownie parę minut, wydawało się, że wszystko trwa dużo dłużej. 
Junior był cały czas na linii. Mąż w panice usiłował przekrzyczeć przez telefon automatyczną infolinię sztucznej inteligencji, żeby wysłała natychmiastową pomoc. Ja właśnie otwierałam usta, żeby krzyknąć do syna, by natychmiast dzwonił na policję.
I w tym momencie w jego samochód z boku z impetem uderzyło rozpędzone auto.
Wiedziałam, co się stało, zanim Junior, używając kilku dosadnych, polskich przekleństw, krzyknął z przerażenia. Mąż zszarzał na twarzy jeszcze bardziej i razem wrzasnęliśmy do telefonu, żeby natychmiast dzwonił na numer alarmowy. W międzyczasie wypadliśmy z domu i zaczęliśmy jechać w jego kierunku, a nie było to proste, bo utkwił na autostradzie około trzydziestu kilometrów od nas. 
Po chwili Junior oddzwonił, że policja już jedzie. Cały się trząsł, kazałam mu bezwzględnie zostać na linii. Mój Mąż zaczął łamać chyba wszystkie możliwe ograniczenia prędkości. Kojącym głosem Matki Polki rozmawiałam z synem, a jednocześnie starałam się opanować Męża, który rzucił tylko krótko:
– Wiesz, że on jest w tym momencie w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Nie musiałam być doświadczonym kierowcą, żeby zdawać sobie z tego sprawę. W każdym ułamku sekundy mogła wjechać w niego następna maszyna – o wiele większa i szybsza. 
Dosłownie po trzech minutach od zgłoszenia do syna dotarła policja. Ponieważ cały czas byliśmy połączeni, wszystko słyszeliśmy na żywo. Funkcjonariusze natychmiast zablokowali ruch na autostradzie. Wszystko stanęło. Dopiero wtedy Juniorowi udało się dotelepać uszkodzonym autem na prawe pobocze. Policjanci błyskawicznie ściągnęli pomoc drogową, spisali protokół, a potem przejęli telefon od Juniora – wszystko nam spokojnie wyjaśnili i zapewnili, że Nasz Syn jest cały i całkowicie bezpieczny. Poczekali na lawetę, osobiście przekazali Juniora kierowcy i dopiero wtedy odjechali. 
Sympatyczny starszy pan z pomocy drogowej załadował rozbity samochód, zjechał z autostrady i zatrzymał się na najbliższej stacji benzynowej. Dotarliśmy do nich zaledwie pięć minut później.
Każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni, wie doskonale, w jakim stanie był Junior i co czuł, czekając na pomoc ze świadomością, że w każdej chwili ktoś może go dosłownie zmiażdżyć. 
Kiedy już bezpiecznie wróciliśmy do domu, Junior opowiedział mi, że samochód, który w niego uderzył i uciekł, zatrzymał się spory kawałek dalej – za daleko, by odczytać numery tablic rejestracyjnych – i stał tak nieruchomo prawie do samego przyjazdu policji. Nikt z niego nie wysiadł.
Mój Syn podzielił się ze mną również wrażeniami ze swojego pierwszego kontaktu z numerem alarmowym. Tutaj okazało się, że telewizja nie kłamie. Dyspozytorka była taka jak na filmach – spokojna, troskliwa, upewniła się, że Junior nie potrzebuje pomocy medycznej, i uspokajała go, że wszystko dobrze się skończy. Na koniec dodała, że radiowozy są już w drodze, bo dostali wcześniej kilka zgłoszeń od kierowców o tym, że dwa auta utknęły po zderzeniu na pasie. 
Jestem głęboko przekonana, że jedno z tych zgłoszeń było od człowieka, który uderzył w samochód Juniora.
Ktokolwiek to był, stał tam dalej i czekał, żeby upewnić się, że nie doszło do tragedii, samemu potwornie ryzykując. Nie podjechał bliżej, bo zwyczajnie panicznie się bał – albo więzienia, bo coś było nie w porządku z jego autem, albo natychmiastowej deportacji. Obstawiam raczej tę drugą opcję. 
Tutejsi policjanci dosłownie uratowali życie Mojego Syna, zaopiekowali się nim i oddali w bezpieczne ręce. 
Na pewno w Ameryce, jak wszędzie na świecie, jest wielu złych i skorumpowanych stróżów prawa, ale ja na całe szczęście spotkałam wyłącznie przyzwoitych i kompetentnych.

niedziela, 11 października 2026

Waszyngton, czyli historia jednej przyjaźni

 Pięć  lat temu, w środku pandemii, wylądowaliśmy na wakacjach na Jamajce. Pobyt pod wieloma względami był bardzo udany. Po pierwsze, świat ciągle jeszcze był częściowo zamknięty, więc ta podróż to było jak wyrwanie się z klatki. Po drugie, poznałam wtedy Szaloną Duszę – Polkę oryginalnie z Krakowa, a od trzydziestu lat z okolic Waszyngtonu. A po trzecie, to właśnie na Jamajce, mocząc się w morza lazurze, przekonałam Mojego Męża, że to jest najwyższy czas na psa.

Mam wrażenie, że im człowiek jest starszy, tym trudniej mu jest zawierać prawdziwe przyjaźnie. My zaczęłyśmy naszą na tarasie przy blasku świec. I choć brzmi to bardzo romantycznie, to rzeczywistość dość mocno odbiegała od tej wizji. Ponieważ mieszkaliśmy w tym samym hotelu, zostaliśmy zaproszeni na drinka po kolacji. To był ten moment, kiedy dochodziliśmy do siebie po śmierci naszych świnek, a kot kochał nieustająco tylko Juniora. Moja nowa znajoma miała króliki, sztuk trzy, które kochała mniej więcej tak jak my nasze małe tuczniki. Była niestety po stracie jednego z nich. I tak część męska naszych rodzin, w sumie sześciu facetów, oraz Moja Córka patrzyli bezradnie, jak dwie polskie baby, pociągając nosami, wyrzucają z siebie rozpaczliwe emocje.
Z takimi wakacyjnymi znajomościami jest albo wszystko, albo nic – formy pośrednie, jeśli istnieją, w niczym nie przypominają przyjaźni. Po wspólnych wakacjach umówiłyśmy się na telefon i rozjechałyśmy się każda do swojego domu. Pamiętam, że po powrocie klapnęliśmy z Moim Mężusiem na fotelach i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ta znajomość udźwignie odległość. I teraz, po pięciu latach, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić: udźwignęła. Zaczęło się od telefonów i godzinnych rozmów, a potem zaczęłyśmy się regularnie odwiedzać. Cztery godziny jazdy w jedną stronę w Stanach to jak przejechać Nowy Jork (w godzinach szczytu).
Dzięki temu miałam powód, żeby zwiedzić Waszyngton i – na moje wyraźne życzenie – Baltimore. Wybraliśmy się z wizytą w lutym i o ile błękit nieba powalał, a słońce zachęcająco świeciło, to niestety było przeraźliwie zimno i wiał arktyczny wiatr. Ale jeżeli po jednej stronie barykady są dwie szalone Polki, a po drugiej tornado, to raczej nie obstawiałabym zwycięstwa żywiołu. W świetnych humorach galopowałyśmy radośnie, poganiając mężczyzn, a ponieważ obie dorobiłyśmy się cudzoziemców – ja Holendra, a ona Amerykanina – to panowie dzielnie podtrzymywali się na duchu.
A było po czym chodzić, bo główne atrakcje są położone w linii prostej liczącej trzy kilometry. Zaczęliśmy od pomnika Lincolna, jednego z ulubionych miejsc do kręcenia filmów sensacyjnych, potem zobaczyłam sadzawkę lustrzaną, przez którą brnęła dziewczyna do „Forresta Gumpa”, obleciałam dookoła obelisk, czyli pomnik Waszyngtona, i zakończyliśmy na siedzibie parlamentu, czyli Kapitolu. Pod koniec wszyscy szczękali zębami. Muszę przyznać, że ta trasa robi wrażenie. Te miejsca są tak znane i tak często pokazywane w filmach, że przez cały czas miałam irracjonalne wrażenie, że po pierwsze już tam kiedyś byłam, a po drugie, że to wszystko to dekoracja, a nie prawdziwe budynki. Przyznam uczciwie, że na Biały Dom rzuciłam tylko okiem z oddalenia – na tle Kapitolu i monumentu Lincolna wyglądał on doprawdy niepozornie.

Jak byłam szczawikiem w podstawówce, granice były zamknięte i istniały wyroby czekoladopodobne, to moim marzeniem było zobaczenie Baltimore. I uczciwie to przyznaję, że tylko i wyłącznie ze względu na nazwę, która bardzo mi się podobała. Kojarzyła mi się z czymś tajemniczym i egzotycznym. Razem z „czasami słusznie minionymi” zostawiłam za sobą to zupełnie pozbawione sensu pragnienie. Aczkolwiek od momentu, jak usłyszałam „Dezyderatę” w wykonaniu Piwnicy pod Baranami, to gdzieś z tyłu głowy zawsze brzmiały mi słowa: „znaleziono w starym kościele św. Pawła w Baltimore”.
Kiedy już zwiedziliśmy solidny kawałek Waszyngtonu i zaczęliśmy pomału zbierać się do domu, Szalona Dusza zapytała, czy jest jeszcze coś, co bym chciała zobaczyć. Przez chwilę się zawahałam, a że prawdziwa przyjaźń opiera się przede wszystkim na tym, że można sobie pozwolić być sobą, walnęłam prosto z mostu:
– Baltimore.
Pierwszą reakcją wszystkich było głośne:
– Dlaczego?
Według partnera Szalonej Duszy Baltimore nie było ani specjalnie atrakcyjne, ani, co ważniejsze, bezpieczne. Mimo obaw zawieźli nas tam, wybrali restaurację na szczycie wieżowca i wystawili mnie na taras w pełnym słońcu i, oczywiście, porywistym wietrze. Roztoczył się przede mną widok portu. Może nie był najpiękniejszy na świecie, ale mnie się bardzo podobał. Patrząc na wszystko z lotu ptaka, uśmiechnęłam się zachwycona, a potem palnęłam:
– A teraz chcę zobaczyć kościół.
Panowie zamarli, a Szalona Dusza w mig zrozumiała, o co chodzi – w końcu Piwnicę pod Baranami miała niejako we krwi.


Spacerkiem dotarliśmy do kościoła św. Pawła i tutaj okazało się, że niestety nie będziemy mogli wejść do środka, bo jest zamknięty. Zupełnie się tym nie przejęłam. Wystarczyło mi, że mogłam dotknąć jego murów z zewnątrz. W takich chwilach czuję po prostu czystą wdzięczność, że los i wszystkie Siły Wyższe pozwalają mi na przeżywanie mojego życia na moich warunkach.


Usatysfakcjonowani widokami i obiadem, wracaliśmy ulicami Baltimore do samochodu. Przechodząc przez jakiś skwerek, zobaczyłam pomnik. Ponieważ zbliżyłam się do niego od tyłu, nie wiedziałam, co dokładnie przedstawia. Odruchowo obrzuciłam go spojrzeniem i stanęłam jak wryta. Ogarnęło mnie to specyficzne, nagłe uczucie, jakie człowiek miewa, gdy na totalnym końcu świata, daleko od domu, znajduje cząstkę własnej tożsamości. Wydawało mi się, że u samej góry dostrzegłam rzeźbę husarza. Co zupełnie nie miało sensu – bo co husaria robiłaby w centrum Baltimore?
Obeszłam tę majestatyczną bryłę i wszystko stało się jasne. Przede mną wznosił się wysoki monument upamiętniający Polaków zamordowanych w Katyniu. Na złotych, stylizowanych płomieniach byli jakby zawieszeni w czasie żołnierze i królowie polscy, a na samym szczycie – dumni husarze. Okazało się, że ten pomnik jest jednym z najokazalszych w całym Baltimore, a powstał oczywiście dzięki niesamowitej inicjatywie Polonii. 

I może w obecnych czasach to nie jest ani łatwe, ani popularne, ale ja naprawdę jestem dumna z faktu, że jestem Polką.


środa, 7 października 2026

Ostrokrzew, hiena i UFO, czyli amerykańskie sekrety

W pewnym wieku ludzie zwykli mawiać: mnie już nic nie zaskoczy. 
Myślę, że ja też miałam takie zapatrywania na przyszłość. Tymczasem podczas mojej emigracji życie zdecydowało, że trzeba mnie zaskoczyć – szczęśliwie dla mnie, głównie pozytywnie.
Zaczęło się niewinnie. Podczas naszych pierwszych pięciu lat pobytu w Stanach, jak już o tym wspominałam we wcześniejszych postach, mieszkaliśmy w Connecticut. 
Bardzo lubiłam dom, który wynajmowaliśmy, mimo tego, że był stary (zbudowany na początku lat pięćdziesiątych) i zimny pioruńsko. W pakiecie z domem dostaliśmy w leasingu ogród. I to głównie dzięki temu zachowałam zdrowie psychiczne, zwłaszcza podczas pandemii. 
Zachwycałam się wszystkimi roślinami bez specjalnego zastanawiania się, czym dokładnie są, bo zwierzęta rozpoznawałam bez pudła.
W Polsce podczas Świąt Bożego Narodzenia króluje jemioła, w Stanach – ostrokrzew. Przyznam uczciwie, że podczas pierwszego roku przeoczyłam fakt posiadania na własność tej rośliny. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że o ile jemioła wisi na drzewach, o tyle ostrokrzew kojarzył mi się z krzaczkiem. 
A tymczasem podczas drugiego roku emigracji ostrokrzew zaowocował i okazało się, że to jest wielkie drzewo. Jak powiedziała Mojej Mamie, że mam ponad dziesięciometrowy ostrokrzew w ogrodzie, to nie chciała mi wierzyć. 
Co ciekawe, podczas pięciu lat tylko raz się tak pięknie zaprezentował. Potem okazało się, że o ile w Polsce to są krzaczki, o tyle w Stanach takie wielkie drzewa są bardzo popularne. 
Myślę, że uczucie, kiedy widzi się coś, co teoretycznie nie ma prawa istnieć, jest porównywalne do odkrywania nowych gatunków roślin i zwierząt.
I o ile ostrokrzew zszokował mnie w Connecticut, o tyle po przeprowadzce do New Jersey tutejsza fauna postawiła mnie w jeszcze bardziej irracjonalnej sytuacji. Tym razem na szczęście był ze mną Mąż, bo myślę, że inaczej nikt by mi nie uwierzył.
Dwa lata temu wracaliśmy do domu i na naszej ulicy wbiegło nam pod samochód jakieś stworzenie. Ponieważ jechaliśmy wolno, a dodatkowo Mój Mąż ma świetny refleks, obyło się bez tragedii. Niedoszła ofiara stanęła około trzech metrów od nas. Zapatrzyliśmy się na nią, a ona na nas. 
Po dłuższej chwili wydobyłam z siebie głos, nie wierząc, że to mówię:
– Rany boskie, co tutaj robi hiena?
Mieszkamy w New Jersey, w dzielnicy domków jednorodzinnych, a nie na afrykańskiej pustyni. Hieny, zaraz po słoniach i żyrafach, raczej nie spacerują po okolicy. Mój Mężuś słabo zaprzeczył, że to nie może być hiena. 
Tajemniczy drapieżnik ciągle stał, a my nie odrywaliśmy od niego oczu. Widocznie nie byliśmy specjalnie atrakcyjni ani apetyczni, bo w końcu zwierzak zaczął się oddalać wolnym truchcikiem. Ruszał się też zupełnie jak hiena.
I powiem szczerze, że być może to nie była hiena, tylko wynędzniały kojot z patologicznej rodziny po przejściach, ale nie jestem w stanie się do tej wersji przekonać. 
Dotarliśmy do domu i Mój biedny Mąż odblokował się wokalnie, pytając mnie zupełnie ogłuszony:
– Ale przecież to nie mogła być hiena, prawda?
Może i nie mogła, ale według mnie była. Choć od spotkania z tajemniczym, hienopodobnym stworzeniem upłynęło już trochę czasu, Mój Mąż zawsze wspomina to zdarzenie. I chociaż usilnie wypiera możliwość, że faktycznie po naszej okolicy plątał się drapieżny padlinożerca, to zawsze widzę w jego oczach cień niepewności.
I na koniec będzie tajemniczo. Jakoś tak się złożyło, że w filmach przybysze z kosmosu lądują głównie w Stanach. Być może ma to związek z faktem, że istnieje wiele plotek mówiących o lądowaniu w Roswell i w kilku innych miejscach w USA.
Ogólnie wielu Amerykanów wierzy w UFO – obstawiam, że tak średnio połowa, co w przypadku ponad 300-milionowego państwa jest niezłym wynikiem. Mogłam się o tym przekonać osobiście, kiedy mniej więcej rok temu byliśmy na proszonej kolacji u mieszanego małżeństwa polsko-amerykańskiego.
Pan domu, Amerykanin co się zowie, okazał się gorącym zwolennikiem życia pozaziemskiego. Ponieważ impreza odbywała się na zewnątrz, po zapadnięciu zmroku na bezchmurnym niebie pojawiły się gwiazdy, doskonale widoczne, ponieważ nie mieszkamy w mieście. 
W pewnej chwili zauważyłam, że nasz gospodarz obserwuje w skupieniu niebo. Ja również spojrzałam w górę. Lubię patrzeć w niebo w każdym wydaniu: nocnym, dziennym, słonecznym czy zachmurzonym. 
Pan domu wskazał ręką jedną z gwiazd, dość mocno świecącą, i powiedział:
– To nie jest gwiazda, ktoś nas obserwuje.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem, bo jak dla mnie to była zwyczajna gwiazda. Zrobił tajemniczą minę i od tego momentu zaczęliśmy obserwować „podejrzane” zjawisko. 
Mój Mąż lekko wzdychał, ponieważ jako umysł ścisły nie wierzy w syreny, jednorożce i – o zgrozo! – w Świętego Mikołaja. UFO również zalicza się do tej kategorii. 
I normalnie zakończyłabym tę historię w tym momencie, ale koniec był bardziej spektakularny. Gwiazda najpierw trwała bez ruchu, a potem zaczęła się przemieszczać bardzo wolno, następnie zniknęła zupełnie, żeby pojawić się po pół godzinie, znowu przemieścić i zaparkować mniej więcej w tym samym miejscu co wcześniej. I było to o tyle szokujące, że zarówno rodzaj światła, jaki emitowała, jak i ruch nie pasował do niczego. 
Oczywiście chyba nie muszę dodawać, że nasz gospodarz był przekonany, że podglądały nas ufoludki, które pewnie też sobie robiły grilla.
Mnie osobiście również przydarzyło się coś niezwykłego. Kiedyś w nocy wietrzyłam nasze psy. W międzyczasie spoglądałam na rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie zobaczyłam coś dziwnego. 
Wyglądało to jak ślad, jaki zostawiają za sobą w ciągu dnia samoloty, tylko że on był świecący i dodatkowo po kilku sekundach zniknął zupełnie. 
Powiem szczerze: według mnie te wszystkie ponadnaturalne, tajemnicze zjawiska na amerykańskim niebie to nie są statki pozaziemskich cywilizacji, tylko niestandardowe samoloty wojskowe, produkowane w tajemnicy w wersji limitowanej.
Ale, cytując z przymrużeniem oka Sherlocka Holmesa: 
„Gdy odrzuci się wszystko, co niemożliwe, wówczas to, co pozostanie, bez względu na to, jak bardzo byłoby nieprawdopodobne, musi być prawdą”.
Jeżeli coś świeci i leci, a nie jest gwiazdą wiszącą bądź spadającą, samolotem, balonem, helikopterem czy satelitą, to co pozostaje…?