Po świątecznych przygodach tudzież złapaniu małego przeziębienia zdecydowaliśmy się na Sylwestra, jak to się kiedyś mówiło, „na białej sali”, czyli w bliskiej odległości do łóżek.
Wystrój wnętrza i atmosfera jednakże były bardzo dalekie od zen.
Choinka świeciła, w kominku ogień wychodził z siebie, żeby wprawić wszystkich w płomienny nastrój, a w telewizji leciała relacja na żywo z Times Square.
W wygodnych dresikach zasiedliśmy przed kominkiem, telewizorem i choinką, chłonąc wszystko, gotowi na naszego pierwszego amerykańskiego Sylwka.
Najpierw wszyscy zgodnie pogratulowaliśmy sobie pomysłu, żeby zostać w domu.
Temperatura na zewnątrz wynosiła minus 12, a odczuwalna minus 22.
Boże, jak ci ludzie marzli – aż żal było patrzeć!
Dwóch prowadzących na zewnątrz: pan ubrany rozsądnie (pełen zimowy zestaw, łącznie z rękawiczkami) i Pani Elegantka w różowym, plastikowym płaszczyku, mitenkach i bereciku z uszami na wierzchu.
Głównym tematem wywiadów z publiką było to, ile kto ma na sobie warstw ubrań (rekordzista doszedł do siedmiu).
Ale jak widać, Amerykanów byle mróz nie zmoże. Co jakiś czas dziarsko wykrzykiwali: „Marzniemy na kość, ale i tak się świetnie bawimy!”. No, powodzenia.
Moje starsze dziecko, leżąc wygodnie przed kominkiem, świetnie się bawiło, głównie komentując, a młodsze wystawiło na próbę ojcowski ogrom miłości i wywlokło Tatusia na mróz, bo w okolicy pojawił się jakiś szalony pokemon.
Wrócili bardzo szybko – telefon padł z zimna, bo raczej w przegrzanie wątpię. Pokemon dał dyla prawdopodobnie do ciepłych krajów. Wszędzie pustki.
Jeżeli widzieli ich sąsiedzi, to teraz już na bank będą myśleli, że należy nas unikać i traktować łagodnie, bo z wariatami nigdy nic nie wiadomo.
Mieli już małą rozgrzewkę w Wigilię, kiedy w oczekiwaniu na Mikołaja spacerowaliśmy przed domem jak te ostatnie łajzy (ja oczywiście w kożuszku).
Mikołaj uczciwie wykorzystał naszą nieobecność, zostawił prezenty, a jeden sąsiad o mało nie zostawił z wrażenia zakupów przed domem, tak się na nas zagapił.
Wracając na Times Square: zaczęli się pojawiać różni piosenkarze, część wewnątrz, część na zewnątrz.
Moja pociecha, malowniczo wyciągnięta w blasku ognia, komentowała na bieżąco zmiany koloru słynnej kuli.
Pani Elegantka, prawdopodobnie w celu uniknięcia przymarznięcia do barierki, rozpoczęła tańce z przytupami. Im bliżej było do północy, tym bardziej Pani w różach brakowało tematów do rozmów – dotyczyły głównie pogody i wpływu, jaki miała na ludzi zgromadzonych w centrum Nowego Jorku.
Wpływ można było sobie łatwo wyobrazić, a nawet zobaczyć. Ludzie dzielili się na tych, co się trzęśli, i tych, co udawali, że się nie trzęsą.
W międzyczasie łóżko kusiło, a północ zbliżała się bardzo powoli.
Mąż usiłował przegłosować jakiś film, ale nic z tego – dzieci, solidarnie przyssane do telewizora, przegłosowały go bezlitośnie. Pan prowadzący, chcąc najwyraźniej podnieść morale, zaznaczył, że Mariah Carey będzie śpiewała na żywo. Twardzielka.
Mąż zdrajca przemycił książkę – daremnie! Telefon się rozgrzał, naładował i inteligentny potomek zaproponował następne podejście, tym razem samochodem.
Okazało się, że w ciemnościach można złapać nie pokemona, ale smoki, i w dodatku cztery. Po 20 minutach moi dzielni wojownicy wrócili ze smokami.
Mąż wyglądał, jakby z co najmniej jednym musiał walczyć osobiście.
Godzinę przed północą Pani Elegantka wreszcie się poddała i pojawiła w granatowej, pikowanej kurteczce, rękawiczkach, bereciku wełnianym, ale uszy twardo na wierzchu (chwilowo).
Po krótkim czasie okazało się, że nie doceniłam Pani Elegantki – wróciła znowu w wersji na różowego letniaka.
Pewnie chciała zaimponować Mariah Carey, co było zupełnie nierealne, bo Mariah wystąpiła co prawda w białym futerku, ale za to z biustem na wierzchu i wszyscy byli pod wrażeniem.
Północ nadeszła, obejrzeliśmy zjeżdżającą kulę – faktycznie nawet w telewizji zrobiła wrażenie.
Rozpoczęliśmy Nowy Rok w Ameryce, postaraliśmy się nawet o fajerwerki w wersji mini, w związku z ewentualnym zakłócaniem porządku publicznego!
Emocje pomału opadały, za to młodsza latorośl ewidentnie na coś czekała. W końcu mój potomek nie wytrzymał i walnął prosto z mostu:
– To kiedy będzie wreszcie w telewizji Zenon Martyniuk?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz