niedziela, 27 września 2020

Trochę strachów i rozrywki, czyli Halloween i szkoła hybrydowa


Rozpoczęłam proces zastraszania sąsiadów. Po trzech latach w Stanach i przeżyciu trzy razy koszmaru Halloweenowego, można powiedzieć, że nabrałam w tym wprawy. Tak dla odświeżenia i podsumowania ostatnich lat, przypomnę, że od lekkiej manii prześladowczej, że odżyją i zaatakują mnie kościotrupy, pająki i zjawy przeszłam do kontrataku. Jak tylko sąsiedzi zaczynają wystawiać przed domami grobowce, ja wystawiam dwa świecące jednorożce, (ze skrzydłami), a jakby to nie wystarczyło posiłkuję się wesołymi duchami tudzież dekoracjami w duchu Disneya. 
Można powiedzieć, że wykańczam wszystkich wielbicieli grozy słodziasnym kiczem i jestem w tym dobra. Mania mi przeszła jak ręką odjął, aczkolwiek za sąsiadów nie ręczę, może mają koszmary z Myszką Miki w roli głównej.

Amerykanie uwielbiają wyprzedzać wydarzenia. Pisałam już o tym przy okazji rożnych świąt. W sierpniu, w sklepach zamiast kąpielówek zaczęły się panoszyć dynie na Święto Dziękczynienia i straszydła na Halloween. We wrześniu, co pocieszające zaczęły się za to nieśmiało pojawiać choinki. Nie wiem co takiego jest w choinkach obwieszonych świecącymi lampkami, ale zawsze na ten widok robi mi się lżej na duszy, prawdopodobnie czysta magia.

Przyznaję, że Halloween jest różnicą kulturową, która jest dla mnie szczególnie trudna do przełknięcia. Zastanawiam się jak Amerykanie wyobrażają sobie to święto w tym roku. Nawet z zachowaniem bezpiecznego dystansu, cienko to widzę. Banda ogarniętych szałem cukierkowym, dzieciaków szturmujących miskę kontra rozsądni rodzice usiłujący ustawić je w kolejce z zachowaniem dwumetrowej odległości. Stawiam na dzieci. 
Jestem sceptykiem, kiedy tak naprawdę do końca nie wiadomo jak ten wirus może się zachowywać, bo co chwila pojawiają się nowe informacje, wypuszczenie dzieciaków snujących się od domu do domu nie wydaje mi się najszczęśliwszym pomysłem.
Myślę, że wystawię wielką michę, pełną słodyczy przed dom i niech się wszyscy częstują. Junior dostanie szlaban, żeby się nie szlajał po okolicy i jakoś to będzie.

A jak już jestem w temacie Juniora to pociągnę temat szkoły. W Polsce odważnie otwarto szkoły, w Stanach nikt się nie odważył na odgórny nakaz, ponieważ gdyby potem jakiś dzieciak zachorował rodzice błyskawicznie pozwaliby szkołę. Znając Amerykanów i ich pasję w pozywaniu w ciągu kilku miesięcy prawdopodobnie padłby system szkolnictwa. Stojąc w obliczu niewiadomego szkoły zaczęły działać na zasadzie hybryd. Przed rozpoczęciem roku wszyscy rodzice musieli na piśmie określić, czy chcą dziecko wysłać do szkoły, czy preferują nauczanie zdalne. Przed podjęciem decyzji musieliśmy przymusowo odbyć konferencję on line z prezentacją jak będzie wyglądać szkoła. Od razu powiem dość strasznie. Plastikowe przegrody, restrykcje i co chyba najgorsze, przymus noszenia maseczek przez dzieci przez cały dzień z małą kilkuminutową przerwą na swobodne oddychanie.

Zatrzymalismy Juniora w domu i teraz mam wątpliwą przyjemność aktywnego uczestnictwa na lekcjach w amerykańskim gimnazjum. O ile w zeszłym roku dzieciaki musiały odwalać wiekszą część pracy same i konferencje z nauczycielami były mocno ograniczone, teraz Junior ma zorganizowane biuro w kuchni i musi siedzieć karnie na wszystkich lekcjach. Na ekranie komputera widać wyluzowane dzieciaki, siedzące w domach, a w klasie nieco mniej wyluzowanych kolegów w maseczkach. Stosunek jest mniej więcej 40 procent do 60, (póki co większą część dzieciaków pochłania wiedzę w szkole). 

Co jakiś czas słychać głosy nauczycieli, którzy przywołują cwaniaków siedzących w domu do porządku, żeby włączyli podgląd, bo wszyscy uwielbiają znikać z radaru, można powiedzieć, że nadali nowe znaczenie słowu "wagary". Wyłączają kamerki i robią sobie sjestę.
W związku z tym gotowanie obiadów jest dość ciekawym przeżyciem. Mam wrażenie, że z każdym mijającym dniem zdrowie psychiczne kadry nauczycielskiej ulega pogorszeniu. 
Ostatnio usłyszałam jak jeden nauczyciel dość podniesionym głosem, co jest raczej tutaj szokująco rzadkie, stawiał ultimatum: "Albo włączycie kamerkę, albo wyrzucę was wszystkich z klasy !" Czujnie skontrolowałam sytuacje i kazałam Juniorowi włączyć kamerkę.

Córka zaczęła studia, też zdalnie. Zorganizowała sobie miejsce w swoim pokoju i uczestniczy codziennie w wykładach, ćwiczeniach, testach, doświadczeniach itd. W Stanach studia zaczynają się miesiąc wcześniej niż w Polsce, w związku z czym już na początku września dostaliśmy kilka pudeł pomocy naukowych: mały chemik, mały fizyk, mały inżynier i mały wynalazca. Na razie jeszcze dom stoi, więc wszystko w porządku.
Mężuś pracuje również zdalnie i od marca tak sobie radośnie żyjemy, rozwodu nie planujemy, nie doszło do żadnych uszkodzeń ciała i ducha więc chyba można to nazwać sukcesem.

Podsumowując lekko ogłuszona sytuacją na świecie i w moim domu, zdecydowałam się na wyciągnięcie jednorożców wyjątkowo wcześnie. Zainstalowaliśmy je z mężem w pocie czoła, przy okazji ustawiliśmy też naszego, skacowanego ducha, który w zależności od okoliczności przybiera różne kolory, ostatnio na przykład był wściekle różowy. Tym razem oszczędziliśmy mu dodatkowych efektów specjalnych i zostawiliśmy go białego, jak kac to kac.
A żeby już całkiem zdołować sąsiadów moja Córka kupiła mu do towarzystwa Myszkę Mini.
Chyba nie można tego inaczej ująć, jesteśmy straszni.




wtorek, 8 września 2020

Ostatnie podskoki lata, czyli Cape May


Rozwydrzeni sukcesem z plażą w Southampton postanowiliśmy powtórzyć takie, miłe doświadczenie. Jeszcze przed przyjazdem do Stanów, oglądałam z tak zwanego doskoku, mroczny szpiegowsko-sensacyjny serial "Czarna lista". Akcja jednego z odcinków miała miejsce w starym pensjonacie usytuowanym przy pięknej plaży. Mimo mrożących krew w żyłach morderstwach i trzymającej w napięciu akcji największe zainteresowanie wzbudziło we mnie miejsce. Z ciekawości sprawdziłam, czy coś takiego jak Cape May istnieje, czy zostało stworzone na potrzeby filmu. 

Okazało się, że miejsce jest jak najbardziej prawdziwe. Na filmie oczywiście było odpowiednio pokazane, pusta plaża, wzburzony Ocean, pensjonat z charakterem i mewy. Kiedy na skutek kaprysu losu wylądowałam w Stanach to miejsce uparcie tkwiło mi w głowie, ale jakoś nigdy się nie składało, żeby tam się wybrać. Wreszcie postanowiliśmy z Mężusiem podejść do tematu na poważnie i na własnej skórze przekonać się jak to Cape May tak naprawdę wygląda. Nasza młodzież solidarnie odmówiła uczestnictwa w wycieczce. Mówiąc szczerze specjalnie im się nie dziwiłam, od nas to było 3,5 godziny w jedną stronę. 

Zapakowaliśmy się i świtem śmignęliśmy "na przygodę". 
Cape May okazało się piękne, aczkolwiek jak to w życiu bywa odbiegało dość szokująco od hollywoodzkiej produkcji. Przede wszystkim plaża chociaż wyglądała imponująco, nie była prosta, (ani pusta, co było do przewidzenia), tylko miała wygląd lekkich zakol, nie zatok. Piasek piękny, muszelek brak, fale  mniejsze, ale spore. Pensjonat nie jeden, ale zatrzęsienie. Jednym zdaniem tak samo jak na filmie, tylko inaczej.

Na określenie samego miasteczka przychodzi mi na myśl tylko słowo "urokliwe". Małe hoteliki, pensjonaciki, domki, wszystko to było takie zapraszające. Wejście na plażę 6 dolarów od łebka, brak problemów z zaparkowaniem. Wymarzone miejsce na rodzinne wakacje.

Po rozlokowaniu, obowiązkowym wymoczeniu, kiedy mój Mąż zaległ w pozycji horyzontalnej w celu regeneracji sił, wypuściłam się na mały spacerek, dotarłam do skał, które stanowiły naturalną granicę między sąsiadującymi plażami.
Wdrapałam się na skały, miałam z nich piękny widok na następne, malownicze zakole i zaległam na nich bardziej w charakterze foki niż Małej Syrenki, ale za to nadrabiając romantycznym nastawieniem. 
Na falach ćwiczyli przyszli surferzy, prawdopodobnie ze względu na wielkość fal, wiek młodzieńców był odpowiednio niższy.
Oprócz standardowych mew, pojawiły się śmieszne ptaki, które oczywiście od razu uwieczniłam dla potomności.

W pewnym momencie kiedy tak sobie siedzieliśmy z mężusiem podziwiając fale, a mnie dodatkowo zebrało się na filozoficzne wynurzenia,  zobaczyłam coś dziwnego w wodzie. Najpierw byłam przekonana, że jakaś szalona łajza zapuściła się na desce i nie może wrócić. Po chwili dotarło do mnie, że to są niewątpliwie jakieś stwory morskie. Mąż lekko zdławionym głosem zawyrokował, że to są rekiny. 

Zamiast zostać pod parasolem, jak nakazywał zdrowy rozsądek, ruszyłam galopem do wody, żeby sprawdzić co tam pływa. Szczęśliwie tajemnicze okazy pływały w sporej odległości i mąż nie musiał mnie wiązać, żeby mnie nic nie zjadło, bo nie mogłam rzucić się wpław. Okazało się, że to były delfiny, tak na oko około 20 sztuk, musiały być olbrzymie, bo nawet z daleka były dość dobrze widoczne. 
Oczywiście usiłowałam je nagrać, ale co chwila zapominałam trzymać prosto komórkę, zagapiałam się i sapałam z zachwytu. 
Filmik nie wyszedł spektakularny, ale coś tam widać. 

Temat delfinów jakoś do tej pory nie wypłynął w moim blogu, w związku z czym, kiedyś, prawdopodobnie w jakiś ponury, listopadowy dzień opiszę moje przeżycia z tymi obłędnymi stworzeniami.
Spędziliśmy wspaniały dzień, żałowałam tylko, że nie mieliśmy więcej czasu, żeby powłóczyć się po uliczkach i ponapawać się atmosferą, ale trzeba było wracać do domu. 
Podsumowując, siedem godzin w samochodzie, ale wartość wspomnień bezcenna.

Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, nasze dzieciaki zrelaksowane, nie wyglądały na rozczarowane wręcz przeciwnie miałam wrażenie, że spoglądały na nas z lekką rezygnacją, a potem z przerażeniem, bo zaproponowaliśmy im następnego dnia wycieczkę do znanej już plaży w Southampton. W końcu dwie godziny brzmią lepiej niż trzy i pół. Okazało się, że jednak nie wystarczajaco zachęcająco. Nasza młodzież była gotowa nawet nas spakować, ale bez brania czynnego udziału w wyprawie.
I tak następnego ranka ociupinkę sponiewierani znowu wyruszyliśmy na podbój Oceanu. 

I tutaj zaczęły się przygody, po Cape May, typowo turystycznym miasteczku, które miało w sobie ten nieuchwytny, zapraszający klimat nadmorskiej miejscowości, która żyje z przyjezdnych, Southampton zdecydowało się pokazać swoje prawdziwe oblicze. Najpierw nie wpuścili nas na parking, (ten za 50 dolarów), bo stwierdzili, że chociaż jest zapełniony tylko w połowie to muszą mieć zostawione miejsca dla miejscowych. Tak dla przypomnienia, to była plaża publiczna, nie prywatna. Zaczęliśmy szukać innej plaży, wychodząc z dość słusznego wniosku, że jeżeli plaża ciągnie się kilometrami, gdzieś musi się jakiś, mały grajdołek dla nas znaleźć. Osiem kilometrów dalej dzięki internetowi i mapie znaleźliśmy następną plażę, również publiczną, nawet bez wypasionego parkingu, tylko z czymś w rodzaju placyku tuż przy plaży. Uradowani zaparkowaliśmy, nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu, kiedy podjechała policja i w uśmiechach grzecznie poprosiła nas, żebyśmy spadali bo nie jesteśmy miejscowi. 

Byliśmy już tym wszystkim ociupinkę  zniesmaczeni, ja nawet bardziej niż ociupinkę. Kierując się polskim, lekko cwaniaczkowatym rozsądkiem, zgarnęłam leżaczek, ręczniki i torbę z olejkami i wysiadałam z samochodu. Mąż odjechał w siną dal szukać miejsca do zaparkowania, a ja weszłam jak na prawdziwą buntowniczkę przystało na plażę. Tego najwyraźniej miejscowi bogacze nie przewidzieli. Ulokowałam się z daleka od wszystkich bo wyjątkowo nie miałam ochoty na nikogo patrzeć. 

Po 40 minutach z drugim ręczniczkiem i parasolem na plażę dotarł zgrzany Mężuś, mój bohater. Rozpoczęliśmy relaks, zbierałam białe kamyki i muszelki, Ocean falował jak szalony, prawie jakby odbierał moje wibracje. Nie poddaliśmy się frustracji, aczkolwiek jeszcze raz Ameryka pokazała, że bez względu na wzniosłe slogany jedyną i nadrzędną wartością są tutaj pieniądze i to duże. Rozumiem, że jeżeli ktoś ma wypasioną rezydencję na plaży to może nie chcieć innych plażowiczów, sama pewnie byłabym średnio zachwycona, ale jeżeli jest to plaża publiczna, w dodatku olbrzymia, to mogliby sobie trochę tej niechęci do zwyczajnych ludzi odpuścić.
Zwłaszcza, że naprawdę tłumów nie było. I tak na marginesie, o ile w Cape May plażowały się różne nacje, to w Southampton nie widziałam żadnego Afroamerykanina. To tyle w temacie, że "Ameryka to wolny kraj". Jestem przekonana, że gdybym była innego koloru niż jestem, ktoś w końcu grzecznie poprosiłby mnie o zmianę otoczenia.

Jak już Ocean skutecznie mnie wymęczył i snułam się rozmarzona, podziwiając nieustająco refleksy słońca na falach, przypomniałam sobie historię znajomego moich Rodziców, który miał w zwyczaju spontanicznie wsiadać w samochód,  a mieszkał w Warszawie i jechać nad morze, tylko po to, żeby się wykapać w naszym, zimnym Bałtyku, pogapić chwilę na fale i wrócić do domu. Wtedy wydawało mi się to co najmniej dziwne, chociaż jako nastolatka z fantazją powinnam była go rozumieć. Wychodzi na to, że u mnie fantazji przybywa z wiekiem, (to akurat mi bardzo odpowiada), bo oto po wielu latach zrobiłam dokładnie to samo i podobnie jak ja wtedy, tak teraz moje, własne, osobiste dzieci nie zrozumiały tego pragnienia, ale nie tracę nadziei, że za parę dekad też bedą zdolne do różnych szaleństw, (w końcu z DNA nie ma żartów).

Podsumowując, mimo początkowych nieprzyjemności było cudownie, trochę podładowałam akumulatorki na nowe, pandemiczno-szkolne wyzwania. Nakręciłam znowu mnóstwo filmików z falami, (tym razem wszystkim oszczędzę widoków), ale za to załączam lekko nostalgiczny filmik z ptaszkami i drugi z delfinami. To tak w temacie, że cuda się zdarzają codziennie, chociaż nie zawsze patrzymy w odpowiednim kierunku, żeby je zobaczyć.










środa, 2 września 2020

Już nie ma dzikich plaż, ale są dzikie Matki Polki, czyli moje urodziny


Ostatnio zrobiło się na moim blogu tak słodko i uroczyście, w związku z tym postanowiłam, że zamknę wakacje z przytupem, czyli opiszę swoje urodziny. 

Normalnie nie ma się czym chwalić, ale tym razem zrobię wyjątek. Różne przyjęcia urodzinowe przeżyłam w swoim życiu, Rodzice wyprawiali mi imprezki domowe, (bardzo udane), jako studentka celebrowałem je trochę inaczej, ale też bardzo sympatycznie i rozrywkowo, część przeszło zupełnie bez echa, gdzieś pomiędzy pieluchami i smoczkami, ale żadne z moich urodzin nie były tak magiczne jak te. 



Pandemia, jak wielu osobom na całym świecie totalnie zniszczyła nam możliwość odpoczynku i jakiegoś szalonego wyjazdu wakacyjnego. W efekcie przesiedzieliśmy wakacje w domu i zagrodzie, starając się nie myśleć za dużo o respiratorach, szalejących dookoła wirusach i wizji nadciągającego jesiennego kataklizmu. 
W związku z tym w ramach prezentu urodzinowego zażyczyłam sobie dzień na plaży, ale takiej z prawdziwego zdarzenia, z "bezkresnym przestworem Oceanu".
I tak wylądowaliśmy w Southampton, trochę ponad dwie godziny czystej jazdy samochodem od naszego domu, (w jedną stronę). 

W dzień moich urodzin zapakowaliśmy samochód jak na tygodniowy pobyt, fotele, parasol, koc, sterta ręczników i ubrań na zmianę, o całej kolekcji olejków do opalania z filtrem od zera do setki nie wspominając, dwa wielkie pudła styropianowe pełne jedzenia i napojów i mały torcik w celu dopełnienia urodzinowej atmosfery. Wyjechaliśmy rano, a wróciliśmy wczesnym wieczorkiem.

Najpierw trochę o samym miejscu, Southampton to tak zwany grajdołek dla super bogaczy w wieku powiedziałabym średnim, przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Przy wjeździe najpierw w oczy rzucają się luksusowe jachty, motorówki i stare ekskluzywne samochody na ulicach, a dopiero potem pańcie w obowiązkowych legginsach i markowych okularach. Domy pozornie nie odbiegają od naszego, przedmieściowego standardu, ale tylko pozornie.
Zwłaszcza te znajdujące się blisko plaży powalają, może nie tyle atrakcyjnością ogólną, ale wielkością i cenami. Z ciekawości sprawdziliśmy taki, naprawdę wielki dom, który był na sprzedaż, jedyne 150 milionów dolarów, można powiedzieć tani jak barszcz, czysta okazja, nic tylko kupować. Taka standardowa posiadłość ma od strony ulicy ogród, a z drugiej strony kawałek trawnika i bezpośrednie wyjście na plażę. Powiedzmy, że gdybym miała zalegające w skarpetce zbędne 150 milionów dolarów to z wielką chęcią nabyłabym takie domiszcze, zamieszkałabym tam i zapomniała o całym świecie. Myślę, że nawet gdybym miała "tylko" milion to kupiłabym kurnik i też w nim zamieszkała.

Mężuś po dokładnym zgłębieniu tematu zabrał nas na plażę, która w amerykańskich rankingach najpiękniejszych plaży podobno zajmuje zaszczytne trzecie miejsce, (Coopers beach). Nie mam porównania, bo byłam tylko na kilku, ale jak dla mnie było jak w bajce. Ten odcinek wybrzeża ciężko jest nawet nazwać plażą, to są po prostu kilometry pięknego, żółtego piasku, bez kamieni, które ciągną się w nieskończoność, (w rzeczywistości ok. 20 kilometrów).

Była to plaża publiczna, ale żeby na nią wejść, trzeba było zaparkować samochód i uiścić opłatę 50 dolarów. Całe szczęście, że nie od łebka tylko od samochodu.
Ocean razem z Mężem zafundował mi perfekcyjne urodziny. Woda była idealna do kąpieli pod względem temperatury. Jeżeli chodzi o wygląd, postaram się go opisać chociaż poetką nie jestem i ogólnie z poezją mi tak trochę nie po drodze, a wyjątkowo taki talent by mi się przydał.
Woda wyglądała jak roztopiona platyna z rtęcią, ozdobiona dodatkowo diamentami, które lśniły w słońcu. Dodatkowo zupełnie nierealnie wzbogacona była co jakiś czas o bitą śmietanę. Piana brała się z fal, które dochodziły do 3 metrów. Dzięki ogromowi plaży, nie było trudno zachować parometrową odległość od innych plażowiczów, a jak dodatkowo pogoniłam rodzinkę dalej od głównego wejścia było jeszcze luźniej.

Jako stara wilczyca morska, szybko rozbiłam obóz, spryskałam każdego kto mi wszedł pod rękę olejkiem i dopadłam do wody. Ocen falował, wirował i spychał głupoli w różnych kierunkach. Fale jak to mają w zwyczaju najbardziej waliły stosunkowo blisko brzegu. Im głębiej tym były spokojniejsze, ale nie mniejsze. Zaczęłam sobie falować, gdzieś w połowie drogi do Szkocji mąż zaczął mnie rozpaczliwie nawoływać do powrotu. Obejrzałam się i okazało się, że byłam dalej niż mój mąż, (chwilowo) miał odwagę się zapuścić, zdaje się, że odpowiedzialnie myślał o osieroceniu potomstwa. Obiektywnie przyznaję, że takie fale nie są bezpieczne nawet dla umiejących pływać.

Zaczęłam wracać, Ocean z fantazją w końcu wypchnął mnie na brzeg, dobry kawałek od męża. Doczłapałam do rodziny szczęśliwa jak morświn, aczkolwiek nieźle zziajana. Koło mnie w wodzie produkowali się młodzieńcy na deskach, a ja Matka Polka stawiałam czoła żywiołowi raczej pod wodą, nurkowałam jak zalewały mnie te wielkie fale, te mniejsze pokonywałam jak korek od butelki, ale szampana z prawdzie ułańską fantazją. Uczucie masy wody przewalającej się nad głową kiedy nic nie można zrobić tylko trwać było obłędne. 
Aczkolwiek w trakcie tych, moich, wodnych zapasów uświadomiłam siebie, że może jednak lepiej było na te szaleństwa włożyć kostium jednoczęściowy, bo fale były tak silne, że co jakiś czas ściągały ze mnie górę lub dół kostiumu. Na szczęście nikt mnie nie zaaresztował za naruszanie porządku publicznego, widocznie nie tylko mnie Ocean usiłował rozebrać do golasa.

Gdzieś w połowie dnia rozpakowaliśmy tort i udało mi się zdmuchnąć świeczkę, co łatwe nie było.
Podkarmialiśmy też trochę mewy, które usiłowały ukraść nam aprowizację, ogólnie sielanka oceaniczna trwała w najlepsze. Junior, który najwyraźniej odziedziczył po Mamusi szał wodny wariował w falach przy brzegu, pilnowany jednakże przez tatusia, który obawiał się, że mu syn też odpłynie do Europy.

Zafundowałam sobie jeszcze kilka ekstremalnych maratonów w wodzie, po każdym czując, że ubywa mi lat, a przybywa nadziei na wszystko.
Poszłam też sobie na spacer, w pewnym momencie zostawiłam wszystkich plażujących  za sobą, przede mną była tylko pasmo nieskończonej plaży, woda, której uroda jest ponadczasowa i trochę mew. To był moment czystej perfekcji, idealny pod każdym względem łącznie ze świadomością, że doskonale sobie z tego zdawałam sprawę. Czasami takie chwile niestety umykają nam nie do końca zauważone, czy docenione.

Trochę przesadziłam z długością spaceru, ale jakoś wróciłam do obozowiska i po chwili przerwy znowu rzuciłam się w fale. W końcu zaległam na brzegu w charakterze lekko wymęczonego morświna. Przede mną w wodzie wdzięcznie prezentowała się moja Córka, a dalej stado chłopaków serfowało prężąc się na deskach. Czułam się jak na planie amerykańskiego serialu dla młodzieży, (ja tylko w charakterze dekoracji oczywiście). W pewnym momencie jeden, taki przystojniaczek pojechał na fali, potem z fasonem walnął do wody, wynurzył się koło mojej Córki i jak na reklamie zarzucił włosami, (a miał co zarzucać), rozbryzgując malowniczo wodę, miałam szczerą ochotę mu zaklaskać, ewentualnie zagwizdać, ale się powstrzymałam. Tutaj niestety nastąpił dramatyczny koniec romantycznej chwili, bo oprócz mojego dziecka na brzegu dostrzegł mnie i umknął w popłochu.

Córka w czasie moich szalonych eskapad nazbierała muszli, które nie były wyjątkowo piękne, ale za to olbrzymie, (wielkości dłoni). Oczywiście zabrałam do domu cały worek i teraz wzbogaciły wystrój łazienki, obok koralowców i piasku z każdej karaibskiej plaży na jakiej byłam.
Następnego dnia rano w domu odbyły się poprawiny, czyli bardziej formalna część uroczystości z tortem na śniadanie i prezentami w roli głównej.

A wyglądało to tak.......



















sobota, 29 sierpnia 2020

Pandemiczne garden party, czyli szaleństwa Juniora


To będzie taki, króciutki aneks do urodzin Juniora, (z Puchatością w tle), bo roztkliwiania Matki to tylko jedna strona medalu, a świeżo upieczony nastolatek ma swoje potrzeby. Po trzech latach w Stanach mój syn dorobił się bandy kumpli. Fakt ten o tyle jest ważny, bo w Polsce zostawił paczkę przyjaciół zarówno w szkole jak i na podwórku. Chyba z tego, jednego powodu zawsze czuliśmy się trochę z mężem winni, bo łatwo mu w środku tego, amerykańskiego snu zwłaszcza na początku nie było. Brak znajomości języka, brak kumpli od serca, o braku ulubionych artykułów spożywczych nie wspominając. Jednym słowem dramat. 


A jak już syn bolesną metodą prób, błędów i sukcesów zorganizował sobie życie pojawiła się pandemia. Po kilku miesiącach izolacji Junior poczuł, wzmocniony odosobnieniem, zew natury towarzyskiej i wmanewrował nas w urządzenie mu przyjęcia urodzinowego. Jednym słowem lekko nam padło na mózg, ale miłość rodzicielska jak wiemy dość często nie zna granic. Słabe co prawda, ale jakieś wyobrażenie mieliśmy bo miesiąc wcześniej kolega urządził podobną imprezkę i co było pocieszające wszyscy jakoś przeżyli, wliczając w to rodziców.

Łatwo powiedzieć z realizacją w środku pandemii już tak łatwo nie było. Przede wszystkim impreza ze względu na latającego wirusa musiała odbyć się na świeżym powietrzu, dodatkowo w dzikim upale. W tym celu zakupiliśmy coś w rodzaju namiotu bez ścian w celu zadaszenia młodzieży, żeby nam się nie przegrzała. Tak szaleli, że wirus raczej nie miał szans za nimi nadążyć. Trzeba przyznać, że wszyscy rodzice zaproszonych chłopaczków wykazali się dużą odpowiedzialnością i przyzwoitością i wszyscy goście przyszli zdrowi, większość nawet oficjalnie przebadana lub pozostająca w izolacji przez całe wakacje. Pozostaje nam teraz tylko mieć nadzieję, że skutków ubocznych nie będzie.

W efekcie przez cały dzień po ogrodzie szalała nam banda młodych wilków. W drzwiach do salonu był ustawiony stół szwedzki z wyżerką i napojami w ilościach hurtowych, była pizza, tort, świeczki i śpiewy. Zabrakło tylko skoków przez ognisko, ale za to były gry terenowe.
Tutaj w charakterze dodatkowej rozrywki i gościa specjalnego wystąpiła nasza Kotka, której najwyraźniej też coś padło na kudłaty łebek i również zapragnęła integracji towarzyskiej. To co wyczyniała, żeby dołączyć do dzikich szaleństw nadaje się do kabaretu. Po kilku karkołomnych próbach czołgania się, przeciskania i nawet otwartych prób staranowania drzwi poddaliśmy się, 
W efekcie sześciu, czerwonych na pyskach chłopaczków pilnowało Puchatość, która po krótkim zastanowieniu zaczęła szaleć tak jak oni. Tylko o ile ubiory gości i solenizanta były bardzo minimalistyczne, nasza Kotka rozebrać się ze swojej Puchatości nie mogła. Trzeba jej przyznać, że i tak wytrzymała długo. Wyszalała się, zziajana wróciła do domu napiła, zjadła i padła. 

Wielokrotnie urządzaliśmy naszym dzieciom urodziny w domu i na rożnych placach zabaw, z tej perspektywy mogę stwierdzić, że urządzanie imprezy w ogrodzie ma jedną wadę, mianowicie duży obszar do sprzątania. Aczkolwiek ma też jedną zaletę, po imprezie i solidnym prysznicu solenizant padł jak przerośnięte ciasto przed dziewiątą. Bardzo ładnie się komponował razem z wykończonym kotem.

I na koniec cytując Joannę Chmielewską stwierdzam, że nasz kot jest "połowicznym idiotą". Parę dni po urodzinach rozpętała się wieczorem burza, tym razem nic nie zerwała i nie połamała, tylko padł internet. Znowu miałam takie nieuchwytne wrażenie, że coś za mało widać naszą Kotkę, ale ponieważ dom był zamknięty ze względu na deszcz specjalnie się nie martwiłam, a trzeba było. 
I kiedy już leżałam wyluzowana w łożku, okazało się, że życie przygotowało nam powtórkę z rozrywki. 
Do pokoju wkroczył Junior trzymając przed sobą Puchatość w wersji szczura kanałowego, któremu nie wyszła próba samobójcza. Ten durny zwierzak znowu nam umknął z domu, dokładnie kiedy ciężko stwierdzić, za to znowu sobie wybrała świetny moment. Poprzednio dała dyla w czasie tropikalno-huraganowej burzy, teraz za to wybrała zwyczajną ulewę bez specjalnych efektów specjalnych.

Co ciekawe tym razem ponieważ nikt jej nie szukał wydedukowała najwyraźniej, że musi się ratować na własną łapę i wróciła do domu. Powiem szczerze, że jestem w szoku jak jej się to udało. W efekcie Junior przeżył lekki atak serca, kiedy do szklanych drzwi w ciemności zaczęło się dobijać coś co w ogóle nie przypominało jego ukochanej kotki.


A ja znowu wylądowałam w wannie z brudnym kotem, który musiał być wykąpany. O ile za pierwszym razem myślałam, że zebrała z ogrodu wszystkie liście i ziemię, okazało się, że byłam w błędzie, zostało jeszcze bardzo dużo. Tym razem przeszła samą siebie, no ale znalazła drogę do domu i nawet zaczęła pukać więc można powiedzieć, że tylko połowicznie brakuje jej paru klepek, a może po prostu podobnie jak ja lubi łamać schematy i nawet będąc kotem pragnie regularnie zażywać kąpieli.




sobota, 22 sierpnia 2020

Przyszła pora na Juniora, czyli urodziny Nastolatka


Nasz Junior właśnie obchodził trzynaste urodziny i chociaż nie jest to okrągła liczba, to podobno jest to kamień milowy w życiu i od tego momentu zostaje się oficjalnie Nastolatkiem.
Jak obchodziła osiemnaste urodziny moja Córka popełniłam emocjonalny wpis, także teraz nie ma siły musi być następny. Więcej dzieci nie mam i mieć nie będę więc zamierzam dać upust uczuciom, (może być trochę łzawo). Po za tym mogę dostać galopującej sklerozy i kto im to wtedy wszystko opowie ?

Wszystko zaczęło się od tego, że nasza Córka zapragnęła mieć rodzeństwo, konkretnie braciszka, w związku z tym podjęliśmy z mężem konieczne działania. I na początku wydawało się, że pożądanego rezultatu nie udało się nam osiągnąć. Nie przejęłam się chwilowym niepowodzeniem, a że zaczęło mnie mdlić poszłam na zakupy. Wróciłam z sokiem pomidorowym, kabanosami i śledzikami w occie. Mężuś zastał mnie w trakcie uczty i lekko się zdziwił. Objedzona, zaczęłam kalkulować, teoretycznie wszystko wydawało się w normie, ale menu podejrzanie przypominało smaki z pierwszej ciąży.

Przyznaje, że cierpliwość raczej nie należy do moich cnot, tak więc mimo późnych godzin wieczornych pogoniłam męża do apteki po test ciążowy i tak zaczęła się historia Juniora.
Co prawda gdzieś w międzyczasie nasza Córka zaczęła się zastanawiać, że może jednak wolałaby siostrzyczkę, ale szybko ją uświadomiłam, że zmiana nie wchodzi w grę.
Junior zaistniał całkowicie ignorując prawa biologii i logiki, a dalej było jeszcze bardziej rozrywkowo. Miał pojawić się na tym, pięknym świecie pod koniec sierpnia, mając w nosie kalkulacje własnej matki i lekarzy, zapragnął poznać rodzinę już w kwietniu, gdyby mu się udało to raczej byłoby to bardzo krótkie spotkanie. 

Panie zrozumieją, a czytającym mnie Panom nawet nie będę próbować opisywać co oznaczają bóle porodowe, konkretnie parte, tylko przypomnę, że pojawiają się w końcowej fazie porodu. Junior działając aktywnie zafundował mi je przez cztery miesiące. Pod koniec byłam o krok od wykonania sobie cesarskiego cięcia własnoręcznie. Obyło się i w środku upałów porównywalnych do obecnych pojawił się na świecie oczekiwany męski potomek. 

W trakcie porodu, kiedy poklepywana przez męża nerwowo po głowie, miałam wielką ochotę mu oddać, uświadomiłam sobie, że coś się dzieje. Mianowicie koło mnie nagle zaroiło się od lekarzy. Mężuś przejęty został na chwilę wyproszony z sali, chwila trwała, a do mnie zaczęło pomału docierać, że to chyba jest jeden z tych momentów, kiedy mój, prywatny Anioł Stróż powinien zacząć działać. 
Niewątpliwie w filmie ta scena mogłaby rozśmieszyć, wymęczona przyszła mamusia otoczona gromadą ludzi wykrzykujących sprzeczne polecenia, która w pewnym momencie słabiutkim głosikiem prosi, żeby jednak przyprowadzić warującego na korytarzu przyszłego tatusia, żeby nie przegapił narodzin syna.

Zdążył w ostatniej chwili, nawet przeciął pępowinę i nie zemdlał twardziel. I kiedy myślałam, że teraz już to co najgorsze się skończyło Junior zdecydował, że będzie wyjątkowy i wylądował na OIOMie. Jako dzieciak urodzony w terminie miał płuca wcześniaka, chociaż w ciąży dostałam zastrzyki, żeby płuca mu się rozwinęły, a żeby tego było mało urodził się z wrodzonym zapaleniem płuc. Można powiedzieć potrójny ewenement. 
Warując przy inkubatorze dorobiłam się jednej z największych traum mojego życia, ale też odzyskałam wiarę w lekarzy.
Wyprowadzili Juniora na prostą, żartowali, że nie mają dla niego wystarczająco dużego inkubatora, bo standardowo ich pacjenci ważą mniej niż kilogram. Na oddziałach dziecięcych słychać płacz, na OIOMie co może zdziwić osoby niezorientowane, panuje cisza, przerywana tylko piszczeniem aparatur podtrzymujących życie, dzieje się tak dlatego, że wszystkie noworodki są zaintubowane, potem też nie płaczą normalnie tylko skrzeczą jak małe żabki, bo mają lekko ściśnięte struny głosowe.

Pamiętam dzień, kiedy Juniora wreszcie odłączyli od większości maszyn. Patrzyłam na niego, a on kręcił się z otwartą buzią w kompletnej ciszy. Lekarka, która stała obok mnie powiedziała, że pewnie się zastanawiam co on robi, przytknęłam, okazało się, że płakał. Dopiero potem zaczął skrzypieć, a po paru dniach wyć jak syrena przeciwmgielna, (siła głosu została mu do dzisiaj).
W ciągu następnych lat mnóstwo razy wyciągałam go z rożnych opresji, na opis wszystkich potrzeba więcej niż jednego bloga, a dzisiaj jest wyższy od swojej, pełnoletniej siostry.

Kochany Juniorze wszystkiego najlepszego Nastolatku, nigdy nie zapominaj, że jesteś wojownikiem, (po mamusi), przeżyliśmy to wszystko razem, wierzę głęboko, że z resztą poradzisz sobie sam, a jak nie, to ja zawsze będę obok.


sobota, 15 sierpnia 2020

Trochę agresji, czyli remont łazienki

Stany Zjednoczone zajmują pierwsze miejsce na świecie jeżeli chodzi o częstotliwość masowych strzelanin. Na pewno woleliby nie być liderem akurat w tej konkretnej dziedzinie, ale są. Można tutaj doszukiwać się całej listy powodów i na pewno jest ich sporo, ale najważniejszy jest jeden, usilnie przez wszystkich ignorowany, mianowicie praktycznie nieograniczony, legalny dostęp do broni różnego rodzaju.

Jeżeli żyje się w kraju, gdzie łatwiej zaszczutemu osiemnastolatkowi kupić pistolet niż piwo, to nikt nie powinien się dziwić tym tragediom. A jednak dużo osób nie tylko nie widzi związku, ale jest wręcz gorącymi zwolennikami dodatkowego uzbrojenia.
Zamiast zabrać broń potencjalnym napastnikom, chcą uzbroić nauczycieli, prawdopodobnie, żeby sobie strzelili w łeb nie czekając aż zrobi to za nich uczeń.


Indian praktycznie wybili, bizony też nie mają się lepiej, w sklepach można wszystko kupić, porządku, (przynajmniej w teorii), pilnuje policja, wojsko i gwardia narodowa. Wikingowie przestali napadać i teraz dbają o ochronę środowiska, to po co tutaj potrzebna jest wszystkim broń ? Gorączka złota też już raczej przeminęła.
Napaleni posiadacze odpowiadają, że do obrony rodziny. Bardzo to chwalebne, ale jakoś się nie słyszy, że ktoś kogoś obronił przy użyciu broni, za to wszędzie szkolą dzieci jak się mają zachować jak ktoś wejdzie do szkoły lub restauracji i zacznie do nich strzelać.

I tutaj być może zaskoczę nieprzyjemnie co poniektórych Czytelników, ale ja pacyfistka z urodzenia i przekonania, po trzech latach w tym kraju myślę, że trochę rozumiem tych ogarniętych szałem morderców. Co nie oznacza bynajmniej, że ogarnął mnie jakiś szał.



Nie wierzę, że jest ktoś na świecie, kto choć raz nie miał ochoty zareagować agresywnie w jakimś urzędzie, szpitalu, czy nawet w sklepie. Statystycznie na sto osób prawdopobnie spora część po prostu zaciska zęby, druga grupa równie liczna ogranicza się do agresji w formie werbalnej, ewentualnie małej przepychanki, ale jeżeli zostaje jedna osoba, która ma w kieszeni, albo w szafie w domu pistolet to może z niego zrobić użytek.
Jedynym brakiem konsekwencji jaki tu widzę, jest fakt, że ci ludzie nie strzelają wybiórczo wyławiając swoich "wrogów" z grupy, tylko strzelają do niewinnych ludzi, którzy mieli pecha znaleźć się w ich otoczeniu, a i to nie zawsze.



Jakiś czas temu słyszałam o historii zwolnionego pracownika ze szpitala, bodajże. Załamany nieszczęśnik wszedł do owego szpitala i zamiast odstrzelić osobę odpowiedzialną bezpośrednio za swój los, zamordował ponad dwadzieścia losowo wybranych osób.
Może gdyby nie miał broni to dałby po pysku winowajcy i nikt by nie zginął. 
Podsumowując jestem zdania, że dopóki w Stanach całkowicie nie wycofają broni jako artykułu pierwszej potrzeby, cały czas wszyscy będą żyli w strachu i wiecznym zdziwieniu dlaczego takie okropne sytuacje mają miejsce.



A teraz może wyjaśnię jak to się stało, że poniekąd zrozumiałam mechanizm działania napastników. Otóż jak każdy, w ciągu swojego życia wiele razy miałam ochotę komuś przywalić. W końcu przeżyłam kilka remontów i nieskończoną ilość wywiadówek, które same w sobie są w stanie sprowokować najspokojniejsze jednostki do gwałtownych reakcji tudzież małych wylewów.
W Stanach za to doświadczyłam frustracji z gatunku morderczych i opierając się na własnych doświadczeniach myślę, że mogę powiedzieć dlaczego ludzie tutaj do siebie strzelają. 


Pierwszym powodem jest głupota i kompletny brak kompetencji w urzędach. Przypomina to trochę nasze, najgorsze, szcześliwie minione czasy ponurego komunizmu, kiedy Pańcia z pieczątką miała prawie boską władzę, a petenci musieli się przed nią czołgać i bić czołem. Tylko, że wtedy u nas dzięki łapówkom nikt nikogo nie mordował, najwyżej potem łykał leki na uspokojenie.

Drugim powodem jest bariera językowa, jeżeli we własnym kraju nie można się dogadać w rodzimym języku to ten fakt może równie skutecznie wyprowadzić z równowagi. Stany Zjednoczone chełpią się faktem, że są młodym, wielonarodościowym krajem. Wszystko pięknie, tylko jak wytłumaczyć fakt, że często element napływowy, czyli ci "niedouczeni" emigranci mówią lepiej po angielsku niż Amerykanie, o poziomie wiedzy już nawet nie wspominając.


Paradoksalnie trzecim powodem jest "amerykański sen". Różnice w poziomie i stylu życia są tu za duże. Jeżeli jedna część społeczeństwa odgrywa sceny rodem z oper mydlanych jeżdżąc kabrioletami i budując domu absurdalnie wielkie, a druga sprząta te domy, nie mając szans na porządną opiekę lekarską i edukację, to chyba nie ma co się dziwić frustracjom. 
Ameryka to chyba jedyny taki kraj z grupy wysoko rozwiniętych, gdzie edukacja i opieka medyczna nie jest prawem jednostki tylko przywilejem bogaczy. W momencie poważnej choroby mając do wyboru bankructwo całej rodziny po opłaceniu rachunków za szpital, a śmierć, ludzie wybierają to drugie.



Czwartym powodem jest rasizm i związana z nim dyskryminacja i tutaj można polemizować, że jest dużo lepiej niż było, owszem jest w końcu nikt nie wyprasza Afroamerykanów z restauracji tylko dla białych i nie wolno używać słów murzyn, czarny, czy czarnuch. Ale segregacja rasowa nie zniknęła, tylko przybrała inną formę. Są kolorowe i białe ulice, dzielnice, szkoły, a system opieki medycznej, który i tak tu kuleje, dla osób o innym niż biały kolorze skóry nie ma litości. 
Niedawno natrafiłam na artykuł o śmiertelności kobiet w Stanach podczas porodów, sam fakt, że coś takiego ma miejsce w XXI wieku jest absurdem, a hańbą jest fakt, że częściej to dotyczy kobiet czarnoskórych. Ktoś się pofatygował i podliczył. Czy w takim przypadku fakt, że potem do takiego szpitala wchodzi nieprzytomny z rozpaczy młody wdowiec, a niedoszły tatuś i zaczyna strzelać do wszystkich jest naprawdę taki zaskakujący ?

I na koniec trochę opisów moich frustracji, (Tym razem ograniczę się tylko do budowlanych). Od ponad roku nie dokończyli nam remontu piwnicy, trzy miesiące temu Plenipotent obiecał załatać wielką dziurę w płocie, dziura jest Plenipotenta brak. I o ile piwnica nie spędza mi snu z powiek, bo w niej nie mieszkam, a płot irytuje tylko trochę to ostatnia akcja tego cwaniaczka w ząbek czesanego rozłożyła mnie na łopatki.

Mniej więcej dwa tygodnie temu siedzimy sobie kulturalnie przy stole i spożywamy obiadek. Atmosfera rodzinna mimo izolacji i pandemii kwitnie, dzieciakom pyski promienieją, pełna sielanka. W pewnym momencie poczułam, że po plecach leje mi się woda, z sufitu, zimna na dodatek, potem stwierdziłam, że lepsza zimna niż ukrop. 
Nad naszą kuchnią znajduje się główna łazienka, nazywana tutaj szumnie "łazienką pana domu". Jest spora, bo oprócz wielu szafek, znajduje się tam toaleta, duży prysznic i wielka wanna. Rok temu już było wiadomo, że coś tam przecieka, bo na suficie w kuchni pojawiła się kreska, teraz jest to rów, a sufit trzyma się chyba tylko siłą woli. Cud Boski, że razem z kabiną prysznicową nie spadł mi jeszcze na głowę.

Podstawiliśmy miednice, po telefonie, (nieodebranym oczywiście), wiadomości głosowej  i tekstowej, za drugim podejściem Plenipotent odebrał. Przejął się sytuacją i obiecał pojawić następnego dnia. Po tygodniu mąż, oaza spokoju, zadzwonił znowu. Tym razem facio się pofatygował osobiście, obleciał kuchnię i łazienkę, stwierdził inteligentnie, że trzeba wszystko skuć, bo przecieka prysznic i prawdopodobnie wanna, obiecał zacząć pracę za dwa dni. Ogarnięta optymizmem niewiadomego pochodzenia, zaczęłam przygotowywać plac robót. Co ciekawe wieczny optymista mój mężuś pohamował moje zapędy. 

Planowany termin rozpoczęcia remontu miał mieć miejsce tydzień temu. Plenipotenta nie ma, nawet nie zadzwonił z informacją kiedy będzie. Woda cieknie, sufit się zapada, nam nikt nie użyczył tego domu charytatywnie, rachunki płacimy regularnie, a Plenipotent nie odbiera telefonów i w związku z tym nawet nie mogę mu naubliżać w dowolnym języku, (gdyby chciał mogłabym mu nawet załatwić przemowę po hiszpańsku, żeby trafiło).
Dodatkowo nie możemy go spektakularne zwolnić i wynająć inną ekipę, bo facio jest związany umową z właścicielem domu, a właściciel domu zażywa długofalowego relaksu w Meksyku i preferuje całkowity brak kontaktu bezpośredniego.

I wyobraźmy sobie, że pewnego dnia okazałoby się, że mamy na środku kuchni stertę gruzu z wanną w roli głównej, a ja miałabym mały pistolecik i wiedziała, gdzie ten gnojek nasz Plenipotent mieszka. Czy ktoś by się zdziwił, że mogłabym mieć ochotę zapomnieć, że jestem pacyfistką i załatwić kolesiowi dodatkową fuchę, żeby śpiewał sopranem w przykościelnym chórze.

czwartek, 6 sierpnia 2020

Bolesne porywy serca, czyli skutki huraganu


Po burzowej nocy obfitującej w biegi przełajowe w ulewnym deszczu, tudzież ratowanie podtopionego kota, nastąpił poranek. Wydawało się, że huragan Isaias, (swoją drogą ciekawe kto wymyśla te nazwy), poleciał sobie dalej. Trochę wiało, troszkę padało, ogólnie nic specjalnego. W samo południe, prawie jak w westernie, wybraliśmy się na małe zakupy. Po niecałej godzinie jak wracaliśmy do domu, miałam wrażenie, że weszliśmy do świata równoległego, ewentualnie przenieśliśmy się w czasie i trafiliśmy na moment kiedy doprowadzony do ostateczności świat szykował się do apokalipsy.

Stwierdzenie, że wiało byłoby niedopowiedzeniem roku. Przy wietrze ok. 150 km na godzinę po raz pierwszy zobaczyłam co oznacza w praktyce określenie, że „drzewa łamały się jak zapałki”. Pierwsze drzewo upadło na samochód w ruchu, szczęśliwie dla nas nie na nas, stało się to dosłownie 30 metrów przed nami, szczęśliwie dla ludzi w pechowym samochodzie drzewo było średnich rozmiarów i oprócz unieruchomienia pasażerów w środku, gałęzie nie zmiażdżyły dachu. 
W okolicy rozszalały się syreny, policja, pogotowie i straż pożarna jeździły jakby brały udział w wyścigach. 

Po paru kilometrach dojechaliśmy na naszą ulicę, która ma kształt pentelki. Nasz dom znajduje się dokładnie w środku, tak więc możemy podjechać do siebie z dwóch stron. Wyjechaliśmy z domu godzinę wcześniej, teraz ciężko było uwierzyć, że to jest to samo miejsce, wielkie drzewa leżały, albo co gorsza wisiały na drutach wysokiego napięcia, część kabli leżała na ziemi i smażyła trawę. Nie ukrywam, że na ten widok zrobiło mi się trochę słabo. Zawsze sobie wyobrażałam, że w sytuacji kryzysowej zdążę uskoczyć przed upadającym drzewem, ale nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak musiałabym skakać, żeby mnie nie poraził prąd.

Kolejne drzewo zablokowało nam całkowicie drogę do domu, mąż odkręcił i spróbowaliśmy z drugiej strony. Tutaj było jeszcze gorzej bo oprócz zwalonych drzew, było jeszcze więcej przerwanych przewodów elektrycznych. Zostawiliśmy samochód, dokładnie jak to robią wszyscy Amerykanie na filmach katastroficznych i zaczęliśmy iść do domu. Bardziej niż spadających gałęzi i drzew obawiałam się wiszących i leżących kabli wysokiego napięcia. 

Udało nam się dotrzeć do domu, nasze drzewa udowodniłby swoją siłę i twardo stały, dookoła tylko leżały parometrowe gałęzie. Jakbym oberwała taką gałęzią to raczej bym teraz nie pisała, tylko przy dobrych układach leżała w szpitalu, przy złych gdzie indziej.
Zamknęliśmy się bezpiecznie w domu wykończeni psychicznie, syreny ciągle wyły, wiatr wył, kot miauczał, a ja tak sobie pomyślałam, że jaka szkoda, że ja nie mam jakiś szkodliwych nałogów, żeby trochę się rozluźnić, bo te stresy mnie jednak kiedyś wykończą.

Po paru godzinach okazało się, że jesteśmy szczęściarzami bo u nas nic nie pękło i mamy światło. Za to ku rozpaczy młodego pokolenia i zapracowanego męża padł internet. Okazało się, że 60 milionów ludzi w większej części wschodniego wybrzeża, którym dostarczała internet firma Optimum straciło dostęp do świata wirtualnego.
W międzyczasie w sąsiadów jakby coś trafiło, tak na moje oko był to silny strzał głupoty. Wiatr ciągle wiał, drzewa się ledwo trzymały, wielkie gałęzie nie trzymały się wcale, a sąsiedzi zaczęli maniakalnie spacerować i oceniać straty, tudzież możliwość przemieszczania się, nagle wszyscy poczuli palącą potrzebę przejażdżki.
Nikt nie zginął, co niewątpliwie świadczy o tym, że Opatrzność Boska jednak lituje się nad idiotami.

Jak już pogoda się uspokoiła wtedy służby porządkowe zaczęły usuwać drzewa i reperować kable, w związku z czym wyłączyli nam światło. Zostaliśmy pechowo z prawie rozładowanymi telefonami, z czego w jednym kapryśnie działał internet będący w jakiejś innej sieci.
I wyszło na moje, zawsze mówiłam, że nasza dzielnica to jest sztuczny twór, szklana bańka pełna złudnego poczucia bezpieczeństwa, że nic złego nie może się tu przydarzyć bo domy kosztują fortunę. Nie potrzeba było jakiegoś, specjalnego kataklizmu, zwykła burza wytrąciła wszystkich z równowagi, zablokowała drogę dojazdu a co za tym idzie uniemożliwiła chwilowy kontakt z cywilizacją, chociaż ta cywilizacja znajduje się dosłownie parę kilometrów dalej.

Jak na razie trwają prace, pomału usuwają zniszczenia, udało im się tylko odblokować drogę w jednym miejscu, pewnie za parę dni wszystko wróci do normy, ale gdyby to potrwało dłużej to oni tu wszyscy padliby z nerwów i umarli z głodu, bo nikt im nie mógłby dowieźć zakupów i jedzenia z restauracji. 



I na koniec nie odmówię sobie odrobiny dramatyzmu, bo trochę mnie to wszystko przeraziło, według mnie drzewa powinny „umierać stojąc”, nie znoszę widoku wycinania zdrowych drzew, a jak na przestrzeni jednego kilometra zobaczyłam kilkanaście połamanych i powyrywanych z korzeniami drzew miałam wrażenie, że coś mi szarpnęło serce. 



wtorek, 4 sierpnia 2020

Huraganowe rozrywki, czyli nocne spacery w piżamce



Z Florydy miał nadpłynąć do nas tropikalny huragan. Na szczęście, gdzieś po drodze zmienił zdanie i zdecydował się być burzą tropikalną. Jak się okazało w praktyce nazewnictwo miało znaczenie drugorzędne i z burzą też nie było żartów. Ostrzegali przed wiatrem z gatunku łamiących drzewa, ulewne deszcze, pioruny i inne tego rodzaju rozrywki.


Po trzech latach w Stanach przyzwyczaiłam się już do spektakularnych zmian pogodowych, ale za każdym razem robią na mnie wrażenie. W mediach pojawia się ostrzeżenie o huraganie, na przykład, a za oknami pogoda jak drut, słoneczko świeci, ptaszki ćwierkają. Potem jakby ktoś wyłączył zasilanie na świecie, praktycznie w ciągu kilku minut zaczyna się kataklizm. 
Po serii ostrzeżeń zdecydowaliśmy podejść do tematu poważnie i pochować meble ogrodowe, żeby nam nie odleciały, albo żeby w trakcie lotu nie powybijały okien.
Poprzynudzałam trochę meteorologicznie, żeby przybliżyć jak fajnie przyszło nam przeżyć ową burzę tropikalną z aspiracjami. 

Cała rodzina solidarnie pochowała meble. Po paru godzinach zrobiło się ciemno, pojawiły się błyskawice i zalały nas dosłownie nie w przenośni hektolitry wody. Jedynym pozytywnym aspektem, oprócz oczywistego faktu, że siedzieliśmy sobie w domu, była temperatura na zewnątrz. Mimo spadających gałęzi było ciepło jak w saunie.

I kiedy już wszyscy grzecznie leżeli w piżamkach zadałam proste pytanie, które wywołało reakcje, przy których ta wielka burza to był lekki deszczyk, mianowicie zapytałam gdzie jest kot.
Nasza kotka bardzo często śpi z nami, ale nie zawsze, w jej nieobecności nie było nic niepokojącego, a jednak jeżeli koty mają swoje anioły opiekujące to jeden właśnie mnie walnął z liścia.

Przeszukaliśmy cały dom od piwnicy po dach z garażem włącznie, gdzieś pod koniec tego procesu wyszłam z domu w koszuli nocnej i zaczęłam patrolować ogród z jednej strony, a mąż z drugiej. Lataliśmy oboje w piżamach nawołując kota, a było już po 22-drugiej. Nikt z sąsiadów nie wezwał policji, najwyraźniej stwierdzili, że cierpimy na zespół stresu izolacyjnego i lepiej nas dodatkowo nie prowokować bo jesteśmy nieobliczalni.

Burza litościwie odrobinę przycichła, ale to nie rozwiązało problemu. W okolicy pojawiają się kojoty, mówiąc szczerze nie wiem czy jakiś wojowniczy szop nie miałby ochoty nadgryźć trochę kota, nowy pies sąsiadów za to na pewno by sobie nie odmówił konsumpcji.
Podsumowując, nasza Puchatość w nocy, w trakcie burzy, na łonie natury miała średnie szanse na przetrwanie w stanie nienaruszonym.
A że Siła Wyższa obdarzyła ją urodą nie dając w pakiecie inteligencji, na samodzielny powrót kota do domu nie można było raczej liczyć.

Burza zaczęła znowu się rozkręcać, a ja z kolei zaczęłam się skręcać, ale z nerwów. Dzieci w złudnej nadziei przeszukiwały pięterko kiedy usłyszałam wołanie męża.
Widok jaki ujrzałam niewątpliwe zostanie ze mną na wiele lat. Mój wielki, chwilowo mocno nawilżony mąż w piżamie, szedł trzymając przed sobą coś co kiedyś było puchatym kotem, a obecnie wyglądało jak mokry, brudny, oblepiony liśćmi i ziemią szczur z wytrzeszczonymi oczami. Z imponującego ogona został brudny sznureczek.

Prawie rok temu kiedy kąpaliśmy naszą kotkę w zlewie ważyła wtedy około kilograma i była kociakiem, teraz nie było już szans żeby się do zlewu zmieściła. W efekcie wylądowałam z kotem i z Córką w wannie, bo kot otrząsnął się z pierwszego szoku, machnął brudną łapą na higienę osobistą i chciał dać nogę. Córka trzymała, ja myłam, Junior trzymał w gotowości stos ręczników, a mąż zdaje się walczył z atakiem serca z nerwów.

Kotka została umyta, po krótkim fochu ułożyła się na naszym łóżku, gdzieś około drugiej w nocy stwierdziłam, że jednak spróbuję usnąć, bo jak padnę, to kto będzie ich wszystkich pilnował ?
Okazało się, że mąż znalazł naszą kotkę leżącą w szoku na ziemi pod krzakami praktycznie prawie już u sąsiadów. Musiała wymknąć się na spacer jak wszyscy składali meble. Spędziła kilka upojnych godzin w środku tropikalnej zawieruchy, dobrze, że ją nigdzie dalej nie wywiało. Mam tylko nadzieję, że się nie zaziębiła.

A to jest tylko początek rozrywek, o drzewach, które zatarasowały nam drogę do domu, zerwanych kablach i realnego niebezpieczeństwa, że lada moment kabina prysznicowa spadnie nam przez dziurę w suficie do kuchni będzie następnym razem.



wtorek, 23 czerwca 2020

I co dalej Maturzystko, czyli ceremonia drive-thru

Wygląda na to, że w izolacji można zaobserwować  różne etapy. Zdezorientowanie, stres, nerwica, jeszcze większy stres, strach, mobilizacja, gigantyczny stres, niczym nie poparty entuzjazm i lekko depresyjne znużenie. Nie wiem co jest po znużeniu, bo mowiac szczerze jeszcze z niego nie wyszliśmy.
Świat się otwiera na przekór rzeczywistości, mówiąc szczerze jakoś tego nie widzę. Ostatnio tutejszy prezydent wypowiedział się, że jak przestaną robić testy to spadnie zachorowalność. Wydawał się przy tym gorącym zwolennikiem takiego rozwiązania. Wygląda na to, że w izolacji występuje jeszcze jeden etap: głupota.
Zdecydowanie łatwiej było wytrzymać to wszystko w zimie. Przy kominku wszystkie strachy wydawały się mniejsze, teraz kiedy temperatura przekracza 30 stopni wszyscy chcą jechać na wakacje. Tak, tylko, że nie ma jak i nie ma gdzie. To tyle w temacie depresyjnego znużenia.

W tak zwanym międzyczasie życie usiłuje biec swoim rytmem.
Ostatnio mieliśmy możliwość przeżyć rozdanie świadectw maturalnych. Na filmach młodzież występuje w kolorowych togach, rodzice i dziadkowie płaczą i robią zdjęcia, a na końcu młodzież rzuca w górę czapki z dzyndzelkami. Pandemia dość skutecznie zmieniła warunki, przede wszystkim nie było balu maturalnego, a rozdanie świadectw wyglądało jak zamawianie jedzenia w Macdonaldzie z samochodu, taka "ceremonia drive-thru".

Najpierw dostaliśmy pocztą togę, a parę dni potem nerwowego emaila, żeby pod żadnych pozorem jej nie prasować, bo spłonie.
Chodziłam koło tej togi dość nieufnie, była wygnieciona i nijak mi nie pasowała do ogólnego nastroju. Jako Matka Polka jak zwykle nie odpuściłam, złapałam za żelazko, ustawiłam odpowiednio i wyprasowała kreację. Mój mężuś nie odrywał ode mnie oczu, był przerażony i tylko czekał aż wszystko zacznie płonąć i będzie musiał mnie gasić. Zdecydowanie nie powinien wierzyć we wszystko co tu piszą i mówią.

Następnie moja Córka poinformowała nas, że tu jest zwyczaj strojenia samochodów i wypisywania specjalnymi markerami na szybach różnych sloganów. Na przykład: 
"Udało się, udało się idę na studia !", albo
"Gratulacje jesteś najlepszy !"
W związku z czym wypucowaliśmy samochód na błysk, a moje dziecko rozpoczęło proces artystyczny. W ramach strojenia patriotycznego walnęliśmy flagi i można powiedzieć, że byliśmy gotowi.
Dodatkowo przed domem ustawiliśmy tablicę, że tu mieszka maturzystka, a obok powiewały tematyczne balony wypełnione z helem. Od razu powiem, że pomysł tablic i baloników nie jest mój tylko taki panuje tutaj zwyczaj. Na naszej ulicy było pięcioro maturzystów i wszędzie odpowiednio powiewało.

W związku z pandemią z uroczystości był emitowany internetowy przekaz na żywo, także rodzina w Polsce również mogła się napawać. Paradoksalnie, gdyby nie wirus to nie byłoby możliwe.
W oznaczony dzień o konkretnej godzinie wyruszyliśmy przejęci i muszę przyznać, że mimo naszych obaw wszystko przebiegło nad wyraz sprawnie.
Samochody jechały specjalną trasą wyznaczoną chorągiewkami, dodatkowo grupa nieszczęśników w maseczkach koordynowała ruch, a było co koordynować, bo po odebranie świadectw przyjechało 700 maturzystów. 

W jednym samochodzie za nami jechało paru młodzieńców, którzy krzyczeli: „daliśmy radę, hura, hura, hura” i od razu nas wprowadzili w klimat.
Wyglądało to następująco, podjechaliśmy, w oznaczonym miejscu Córka musiała wysiąść, (w maseczce), potem była wywołana przez megafon po nazwisku, wtedy zdejmowała maseczkę wchodziła na podium, (trochę niższe niż normalnie), ustawiała się z dyplomem do zdjęć, w tym samym czasie my mogliśmy wszystko podziwiać  stojąc przed samochodem, potem zgarnialiśmy maturzystkę  i musieliśmy szybko odjeżdżać.
Flagi powiewały, darliśmy się wniebogłosy, atmosfera mimo okoliczności była podniosła i wzruszająca, a ponieważ władze szkolne zażyczyły sobie wcześniej nagranie z naszym nazwiskiem pani prowadząca wypowiedziała je prawie bezbłędnie. 
Co obiektywnie mówiąc nie było łatwe i tutaj wzruszenie mnie dopadło dodatkowo, nie ukrywam.

I tak moja Córka, skończyła amerykańskie liceum, zdała maturę i została przyjęta na studia w tym dzikim kraju.
A jak to wszystko będzie wyglądać po wakacjach czas pokaże, przecież kiedyś musi być normalnie.






poniedziałek, 8 czerwca 2020

Cienie izolacji, czyli wycie na przedmieściach

Godzina policyjna, zamieszki na ulicach, braki i wydzielanie artykułów spożywczych w sklepach, zamknięte granice. To nie jest opis stanu wojennego z czasów mojego dzieciństwa, tylko nasza codzienność, tzw. "amerykański sen". Chciałam to mam.
Jeżeli dodamy do tego pandemię faktycznie, jak niektórzy twierdzą, brakuje już tylko meteorytu, który spadnie na ziemię.
I jak w tym wszystkim zachować pogodę ducha, kiedy duch sam podupada ?
Mimo wszystko staram się jak mogę, żeby duch optymizmu w naszym małym stadku radośnie powiewał. 
Obowiązkowo wiecznie uśmiechnięta Matka Polka, cała ja.


Ostatnio w ramach podsumowań blasków i cieni izolacji, dyskutowaliśmy z naszymi dziećmi, co się komu podoba a co nie, bo a nuż można coś ulepszyć.
Okazało się, że Juniorowi podoba się wszystko oprócz tego, że nie może sprowadzać bandy kolegów do domu, co ciekawe mnie osobiście ten aspekt izolacji akurat bardzo przypasował. Córce, nie podoba się, że sklepy i granice są zamknięte i że nie możemy lecieć do Polski, a mojemu Mężowi za to podoba się wszystko, tylko pozazdrościć podejścia do życia.
Wygląda na to, że jego duch trzyma się nieźle.
Ogólnie nie mam nic przeciwko izolacji, żebyśmy tylko zdrowi byli, ale tęsknię za naszym morzem i oderwaniem się od rzeczywistości, a na to jak na razie szans nie ma. 
W związku z czym mój duch jest już mocno znużony,  a ja trwam w zawieszeniu, tylko od tego bujania mam już mdłości.


Mamy szczęście, że u nas zamieszki przybrały formę, raczej pokojowych demonstracji i nikt do nikogo nie strzela, (jeszcze). Sama nie wierzę, że tak napisałam. 
Podejrzewam, że wkrótce powstanie wiele prac doktorskich opisujących zachowanie ludzi, kiedy po kawałku odbiera im się wolność. 
Myślę, że reagujemy podobnie jak szczury.
Ponieważ ludzie są w stanie zaadaptować się do każdych warunków, po pewnym czasie zaczynają się cieszyć z rzeczy, które wcześniej uważali za oczywiste.
Tylko u nas zamiast ekstra kawałka sera występuje na przykład papier toaletowy.

Wiele razy pisałam o rasizmie w Stanach więc teraz sobie odpuszczę, bo i bez tego jest ciężko. To co się teraz dzieje nie jest szokiem, ani niczym niezwykłym niestety. Bez względu na to jak to brzmi, USA to nie jest kraj dla biednych, kolorowych ludzi, nie jestem nawet pewna czy jest to dobre miejsce dla zamożnych kolorowych.

Między innymi dlatego tak ciężko mi się teraz pisze. Jak sobie pomyślę, że znowu żyję w kraju, gdzie obowiązuje godzina policyjna, to chce mi się wyć.

Pozostając w temacie wycia, pierwsze rygory izolacji zaczęły łamać dzieci. Wykoncypowały sobie cwaniaczki, że bedą szaleć na dworze z zachowaniem bezpiecznego dystansu. W praktyce ten dystans im się mocno skrócił, ale rodzice zdecydowali się twardo ten fakt ignorować. 
Oni też już zdaje się ledwo ciągną.
W związku z tym sielska cisza izolacji została bezpowrotnie zakłócona. Ostatnio napisała do mnie sąsiadka, że jak to miło, że dzieci, w tym oczywiście mój syn tak ładnie się wydzierają pod oknami. Wyglądało na to, że między słowami usiłowała mi przemycić sugestię, żebym zakneblowała Juniora. Już się rozpędziłam i lecę z kneblem domowej roboty. Po prawie trzech latach mam już swoje, sprawdzone metody skutecznego pacyfikowania egzaltowanych sąsiadek, (bez użycia knebli).

Z bardziej neutralnych tematów, nasza Kotka skończyła pierwszy rok życia. Obyło się bez imprezy. Mój mąż po przestudiowaniu literatury fachowej uszczęśliwił wszystkich stwierdzeniem, że nasz kociak według znawców tematu nie jest jeszcze dorosły i powinien jeść ciągle puszki dla maluchów. Rozbawił mnie tym do łez, bo nasza Kotka już od dłuższego czasu całą, sobą pokazywała, że ma już po wąsy tego jedzenia i rozpoczęła strajk głodowy.
Mężuś po męsku stwierdził, że jak zgłodnieje to zje. Z wielkim zainteresowaniem oglądałam te zapasy. W starciu mąż versus kociak, obstawiałam zwycięstwo futrzaka. Szanowny małżonek wytrzymał jeden dzień i pognał do sklepu, wrócił obładowany różnymi puszkami i teraz Puchatość przeprowadza degustacje.
A w naszym ogrodzie na przekór wszystkiemu życie tętni i jak patrzę na te zwierzaki to jakoś mi się robi lżej na duszy. Może jakoś to będzie.

Córka mi właśnie powiedziała, że w stronę Ziemi leci meteoryt, nie zaryzykuję stwierdzenia, że teraz to brakuje tylko dinozaurów.