niedziela, 29 marca 2020

Pomysły ludzi w czasie izolacji, czyli kiedy rozsądek daje sobie wolne

Jestem na książkowym haju. Nie mam wyjścia, muszę, bo jak zaczynam sprawdzać doniesienia ze świata, to moje serce odmawia posłuszeństwa, a mózg produkuje takie sny, że dziękuje bardzo.
W związku z czym czytam, unikając konsekwentnie thrillerów medycznych, a wieczorkami kontynuujemy rodzinne seanse filmowe. 
Postawiliśmy z mężem ambitnie na różnorodność. 
Z lekkim rozrzewnieniem postanowiliśmy zaprezentować naszej młodzieży "Szklaną Pułapkę", żeby dzieciaki zobaczyły jak Bruce Willis wyglądał z włosami. 
Dopuszczaliśmy możliwość, że sensacja z czasów, kiedy jeszcze nie było komórek, rozczaruje nasze potomstwo, tymczasem dzieci zaskoczyły nas zupełnie i zapałały miłością do filmu. 
A ponieważ Bruce Willis wyprodukował pięć części kultowej "pułapki", musieliśmy oczywiście obejrzeć wszystkie. 
Potem zaryzykowaliśmy "Forresta Gumpa", który również okazał się sukcesem i mocno po całości, czterogodzinnego "Ben Hura", (wersja z Charltonem Hestonem). I tu już całkiem padłam z wrażenia, bo Junior nie tylko zachwycił się "Forrestem, Gumpem", ale również "Ben Hurem".
Wzruszyłam się, wśród tych, wszystkich komputerowych śmieci zobaczyłam dla niego światełko w tunelu.

Jednym słowem staramy się jak możemy, żeby nasze dzieciaki, a zwłaszcza niepełnoletni Junior jakoś przeżyły izolację bez traumy na całe życie, bo Córka z racji niedawno osiągniętej pełnoletności dysponuje zaporowymi siłami psychicznymi.

Sąsiedzi również się starają i regularnie wyprowadzają na długie spacery z małym truchcikiem dzieciaki i pieski, (jak pada w płaszczykach przeciwdeszczowych, pieski nie dzieci).
A ostatnio tatuś dał dzieciakowi poprowadzić malutką koparkę. I to nie jest żadna konfabulacja. Na przeciwko nas cały czas trwają, (teraz trochę wolniej), prace budowlane i powstaje pałac średnich rozmiarów. To, że na skutek znacznego zwiększenia metrażu, praktycznie nie będzie ogrodu nikomu zdaje się nie przeszkadzać.
Chwilowo w charakterze mikro ogródka występują zwały ziemi, które są pomału niwelowane przez koparkę. I właśnie to śmieszne małe urządzenie ostatnio prowadziło znudzone najwyraźniej dziecko, a tatuś dyndał z boku. Miał szczęście desperat, że tylko my to obserwowaliśmy, (z wielkim zainteresowaniem), bo w innym przypadku miałby na głowie policję, straż pożarną i opiekę społeczną. 
Wygląda na to, że osiedlowy monitoring chwilowo miał przerwę, albo wszyscy bali się zareagować, żeby nie spotkać innej jednostki ludzkiej potencjalnie zionącej wirusem.

To co dzieje się w amerykańskich szpitalach konsekwentnie przemilczę, ale nie odmówię sobie przyjemności opisania postawy obywatelskiej gubernatora Teksasu Dana Patricka.
Otóż ów pan lat 69, niewątpliwie zasłużony dla społeczeństwa, w odpowiedzi na sugestie Prezydenta Trumpa, że izolacja rujnuje amerykańską gospodarkę, publicznie wygłosił odezwę.
Stwierdził mianowicie, że w trosce o amerykańską gospodarkę i przyszłe pokolenia, izolację i ogólne "zamknięcie", należy zakończyć, a starsze pokolenie powinno się poświęcić i bez szemrania zarazić się wirusem i umrzeć, skoro inaczej się nie da.
Wręcz zaapelował do wszystkich Babć i Dziadziusiów, żeby zgłaszali się na ochotników do przyspieszonego opuszczenia, (bo gospodarka cierpi), tego łez padołu.
On sam jest również gotów bohatersko poświecić swoje życie dla tej wzniosłej idei.

Nie będę się wypowiadać o wpływie pandemii na przyszłości gospodarki na świecie, ale myślę, że jakbym miała poświęcić swoje życie znalazłabym lepszy powód, bo ten jakoś do mnie nie przemówił.
Gospodarki rozkwitały i przeżywały kryzysy, ginęły i powstawały cywilizacje, giełdy przeżywają wzloty i upadki, te wahnięcia są od zawsze wpisane w historię ludzkości.
Może byłoby warto przypomnieć tym wszystkim, którzy chcą umierać dla gospodarki, żeby raczej pomagali i żyli dla ludzi, bo to mimo wszystko jest znacznie trudniejsze.

czwartek, 26 marca 2020

Izolacja na świeżym powietrzu, czyli Kotka na łonie natury



Dzięki temu, że mieszkamy w domku, a nie w bloku, nie musimy siedzieć w przysłowiowych czterech ścianach, tylko możemy wentylować się w ogródku, oczywiście jak pogoda pozwala. Dzisiaj pozwoliła, zrobiłam więc mały rekonesans swoich włości. 
Moje jabłonki jeszcze śpią, za to rozbuchało się pięknie drzewo na czerwono.
Podczas inspekcji, tudzież szorowania paśnika dla jeleni,  zauważyłam, że z jednej strony rozwaliło nam się ogrodzenie i praktycznie możemy założyć komunę z sąsiadami. 
Za sąsiadami nie przepadam, życia "za komuny" już doświadczyłam w związku z czym zdecydowałam się prawie jak Pawlak naprawić płot.


W tym celu zadzwoniłam do Plenipotenta. Najpierw przeżyłam szok, że odebrał, a potem jeszcze większy jak po 20 minutach przyjechał. Widocznie widmo wirusa wyzwoliło w nim zwyczajne, ludzkie odruchy, albo był w szoku.
Bardzo szybko dogadaliśmy się w sprawie naprawy ogrodzenia, niestety ambitny fachowiec zauważył dziurę w płocie z drugiej strony. Trzy razy mu tłumaczyłam, że tej wyjątkowej dziury ma nie ruszać bo zamknie mi naturalną furtkę dla jeleni. 
Nie wiem czy zrozumiał, ale jak przyjedzie naprawiać płot, to będę go na wszelki wypadek pilnować.
Jego pytanie, czy ja naprawdę chcę mieć w ogrodzie jelenie brzmiało tak, jak bym miała ochotę, żeby wśród krzaczków radośnie pląsały mi krwiożercze bestie rodem z horroru, a nie piękne, majestatyczne zwierzęta.
Plenipotent szcześliwie się oddalił, a ja podyktowałam córce, ze względu na jej piękny charakter pisma, list do sąsiadów, że będziemy naprawiać płot i żeby nie wzywali policji, ewentualnie, żeby nie strzelali, (to tak oczywiście między słowami).

Następnie usiadłam sobie na słoneczku i rozpoczęłam część izolacji na świeżym powietrzu, wychodząc z założenia, że po pierwsze słońce wypala wirusy i inne świństwa, a po drugie poprawia humor.
A prawda jest taka, że ma sporo do poprawiania, bo wygląda na to, że dość nieszczególnie wybraliśmy sobie miejsce do życia podczas pandemii.
Ale skupmy się na przyjemniejszych rzeczach.

Zawsze pilnujemy, żeby nasza Kotka nie prysnęła z domu, ale dzisiaj zaszalałam i zostawiłam jej otwarte drzwi, ciekawa czy odważy się na przygodę życia. Odważyła się i to dość szybko. 
Cała była w ekscytacji, wręcz nie wiedziała co ze sobą robić, trawka, słoneczko, cienie, wiaterek, a jak przyleciał czerwony, śliczny kardynał to o mało nie padła z wrażenia.
Niestety po zakończeniu procesu wietrzenia trzeba ją było wnieść do domu, bo jakoś jej się kierunki nie zgadzały i miała problemy z powrotem, ale na szczęście nigdzie nie chciała uciekać.
W domu dotleniona padła na dywan i jak dziecko usnęła w sekundę.
Mamy dla niej specjalną smycz z szeleczkami, ale nie chce w niej chodzić, tylko się od razu kładzie, wiec dlatego dzisiaj puściłam ją po raz pierwszy luzem.
Jak nam wejdzie na drzewo, żeby się zaprzyjaźniać z wiewiórkami wezwiemy straż pożarną, przynajmniej bedą miały chłopaki zajęcie, a biedni, odizolowani sąsiedzi rozrywkę.






wtorek, 24 marca 2020

Wiosenna eksplozja, czyli izolacja w kolorze

Natura w odróżnieniu od ludzi nic sobie nie robi z pandemii. Wiosna z małymi oporami, (opady śniegu i przymrozki od czasu do czasu), zaczyna się rozkręcać i dekorować okolicę.
Mimo pięknych kwiatków dookoła naszego domu i sąsiadów, (oryginalne zdjęcia w załączeniu), zdecydowaliśmy się zamówić następną partię drzewa, bo wiosenne porywy wiosennymi porywami, ale średnia temperatura w nocy Celsjusza jakoś specjalnie nie nastraja do szaleństw na golasa. No i dodatkowo wiadomo, że nic tak nie poprawia nastroju w ciężkich czasach jak ogień w kominku, gorąca herbatka i widok dzieciaków z kotem w pozycji horyzontalnej.


Decyzją odgórną szkoły pozostaną zamknięte conajmniej do 20 kwietnia, w związku z czym nauczanie na odległość trwa. Na ogół nie mamy z tym problemów, bo dzieci amerykańskie na wejście dostają ze szkoły laptopy i są przyzwyczajone do tej formy komunikacji z ciałem pedagogicznym.
W związku z tym nie ma walk o sprzęt komputerowy, a sam system jakoś specjalnie się nie różni od standardowych pracy domowych. Dzisiaj jednak Junior miał za zadanie stworzyć dzieło sztuki z kamieni i trawy i oczywiście wysłać zdjęcie owego dzieła do nauczyciela.

Dużo dobrych rzeczy mogłabym powiedzieć o moim synu, ale zacięcie artystyczne niestety zupełnie do nich nie należy.
W efekcie powstało dzieło, które pilnie wymagało interwencji, może nie siły wyższej, ale niewątpliwie kogoś kto ma pojęcie co z tym fantem robić. Jako inteligentni rodzice oddelegowaliśmy córkę do przeprowadzenia specjalistycznej kontroli owych działań artystycznych na świeżym powietrzu. Projekt został zakończony sukcesem i obfotografowany, ciekawe tylko jak my sobie poradzimy z takimi wyzwaniami za rok jak nasza Córka pryśnie studiować.

Podobnie jak w Polsce wyjść z domu można tylko za potrzebą, (spożywczą), parki i plaże też zostały zamknięte, a policja stoi i ściga buntowników.
W efekcie mój biedny mąż pozbawiony siłowni, gdzie dzielnie odreagowywał stresy w desperacji biega po okolicy, córka tańczy zumbę on line, syn plotkuje z kolegami również on line, a ja przeczytałam już kilkanaście książek.

Nie chcąc ryzykować niepotrzebnie zdecydowaliśmy się zrobić zakupy przez internet, okazało się, że musimy czekać około tygodnia na realizację i za dwa dni okaże się co i czy cokolwiek dostaniemy, emocje rosną z każdym dniem, prawie jak za komuny, ciekawe "co rzucą".
Oprócz sklepów spożywczych i aptek mój mąż znalazł jeszcze jedne miejsce, które nie zamknęło swych podwoi przed klientami, mianowicie fryzjer i spa dla psów.
Najwyraźniej właścicielom zależy, żeby ich psy prezentowały się elegancko na ich pogrzebach.



















sobota, 21 marca 2020

Pomidorowa jest dobra na wszystko, czyli izolacja

Pandemia, panika i przerażenie ogarnęło świat. Zabrzmiało to jak początek średnio ambitnego filmu katastroficznego z wieloma literami "p" w tytule. 
Parę miesięcy temu taka sytuacja byłaby mniej więcej tak samo prawdopodobna jak, informacja o lądowaniu kosmitów na Moście Świętokrzyskim w Warszawie. 
Przybysze z obcej planety nie zdecydowali się na wizytę, za to niewidoczny gołym okiem wirus, (bo wirusy tak mają), zatrząsł światem.
Nie będę tu nikogo katować statystyką zgonów i zachorowań, te wiadomości są powszechnie wiadome, skupię się na aspekcie izolacji.

Jak wszyscy wiemy, okazało się, że izolacja jest prawdopodobnie jedynym ratunkiem dla chorującej ludzkości, zaczęliśmy więc oswajać się z tą myślą.
Jak już wspominałam we wcześniejszym poście stanowe władze dość szybko zaczęły działać. Najpierw zamknęły szkoły i biura, a potem już poleciało z górki i zostawili otwarte tylko sklepy i apteki.
I tak oto rozpoczęliśmy izolację na amerykańskim przedmieściu, można powiedzieć potrójną, z dala od rodziny i przyjaciół, Ojczyzny i całej reszty ludzkości.
Paradoksalnie nie okazało się to straszne, bo do tej pory jakoś nie prowadziliśmy ożywionego życia towarzyskiego i ta izolacja wychodziła nam tak jakoś sama.

Mąż zaczął pracować zdalnie, a dzieci uczyć się również na odległość.
Zaczęłam obserwować moje stadko z ciekawością. Co było dość łatwe do przewidzenia zwierzaki się nie zorientowały, dzieci ucieszyły z nowej metody edukacji, a mąż urządził w naszej sypialni sztab kryzysowy i zaczął organizować nasiadówki dzięki połączeniom internetowym.

A ja jak typowa Matka Polka zaczęłam się martwić. Pozostając na razie w fazie wyparcia, że coś nas dopadnie, zainteresowałam się zaopatrzeniem i wyszła trauma z mojego dzieciństwa, wpadłam mianowicie w panikę, że zabraknie nam artykułów higieny osobistej. Najbardziej przerażał mnie brak pasty do zębów i mydła. Mąż, mój bohater wybrał się na łowy, wrócił obładowany kosmetykami, a ja zaczęłam się martwić o jego zdrowie. 

Ale wracając do naszej izolacji, na pierwszy rzut oka jakoś bardzo się nie różni od stanu sprzed epidemii, wszyscy sobie siedzą w swoich domkach i latają z pieskami za potrzebą.
Przestali nas odwiedzać koledzy Juniora i chyba po raz pierwszy w życiu siedzimy w domu całą rodziną bez widocznego powodu, co jest trochę szokujące.
Stwierdziłam, że oto trafiła nam się jedyna okazja, żeby poszerzyć trochę horyzonty naszym dzieciom i wprowadziłam rodzinne wieczory klasyki filmowej przy kominku. 
Zaczęliśmy od "Skrzypka na dachu", potem "Hrabia Monte Cristo", a w przerwie jakaś bajka i "Seksmisja".
O dziwo mój projekt edukacyjny zyskał powszechne uznanie i co wieczór mamy seans kinowy.
Zaspokoiwszy potrzeby duchowe skupiłam się na potrzebach ciała i ugotowałam wielki gar zupy pomidorowej, która jak wiemy jest dobra na wszystkie nieszczęścia tego świata, (jak się kończy, na życzenie gotuję następny).
I tak pomału zaczęliśmy odnajdywać się w nowej rzeczywistości, aczkolwiek nie opuszcza nas strach, jak chyba prawie wszystkich na świecie.

A jak reagują na przymusową izolację i niebezpieczeństwo zarażenia Amerykanie ? 
Na początku oprócz braku papieru toaletowego nic się nie działo, w momencie jak zamknęli szkoły rodzice zabronili kontaktów dzieciom, w związku z czym przestałam prowadzić świetlicę dla małych sąsiadów i szczerze powiem, że nie narzekam, bo potrzebowałam małej przerwy.
Za to zauważalnie uaktywnili się tatusiowie, którym pozamykali firmy na Manhattanie i zaczęli lekko głupieć. 
Biegają w legginsach lub z pieskami, ewentualnie katują ćwiczeniami fizycznymi pociechy. Ewidentnie im jest najciężej przystosować się do życia w zamknięciu.
Przy okazji okazało się gdzie jest ten papier toaletowy, który zniknął ze sklepów, nasi sąsiedzi mają go w garażu, zdaje się, ze nie za bardzo w związku z tym mają miejsce na samochód.

Mimo, zdawać by się mogło rozsądnego podejścia do problemu pewne rzeczy pozostały bez zmian. Cały czas uparcie mnóstwo ludzi łazi w krótkich spodenkach, (średnia temperatura 6-8 stopni Celsiusza), a podczas naszego spaceru po plaży widzieliśmy dzieci na bosaka moczące nogi w wodzie i bawiące się w mokrym piasku. Miałam ochotę podejść i walnąć moją rękawiczką, (jak już ja zdejmę) w łeb rodziców, tak honorowo.

Jest jeszcze grupa ludzi, która reaguje wręcz książkowo, zaczęły się rożne oszustwa i kradzieże, jedna obok nas. 
Można powiedzieć, że prawie byłam świadkiem owego przestępstwa. Głęboka noc, czytam sobie, rodzina śpi, nagle słyszę rozmowę na zewnątrz. Echo niosło, nikt nie krzyczał, no w końcu ludziom wolno się komunikować nawet po ciemku, wróciłam do lektury. W momencie kiedy już zaczęłam przysypiać nasza okolica się rozświetliła na kolorowo. Moją pierwszą myślą było, że ktoś wezwał ambulans i wirus jednak nas dopadł na tym, wypieszczonym przedmieściu, ale niewiele mogłam zobaczyć bez wychodzenia z domu, a jakoś nie czułam takiej, palącej potrzeby.
Następnego dnia o poranku nawiedziła nas policja w osobie dziarskiego funkcjonariusza, który przepytał nas na okoliczność posiadania kamer, bo to by im bardzo pomogło w ujęciu złodziei.
Kamer niestety nie mamy, wiec jako zródło informacji okazaliśmy się beznadziejni, pan policjant zapytał jeszcze troskliwie o nasze zdrowie i odjechał
Od tego czasu mój mężuś stracił przekonanie co do sielskości naszej okolicy.
Jak dla mnie sielskość się utrzymała, trzeba tylko zamykać wszystkie drzwi na noc.

A co do izolacji, będzie dobrze, bo wszystko kiedyś się kończy i te dobre i na szczęście te złe rzeczy.



sobota, 14 marca 2020

Ciekawe czasy, czyli kiedy samotność jest jedynym ratunkiem

Ostatnio za każdym razem jak zabieram się do pisania i już prawie chcę coś "puścić", dość skutecznie hamuje mnie rzeczywistość. W efekcie wpisy czekają w kolejce, a ja w stresie trwam razem z resztą ludzkości. Wygląda bowiem na to, że dopadło nas (podwójnie), chińskie przekleństwo, "obyś żył w ciekawych czasach". 
Moja Córka, którą ze względu na młody wiek upływ lat jeszcze nie przeraża, podsumowała ostatnio początek 2020 roku następująco:

"Zaczęło się od groźby III Wojny Światowej najpierw z Koreą, potem z Iranem, wielkie pożary zaczęły pustoszyć Australię, (biedne miśki koala), a teraz mamy pandemię i realne zagrożenie zarażenia 70% populacji naszej planety okropnym wirusem, co przy jego śmiertelności ok. 2 %, oznacza, że 100 milionów ludzi przeniesie się na łono Abrahama, a dopiero mamy marzec".

I proszę jak jednym, rozbudowanym zdaniem można podsumować sytuację na świecie.
A zrobiło się strasznie i najgorsze, że raczej nie ma dokąd uciec, chociaż bilety na Karaiby podobno kosztują grosze. 
Myślę, że gdyby dzieci były młodsze, zapakowałabym moje stado i przysnęła gdzieś pod palmę.
Na razie doświadczam deja vu, czyli powtórki z wątpliwej rozrywki.
Puste półki, zamknięte granice, zakaz zgromadzeń i wszechobecny strach i panika.
Czołgów na ulicach co prawda nie ma i miejmy nadzieję, że nie będzie, ale strach o życie  smakuje podobnie mimo innego ustroju politycznego.
Nigdy nie przypuszczałam, że po latach szalejącej komercji znowu przyjdzie mi zmierzyć się z brakiem niektórych artykułów pierwszej potrzeby.

I tu wyszło na jaw jak przydatne jednak były te lata "słusznie minione".
Jeszcze zanim panika ogarnęła świat, moja Mama zarządziła zakupy w celu zorganizowania zapasów, gdyby wirus rozlazł się po Europie.
Telefonicznie zasugerowała mi podobne działania, a ja mając w pamięci kartki na żywność i papier toaletowy noszony przez wszystkich w formie naszyjników, pogoniłam męża.
Mężuś nie traktował poważnie obaw, ale jako człowiek spolegliwy posłusznie udał się na zakupy, ogłuszony tylko lekko listą. Królowała na niej  oczywiście woda, oraz mąka, cukier, makaron i ryż. Nie kupiliśmy papieru toaletowego bo po pierwsze mamy jeszcze zapas, a po drugie i tak go już nie było w sklepach. To był chyba ten pierwszy moment kiedy mój mąż przestał chichotać jak hiena. 
W sklepach oprócz tego było pusto i kulturalnie i nic nie zapowiadało paniki. W ciagu następnych dwóch dni zamknęli szkoły, zabronili przyjeżdzać do Nowego Jorku bez potrzeby, a na ukoronowanie tych rewelacji Prezydent Trump wstrzymał loty z Europy.
Następnym razem jak mężuś udał się do sklepu nie było miejsca na parkingu, a w środku  panował armagedon.

I tym sposobem siedzę w domu z moim stadem, (mężowi chichocik przeszedł jak ręką odjął), na amerykańskim przedmieściu, odcięta od świata i przerażona, bo jeżeli boję się czegoś bardziej niż podstępnego wirusa to jest to chorowanie na ówże wirus w Stanach.
Myślę, że to świetny moment na opisanie jak w tej sytuacji kryzysowej odnalazły się amerykańskie władze. I od razu rozwieję złudzenia, że Stany są swietnie przygotowane na epidemie, nie są, przynajmniej nie na tę.

Mimo ogólnego szumu informacyjnego, wszyscy zgodnie twierdzą, że Covid19 jest najgroźniejszy dla osób starszych i słabszych i wydaje się, że zaraża w duchu darwinowskim, (przeżyją tylko najsilniejsze jednostki).
Opierając się na tej wiedzy, stwierdziliśmy z mężem, że całe szczęście, że nasza Córka skończyła 18 lat i będzie mogła legalnie zaopiekować się bratem, gdyby nas wirus jednak dopadł.
Nie chcąc dodatkowo stresować potomstwa postanowiliśmy sprawdzić protokół postępowania, gdyby jednak coś się z nami zaczęło dziać. W tym celu mąż wszedł na stronę centrum kryzysowego i znalazł wskazówki amerykańskiego rządu co robić jak się jest chorym, (streszczenie poniżej).

Jeżeli jesteś zarażony wirusem Covid19, albo podejrzewasz, że jesteś zarażony przestrzegaj poniższych wskazówek, żeby nie rozprzestrzenić wirusa w swoim otoczeniu.

Zostań w domu i nigdzie nie wychodź, chyba że musisz do lekarza.
Odseparuj się od innych domowników i zwierząt.
Jak już musisz iść do lekarza to umów się wcześniej i uprzedź, że możesz być zarażony.
Noś maseczkę.
Jak kichasz i kaszlesz zakrywaj twarz i myj ręce mydłem.
Unikaj dzielenia z domownikami kubków, szklanek, talerzy, ręczników i łóżek.
Myj często ręce i dezynfekuj.
Myj i dezynfekuj powierzchnie płaskie.
Obserwuj uważnie jakie masz symptomy. Jeżeli zauważysz znaczne pogorszenie, to zanim udasz się do szpitala uprzedź o wirusie i noś maseczkę.
Zarażeni pacjenci mają pozostać w domach i izolować się tak długo jak potrzeba.

To tyle w temacie leczenia szpitalnego. Tutaj nikt nie ściąga chorych do szpitala, wszyscy mają się kurować w domu, a do szpitala jechać w ostateczności mając nadzieję, że znajdzie się dla nich miejsce, a nie znajdzie się, bo jeżeli spełnią się najgorsze prognozy miejsc będzie o trzy razy za mało. Nikt tu nie biega, żeby przeprowadzać testy na obecność wirusa, bo nie mają wystarczającej ilości testów dla wszystkich i muszą gospodarować nimi bardzo oszczędnie.
A środki do dezynfekcji zniknęły ze sklepów i aptek już ładnych parę dni temu.

Podsumowując, wygląda to następująco, trzeba się modlić, łykać coś na wzmocnienie i mieć nadzieję, że nic nas nie dopadnie, bo jak dopadnie to przynajmniej w pierwszej fazie będziemy zdani tylko na siebie.
Może ten strach, który ogarnął świat nas uratuje. Myślę, że po tym co stało się we Włoszech, ludzie zmienili swoje nastawienie do życia towarzyskiego i "niegroźnego wirusa".
Na youtubie można znaleźć filmiki jak Włosi śpiewają i grają na balkonach, żeby chociaż z daleka zobaczyć i usłyszeć innych ludzi.
Nikt nie chce umierać w samotności.




czwartek, 27 lutego 2020

Głupota i wirusy, czyli może już dosyć tego „wzmacniania”

Ostatnio po rozmowie z moją Córką doszłam do wniosku, że chyba najbardziej niedyskryminującym i nie przekupnym zjawiskiem jest głupota, można powiedzieć, że jest to fenomen na skalę światową.
Atakuje wszystkich bez względu na pochodzenie, kolor skóry, stan majątkowy oraz przekonania religijne i polityczne.
Pod koniec naszej rozmowy potwierdziłyśmy również powszechne przekonanie, że głupota nie zna granic. 
Po pierwsze, leci po całości, obdarzając wszystkich sprawiedliwie, bez względu na aparycję i wrodzony koloryt, a po drugie robi to z prawdziwym rozmachem, czasami zdecydowanie za dużym.
Znajomy temat nam wypłynął już któryś raz z kolei na skutek frustracji amerykańską rzeczywistością.
Aczkolwiek należy uczciwie stwierdzić, że Amerykanie nie posiadają monopolu na głupotę i żeby cierpieć z tego powodu niekoniecznie trzeba wyjeżdżać z Polski.

I tak trwając w posępnej zadumie uświadomiłam sobie, że od wieków uwielbiamy przyklejać gotowe etykietki, ludziom, uczuciom, wrażeniom, reakcjom itd. 
Włości krzyczą, Francuzi jedzą ślimaki, Rosjanie na śniadanie piją wódkę, a dopiero potem przystępują do konsumpcji mocnych alkoholi, Holendrzy wpisują sobie eutanazję wujka w kalendarzu, gdzieś między dentystą, a kosmetyczką, żeby nie zapomnieć, itd. 
Nawet nie muszę sobie wyobrażać co się mówi o „Polaczkach”, bo wiem.
Można powiedzieć, że jako gatunek wręcz nurzamy się w stereotypach, a głupota nas jeszcze dodatkowo napędza.

Aczkolwiek we wszystkim tkwi ziarno prawdy, Francuzi, na przykład jedzą ślimaki, prawdopodobnie nawet z apetytem, co nie znaczy, że na tym kończy się ich dieta.
Włosi lubią ekspresyjne wyrażać uczucia, ale co jakoś czas robią to jednak ciszej, w przeciwnym wypadku zamiast wyśpiewywania arii operowych żałośnie by skrzypieli.
Ideałów na świecie nie ma, a potwory co prawda się zdarzają i to często, ale ciągle można trafić na dobrych, przyzwoitych ludzi, (narodowość, wyznanie, kolor skóry bez znaczenia).

I tak się zastanowiłam, jak reszta świata postrzega Amerykanów. Niewątpliwie jako naród z przerostem manii wielkości, przerażająco wysokie drapacze chmur, wielkie samochody, olbrzymie porcje jedzenia, powszechna otyłość, białe, lśniące zęby, a w tle szalejący amerykański sen pełen sukcesów, (oczywiście spektakularnych).
I o ile Polska często jawi się reszcie świata jako kraj zasypany śniegiem, gdzie po ulicach chodzą pijane niedźwiedzie i nie mniej owłosione kobiety, to Stany były zawsze i są postrzegane jako Nowy Świat pełen możliwości i szans na powodzenie w kolorze dolarów, a obecność dzikiej flory i fauny nikomu nigdy w spełnianiu marzeń nie przeszkadza, (ciekawe czy bizony są tego samego zdania).

Uogólnienia zawsze są krzywdzące, nie pamiętam jak kojarzyli mi się Amerykanie zanim ich poznałam, gdybym teraz miała ich określić jednym przymiotnikiem, użyłabym słowa głupi.
Wiem, brzmi to szokująco i niesprawiedliwie, ale nic na to nie poradzę. 
Gdzie mianowicie są ci słynni „amerykańscy uczeni”, którzy przeprowadzają wszystkie, te mądre badania ? Na co dzień niewidoczni, albo są głęboko ukryci, jako cenne dobro narodowe, albo żyją pod przykrywką.
Być może problem nie do końca leży w ilorazie inteligencji populacji tylko w systemie, który jest wadliwy i zamiast kształcić młode pokolenia usilnie wykształca im tylko masę mięśniową.
Jaki by to nie był powód Ameryka jest zalana przez miliony niedouczonych ludzi, którzy nie tylko nigdy nie wyjechali za granicę, żeby przekonać się, że takowa istnieje, ale mają problemy z czytaniem i pisaniem, (żeby nie było wątpliwości we własnym języku).
Ośrodki akademickie skupiają mądrali, ale poza nimi rozciąga się wielka pustynia intelektualna. Problemy zaczynają się nawarstwiać, jak się nie mieszka na terenie wyższej uczelni.

Będąc człowiekiem rozsądnym i prowadząc w Stanach normalne życie rodzinne, można się nabawić nerwicy, depresji i innych, ciekawych zaburzeń psychicznych. 
Najbardziej zrównoważona, inteligentna jednostka może zwątpić jak przez cały czas jest narażona na głupotę ciężkiego kalibru.
Niewątpliwie moment, w którym człowiek jest zaskoczony, kiedy spotyka kogoś mądrego i kompetentnego, bo oczekiwał spotkania z niedouczoną łajzą jest dość szokujący i dużo mówiący o Ameryce. 
Co ciekawe, (albo wręcz przeciwnie), głupota jest wszechobecna.
Nie zliczę momentów w różnych urzędach i sklepach, gdzie sprzedawcy nie mieli zielonego pojęcia co sprzedają, a urzędnicy gubili się w papierkach.
I o ile brak pożądanych artykułów spożywczych nie jest groźny dla zdrowia, a najwyżej dobrego samopoczucia, to już bliskie spotkanie oko w oko z pielęgniarką, której mówiąc delikatnie brakuje wiedzy, może być traumatyczne.

Autentyczna scenka w klinice okulistycznej:
Pielęgniarka: Jaka jest wada, plus czy minus ?
Polski nieszczęśnik: Minus
Pielęgniarka: To znaczy, że jesteś krótkowidzem, czy dalekowidzem ?
Polski nieszczęśnik: (w myślach) to ja już chyba sobie pójdę, albo lepiej ucieknę

Równie ciekawa sytuacja w szkole.
Junior dorobił się zapalenia ucha, wygrzany, wyleczony wrócił do szkoły w celu dalszego pochłaniania wiedzy. Rano przymrozek, w ciągu dnia parę stopni na plusie, na lekcji wychowania fizycznego nauczyciel stwierdził, że wiosna już nadeszła i wyrzucił dzieci, żeby biegały po dworze. Szkoda tylko, że zapomniał geniusz o takim drobiazgu jak ubranie i dzieciaki latały w krótkich rękawkach, bo w szkole z kolei było tropikalnie gorąco i były porozbierane do rosołu.
Rezultat okazał się dość łatwy do przewidzenia, Junior wrócił do domu zwijając się z bólu, bo jednak ucho zaprotestowało i znowu wylądował w łóżku zawieszając proces edukacji szkolnej.

Stosując w praktyce amerykańską asertywność, mąż wystosował e-maile do wszystkich nauczycieli, ze szczególnym uwzględnieniem inteligentnego inaczej nauczyciela od w-fu z dość silną sugestią, że nasz syn ma zostać w szkole razem ze swoim chorym uchem, a nie latać półnagi po mrozie.
Następnego dnia Junior wrócił ze szkoły znowu cierpiąc, ponieważ w szkole ćwiczyli napad terrorystyczny i znowu bez ubrań wywalili dzieci z budynku. 
Tym razem wszyscy uczniowie solidarnie marzli, chociaż dla ucha syna nie zrobiło to żadnej różnicy bo go znowu zaczęło boleć.
Prawdopodobnie część kolegów również dorobiła się zapalenia ucha, ale najważniejsze, że planowane ćwiczenia się odbyły, „ co nas nie zabije to nas wzmocni”.

I to wszystko dzieje się w atmosferze szalejących wszędzie wirusów produkcji zarówno amerykańskiej jak i zagranicznej. Nie wiem jak określić takie zachowanie, ale zdecydowanie nie mogę tego nazwać głupotą, bo to byłoby zbyt obraźliwe dla głupoty.
Stany to chyba jedyny kraj z grupy wysokorozwiniętych, w którym ludzie często umierają na grypę, a wizja tej choroby przeraża wszystkich.
Mimo ogólnonarodowego stanu lękowego przed wirusem głupota okazuje się silniejsza.
Najgorsze jest to, że niestety bywa zaraźliwa, a proces leczenia jest długi i często nie przynoszący zadowalających efektów.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Trochę puchatych przyjemności, czyli Mamo rzuć na mnie kota

Poniższy tekst jest przeznaczony dla wielbicieli zwierząt, ewentualnie ludzi wykończonych psychicznie, którzy nie mają ochoty, (przynajmniej dzisiaj), czytać mrożących krew w żyłach doniesień ze świata, opisujących do jakich strasznych czynów gatunek ludzki jest zdolny.

Odrywając się na moment od melancholijno-filozoficznych rozmyślań, postanowiłam opisać kilka „momentów” z życia naszych zwierzaków. Internet aż pęka w szwach od śmiesznych filmików z kotkami i szczeniaczkami, które dość skutecznie poprawiają wszystkim nastrój.
Uważam, że moje futrzaki robią to równie skutecznie, chociaż na zdecydowanie mniejszą skalę, ponieważ celebrytami są tylko w naszej rodzinie. Osobiście uważam, że to wystarczy i tak są już rozpieszczone do granic niemożliwości, dodatkowa sława już całkowicie poprzewracałaby im w łebkach.

Nasz, rodzinny, futerkowy gang składa się z dwóch świnek i Kotki. Tutaj będzie małe wyjaśnienie dla tych, którzy myślą, że świnki to bezmyślne gryzonie, których największym życiowym dokonaniem jest bycie daniem obiadowym w Ameryce Południowej.
Nic bardziej mylnego, chociaż świnki morskie znajduje się niestety gdzieś na końcu łańcucha pokarmowego, nie można im odmówić rozumu, urody, życiowego sprytu i poczucia humoru.

Świnki pojawiły się w naszym domu, jako prezent dla dzieci, ze szczególnym naciskiem na potrzeby emocjonalne Córki. W pierwotnym założeniu miała to być jedna świnka.
Tuż przed zakupem okazało się, że świnki to zwierzaki stadne, lepiej się chowają w towarzystwie i że jak mam chociaż odrobinę przyzwoitości to kupię dwie. 
Na widok ślicznych kulek w sklepie zoologicznym, zachowałam na tyle przytomności umysłu, że na początku zażądałam pokazania, gdzie znajdują się same samiczki, (szczęśliwie samczyki były oddzielone). 

Uspokojona co do ewentualnego, nieograniczonego wzrostu populacji świnek w naszym domu, pozwoliłam Córce wybrać zwycięzcę tego konkursu piękności. Moje dziecko nieświadome faktu, że zamierzam dokonać zakupu dwóch prosiaczków, po wymiętoszeniu i spojrzeniu w oczy wszystkim kandydatkom, wybrała dwie. 
Serce jej pękło można powiedzieć na dwie płowy i nie mogła podjąć biedulka ostatecznej decyzji. Niewiele rzeczy w życiu sprawiło mi większą radość niż uświadomienie mojej Córce, że kupujemy obie puchate piękności.

I tak do naszego domu zawitały świnki, a ja zaczęłam się energicznie dokształcać jak wychować świnki na porządne maciorki. Mało kto wie, ale świnki są zwolenniczkami monarchii absolutnej, a nie demokracji. W stadzie, w którym jest więcej niż jedna świnka, zawsze jest wybierana alfa, która rządzi, ale jednocześnie czuwa nad resztą bandy.
Nasza alfa została przywódcą, ponieważ drugiej śwince się nie chciało i wolała pozbyć się odpowiedzialności.
Po ustaleniu zakresu praw i obowiązków, zapanowała harmonia w świnkowym narodzie, która trwała do momentu pojawienia się następnej puszystej piękności, czyli naszej Kotki.

Kocica została wyselekcjonowana prawie jak mistrz strzelców w piłce nożnej, po przeprowadzeniu szeregu wywiadów środowiskowych, badań i męczenia wszystkich dostępnych kocich fachowców. No przecież nie mogliśmy ściągnąć do domu tygrysa szablozębnego, (nawet w miniaturze). Musieliśmy zainwestować w małe modyfikacje genetyczne, żeby nasze  świnki były bezpieczne.

Przez pierwszy okres integracji świnkowo-kotkowej, Kotka uparcie usiłowała przekonać świnki do zabawy. W momencie jak nasze maciorki uskuteczniały swój świński galopek, (wbrew temu co sądzi dużo ludzi takie zjawisko istnieje), puszczała się za nimi w pogoń, dopadała i trącała lekko łapą, (po uprzednim schowaniu pazurów). 
Świnki konsekwentnie ją ignorowały, aż przestała i zaczęła im włazić do klatki, ewentualnie spać przed klatką, a ponieważ nie wyżera im marchewki, a siana starczy dla wszystkich, to nie ma w rodzinie konfliktów.

Najlepiej ich wzajemne stosunki opisuje scenka na schodkach. Nasze świnki dorobiły się schodków prowadzących do drzwi klatki, żeby im było wygodnie wchodzić. Pewnego razu świnkowa alfa wychodziła z klatki, a Kotka usiłowała do niej wejść. 
Na szczycie schodków stanęła mała świnka morska, nos w nos z wielką, puchatą potomkinią lwów, panter, tygrysów itd. 
Świnka zastosowała swoją słynną alfią moc we wzroku wzbogaconą o wytrzeszcz i trwała twardo na stanowisku. Po kilku sekundach Kotka się cofnęła, świnka sobie zeszła i dopiero wtedy kociak władował się do klatki. Widziałam to na własne oczy. Dlaczego ta, nasza Kotka włazi do klatki, (dobrowolnie), pozostaje cały czas niezgłębioną tajemnicą.

Nasze maciorki są tak zwaną mini trzodą chlewną z wolnego wybiegu, biegają sobie bowiem luzem po pokoju zażywając relaksu zarówno klatce jak i na specjalnych posłaniach. 
Są to zwierzaki bardzo interaktywne, wydają różne odgłosy w zależności od nastroju i jeżeli rano nie dostaną śniadania są w stanie, w pozie bojowej stanąć przed łóżkiem Córki i przypomnieć jej, (głośno), że potrzeb świnek nie należy lekceważyć. 
Pewnego ranka obudziły swoimi nawoływaniami Kotkę, która zerwała się i nieprzytomna uciekła, to tyle w temacie krwiożerczych drapieżników.
Kiedyś dorwały się do czekoladek w papierkach i bez zbędnych ceregieli się poczęstowały. Wszyscy się martwili o ich zdrowie, zwłaszcza o te zjedzone, srebrne papierki. Okazało się, że papierki sobie ściągnęły, a zjadły samą czekoladę.

O ile od wytrzeszczu świnek aż bije inteligencja, o tyle spojrzenie naszej Kotki, zwłaszcza po przebudzeniu zawsze jest pełne zdziwienia i kompletnego braku zrozumienia w jaki sposób ona się znalazła tym miejscu. Wygląda jakby miała permanentnego kaca bez miłych wspomnień.
Za to prawdziwym relaksem dla wszystkich domowników jest obserwowanie śpiącego kota, co jest zadaniem niespecjalnie trudnym, ponieważ wysiłek ten zajmuje jej kilkanaście godzin na dobę.
Pozycje w jakich jest w stanie spać kot, stały się prawdopodobnie natchnieniem dla wielu uprawiających jogę.

Kotka oprócz bardzo pozytywnego wpływu na układ nerwowy jest w stanie spełniać też zadania z gatunku tych bardziej praktycznych.
Budzę Juniora codziennie  do szkoły. Zauważyłam pewną prawidłowość, mianowicie im jest większy tym mocnej śpi. Prawdopodobnie koło matury będę go musiała polewać wodą z lodem.
Kiedyś dla żartu wzięłam Kotkę na ręce i położyłam ją na jego plecach. 
Od razu przebudził się do życia, nie ma to jak ponad 4 kilogramy ciepłego kota wspinającego się na głowę. I tak jakoś weszło mi to w krew, że zaczęłam się posiłkować kotem przy procesie wybudzania mojego syna.
Pewnego razu zapomniałam o tej, naszej nowej, świeckiej tradycji i budzę delikwenta “bezkotowo”, a tu jak zwykle nic. Kotka siedzi koło moich nóg, a ja stoję nad śpiącym księciem jak nieprzytomna, durna bździągwa, nagle słyszę całkiem rozbudzony głos mojego dziecka: „Mamoooo, no rzuć na mnie kota !”
Rzuciłam, nie będę odmawiać dziecku małych radości, (Kotce zresztą też nie).

Kiedy patrzę jak z anielskim spokojem ona znosi objawy gorących uczuć, nie drapie, nie gryzie, nie atakuje wszystkich, to błogość mnie ogarnia i pewność, że warto było zapłacić za całą tę łagodną „puchatowatość”.
Dostaliśmy urodę i kompletny brak agresji w pakiecie, inteligencja jest przereklamowana w porównaniu z miłością.

wtorek, 11 lutego 2020

Korzenie, czyli obywatelstwo świata


Patrzę na moje Dzieci i coraz częściej pogrążam się w melancholijnej zadumie. 
Jak chyba każda troskliwa matka zastanawiam się co z nich wyrośnie i dodatkowo lubię się zamartwiać zadając sobie masochistyczne pytania, gdzie wyrosną, gdzie zapuszczą korzenie i co gorsza czy w ogóle je zapuszczą.
Jakoś bowiem tak się ostatnio przyjęło, że korzenie straciły na wartości, a czasami wręcz są tą, wstydliwą częścią życiorysu, którą się w rozmowie, na przykład, skwapliwie pomija.

W Stanach mieszka ok. 10 milionów Polaków. Spora część z nich oprócz nazwiska, płynnie włada językiem przodków. Jest też oczywiście grupa, która udaje, że z Polską nie ma nic wspólnego, a ich nazwisko chociaż brzmi na przykład „Dziubdziusiński”, jest typowo amerykańskie.
Najbardziej szokującą historię usłyszałam od jednej czterdziestoletniej pańci z typowo polskim nazwiskiem, która opowiedziała mi jak jej rodzina wyemigrowała z Polski, kiedy ona była nieletnim dziecięciem, a jej mama całe życie tęskniła za starym krajem, wracała co roku, zabierała ze sobą ową córeczkę i pokazywała kraj przodków. 
Podobno zawsze jak wracała do Stanów to płakała, (Mama, nie pańcia).
Z czystej ciekawości zapytałam do jakiego miasta w Polsce tak wiernie wracały, pańcia niestety nie pamiętała nazwy.

Mogłabym przytoczyć kilkanaście takich historii, które usłyszałam na własne uszy i drugie tyle, które opowiedziały mi moje dzieci. Hitem było, jak po dwóch latach okazało się, że koleżanka z klasy mówi płynnie po polsku.
Za każdym razem było mi wstyd i czułam pogardę. Nikt nikomu nie broni zmieniać obywatelstwa, nazwiska, wić gniazda na krańcach ziemi, zachwycać się nową Ojczyzną, ale dlaczego trzeba się jednocześnie wstydzić i wypierać własnego pochodzenia ?
Chyba najsmutniejsze w tych wszystkich historiach było to, że bez względu jak bardzo ci wszyscy ludzie starali się być amerykańscy i jak bardzo zabiegali o akceptację otoczenia i tak byli odrzucani przez „prawdziwych” Amerykanów, których przodkom udało się dotrzeć do Stanów 100 lat wcześniej.

I odpuścimy tutaj sobie wszystkie polityczne dywagacje. Z Ojczyzną jest tak jak z Matką, trzeba ją kochać i szanować, chociaż czasami bywa to trudne.
Co do mnie, to ja jestem chyba przypadkiem beznadziejnym. Serce mi się ściska, kiedy patrzę na to co się dzieje obecnie w Polsce, ale jednocześnie jestem dumna, że jestem Polką. Mamy tyle powodów, żeby się wstydzić jako naród i tak dużo, żeby być dumni z naszego kraju. 
Po prostu czasami ciężko jest pamiętać.
A Ameryka potrafi być fascynująca, zaskakująca i piękna, ale jak wiemy, piękno jest w oku patrzącego. Można zachwycać się Wielkim Kanionem i jednocześnie planować wypad do Władysławowa. Tajemnicą jest tutaj zrozumienie, że można znaleźć ukochane miejsca na całym świecie i nie wszystkie muszą być egzotyczne i piękne jak z reklam biur turystycznych.

Nasza rodzina przyjechała do Stanów na różnych etapach rozwoju osobistego.
Ja z mężusiem już jako ukształtowane jednostki, świadome swoich zalet i wad, Córka, na progu dorosłości, przejawiająca gorącą chęć pozostania za granicą, nie tracąc jednakże nic ze swojej osobowości, Junior, najmłodszy, najbardziej elastyczny i gotowy na zmiany oraz Świnki, które o zdanie i przekonania polityczne nikt nie pytał.

Po ponad dwóch latach pobytu za Wielką Wodą postanowiłam przyjrzeć się bliżej mojemu, prywatnemu stadu i śladom jakie odcisnęła na nim Ameryka i jeżeli zajdzie taka potrzeba zmienić trochę nastawienie.
Zaczynając od zwierzaków, Świnki zaaklimatyzowały się, konsekwentnie unikając wszelkich kontaktów z wiewiórkami, orłami, sokołami, szopami, kojotami i innymi groźnymi tubylcami. 
Nowy członek naszej rodziny puchata Kotka z amerykańskim rodowodem, musiała dość szybko zmienić nie tylko język i obywatelstwo na polskie, ale również nastawienie. Okazało się, że dzicy Polacy okazują uczucia z prawdziwie ognistym, słowiańskim zacięciem. Puszysta piękność zaakceptowała ułańską fantazję, a w bonusie okazało się, że nikt z niej nie robi idioty i nie przebiera w kostiumy z okazji różnych świąt narodowych. Ogólnie myślę, że wyszła na plus.

Stosunkowo najspokojniej proces asymilacji w amerykańskiej rzeczywistości przeżył mężuś Jego wrodzona pogoda ducha, spokój i zwyczajna dobroć okazała się niezwykle pomocna w różnych sytuacjach pełnych nonsensu i głupoty. 
Co nie znaczy, że nie dostrzega i nie męczą go atakujące zewsząd absurdy.

Moja Córka rozwinęła skrzydła, przypomina mi kołującego majestatycznie orła nad gniazdem, w którym siedzę ja. Każdy jej sukces: matura, egzaminy, świetne oceny, aplikacje na studia oddalają ją ode mnie. Patrzę jak wznosi się coraz wyżej i z jednej strony mam ochotę wyciągnąć ręce i złapać ją, żeby wiatr ją gdzieś za daleko nie wywiał, a z drugiej rozpiera mnie duma, która jest nie do opisania. 
Udało jej się osiągnąć idealną równowagę. Nie zapomniała kim jest, a jednocześnie z mądrością znacznie przekraczająca jej faktyczny wiek, wybiera z tego, dzikiego świata nowe elementy, tworząc krok po kroku dorosłą wersję siebie. 

I jest jeszcze Junior, rozglądam się po naszym pomału pustoszejącym gniazdku i widzę go, słodziakowate, „brzydkie kaczątko”, które tak samo jak jego andersenowski odpowiednik stara się zaaklimatyzować we wrogim środowisku, zupełnie nie pasuje do reszty kaczek, walczy, wątpi w siebie i cały czas nie zdaje sobie sprawy, że jeszcze trochę, a rozwinie wspaniałe skrzydła i zostawi daleko w dole całe to snobistyczne, zakompleksione, puste ptactwo z przedmieścia.

Z nim jest mi chyba najciężej utrzymać „polskość” w garści.
Język angielski zalewa go z każdej strony. Szkoła, koledzy, przyjaciele, wrogowie, telewizja, sąsiedzi itd., wszystko w obcym języku, okraszonym różnicami kulturowymi.
I na przeciw tego, całego potopu stoję ja, Matka Polka kontra Amerykańska Fatamorgana.
Bez względu na to jak bardzo się staram, pomału między palcami zaczyna mi przeciekać, (no w końcu nie jestem Zaporą Hoovera).
Na przykład matematyka, okazuje się, że po angielsku jest łatwiejsza niż po polsku, podobnie jak biologia. Praktycznie, tematy z gatunku mniej życiowych zaczynają pomału brzmieć łatwiej po angielsku.

Ratunkiem jest weekendowa, polska szkola, ale to cały czas wydaje mi się za mało.
Największą frustracją, która mnie dopada na tym malutkim kawałku Polski w Stanach, jest fakt, że polskie dzieciaki mówią tu do siebie po angielsku. Junior też nie jest uszczęśliwiony tym faktem. Kiedy ma do wyboru kumplować i komunikować się z Hiszpanem po angielsku, a z Polakiem też po angielsku, woli Hiszpana. 
I zupełnie mu się nie dziwię, dzieciak ma wrodzoną niechęć do fałszu.

O ile pogodziłam się niechętnie z faktem, że moje dzieci część wiedzy pochłaniają po angielsku, o tyle zawzięłam się przy religii.
Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że człowiek tak naprawdę modli się tylko w języku ojczystym, jeżeli to się zmienia, to znaczy, że zmienia się adekwatnie reszta jego życia.
Jeżeli kiedyś moje Dzieci postanowią, że chcą modlić się w innym języku bądź nie modlić wcale, to będzie ich decyzja. Do tego czasu nie pozwolę, żeby ktokolwiek narzucał im to na siłę.
Tu wyjaśnię moje całkowicie subiektywne przekonanie odnośnie religii. 

Mój znajomy określił kiedyś religię jako swojego rodzaju przewodnik jak przeżyć życie, z zaznaczeniem że nie ma jednego właściwego, (przewodnika oczywiście).
Z kolei znajomy mojej Przyjaciółki powiedział jej kiedyś, „że najważniejsze jest żeby w coś wierzyć”, w co to już sprawa drugorzędna. 
Bóg i wiara jest jedna, różnych religii istnieje dość sporo.
Być może zbulwersowałam teraz moich czytelników, ale ja zasługuję na to, żeby pisać to co faktycznie czuję, a te osoby, które to czytają zasługują na to żeby ich nie okłamywać.

Żyć i stworzyć dom można wszędzie na świecie, ale rodzimy się tylko w jednym miejscu. Możemy sobie wybrać Ojczyznę, ale jakoś nie sądzę, że określenie Obywatel Świata brzmi dumnie, brzmi samotnie.

niedziela, 2 lutego 2020

Filozoficzne podsumowanie, czyli trochę życiowej niestrawności

Zamilkłam nie dlatego, że pogrążyłam się w rozpaczy, reagując w ten sposób na nowo nabytą dorosłość mojej Córki, ale dlatego, że życie przekarmiło mnie czekoladkami.
W filmie „Forrest Gump” pada kultowe stwierdzenie, że „życie jest jak pudełko czekoladek i nigdy nie wiadomo na co się trafi”, w kontekście życiowych zawirowań oczywiście.
Idąc dalej tym tokiem myślenia, jestem obżarta czekoladą do granic wytrzymałości. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że cierpię na lekką, życiową niestrawność, ale ponieważ nie tworzę bloga kulinarnego skupmy się raczej na problemach egzystencjalnych.

Ze sporym poślizgiem zabrałam się za próbę podsumowania Starego Roku. 
Ludzie to bardzo dziwne stworzenia. Uwielbiamy odliczać czas do końca roku, do końca wakacji itd, nie wspominając o masochistycznych noworocznych postanowieniach, które potrafią dać w kość.
Osobiście noworocznych postanowień nie robię, ale lubię po fakcie wpaść w samozachwyt, że udało mi się coś osiągnąć.
A że razem z końcem 2019 roku zakończyła się również dekada, to mogę powspominać na szerszą skalę.
W związku z tym wspomnienia zalały mnie jak fala tsunami i raczej nie wydaje mi się, żeby udało mi się je jakoś sensownie poukładać. Idę na żywioł.

Gdyby dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, że dotrę na Karaiby nie uwierzyłabym mu.
Dopuszczałam możliwość, że uda mi się kiedyś, gdzieś dopaść jakiegoś samotnego wieloryba, moja desperacja potrafi dać wszystkim popalić, ale przeprowadzki na inny kontynent, wicia gniazda w obcym środowisku, zderzenia moich wyobrażeń z rzeczywistością amerykańską czy nabycia napuszonej  Kotki, nie było ani w moich marzeniach, ani w poważnych planach życiowych.

Jakiekolwiek nieśmiałe zamierzenia plątały mi się po głowie, musiałam nieźle rozbawić Pana Boga, skoro zafundował mi tyle niespodzianek.
W ciągu ostatniej dekady, odchowałam syna, (od przedszkolaka do cwaniaka), córka mi dorosła, (przynajmniej oficjalnie, według polskich standardów), mąż trochę osiwiał, ale ogólnie utrzymał formę i nie poddał się kryzysowi wieku średniego, w naszym życiu pojawiły się Świnki, Kotka i cała banda dzikich zwierzaków, doświadczyłam na własnej skórze, że różnice kulturowe mogą być bolesne, oraz przekonałam się, że podróże faktycznie kształcą, choć nie zawsze ta, konkretna wiedza jest pożądana.
Udało mi się spełnić kilka marzeń, co do których już straciłam nadzieję i co bardzo budujące, dorobić się paru nowych.
Sił mi ubyło, siwych włosów przybyło, ale w duszy ciągle gra, więc bilans wypada bardzo pozytywnie.

Z rzeczy “made in USA”, zobaczyłam rasizm, dyskryminację i ogłuszającą głupotę, Córka zdała amerykańską maturę, a Syn zaczął posługiwać się angielskim płynnie, może wciąż z małymi potknięciami, ale za to z perfekcyjnym akcentem.
U mnie akcent nie uległ niestety poprawie, za to posadziłam dwa drzewa, spróbowałam słonej czekolady z karmelem, widziałam ludzi chodzących w klapkach i w krótkich spodenkach w środku zimy i ponad dwa lata temu zaczęłam pisać blog.

Nigdy nie miałam cierpliwości do pisania pamiętników. Robiłam kilka podejść, ale zawsze kończyło się po dwóch tygodniach. Możliwe, że nie miałam o czym pisać, albo co bardziej prawdopodobne nie doceniałam wielu rzeczy, które mnie wtedy spotykały, wygląda na to, że ja również musiałam dojrzeć. 
Wbrew temu co uważa mój syn, nie urodziłam się dorosła, choć mnie też czasami trudno w to uwierzyć.

I tak właśnie wspominając, uświadomiłam sobie empirycznie, jak dużo jest prawdy w stwierdzenie Wisławy Szymborskiej: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. 
Chociaż ja poszerzyłabym to stwierdzenie, że mimo wszystko wiemy o sobie niewiele i zaskakujemy siebie cały czas. Nasza reakcja w obliczu jakiegoś dramatycznego wydarzenia, jeżeli się ono powtórzy często może być zupełnie inna niż za pierwszym razem.
Może to my jesteśmy tym pudełkiem czekoladek i to nasze decyzje, a nie życie czasami zaskakują wszystkich z nami włącznie. Tak naprawdę cały czas jesteśmy jedną, wielką niewiadomą.

I tylko kilka dobrych rzeczy pozostaje niezmiennych, przynajmniej u niektórych ludzi, (psychopatów pomijam): bezwarunkowa miłość Rodziców i Dziadków, (z dziećmi niestety bywa różnie), dobro i zwyczajna, szczera ludzka życzliwość, nazywana również przez niektórych człowieczeństwem.
Czasami wieczorny „telefon czy SMS od przyjaciela” jest w stanie rozjaśnić mrok i pozwala doczekać wschodu słońca, kiedy wszystko zaczyna się układać i niestrawność od czekoladek podsuwanych nam przez życie przechodzi.

W związku z moimi, filozoficznymi rozmyślaniami, życzę wszystkim nie na Nowy Rok tylko na zawsze, więcej człowieczeństwa i dobrych ludzi w życiu, żeby łatwiej było przełknąć te słodycze, (nawet słone i gorzko-kwaśne), które serwuje nam nasze życie, które i tak kochamy nad życie.