środa, 2 września 2026

Po pierwsze nie szkodzić, czyli amerykańscy lekarze

 Amerykańscy lekarze chyba jako jedyni na świecie mają rentgen w oczach. Do zdiagnozowania pacjenta w większości przypadków nie potrzebują prześwietleń, skanów czy innych diabelskich wynalazków. 

I oczywiście mocno ubarwiam, ale nie do końca. 

Żeby nie być gołosłowną, podzielę się wrażeniami z moich osobistych doświadczeń. 

Jestem kobietą, a że ten fakt ma swoje prawa, to na pierwszy ogień pójdzie ginekolog.

W Polsce w każdym prywatnym gabinecie ginekologicznym znajduje się aparat USG. Uczciwie przyznam, że nie wiem, jak sytuacja wygląda w państwowych placówkach. 
W Stanach takie udogodnienie jest zbędne. Lekarz zagląda do środka „okiem nieuzbrojonym”, ewentualnie bada, ale bez dotykania brzucha (panie wiedzą, o czym mówię, panowie nie muszą). I to wystarcza temu superfachowcowi stwierdzić, że wszystko jest w porządku. Na jakiej zasadzie – naprawdę nie wiem. 
Potem sugeruje zrobienie cytologii, ale bez większego przekonania, bo podobno cytologia nie podpada pod ubezpieczenie. 
Mam to doświadczenie na świeżo, bo wyjścia niestety nie miałam, ponieważ ze względów ubezpieczeniowych muszę się u niego meldować raz do roku. 
Całe szczęście, że dwa miesiące przed tą uroczą wizytą byłam w Polsce, gdzie mój osobisty Pan Doktor dokonał całkowitego przeglądu podwozia – bez tego byłabym w permanentnym stresie.
Po głębokim spojrzeniu mi w oczy amerykański ginekolog stwierdził, że jestem kompletnie zdrowa i kazał mi zrobić mammografię. 
I tu zaczyna się następna przygoda. Jako kobieta odpowiedzialna, raz do roku badam piersi w Polsce. Wymiennie USG z mammografią. W Stanach USG piersi jest całkowicie lekceważone. Ponieważ niestety w tym roku miałam USG, według pana doktora nie miałam nic. 
Dostałam skierowanie i może bym z niego skorzystała, gdyby nie rzucona od niechcenia informacja, żebym się nie przejmowała, jak każą mi powtarzać to badanie 2–3 razy w ciągu tygodnia. Myślałam, że się przesłyszałam. Lekarz wyjaśnił mi, że to wszystko dla mojego dobra, bo starają się zrobić jak najlepsze ujęcia, żeby nic nie przegapić. Zamarłam. Po upewnieniu się, że to nie jest taki mały żarcik, grzecznie podziękowałam i wyszłam. 
Są badania, które można wielokrotnie powtarzać bez szkody dla zdrowia pacjenta. Mammografia do nich niestety nie należy. Jeżeli nie ma powodu, raz na rok lub raz na dwa lata w zupełności wystarczy. 
Ponieważ ten temat mnie żywo zainteresował, zasięgnęłam opinii specjalisty w Polsce. Pan doktor, który ma sporo pacjentek mieszkających w Stanach, znał temat i bez pieszczenia się wyjaśnił, o co chodzi. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze, które ubezpieczyciel musi płacić za każdą mammografię. Dobro pacjentki nie jest tutaj priorytetem.
Następnie wylądowałam u kardiologa. 
Pani doktor okazała się Azjatką po ukończeniu medycyny na Uniwersytecie Columbia, który jest dobry i drogi. Zaczęła bardzo pozytywnie, bo skierowała mnie na tonę różnych badań krwi. Osłuchała moje serce i tutaj się też nie czepiałam. Zaczęłam lekko podupadać na duchu, jak stwierdziła, że nic mi nie jest, bez zrobienia echa serca, czyli wracamy znowu do USG – nie wiem, dlaczego oni tak tego tutaj nie lubią. 
Tylko że coś tam mi jest. Miałam echo serca robione wielokrotnie i wiem, że chociaż na razie nie jest to nic poważnego, to trzeba ze względu na obciążenia genetyczne brać różne scenariusze pod uwagę. 
Ta pani doktor z kolei wysłała mnie na próbę wysiłkową. I normalnie nie krytykowałabym tego pomysłu, gdyby nie fakt, że próbę wysiłkową miałam już ładnych parę lat temu i jej nie przeszłam. Wywołałam za to stan przedzawałowy u lekarza, który to badanie nadzorował. Dosłownie, nie w przenośni, na rękach zniósł mnie z bieżni. 
Nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale nie mogę biegać – nawet jako młode dziewczątko miałam z tym problemy. 
Licząc na poziom wykształcenia na Uniwersytecie Columbia, wyjaśniłam szczegółowo problem. Pani doktor błyskawicznie znalazła rozwiązanie, mianowicie stwierdziła, że w takim razie dadzą mi zastrzyk i wywołają ten sam stan, co przy klasycznej próbie wysiłkowej. 
Lekko zbladłam, bo znam tę metodę, i zapytałam, czy przy obydwu tych próbach asystuje lekarz. Na moje pytanie z kolei zbladła lekarka. Z czego wnioskuję, że nie. Byłby obecny, gdybym była po zawale. 
Biorąc pod uwagę jej pomysły, ten stan może mieć miejsce już wkrótce. 
I tu wrócę do polskich lekarzy. Ponieważ oboje moi Rodzice i Dziadkowie mieli poważne problemy kardiologiczne, mam ten temat dość dobrze przepracowany. 
Polski kardiolog powiedział mi kiedyś bardzo mądrą rzecz, której się z uporem maniaka trzymam. Na razie wszystko jest ze mną w porządku, ale ze względu na obciążenia genetyczne i fakt, że już raz takiej próby nie przeszłam, ponowne podejście może mi poważnie zaszkodzić. Początki choroby wieńcowej na ogół są niedostrzegalne, dlatego  badanie mające na celu określenie, czy ją ktoś ma, zamiast pomóc w diagnozie, w takim przypadku jest niebezpieczne. Ale te wszystkie mądrości zupełnie do pani doktor nie przemówiły. Ponieważ uparcie chce mi zrobić to badanie na jesieni, mam jeszcze trochę czasu do namysłu, jak się z tego wykręcić, bo nie ma takiej siły, która by mnie do tego zmusiła.
I na koniec neurochirurg. Po przejściu operacji kręgosłupa trzy lata temu, zakończeniu z wielkim sukcesem terapii, rozpoczęłam drugie życie. Przez dwa lata trwała sielanka, a potem plecy zaczęły mnie pobolewać. 
Dla ścisłości: ten ból to był mikropikuś w porównaniu do sytuacji sprzed czy po operacji, a jednak zupełnie wytrącił mnie z równowagi. Jest szokujące, że człowiek może latami znosić ból, jeżeli jednak ktoś go od niego uwolni, po czym dyskomfort zacznie wracać, nawet jeżeli jest bardzo mały, to boli bardziej. Dlatego wylądowałam w Polsce u neurochirurga, który mnie operował. Pan doktor mnie wygniótł, kazał mi się poruszać, zachwycił się moją formą i elastycznością, po czym wysłał na rezonans. Zrobił to głównie dlatego, żebym mogła spokojnie wrócić do Stanów, nie martwiąc się, że tytan mi „rdzewieje”. 
Badanie potwierdziło, że pan doktor świetnie mnie zoperował, a ja mam się uspokoić, bo się przeforsowałam. Dał mi leki, które błyskawicznie zrobiły porządek z bólem, i kazał mi zapisać się na kilka sesji fizjoterapii, żebym odzyskała rozsądek, i w uśmiechach pożegnał.
Po powrocie do Stanów zameldowałam się u Steve’a mojego amerykańskiego fizjoterapeuty, który przez osiem miesięcy po operacji stawiał mnie na nogi i nie pozwalał zwariować. Czasami, żeby iść naprzód, trzeba się cofnąć. Zaczęłam fizjoterapię i od razu poczułam się bezpiecznie. Steve delikatnie zasugerował, żebym postarała się o skierowanie, bo bez tego będę musiała płacić podwójnie. 
W takich właśnie okolicznościach wylądowałam u amerykańskiego neurochirurga. Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa. Super-specjalista rzucił okiem na tłumaczenie opisu rezonansu – głowy nie dam, czy doczytał do końca – nie był zainteresowany żadnymi zdjęciami. Nie dotknął mnie i nie kazał mi nawet ruszyć nogą. Siedział w odległości dwóch metrów i roztaczał aurę chirurgicznej boskości. Dał mi skierowanie i powiedział, że jak będę się zwijać z bólu, to mogę wrócić. 
I po raz trzeci powtórzył się ten sam schemat, że bez wcześniejszej wizyty w Polsce byłabym psychicznym wrakiem człowieka.
Znam w Stanach dwie Polki, które mają identyczne problemy z kręgosłupem jak ja. Jedna przeszła operację. Wyciągnęli jej dwa zniszczone dyski, a raczej ich część, resztę zostawili i powiedzieli, że jej odrosną. Nie wiem, co jej odrosło, ale miała operację 6 lat temu i powiedziała, że nigdy nie pozbyła się bólu. Ponieważ jest bardzo aktywna i maniakalnie ćwiczy, utrzymuje swój kręgosłup w bardzo dobrym stanie, ale jak przestaje, to ból wraca. Drugiej mojej znajomej nie zrobili operacji, tylko powiedzieli, żeby poczekała, aż jej te dyski zwapnieją i stwardnieją na kamień, i operacja nie będzie potrzebna. Ona też ćwiczy i też ją boli. 
I powiem uczciwie: nie jestem lekarzem, może opisane przeze mnie wcześniej metody też są dobre i powszechnie stosowane, ale jak patrzę na moje znajome, to nie jestem przekonana.
I na koniec mój jak na razie ulubiony lekarz endokrynolog. Szalenie uprzejmy, sympatyczny, opanowany Hindus, który zajmuje się grupowo tarczycami moją i Męża. Darzę go wielką sympatią, ponieważ oprócz charakteru i wiedzy medycznej słucha i dodatkowo słyszy, co pacjent do niego mówi. Ale nawet on, nigdy nie widział i nie zlecił zrobienia USG tarczycy, a jak zmienia nam dawki leków, to najpierw nieśmiało coś proponuje, a potem mnie pyta, na jakie ma zmienić. Co ciekawe, zostawia mi również decyzje w sprawie leczenia Męża. Tak, jestem wzruszona, tylko że studiowanie medycyny nigdy nie było moim marzeniem.