sobota, 27 czerwca 2026

Krasnoludki są wśród nas, czyli gnomki i Ja


Po osiągnięciu (z westchnieniem to przyznaję) wieku okołomenopauzalnego, przeżyciu pandemii, dwóch poważnych operacji i wieku dojrzewania moich dzieci (jedno jeszcze w trakcie procesu), zupełnie egoistycznie zaczęłam świadomie robić coś dla siebie.

Zaczęło się niewinnie od przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia w listopadzie dwa lata temu. Po oficjalnym zakończeniu rehabilitacji okazało się, że oprócz kilkunastu tytanowych elementów w ciele dostałam w bonusie możliwość siedzenia bez bólu. I ten fakt zapoczątkował niezwykle zaskakujący bieg wydarzeń. Melodramatycznie rzecz ujmując – zmienił moje życie.
Tutaj mały wtręt. Amerykanie przygotowują się do wszystkich świąt z dużym wyprzedzeniem. Już się do tego przyzwyczaiłam. Na przykład w sierpniu w sklepach króluje już Halloween oraz pojawiają się dekoracje bożonarodzeniowe. Doszłam do takiego stanu, że choinka ze świecącymi lampkami w środku lata w sklepie zupełnie mnie nie szokuje, wręcz jak jej nie ma, to jestem lekko zdezorientowana. Boże, co ze mną zrobiła ta amerykańska rzeczywistość!
Wracając do tematu: dwa lata temu nieśmiało zaczęłam przygotowywać dekoracje świąteczne po amerykańsku, z wyprzedzeniem. I nagle okazało się, że mogę nie tylko kupić gotowe, ale mogę je sama robić – na siedząco, oczywiście. Odkryłam sklep o obiecującej nazwie Dollar Tree, gdzie wszystko można kupić za dolara (plus podatek) i odpłynęłam. Do tej pory jestem stałą klientką. Dziwię się, że nie wystawili mi jeszcze jakiejś diamentowej karty Szalonego VIP-a albo po prostu nie poddali się i nie sprzedali mi po promocyjnej cenie całego sklepu.
Po pierwszych zakupach mój obładowany dobrem wszelakim Mąż ledwo dotarł do samochodu. Jeszcze wtedy nie wiedział, biedak, co go czeka. A czekały go regularne wizyty w tym przybytku. Zaanektowałam stół w naszym salonie, teoretycznie eleganckim i przeznaczonym dla gości. Rozłożyłam wstążki, szyszki, kulki, brokat, bombki i miliard innych rzeczy i zaczęłam tworzyć. Najpierw pojawiły się różne stroiki, potem dekoracje na choinkę, a na końcu gnomki, czyli krasnoludki.
Parę razy widziałam gnomki w Polsce. Charakteryzują się tym, że mają okrągłe noski i czapki zasłaniające oczy. Co ciekawe, pochodzą oryginalnie z Europy. Dlaczego są tak popularne w Ameryce – nie mam pojęcia, ale bardzo się cieszę z tego powodu, bo stały się moją inspiracją.
Otworzyłam mój Warsztat Świętego Mikołaja, jak go nazywał Mąż i dzieci, grubo przed Świętami, ale niestety przed samym Bożym Narodzeniem musiałam go zamknąć. Już nawet nie chodziło o kwestie estetyczne, że w centralnej części domu stworzyłam minifabrykę, ale zaprosiliśmy na Święta Panią Rosołkową wraz z rodziną. Nie było wyjścia, trzeba było wszystko sprzątnąć. Popakowałam wszystko i poczułam się nieszczęśliwa jak pies, któremu ktoś zabrał ulubioną, wymamlaną kość, ewentualnie skarpetkę. Siła tej reakcji zaskoczyła mnie samą.
I wtedy zrobiłam coś szalonego, mianowicie zlikwidowałam pokój gościnny. W ramach prezentu pod choinkę i przy poparciu ze strony członków rodziny zażyczyłam sobie stół i regały. Urządziłam mój własny, całoroczny warsztat gnomkowy i od tego momentu zaczęłam produkować krasnoludki własnego pomysłu – trochę gnomki, trochę lalki. Potem otworzyłam drugą linię produkcyjną śmiesznych zwierzaków, a ostatnio wpadłam w szał odnawiania staroci. To szaleństwo z kolei zaczęło się od ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, kiedy poszukiwałam starych bombek.
Natknęłam się wtedy na kilka drewnianych świeczników w stanie nadającym się głównie do wyrzucenia. Za zawrotną cenę około 20 dolarów dorobiłam się całej ich kolekcji, którą odmalowałam. Potem znalazłam porcelanowe, a potem straciłam zdrowy rozsądek. Obecnie jestem na etapie malowania wazonów. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej, bo jakoś tak niepokojąco te starocie są coraz większe. Muszę uprzedzić moje stado, że jak zobaczą mnie wpatrującą się z rozmarzeniem w starą, trzydrzwiową szafę, mają mnie natychmiast ewakuować ze sklepu do domu.
Gwoli ścisłości: nie mam żadnego artystycznego przygotowania ani wykształcenia. Nigdy nawet nie sądziłam, że potrafię robić takie rzeczy. U mnie w rodzinie talent artystyczny zgarnęła moja Mama i Córka. Ja byłam raczej tym pokoleniem, przez które takie uzdolnienia przeskoczyły. Przynajmniej tak myślałam, ale okazuje się, że nie tylko życie, ale także jednostka ludzka walcząca z menopauzą może być pełna niespodzianek.
I oto na emigracji odkryłam swoją pasję. Może nie tak spektakularną jak skoki ze spadochronem czy wspinaczka wysokogórska, ale jest moja własna, daje mi szczęście i niesamowity spokój ducha. Powiem szczerze, że posiadanie pasji to była jedna z nielicznych rzeczy w moim życiu, których trochę zazdrościłam, a jednocześnie kompletnie nie rozumiałam. Teraz rozumiem. Uczucie, kiedy robi się coś, co autentycznie uszczęśliwia, jest nie do przecenienia. Żaden najlepszy antydepresant lub używka, legalna bądź nie, do tej emocji się nie umywają.
Czysty egoizm zaś polega na tym, że nie ma żadnego racjonalnego powodu, który mógłby tłumaczyć to szaleństwo (może dlatego, że tego się nie da wytłumaczyć). Nie robię tego dla zysku, nie sprzedaję, nie reklamuję. Po prostu zanurzam się w proces twórczy, psy na swoich legowiskach przez sen mi kibicują, a ja po wszystkim stawiam gotowego gnomka na półce. Zrobiłam już ponad sto lalek, ledwo się mieszczą, a ja wciąż mam nowe pomysły.
Jedyny „konflikt interesów” dotyczy rywalizacji blog kontra rękodzieło. Jak pogrążam się w produkcji, to przestaję pisać i na odwrót. Jak do tej pory nie udało mi się znaleźć równowagi w tym szale twórczym, ale się nie poddam. Pisanie, mimo że również jest rodzajem tworzenia, jest zupełnie czymś innym od fizycznego zrobienia smoka, na przykład. Ponieważ ostatnio wręcz zalały mnie tematy, które chciałabym opisać, oraz – uczciwie przyznając – brakuje mi pisania, to spróbuję i zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.
A to mała próbka mojego szaleństwa.