Według amerykańskich standardów jestem dziwolągiem – wręcz czymś, co nie ma prawa istnieć, a dziwna sprawa: istnieje i w dodatku rozrabia.
Mianowicie nie mam i nie prowadzę samochodu.
Już w Polsce wielu znajomych dziwiło się, jak tak mogę żyć. Mogłam i bardzo dobrze mi to wychodziło. Co prawda mam prawo jazdy, zrobione kupę lat temu, ale nigdy z niego nie korzystałam i chyba już tak zostanie.
Mam świadomość własnych ograniczeń: nie śpiewam, nie tańczę w balecie klasycznym i nie narażam swojego i czyjegoś życia (przynajmniej świadomie).
Ponieważ Mąż na szczęście samochód prowadzić umie i lubi, tragedii nie ma.
W celu ułatwienia sobie życia w amerykańskiej rzeczywistości zakupiliśmy samochód – duży, rodzinny, wygodny i biały.
Chociaż osobiście nie jestem kierowcą, bardzo polubiłam naszą nową formę komunikacji.
Mam nadzieję, że jak trochę odpuszczą śniegi, mrozy, epidemia grypy oraz inne tego typu rozrywki, wypuścimy się na zwiedzanie Stanów z całą Rodziną.
Póki co nauczyliśmy się racjonalnie organizować sobie różne aspekty codziennego życia, takie jak na przykład zakupy.
A ponieważ, jak wiadomo, „zawsze jak nie urok, to przemarsz wojsk”, postaraliśmy się o instalację Ubera.
Uber jako forma przemieszczania się funkcjonuje już w Polsce, ale ja osobiście nigdy z niej wcześniej nie korzystałam, posiłkując się raczej zaprzyjaźnioną korporacją taksówkową.
Tutaj okazało się, że po pierwsze taksówki są drogie, a po drugie kierowcy mają swoiste poczucie czasu.
Jechałam taksówką raz (oczywiście mówię tu o przedmieściach, bo w Nowym Jorku to działa zupełnie inaczej) i pan zamiast dojechać w ciągu dziesięciu minut, dotarł do mnie po pięćdziesięciu.
Myślałam, że coś mnie wtedy trafi.
Zainteresowaliśmy się więc Uberem.
Po problemach telefoniczno-techniczno-płatnościowych udało nam się wreszcie wszystko dograć. Cały system działa jak w zegarku: czeka się krótko, wiadomo z góry, ile czasu zajmie droga i ile będzie kosztować. Ceny są dużo niższe niż standardowych taksówek.
W charakterze dodatkowego bonusu, podobnie jak w czekoladowych jajkach z niespodzianką, występują kierowcy.
Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się podróżować dwa razy z tym samym, za to zawsze dzieje się coś interesującego.
Najmniej relaksujące są jazdy, gdzie kierowcy nie mówią w żadnym języku, przynajmniej rozpoznawalnym dla mnie. Arabskim niestety się nie posługuję.
W takim wypadku trzeba zawierzyć systemowi komputerowemu i się modlić. Może nie potrafią się komunikować, ale podwożą tam, gdzie trzeba, bez pudła.
Prawdziwa rozrywka zaczyna się, jak z takim panem można sobie pogadać. Jechałam z Włochem – tak włoskim, że mógłby grać w „Ojcu Chrzestnym” bez charakteryzacji i żadnego przygotowania – młodymi, superprzystojnymi Latynosami (obiektywnie część aktorów hollywoodzkich mogłaby się przy nich nabawić kompleksów), Hindusami w turbanach czy potężnymi Afroamerykanami z dredami lub bez, zawsze chwalącymi się dziećmi, wnukami i pokazującymi mi zdjęcia.
Jak do tej pory jednak z tych wszystkich podróży dwie najbardziej wryły mi się w pamięć.
Jazda nr 1.
Wsiadam i widzę lekko wymiętego Świętego Mikołaja we flanelowej koszuli w kratę – nawet okularki miał w odpowiednim stylu.
Pan z uśmiechem od ucha do ucha zagaił rozmowę, waląc prosto z mostu, czy wierzę w Jezusa, a następnie zaproponował wspólną modlitwę.
Po raz pierwszy w życiu modliłam się w środku transportu nie ze strachu, w dodatku na głos.
Sympatyczny kierowca produkował tak pozytywne wibracje, że nie miało kompletnie żadnego znaczenia, jakiego jest wyznania.
Pobłogosławił mnie na do widzenia i pojechał wibrować pozytywnie z następnymi pasażerami.
Jazda nr 2.
Wsiadam i widzę młodego faceta, takiego bardziej śniadolicego.
Pan, przepytawszy mnie na okoliczność akcentu i kraju pochodzenia, rozpromienił się i zadeklarował, że jest fanem piłki nożnej.
W Stanach piłka nożna nie jest tak popularna jak praktycznie wszędzie na całym świecie. Tym bardziej szokujące było to, że kierowca był naprawdę nieźle oblatany w historii polskiej piłki nożnej.
Prawdziwe wzruszenie mnie ogarnęło, jak zaczął wspominać Bońka, wszystkie nasze sukcesy piłkarskie z lat siedemdziesiątych, a na koniec zaczął skandować: „Lewandowski, Lewandowski!”.
Mój duch patriotyczny, lekko zahibernowany na skutek niskich temperatur, ożywił się znacząco.
Na koniec okazało się, że sympatyczny gościu jest z Haiti.
Boże, jaki ten świat jest mały!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz