wtorek, 4 sierpnia 2026

Przyszła pora na Juniora, czyli legalne mordobicie

Dla mojego Syna pięcioletni pobyt w Greenwich (część podstawówki i gimnazjum) był przejściem przez piekło. I nie ma w tym, niestety, ani grama przesady.
Junior jest inteligentnym, wrażliwym, bardzo empatycznym, dobrym dzieciakiem, ale nie jest męczennikiem ani świętym. 
Postawiony wielokrotnie w obliczu niczym nieuzasadnionej agresji, zaczął o siebie walczyć. I było to straszne dla mnie jako jego matki – nie tylko dlatego, że obawiałam się o jego bezpieczeństwo, ale również dlatego, że ta wymuszona reakcja była gwałtem zadawanym jego charakterowi. W praktyce bił się w szkole, a do domu wracał zrozpaczony.
Aczkolwiek muszę przyznać, że Juniorowi udało się rozgryźć system. Schemat wyglądał zawsze tak samo: ktoś go atakował, mój Syn się bronił i to dość konkretnie, a następnie szedł do władz szkolnych i zgłaszał uczciwie całą sytuację, informując dodatkowo, że nie czuje się w szkole bezpieczny i że dopóki nie zrobią z tym porządku, to będzie dawał po mordzie.

Bardzo szybko zaczęli robić porządek, zwiększyli nadzór nad młodzieżą i odseparowali najgorszych agresorów do innych grup. Jednocześnie my wspieraliśmy go wizytami w szkole i e-mailami, żeby był ślad na piśmie.

I z bólem serca to przyznaję, chociaż jestem pacyfistką, a agresja mnie przeraża, że to zadziałało. Po pewnym czasie „koledzy” przestali go atakować, bo wiedzieli, że „ten szalony Polak” ma w nosie polityczną i szkolną poprawność i nie będzie stał i płakał, tylko im dowali, i to mocno.

A Junior poszedł jeszcze dalej i jak zaatakowali jego przyjaciela, to najpierw go obronił, a potem zaciągnął biedaka, żeby wszystko zgłosić. Na tym etapie nie brał już jeńców.
Przeprowadzka do New Jersey zbiegła się idealnie z początkiem liceum. Mój Syn rozpostarł skrzydła, znalazł nowych przyjaciół i odnalazł się bez problemu w nowej rzeczywistości.

Żeby nie było za słodko, tutaj również trafił na dwóch chętnych do mordobicia. Atakowali Juniora, bo był za wysoki, za niski, za biały, miał za dobre oceny, dostał jedynkę, miał śmieszne nazwisko, na pewno jego dziadkowie mordowali Żydów i, na koniec, że na pewno jest gejem. 
I tu opłaciły się lata walki. Mój Syn odruchowo wszedł w tryb wojownika. Poczekał inteligentnie, jak się na niego rzucili, a potem im oddał, a że furia go dodatkowo napędzała, to on z kolei napędził stracha wszystkim. Potem poszedł wszystko zgłosić, tylko że tym razem poprosił grzecznie o sprawdzenie szkolnego monitoringu.

Dyrekcja z oporami sprawdziła, miny im ociupinkę zrzedły i szybko zaczęli zmieniać narrację, bo już mieli ochotę go zawieszać. A Junior dopiero się rozgrzewał. Oskarżył kolegów o rasizm, ksenofobię i to najgorsze, czyli o prześladowanie ze względu na orientację seksualną. Szkoła wymiękła, „bandyci” wymiękli i wszyscy żyli potem długo i szczęśliwie.
Mój Syn z natury i z wychowania jest bardzo tolerancyjny, a amerykański system edukacji jeszcze to wzmocnił. Dla niego nie ma znaczenia kolor skóry, religia czy preferencje seksualne. Dlatego załatwił wszystko za jednym zamachem. Dla wyjaśnienia – Junior nie jest gejem, ale zdecydował się zawalczyć w imię idei. 
Jak przejęty opowiadał w domu cały przebieg zdarzenia, zadał mi pytanie retoryczne:
„A gdybym był gejem, albo niskim, grubym Latynosem, to mogliby mnie bić?”.
I zakończył w tonie husarii walczącej:
 „Nikt mnie nie ma prawa bić i nie będzie”. 
Aż prawie ujrzałam powiewający sztandar i pieśń Salve Regina.
A mnie, zapalonej pacyfistce, pozostaje tylko się z tym zgodzić, zwłaszcza że ja jako dziecko też święta nie byłam, ale to już zupełnie inna historia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz