piątek, 21 września 2018

Szkocja, czyli moje marzenie (na życiowej liście numer 1)

Potrzebuję małej przerwy od rzeczywistości, (mocno mi ostatnio dokopała). 
Biorąc pod uwagę moje ograniczone możliwości do szaleństw i życia towarzyskiego, zanurzę się we wspomnieniach i spróbuję napisać trochę o Szkocji.

Nie mam pojęcia ile postów mi to zajmie, te o Szkocji, zawsze bedą miały ją w tytule. 
To tak informacyjnie ostrzegam, bo zamierzam dać upust uczuciom i może być emocjonalnie.

Żałuję tylko, że nie tworzyłam małych notatek na bieżąco, jak tam byłam, teraz mogę tylko mieć nadzieję, że nie zapomniałam.
Każdy dzień był w Szkocji wielką przygodą.

Minęło już co prawda parę lat, ale po pierwsze skleroza jeszcze mnie nie dopadła, (mam nadzieję), a po drugie zrobiłam tyle zdjęć, że zawsze mogę sobie popatrzeć i co nie co odświeżyć. 

Byłam w Szkocji dwa razy, rok po roku, w sumie prawie 4 tygodnie.
Przejechaliśmy z mężem blisko 8 tysięcy kilometrów, (naszym samochodem oczywiście) i zrobiliśmy prawie tyle samo zdjęć. Wyszło nam jedno zdjęcie na kilometr.

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy zaczęłam czytać książki, (romansidła też, nie będę ściemniać), gdzie występowali zabójczo przystojni i szlachetni Szkoci. 
Do tego jeszcze pojawił się film "Nieśmiertelny" i podkładka pod marzenie gotowa.

Przeczytałam mnóstwo książek o Szkocji i w duszy zaczęła mi grać kobza, (do tej pory nie przestała).
To było takie marzenie, które tkwiło we mnie przez lata, a jak już udało mi się je spełnić to zamiast zniknąć, pozostawiło po sobie pragnienie powtórki.
A to według mnie oznacza już nie tylko marzenie, ale wręcz miłość. 

Istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie dla tych, którzy wierzą w reinkarnację, że w poprzednim życiu byłam dzielną Szkotką, (lub Szkotem, nie bądźmy seksistami) i dlatego tak mnie tam ciągnie. 
Bez względu na to co to jest, mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś tam pojadę.

Zanim przejdę do konkretów, małe, egzaltowane słowo wstępu. 
Zwiedziłam w życiu trochę miejsc, (zaliczyłam parę kontynentów), ale nigdzie nie widziałam tak pięknych widoków jak w Szkocji.

Mąż podszedł do sprawy profesjonalnie, najpierw przeprowadził dokładne śledztwo dotyczące moich pragnień. 
Potem wziął mapę, stworzył trasę i zarezerwował na niej hotele w stylu B&B czyli spanie plus śniadanie.

Nie chciałam żadnych przewodników, zorganizowanych wycieczek i stadka gadających mi za uszami turystów, (narodowość bez znaczenia). 
Chciałam poczuć Szkocję sama, dzika, wolna i albo się zachwycić, albo stwierdzić, że się pomyliłam. 

Tu będzie mała dygresja, Bałtyk zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Mogę się zachwycać Karaibami, ale zawsze nasze zimne, szare morze szumi mi cichutko w duszy. 
Ogólnie na to wychodzi, że dość dużo rzeczy mi w duszy szumi i gra.

Morze Północne mnie zaskoczyło. Nigdy nie przypuszczałam, że może mi się tak spodobać. 
Od strony holenderskiej, ma bardzo szerokie, płaskie plaże i szokująco ciepłą wodę, a dalej zaczyna się czysty żywioł. 
Jednym słowem Morze Północne ma charakter i tajemniczą urodę, tak jak Bałtyckie.

Wzięliśmy samochód, przeprawiliśmy się z Holandii do New Castle w Anglii promem, podróż trwała 15 godzin. 
W Wielkiej Brytanii byłam już wcześniej, ale wtedy głownie zwiedzałam Londyn, (bardzo mi się podobał).

Tutaj będzie kolejna dygresja, (nie mogę się powstrzymać). Londyn udało mi się zwiedzić na tak zwany bezczelny ryj, ponieważ mój mężuś został tam wysłany służbowo. 
Firma nie miała nic przeciwko kilkudniowej obecności żony, o ile oczywiście opłacę sobie podróż. Opłaciłam i częściowo sama, a trochę z mężem jak dzikie harty obiegliśmy Londyn. 

Zanim zaczęliśmy, mąż zarządał ode mnie listy miejsc, które chcę zobaczyć, bo moje stwierdzenie "wszystko" nie było dla niego wystarczajaco opisowe. 
Zrobiłam listę, po zapoznaniu się  z nią mąż chyba zaczął trochę żałować, że jego firma jest taka prorodzinna. 

Stwierdził, że nie ma takiej siły, żebyśmy to wszystko zaliczyli w tak krótkim, stosunkowo czasie. Lista była ułożona według priorytetów. Co ciekawe i bardzo w moim stylu zamek królewski znajdował się bliżej końca i przegrywał zdecydowanie z domem Sherlocka Holmesa, (jest na Baker Street).

Nieskromnie powiem, że co prawda pod koniec chodziliśmy niejako siłą rozpędu, ale zobaczyłam wszystko co chciałam plus kilka bonusów. Mąż był w szoku, że nam się udało. 

Pamiętam, że na koniec zażyczyłam sobie zobaczyć ulicę, gdzie kręcili film Notting Hill. 
I tutaj małżonek lekko się spłoszył, ale wziął problem na klatę, poszperał w internecie i bogaty w nową wiedzę, zawiózł mnie na ulicę Portobello. 

To jest ta ulica, pełna kwiatów i owoców, na której dzieje się praktycznie cała akcja.
Uczucie obłędne, jakby się weszło w kadr. Tym wszystkim, którzy lubią ten film, serdecznie polecam.

Wróćmy na prom, bo się rozmarzyłam, płynęliśmy sobie miło podziwiając fale, kiedy zobaczyłam stojące w wodzie olbrzymie wiatraki, to była tak zwana farma wiatrowa. Widok z gatunku tych lekko surrealistycznych, robiących wrażenie, (przynajmniej na mnie).

Dobiliśmy do brzegu i prawie od razu o mało co nie obraziłam celnika, bo zapytał jak długo mamy zamiar zwiedzać Wielką Brytanię, a ja zaczęłam go wyprowadzać z błędu, że kompletnie nie mam zamiaru zwiedzać jego kraju tylko Szkocję. 

Mężuś przytomnie przejął stery rozmowy, potem dodał gazu, a jeszcze potem słabym głosem poinformował mnie, że bez względu na moje odczucia i sympatie, Szkocja nie jest suwerennym krajem i Anglicy raczej nie podzielają moich wywrotowych przekonań w stylu "Walecznego Serca".

Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych nikogo tak naprawdę nie obeszły nasze plany i bez problemów pomknęliśmy w dal. 
Można powiedzieć, że przebierałam nogami z niecierpliwości. Wreszcie podjechaliśmy pod kamienny blok, gdzie wygrawerowane były litery informujące, że tu zaczyna się Szkocja, (flaga powiewała w tle).

W tym miejscu zaczęłam robić zdjęcia i cud, że aparat nie przyrósł mi do ręki. Ponieważ zamierzałam chłonąc wrażenia i ogólnie napawać się chwilą, mężowi zostawiłam sprawy logistyczne. 
Było mi totalnie wszystko jedno, gdzie jedziemy, pod warunkiem, że nie opuścimy terytorium Szkocji. 

Najpierw zatrzymaliśmy się w urokliwym miasteczku, gdzie jak totalnie głupie trąby przeoczyliśmy zamek. Tak, w Szkocji jest to możliwe, aczkolwiek ciężko w to uwierzyć. 
Ten błąd popełniliśmy tylko raz i potem polowanie na zamki wychodziło nam bardzo dobrze. 

Część szkockich zamków, zwłaszcza tych wypasionych, w super stanie, jest bardzo łatwo dostępnych, oznakowanych i żeby je zwiedzić najczęściej kupuje się bilety, ale reszta tych naprawdę starych i zrujnowanych, (moich ulubionych), znajduje się czasami w miejscach zapomnianych i bez możliwości dojazdu, (przynajmniej oficjalnie).
My przeoczyliśmy taki oznakowany, (co za wstyd).

Pierwszy pensjonacik, w jakim spędziliśmy dwie noce był wspaniały. Romantyczny dom, mający ponad 300 lat i tak piękny ogród, że tylko czekałam kiedy pojawią się bardzo szkockie krasnoludki w kiltach. 

Prowadzony był, co ciekawe przez starszego, kulturalnego Pana, a standard pokoju bił na głowę hotel w Londynie. 
Uszczęśliwił nas śniadaniem jak z innej epoki, porcelana, haftowane serwetki, dzbanuszki z mlekiem. Potem w następnych hotelikach rożnie bywało, ale ten pierwszy to był wspaniały początek podróży mojego życia.

To był mój pierwszy kontakt z prawdziwym Szkotem. Oczywiście jak go biedaka dopadłam, to nie chciałam wypuścić. Najwyraźniej Szkoci nie boją się Polek, bo ich kobiety do słabych lilijek nie należą i Pan się nie wystraszył, wręcz przeciwnie. 

Po wyjaśnieniu co ja myślę na temat Niepodległej Szkocji, (mój mąż w rozpaczy rozważał przykrycie się serwetką, ewentualnie ucieczkę), Pan spojrzał na mnie przenikliwie. 
Pewnie w książkach opisaliby to jako zajrzenie w głąb duszy i rozpoznanie bratniej. 

Co by to nie było, mój nowy szkocki przyjaciel stwierdził z lekceważeniem, że w okolicy jest zamek Królowej angielskiej i możemy się przejechać i go zobaczyć, ale on wie, że to nie jest to czego ja szukam. 
Następnie pogonił męża, kazał mu przynieść mapę i zaznaczył nam kilka miejsc. 

Potem spojrzał na mnie jeszcze raz i prawie jakby rzucał zaklęcie stwierdził, że jest jeden zamek, który powinnam zobaczyć, (nie było go na liście mojego męża), ale problem w tym, że on jest po drugiej stronie kraju i z każdym kilometrem będę się od niego oddalać. I teraz jestem możliwie najbliżej, chociaż i tak pioruńsko daleko.

Mieliśmy więc do wyboru, albo chrzanić wszystko, rzucić się w wir przygody, przejechać kilkaset kilometrów jak obłąkani, albo nigdy go nie zobaczyć. Mój mąż podsumował sytuację po męsku: "Twoje marzenie, twoja decyzja, ja mogę jechać". 
Stąd między innymi wzięły się te tysiące kilometrów.

Dzięki wskazówkom naszego gospodarza zwiedziliśmy kilka miejsc, których prawdopodobnie nie można znaleźć w przewodnikach dla turystów. 
Jak się żegnaliśmy, Pan powiedział nam, że sprzedaje swój dom, bo już nadszedł czas. 
Nie uwierzyliśmy mu. Pod koniec podróży znaleźliśmy informację, że dom został wystawiony na sprzedaż i sprzedany, można powiedzieć na pniu.
Prawdopodobnie byliśmy jednymi z ostatnich gości.

Ponieważ jestem zadziora, napiszę krótko, że widziałam zamek Królowej i tak jak nasz nowy szkocki przyjaciel przewidział, to nie było to czego szukałam, (o zamkach będzie bardzo dużo, ale trochę pózniej).

Właściwie dość szybko stało się jasne, że im zamek starszy tym bardziej mi się podoba, ruiny zachwycają, a miasta, pełne turystów wyprowadzają z równowagi.

W Szkocji można stanąć w jednym miejscu, zrobić kilkanaście zdjęć nie ruszając się, a każde z nich wygląda jak fotomontaż. 
Nagromadzenie takiego piękna w jednym miejscu jest wręcz niewyobrażalne.

Szkocka ziemia dość szybko zaczęła wyciągać ze mnie stresy, znużenie i nagromadzone lata. 
Skakałam po głazach jak kozica, wdrapywałam się na zrujnowane zamkowe wieże, przedzierałam się  przez chaszcze i bagna i cały czas nie czułam zmęczenia tylko czystą radość. 

Od razu na początku zakupiliśmy kilka płyt ze szkocką muzyką i katowałam nią mojego, biednego męża. Potem w wyniku partnerskich negocjacji, ustaliliśmy przerwy na muzykę radiową, bo jednak mężuś jako kierowca musiał zachować zdrowe zmysły.

I tak się zastanawiam, że na początku chciałam opisywać Szkocję, w sposób uporządkowany, wręcz prawie profesjonalny z turystycznego punktu widzenia, ale się nie uda.

Za dużo wrażeń i emocji. Postaram się chociaż pogrupować te nasze szalone przygody, część z nich bowiem dotyczyła zamków, a część przyrody. 
Osobno opiszę ludzi i jedzenie, pogodę i wszystko co sobie przypomnę. 

Mam nadzieję, że to będzie opowieść dzika, szalona, piękna i magiczna, taka jak Szkocja.

Co może dać sąsiadka, czyli patologiczny absurd

Zostałam potraktowana jak rodzina patologiczna, a przynajmniej jej część.
Cała sytuacja jest tak absurdalna, że gdybym sama jej nie doświadczyła, cieżko byłoby mi w nią uwierzyć.

Mieszkamy od roku w tym samym miejscu, sielskie, snobistyczne przedmieście, spokojnie można by tu kręcić filmy o amerykańskich, perfekcyjnych rodzinach. 

Z lewej strony mamy sąsiadów, którzy mają syna, (zdaje się, że tylko jednego). 
Przez ostatnie dwanaście miesięcy cała rodzina solidarnie ignorowała moją. 
Ich syn codziennie jeździł z moją córką do szkoły autobusem i nigdy jej nie powiedział cześć, podobnie zachowywali się jego rodzice.
Pewnie powinnam być wdzięczna, że na mój widok nie żegnali się ze strachem i nie obwieszali amuletami, ewentualnie czosnkiem. 

Ponieważ moja córka złamała sobie nogę, ja złamałam kilka amerykańskich reguł i mimo silnych sugestii rożnych, pożal się Boże specjalistów, zamiast wysłać ją natychmiast do szkoły, zaparłam się jak osioł, (w tym przypadku wyjątkowo dziki). 

Najpierw ją dokładnie zdiagnozowałam, lekarz porobił kupę rożnych prześwietleń i dopiero teraz wróci do szkoły.
Mówiąc szczerze, gdybyśmy byli w Polsce to jeszcze posiedziałaby trochę w domu, ale tutaj przetrzymałam ją dwa tygodnie co i tak jest szokiem dla wszystkich.

Jestem ewidentnie patologiczną matką, którą bardziej interesują połamane kości i proces zrastania niż stracone punkty i zaległości. 
Pogodziłam się z taką opinią, (trudno mogę być), a tymczasem okazało się, że wygląda na to, że jestem nie tylko patologiczną matką, ale wręcz matką o skłonnościach sadystyczno- morderczych.

Wracam sobie z synem ze szkoły, grypa usilnie daje mi się we znaki, (ledwo dyszę), przed domem sąsiadów stoi sąsiadka z synem i psem. 
Gdyby pies nie był wyjątkowo mały, pomyślałbym, że wzięli go w celu nastraszenia mnie. 
Nie bawiąc się w żadne sentymenty kobieta, która nie odezwała się do mnie w życiu, zapytała co się dzieje z moją córką, dlaczego nie wychodzi z domu itd. 

Grypa ociupinkę mnie ogłupiła, bo najpierw w pierwszym odruchu uczciwe powiedziałam, że złamała nogę. I tu zostałam zatrzymana i przepytana jak na posterunku policji. 

Do momentu kiedy Pańcia i jej syn nie pojęli, że córka złamała nogę w szkole, ewidentnie byli pewni, że to ja jej zrobiłam jakąś straszną krzywdę. 
Potem po upewnieniu się, że wypadek miał miejsce w szkole współczująca sąsiadka sprawdziła kto, gdzie i jak leczy moje dziecko, no bo a nuż leży gdzieś zapomniane, połamane w ogrodzie pod krzaczkiem i bije się z wiewiórkami o nasionka w celu przeżycia.

Mniej więcej w tym momencie mój mózg ocknął się z oparów grypy. 
W sekundzie przeanalizowałam sytuację na zimno, doszłam do wniosku, że jeżeli teraz powiem babie, żeby spadała to naśle na mnie policję, żeby sprawdzić czy nie trzymam dziecka na łańcuchu, w piwnicy na przykład.

Wypadek mojej córki nie jest żadną tajemnicą, wielki gips na nodze raczej ciężko ukryć, zaspokoiłam jej ciekawość, dokończyłam rozmowę w tonie neutralnym i poszłam z synem do domu.

Chyba przestaję się dziwić, że za wtargnięcie na teren prywatny można zarobić tutaj kulkę w rożne części ciała.

Kawka rodziców, czyli mały stan depresyjny

Mam takie dość silne wrażenie, że ja się jednak nie nadaję na amerykańską matkę, ani nawet na nędzną podróbkę takowej.
A przecież się staram, chociaż czasami mięśnie twarzy odmawiają mi posłuszeństwa.

Ostatnio biorę udział w rożnych spotkaniach organizacyjnych, które w Polsce noszą miano spotkań z rodzicami, (obecnie), a wywiadówkami (dawniej). 

Zaliczyłam, już o czym pisałam spotkanie dla obcokrajowców w szkole juniora i teraz nadszedł czas na spotkanie amerykańskie.
W zeszłym roku, na skutek ogólnych zawirowań, rozpakowywania i emocji takie spotkanie mi umknęło.  
Mieliśmy potem trochę problemów logistycznych z dostarczeniem pieniędzy na fundusz klasowy. 

W tym roku karnie postanowiłam uczestniczyć w takim spotkaniu, mając nadzieję, że dowiem się czegoś ważnego. 
Nie wiem co mnie zaćmiło, tłumaczy mnie chyba tylko ból głowy, który niepokojąco przypomina początek grypy, (wykończyła mnie klimatyzacja w tych wszystkich klinikach).

Ignorując migrenę oraz swój dość wymięty wygląd, (podejrzewam stan podgorączkowy), zmobilizowałam się i świtem pognałam do szkoły. 
Spotkanie nazywało się "kawa rodziców" i to już powinno było mnie uczulić i ostrzec, wręcz przestraszyć.

Nie uczuliło, (albo jestem odważna, albo głupia), dotarłam do szkolnej kafeterii, gdzie matki wystawiły kawę, małe pączusie, małe bajgielki i małe kawałeczki owoców, (jakaś obsesja z tą miniaturyzacją).

Wielkie stoły, mnóstwo krzeseł, wszyscy stoją i tokują. Wszędzie porozkładane listy dla chętnych matek ochotniczek. Zainteresowałam się możliwościami: zbieranie funduszy, piknik szkolny, przedstawienie, album szkolny itp. Część matek już wyrywała sobie kartki.

W całej sali był tylko jeden mężczyzna i tylko on siedział, czytając na telefonie wiadomości dnia, (prawie jakbym widziała mojego męża).
Najwyraźniej siadanie nie było przewidziane w programie, no cóż wzięłam mini pączka i siadłam. Część mamuś o mało nie zemdlała. Naruszyłam protokół jak nic. 
Pojawił się następny tatuś, rozejrzał przerażony i ściskając w ręku zwitek dolarów, zaczął w panice szukać mam przewodniczących.

Rozejrzałam się, wyczaiłam matkę zbierającą pieniądze dla klasy syna, uiściłam co trzeba i zaczęłam się zastanawiać co ja tu jeszcze robię. 
Żadnego nauczyciela, żadnych konkretnych informacji tylko bzdury i rozdmuchane na siłę spotkanie towarzyskie dla nudzących się w domu bab.

Matki trwały twardo na stanowisku nawet nie patrząc w stronę przekąsek. 
Całą grupę można było podzielić na trzy rodzaje. 
Pierwszy, elegantki w stylu marynistycznym. Takie kobiety wyglądają jakby właśnie zeszły z żaglówki, rozwiany włos, (prosto od fryzjera), białe spodnie, bluzy i markowe klapki, parę brylantów tu i ówdzie. 
Druga grupa, mamy w drodze na jogę, wszystkie na sportowo, w obowiązkowych legginsach, (już nawet nie będę komentować).
I grupa trzecia, w stylu "jestem koszmarnie zajęta, muszę pędzić, ale zostanę", styl sportowy-elegancki, złota biżuteria mile widziana.

Głowa mi pękała, matki wydzierały się jak papugi. Jak doszły do ambitnych planów na rzecz okolicznej wspólnoty mieszkańców, które powinny wykonywać dzieci już nie zdzierżyłam, zwędziłam pączka i ulotniłam się, za mną w popłochu umykał samotny tatuś rownież z pączkiem.

Ewidentnie nie byłam w formie, miałam ochotę zrobić rozróbę i zapoczątkować dyskusję o poziomie nauczania, tudzież bezsensownych lekturach, które dzieciaki muszą czytać.
Najwyraźniej jednak, te tematy w porównaniu do organizacji procesu utylizacji śmieci, (przez dzieci oczywiście), nie były wystarczająco ważne.

Także może to i dobrze, że rozkłada mnie ta grypa. Aczkolwiek to są te momenty, kiedy zastanawiam się naprawdę na poważnie co ja robię w tym kraju.

wtorek, 18 września 2018

Wyję w deszczu, czyli brak mi tylko czołgu

Odwiedziła nas moja teściowa z ciocią szanownego małżonka. 
Teściową znam, ciocię widziałam trzeci raz w życiu, ale kobieta sympatyczna, lekko przerażona, może zostać.

Panie przyjechały z ambitnymi planami podbijania Nowego Jorku. Wczoraj wypuściły się na miasto. Wróciły wieczorkiem, przez przypadek jechały tym samym pociągiem co mąż. Jak weszli do domu, to przysięgam, że on był w gorszym stanie. 

Panie, jak wychudzone (mocno), konie pociągowe, cały dzień latały po NY, a potem rozrabiały do nocy, a dzisiaj były na nogach już od szóstej. 
Może powinnam zainteresować się co biorą, bo niewątpliwie przydałby mi się taki rozpęd.
Zrobiły sobie dzień przerwy, bardzo mądrze bo leje jak z cebra, oczywiście wszędzie ogłosili już prawie klęskę żywiołową, ale jutro powinno być ładnie to znowu sobie poszaleją.

Ja też sobie szaleję, tylko zdecydowanie mniej rozrywkowo i sił jakoś tak mam mniej niż one. 

Najpierw przydarzyła mi się wywiadówka u juniora, w jego centrum językowym dla obcokrajowcow. 
Stawiłam się karnie, bo po pierwsze nauczycielki lubię, bardzo dużo od nich zależy, a poza tym miałam taką maciupeńką nadzieję, że spotkam jakieś fajne matki desperatki, a może nawet jakąś Polkę. 

Matek było tylko kilka sztuk, w tym niestety w ramach słowiańskich klimatów tylko ja. 
I tak sobie zadaję pytanie dlaczego te baby tak mnie nie lubią. Do tych lekko depresyjnych rozważań nastroiła mnie rozmowa.

Scenka: stoi obca matka, grzecznie się witamy, na początek rzuciła mi sympatyczny tekst, że ubrałam się lepiej niż ona (ja, letnia sukienka), bo jej jest za gorąco, (ona, dżinsy i bluzka z długimi rękawami). 

Uśmiechnęłam się miło, chociaż mogłam babie powiedzieć, że może powinna sprawdzać temperaturę bo na dworze jest 28 stopni. 
A trzeba było, bo kobietka zapytała skąd jestem i potem pojechała cytuję dosłownie: "Polka, oooooooo nie wyglądasz jak Polka. (Tu miałam chwilę konsternacji). Chociaż nie wiem jak wyglądają Polki bo nigdy żadnej nie widziałam. Jak dla mnie to wyglądasz jak latynoska". 

Rozmowna mamusia była Holenderką, w Stanach od paru miesięcy. Tak sobie myślę, jakie jest prawdopodobieństwo, że nigdy nie widziała żadnej Polki, kiedy praktycznie najechaliśmy "za chlebem" ich kraj ?

I jeżeli ktoś myśli, że porównanie mnie do latynoskich kobiet było komplementem, jest w błędzie. Tu nikt nie chce ani wyglądać, ani być Latynosem, (stwierdzenie prawdopodobnie mocno ogólne, ale tak to wygląda z boku). 

Nie będę opisywać moich wdzięków dokładnie, ale mam niebieskie oczy, jasną karnację, włosy, takie coś jak mocno ciemny blond złamany upływem czasu. Jednym słowem trzeba sporo wyobraźni lub środków odurzających, żeby przypisać mi południowo-amerykańskie pochodzenie. 

I mogłam się odwzajemnić komplementem, że ona za to wygląda jak rasowa Holenderka, bo łatwo ją rozpoznać skoro wszystkie Holenderki są brzydsze niż ich krowy, ale nie zrobiłam tego. 

Czasami mam dość tego, swojego opanowania i kultury osobistej.
Uzgodniłam szczegóły edukacji językowej młodszego dziecka i jak pies pognalam do domu, żeby dla odmiany ze starszym dzieckiem odwiedzić lekarza i dostać gips. 

Gips został nałożony profesjonalnie przez pana doktora. Niestety pan uszczęśliwił mnie wizją dodatkowego prześwietlenia, prawdopodobnie tomograf komputerowy, tym razem, bo jednak się boi czy nic się nie przesunęło. 
Ja też się boję więc go rozumiem, aczkolwiek ja się boję bardziej, bo on się boi profesjonalnie, a ja macierzyńsko.

Okazało się, że w celach przyspieszenia gojenia, powinni córce nałożyć stymulator na gips. Tajemnicze urządzenie, najwyraźniej jest z wyższej półki cenowej, bo póki co toczą boje z ubezpieczycielem. 

Pielęgniarka uszczęśliwiła mnie stwierdzeniem, że może to im zająć do 90 dni. 
Biorąc pod uwagę, że gips ma nosić przez 35 dni, to potem tym stymulatorem, cokolwiek, on robi to można potraktować już  tylko firmę ubezpieczającą, (może jest opcja elektrowstrząsów). 
No nic zobaczymy, pan doktor ma działać.

I chociaż już się przyzwyczaiłam do powitań w stylu amerykańskim, (chociaż cały czas mam ochotę odpowiadać zgodnie z prawdą), to czy w szpitalu nie mogliby sobie tego oszczędzić ? 

Może powinni mowić "dzień dobry" czy "cześć", bo jak może odpowiedzieć, że wszystko jest świetnie, dzieciak, który wchodzi o kulach, krzywi się z bólu i czeka na założenie gipsu ?

Podsumowując, leje deszcz, jest bardzo ciepło i mogłabym nawet odstawić chałupniczą wersję "Deszczowej piosenki", a zamiast tego mam ochotę z prawdziwie słowiańskim zacięciem zaśpiewać "Deszcze niespokojne", bo jakoś tak mimo tego amerykańskiego luksusu, jakoś dziwniej czuję się cały czas jak na polu bitwy i tylko, gdzie ten czołg z dziarskimi chłopakami ?

czwartek, 13 września 2018

Wehikuł czasu, czyli trochę surrealistycznego socjalizmu

Zrobiłyśmy z córką dzisiaj drugie podejście do egzaminu na prawo jazdy. 


Dzień aczkolwiek zaplanowany ze sporym wyprzedzeniem, nie był najszczęśliwszy, bo godzinę wcześniej byłyśmy u lekarza i po pierwsze okazało się, że jednak sobie bidula złamała nogę, w związku z czym będzie musiała nosić gips przez 6 tygodni, a po drugie bardzo uważać, żeby złamanie nie przesunęło się nawet o milimetr, bo inaczej czeka ją operacja. 

Sam pan doktor, stwierdził, że w ciagu dziesięciu ostatnich lat, spotkał się może z dziesięcioma takimi wypadkami. Jednym słowem miała gigantycznego pecha i tak samo duże szczęścia, bo równie dobrze mogli ją już kroić i wbijać w stopę gwoździe.

A że kobiety z mojego rodu od zawsze biorą życie za rogi, prawdopodobnie dlatego, że same mają większe, moje dziecko o kulach zażądało mimo wszystko zawiezienia jej na egzamin.

Poddałam się i obładowane papierami znowu wylądowaliśmy w tym postrachu Amerykanów i spędziłam tam ładnych, parę godzin.

Czas ten oprócz skoków adrenaliny, morderczych pragnień, dostarczył mi rownież coś w rodzaju olśnienia.
Chyba wiem dlaczego Amerykanie tak nie lubią urzędu komunikacyjnego. 
Moim zdaniem to miejsce jest tym, czego oficjalnie nigdy w Ameryce nie było, za to zawsze przerażało mianowicie socjalizm.

Amerykański urząd komunikacyjny to jak relikt przeszłości, którego  paradoksalnie w Stanach nigdy nie było. 
Było za to u nas w Polsce, aż za dużo i zdecydowanie za długo, dlatego miałam wrażenie, że wsiadłam do wehikułu czasu i wylądowałam w czasach mojego dzieciństwa.

Wyobraźmy sobie dowolny urząd, którym rządzą paniusie, od których dobrej woli zależy wszystko. Mogą jednym gestem lub pieczątką zniszczyć lub uszczęśliwić dowolną osobę. Stanowią prawo same w sobie i nie ma na nie żadnej siły.

Tak do końca, nie ma nawet specjalnego znaczenia, czy mamy wszystkie wymagane papierki czy nie, bo jeżeli nie zechcą to i tak nic nie załatwimy. 
I odwrotnie, czasami dla kaprysu, czy też z litości załatwiają takiego zagonionego nieszczęśnika pozytywnie.

Siedziałam i chłonęłam wrażenia, wreszcie otrząsnęłam się jak pies. 
Co prawda minęło już kupę lat odkąd socjalizm się u nas skończył, ale pewne wspomnienia zostają z nami na zawsze.

Okazało się, że znowu chcą nas odesłać, bo wymyślili brak następnego papierka. 

Moje dziecko, które i tak już straciło część kolorów po rewelacjach u lekarza, zaczęło tracić te resztkę, która jej została. 
Zadzwoniłam do męża, mając nadzieję, że może prześle nam coś co uratuje sytuację, ale pechowo wszystkie papiery mamy w domu, a mąż był ciągle w pracy, więc nic z tego  nie wyszło. 
Jednakże ta rozmowa otrzeźwiła mnie, bo już byłam trochę oklapnięta, ruszyłam do ataku.

Rozejrzałam się, dookoła kłębili się przerażeni ludzie, odsyłani od jednego do drugiego urzędnika, gdzie każdy sprawdzał cały czas te same dokumenty. 

Nabrałam powietrza w płuca, przecież nie takie numery robiło się swojego czasu u nas w kraju !
Zwłaszcza, że tym razem trzeba było tylko ich trochę przekonać, bo papierków mieli wystarczająco, (a nie miałam żadnych czekoladek i dobrze bo za coś takiego to już na pewno by mnie zaaresztowali). 

Ruszyłam do ataku, zarzuciłam niechętną kobietę świstkami, prawie hipnotyzując ją, że to jest wszystko czego potrzebuje. 
Córkę usadziłam z nogą i kulami obok. 
Kobieta miękła i wyraźnie traciła siły, w końcu się poddała. 

Przepuścili moją córkę przez pierwszą barykadę, (weryfikację danych osobowych), a potem poszło juz siłą rozpędu. Następny urzędnik, weryfikacja dokumentów, badanie wzroku, następny urzędnik następna weryfikacja i zdjęcie i wreszcie właściwy test. 

W międzyczasie udzieliłam córce chyba najkrótszej lekcji zachowania w socjalistycznej rzeczywistości w historii.

W skrócie, wyrzucamy asertywność i tupet, odkopujemy baranią uległość,  prosimy, przepraszamy, słodzimy i zgadzamy się z każdym absurdem, bo oni tu rządzą, a demokracji jeszcze nie wynaleźli.

Dla dziecka czysta abstrakcja, dla mnie jak oglądanie "Misia" w wersji obcojęzycznej.
Córka, w szoku, zaufała mi i zaczęła się stosować do wskazówek, cały czas przerażona, że kogoś takim zachowaniem obrazi.

Tym sposobem udało nam się doholować ją do ostatniego etapu i wzięli ją na test.
Sukces, który są w stanie zrozumieć tylko ci, którzy byli w takiej sytuacji i musieli się z tym systemem użerać osobiście.

Zdała, biedna, obolała, o kulach, nigdy mnie nie przestanie zadziwiać.

Ja, mimo mojego wcześniejszego przechwalania, tylko umożliwiłam jej wejście, resztę dokonała sama.

Jeden z moch przyjaciół od lat powtarza do znudzenia, że łatwo jest wygrywać, jak życie rozda dobre karty, sztuką jest ugrać coś mając same blotki.

Wyszłyśmy z urzędu komunikacji ostatnie, po zamknięciu wypuścili nas tylnym wyjściem, zdawała egzamin po czasie, wymusiłyśmy na amerykańskich urzędnikach coś niemożliwego.

Teraz tylko jazdy, ale tym to już zajmie się mój mąż, oczywiście jak jej już zdejmą gips, spokojnie mamy czas.

Córko Moja, wszystko w życiu ma swój sens, (nawet ten chrzaniony gips) i niewiele rzeczy jest niemożliwych, (a dla Ciebie jeszcze mniej).



środa, 12 września 2018

Pomysły amerykańskich uczonych, czyli płacz Hipokratesa

Odkąd pamiętam, rożne źrodła regularnie chcąc wyglądać lub brzmieć bardziej wiarygodnie powołują się na doniesienia amerykańskich uczonych, oparte na wieloletnich, skrupulatnych badaniach, analizach itd.

I oczywiście częściowo ma to sens. W Stanach przeprowadzają mnóstwo rożnych badań, mają na to zarówno środki jak i chętnych. 
Jednakże co do interpretacji wyników to byłabym ostrożna, bo można się zdziwić.

Myślę, że w każdej kulturze najzdrowszy jest zdrowy rozsądek i równowaga. Wiadomo, że nie ma idealnych ludzi, metod czy leków na przykład, ale dążyć do perfekcji można zawsze.

Niby medycyna, jako nauka jest jedna, na całym świecie używane są te same szczepionki, podobnymi metodami wykonywane są operacje itd. 
W praktyce co kraj to inne metody leczenia, inne podejście i są takie chwile, że ma się ochotę wyć.

Nie jestem lekarzem, (a szkoda), ale podobnie jak większość polskich matek dysponuję podstawową wiedzą, ratującą moje dzieci przed rożnymi choróbskami.

W Stanach profesja lekarska cieszy się niesamowitym szacunkiem, graniczącym wręcz ze ślepym zaufaniem. Rozumiem, myślę, że w Polsce dzieje się podobnie, tylko my po pierwsze, ogólnie jesteśmy zdecydowanie lepiej wykształconym społeczeństwem, a po drugie obdarzamy takim zaufaniem tylko wybranych lekarzy. 
Ja sama mam kilku specjalistów, dla których latam specjalnie do Polski.

Jakoś tak się złożyło, że jak do tej pory, głownie zawieram lekarskie znajomosci z ortopedami. Pewnie gdybym miała rentgen w oczach, te wizyty nie byłyby tak często potrzebne, ale ciężko wykluczyć złamanie po blasku w oczach.

Można narzekać na polską służbę zdrowia, ale chciałbym zobaczyć kraj, w którym proces ratowania życia czy leczenia jest idealny.

Tych, którzy myślą, że USA, jest takim miejscem będę musiała z przykrością rozczarować. To mogłoby być takie miejsce, ale nie jest. 
Paradoksalnie na przeszkodzie stoją pieniądze, (jak zawsze i wszędzie zresztą). 
Ubezpieczenie zdrowotne jest drogie, w dodatku często nie pokrywa drogich operacji czy badań. 

Często po cudownym ozdrowieniu, bo co by nie mowić amerykańskie szpitale są wyposażone bardzo dobrze, taki delikwent zamiast cieszyć się, spędza resztę życia (zdrowego), na spłacaniu gigantycznych rachunków, otrzymanych w prezencie  na dowidzenia ze szpitala. 
Myślę, że w takich momentach serdecznie żałuje, że jednak przeżył.

A w celu ostatniego dobicia takiego nieszczęśnika istnieją pozwy. I tu już wszyscy zapominają o Hipokratesie czy zwyczajnej przyzwoitości. 
Strach przed milionowymi odszkodowaniami skutecznie chłodzi wszelkie miłosierne zapędy.

Najbardziej jest to widoczne, (jak dla mnie w szkołach). W przypadku jakiegoś wypadku, który nie zalicza się do tych super poważnych, obsesyjnie obkładają lodem, (co jest dobre) i wmawiają dziecku i rodzicom, że to nic poważnego, (to już nie zawsze jest dobre i co gorsza prawdziwe).

Przerabiałam to z synem, ("nic poważnego" - miesiąc w ortezie) i teraz niestety przerabiam z córką.

Pechowo potknęła się przy wysiadaniu z autobusu szkolnego i uszkodziła sobie kostkę.
Oczywiście w szkole obłożyli ją lodem, (popieram), ale odmówili zabandażowania i jakiekolwiek usztywnienia lub środka przeciwbólowego.

I tu już jest tak zwany kanał, bo nie posiadają bandaży i im nie wolno nic robić. Bez sentymentów rozumiem, jak zabandażują źle, za mocno, albo za słabo to od razu wpadają w poważne kłopoty. I tak właśnie wizja pozwu wygrywa z człowieczeństwem.

Jak umawiałam córkę na wizytę do ortopedy, pierwsze pytanie zabrzmiało, czy chcę pozwać szkołę. Może bym i chciała, ale uczciwie oprócz głupoty i tchórzostwa nic im nie mogę zarzucić. 
Nikt mojego dziecka nie spychał ze schodów, a lód zawsze dobrze robi.

Natomiast bardzo chętnie pozwałabym szpital. I tu jestem w stanie sobie wyobrazić, że jeżeli doprowadzili do białej gorączki mnie, (oazę opanowania), to pewnie pozwy spadają na nich jak ulęgałki.

Cała historia zaczęła się jak zwykle, dostałam telefon ze szkoły z informacją, że córka upadła, ale nic jej nie jest. Jak dziecko wróciło o własnych, (jeszcze) siłach wiedziałam, że lekko nie będzie. 

Córka jak żołnierz wdzierający się na barykadę, doczołgała się do swojego pokoju i tam ostatecznie poddała.
Widać było, że o własnych siłach nie da rady nigdzie się ruszyć. Ból rósł w tempie błyskawicznym, podobnie jak gula na kostce, mąż dojeżdzał do domu niestety w tempie  znacznie wolniejszym, można powiedzieć wręcz odwrotnie proporcjonalnym, (prawa komunikacji podmiejskiej).

Małżonek, której cały czas łudził się, że może troszeczkę przesadzam, jak zobaczył córkę, zrezygnował nawet z łyka wody dał ochłody, zarzucił ją sobie fachowo jak strażak na ramię i zniósł do samochodu.

A ponieważ klinika ortopedyczna była już niestety zamknięta, pozostał nam szpital.
I tam właśnie, jak do tej pory, byłam najbliższa aresztowania za pobicie bądź naruszanie porządku publicznego.

Już jak mój mąż wniósł do szpitala córkę w pozycji, w której normalnie barbarzyńcy unosili w dal porwane kobiety trafiliśmy na celownik Pańć odpowiedzialnych za znęcanie się nad dziećmi.
Tutaj dość szybko stracili zainteresowanie, bo córka aczkolwiek cierpiąca, przytomnie rozwiała ich złudzenia, co do ewentualnego złego traktowania przez ojca potwora.

Przydzielili nam pielęgniarza, który sprawiał bardzo kumate wrażenie, ale pechowo dla nas po  paru minutach odciągnęli go, bo ktoś, mówiąc brutalnie zaczął im niespodziewanie odchodzić z tego świata i potrzebowali wszystkich do pomocy. 

Zostaliśmy sami z nieprzytomnym z bólu dzieckiem, podłączonym do maszyny monitorującej serce, ciśnienie, saturację i inne tajemnicze rzeczy.
I ten właśnie moment wybrała sobie nasza córka, żeby zemdleć z bólu, maszyna zaczęła świecić i wyć, a ja zaczęłam wyć na pielęgniarki, ale bez świecenia, chociaż oczy miałam takie trochę czerwonawe.

Dostaliśmy pielęgniarkę, lekarkę, zrobili zdjęcie. Pielęgniarka o mało nas nie wykończyła, powiem tylko, że razem z mężem pomagaliśmy jej założyć gips, bo sobie nie radziła. 

Jak się okazało później, zdjęcia zrobili złe, a na koniec sympatyczna, młoda lekarka poinformowała nas radośnie, że ona co prawda ortopedą nie jest, złamania nie widzi, ale że noga spuchła jak balon to troszeczkę ją to niepokoi, (no myślę),  i że w związku z tym musimy jednak na następny dzień udać się do kliniki ortopedycznej.

Na koniec, i to był właśnie ten moment kiedy załoga szpitala była najbliżej ewentualnego pobicia, powiedziała, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby córka wróciła na następny dzień do szkoły, (bo już była noc), bo najchętniej wysłałaby ją od razu.

Straciłam dech, a ona głupia bźdźiągwa dalej tokowała, że przecież ja chyba nie chcę żeby moje dziecko miało zaległości w szkole i traciło cenne punkty. 
Naprawdę nie wiem jak powstrzymałam się od dokładnego wytłumaczenia jej, gdzie ja mam punkty i zaległości szkolne.

Na moje warczące pytanie jak ona sobie wyobraża poruszanie córki po szkole, dostałam kule. Oni tu rozdają te chrzanione kule jak cukierki. 
Na pytanie jak kule mają pomóc w ewentualnej utracie przytomności jakoś straciła polot.
Zaordynowała chwilowy gips i zniknęła w szpitalnych czeluściach. 

Złapałam męża za gardło, (dosłownie) i gromkim głosem powiedziałam, że nie wyrażam zgody na gips, żeby pielęgniarka nie miała wątpliwości po angielsku. 
W efekcie pielęgniarka zakładała gips, słuchając moich wskazówek, a ja zastanawiałam się kiedy mnie zaaresztują.

Noc nam przebiegła rozrywkowo, bo paracetamol jako środek przeciwbólowy jakoś specjalnie nie wymiata. Rano udało mi się umówić wizytę do ortopedy. 

Oczywiście pierwsze co zrobili to zdjęli ten cholerny gips, (bo tak jak mówiłam był nieodpowiedni, ale dzięki moim wskazówkom przynajmniej nie odciął dopływu krwi), zrobili zdjęcia, założyli tzw. łuskę, czyli taki pół-gips i teraz czekamy na datę rezonansu, bo coś się jednak temu lekarzowi nie podoba.

Najgorsze jest to, że oni, (tu mam na myśli lekarzy i rodziców) wysyłają dzieci do szkoły najszybciej jak się da, praktycznie prosto ze szpitala. 
Chyba ulgowo traktowane są tylko te w śpiączce. 

Ciekawe czy jacyś uczeni przeprowadzili badania pod kątem dochodzenia do zdrowia dzieci w domu i w szkole. Jeżeli tak, to jak na litość Boską mogli dojść do takich wniosków, a jeżeli nie to dlaczego ci wszyscy ludzie postepują tak idiotycznie ?

Na moją, wyraźną prośbę ortopeda wystawił papierek do szkoły, że jednak dopóki nie dowie się, czy noga jest złamana, to wstrzymamy się z edukacją szkolną poprzestając na domowej. 

Sekretarka jak wystawiała mi wspomniany świstek była w lekkim szoku, ale czy bym go dostała czy nie, to i tak nie miało żadnego znaczenia bo w takim stanie w jakim jest obecnie moja córka nie wysłałabym z domu psa o dziecku nie wspominając. 
A jak to mawiał Pawlak: "Nie ma takich mocnych, żeby mi grzeszyć kazali".

Dlatego myślę, że Hipokrates by zapłakał, bo "po pierwsze nie szkodzić" jakoś tym Amerykanom mimo wypasionych szpitali zupełnie nie wychodzi.
Może zamiast skupiać się na pieniądzach i ubezpieczeniach powinni starać się leczyć ludzi, a nie choroby.

poniedziałek, 10 września 2018

Muszla (klozetowa), czyli odgłosy zupełnie niemorskie


Jest taki stary kawał żydowski, jak rabin poradził narzekającemu na warunki lokalowe mężczyźnie, żeby przygarnął całą, dalszą rodzine i kozę. Potem jak pozbył się wszystkich łącznie z kozą, czuł się jakby mieszkał w przestronnym pałacu.


U nas miała miejsce podobna sytuacja, mianowicie jak każda amerykańska nastolatka z przedmieść, moja córka dorobiła się pokoju z małą, ale własną łazienką. 
Oczywiście ubikacja rownież wchodziła w skład tego luksusu.


Od początku naszego pobytu właśnie ta część tego luksusu była ociupinkę wadliwa, to znaczy non stop się zapychała. 

Fachowcy nawiedzali nas regularnie i wreszcie po paru miesiącach wpadli na genialny pomysł wymiany całej muszli z oprzyrządowaniem. Po następnych paru miesiącach, kilku emailach do właściciela domu i kilkudziesięciu przypominających telefonów do szefa fachowców, przystąpili do realizacji.

Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych w naszym domu jest jedna nadprogramową łazienka, z której moje dziecko korzystało. 

Ja, wykazując się oślim uporem, czyli asertywnością, nie ustawałam w wysiłkach i wreszcie nadszedł ten długo wyczekiwany dzień i pojawił się fachowiec. 

Wszedł wyluzowany i zapytał po hiszpańsku: "Co się dzieje ?" 

W tym momencie, jeszcze nic się nie działo, ale miało wielką szansę wydarzyć się morderstwo, przez utopienie wesołka w muszli. Ze względu na jego gabaryty, charakterystyczne dla latynoskich macho, jak nic by się zmieścił.

Na szczęście dla facecika, przytargał ze sobą muszlę na wymianę, a nawet wykazując się wręcz szokującą ambicją dwie.

Szczęściem dla mnie, (dla gościa to nie wiem), w domu była córka, w związku z czym uszczęśliwiłam pana informacją, że problemów komunikacyjnych nie będzie, bo oto to słowiańskie dziewczę mówi biegle w jego języku, (czyli już mnie nie przerobi cwaniaczek).

Facecik załapał aluzję i rozpoczął starania, z moją córką patrzącą mu na ręce, bo pechowo dla niego oprócz języka ma jeszcze smykałkę techniczną.


Oczywiście jedną z muszli przywiózł złą (nie ten rozmiar), ale szcześliwie druga była odpowiednia i oto moja córka dorobiła się wreszcie swojej własnej łazienki, wersja ful wypas-luksus.
Zdaje się, że poczuła się jak ten gość z kawałku, jak już się pozbył kozy.



A fachowiec obiecał stawić się do dalszych wymian w okresie późniejszym, bo okazało się, że spontanicznie zaplanowali wymianę wszystkich muszli. 
Generalnie nie mam nic przeciwko, szkoda tylko, że dowiaduję się ostatnia.


Za parę dni przylatuje z wizytą moja teściowa, znając moje szczęście jak nic trafi na generalną wymianę kibli.

I to są te chwile, kiedy zdecydowanie mam ochotę komuś przywalić.

Humor z zeszytów szkolnych w stylu amerykańskim, czyli byle do matury

Moja córka, której ewidentnie pierwsze dni w szkole dały się mocno we znaki, postanowiła w celach terapeutycznych i rozrywkowych podzielić się ze mną swoimi, szkolnymi przeżyciami i obserwacjami.

Póki co, zdecydowała się pozbierać trochę atrakcyjnych historyjek, a ja postanowiłam, całkowicie subiektywnie opisać te wszystkie mocno rozrywkowe sytuacje widziane oczami europejskiej matki.

Po wysłuchaniu kilku historii nie wiedziałam czy mam zacząć płakać, śmiać się czy pakować do Polski. 
Z tych trzech opcji pakowanie zdecydowanie nie wchodzi w grę, bo dzieciom podoba się posiadanie dwóch domów i jednej szkoły, ale amerykańskiej. 

Póki co nie zamierzam płakać i twardo zamierzam chichotać tak długo jak się da.

Na dzień dzisiejszy myślę, że wszyscy staramy się robić to samo, cieszyć się z fajnych rzeczy, które znajdują się po dwóch stronach Oceanu, a ignorować absurdy. 
Nie zawsze można, nie zawsze się chce, ale przynajmniej nie jest nudno.

Wracając do mojej córki, ona rownież padła ofiarą systemu mieszania, czyli zmiany wszystkiego co tylko się da w szkole. 
W rezultacie w pakiecie oprócz grupy zupełnie nowych nauczycieli dostała klasę samych Amerykanów.

Co z jednej strony jest super wyróżnieniem, bo znaczy, że jej angielski jest na poziomie tubylców, ale z drugiej niestety straciła codzienne kontakty z grupą obcokrajowców, która była zdecydowanie bardziej przyjazna i otwarta.

Za dwa tygodnie są tak zwane dni otwarte,  czyli dobrowolne-obowiązkowe spotkania ze  wszystkimi nauczycielami. Niewątpliwe wtedy będę mogła na własne oczy przekonać się jak wyglada sytuacja. 
Póki co opieram się na przekazie ustnym córki. 
A jest czego słuchać, to pewne.

Zaczęło się bardzo optymistycznie, mianowicie pani od chemii poinformowała wszystkich radośnie, że jest w ciąży. Następnie, w takim samym entuzjastycznym tonie wszyscy rodzice dostali emaila. 
Obiecała, że będzie nas informować na bieżąco o swoim stanie, (ciekawe czy będzie załączać zdjęcia USG). 
Popieram, (z całego serca), przynajmniej będę dostawać ze szkoły emaile, które mają jakaś, sensowną, w dodatku sympatyczną treść.

Następnie zaprezentowała się pani od literatury amerykańskiej (brzmi dumnie).
Podała listę lektur obowiązkowych i uzupełniających. Jak przystało na sumiennego pedagoga rozpoczęła krótkie omawianie poszczególnych pozycji. 

Przy Makbecie (lektura obowiązkowa), uśmiechnęła się  radośnie i poinformowała, wpatrzoną w nią młodzież, że tego dzieła niestety nie czytała, w związku z czym nie będzie się na jego temat wypowiadać, (chwalebna, amerykańska szczerość).

Następnie przepytała dzieciaki jak im minęły wakacje pod kątem czytania, (smsy się nie liczyły więc fajerwerków nie było).

Pani złapała się ostatniej "książki" ratunku i zapytała o Harrego Pottera (jedna z lektur uzupełniających). 
Tutaj sytuacja wygladała już trochę lepiej bo parę osób coś tam liznęło. 
Pani postanowiła iść za ciosem, skoczyła na głęboką wodę i zapytała, ile osób przeczytało całą serię (8 części). 
W grupie (33 osób), zapanowało posępne milczenie. W  tłumie oburzonych niestosownym pytaniem nastolatków uniosła się nieśmiało jedna łapka w górę. 

Czyja ? (pytanie retoryczne oczywiście), mojego dziecka ! 
Tutaj mogłabym walnąć więcej wykrzykników, ale nie ma takiej potrzeby, bo i tak wiadomo co mi w duszy zagrało.

Po tym incydencie pani przestała zadawać pytania i skupiła się na przeżyciach z wakacji.
Co rownież okazało się niespecjalnie trafionym tematem, bo dla niektórych osobników kontynenty oznaczały dokładnie to samo co państwa, no ale to już działka pani od geografii.

Pani mimo pewnych braków merytorycznych spodobała się mojemu dziecku, więc nie zamierzam się czepiać, Makbeta doczyta sobie sama.

W charakterze największej atrakcji wystąpiła jednak niewątpliwie pani od hiszpańskiego. 
W kraju mamy kilka dosadnych określeń na takie kobiety. 
Nie wchodząc w szczegóły anatomiczne, pani jest ewidentnie niedopieszczona i co gorsza ta sytuacja jej zdecydowanie nie służy. 

Na pierwszej lekcji, w ramach przedstawiania się walnęła z grubej rury, że jest samotną panną, bo chce, aczkolwiek wygląd i zachowanie ociupinkę przeczą tym nobliwym zapewnieniom.

Pani ma opływowe kształty i słabość do mini i butów na wysokich obcasach. 
Dodatkowo uszczęśliwiła młodzież stwierdzeniem, że ona nie uznaje czegoś takiego jak "przestrzeń osobista", (urocze, tylko może dzieciaki uznają).

Od tej pani rownież dostałam emaila, (niestety w zupełnie innym tonie). 
Seniorita, (tak się kazała tytułować), wysmażyła długi, nudny, pełen absurdów tekst, potwierdzający fakt, że ma zdecydowanie za dużo wolnego czasu. 

Część żeńską klasy w dość widoczny sposób ignoruje, skupiając się na męskiej. Oczywiście nie przekracza granic przyzwoitości i mam szczerą nadzieje, że tak pozostanie, ale moja córka już zażyczyła sobie, żeby do tej, konkretnej pani poszedł tatuś, a nie ja. 

Muszę powiedzieć, że się wzruszyłam, według mojego dziecka moja aparycja może jej zaszkodzić w karierze naukowej. 
Najwyraźniej nasze dziecko nie ma nic przeciwko naruszania przestrzeni osobistej tatusia, a mamusię uważa za zbyt atrakcyjną. 

Zdecydowanie podoba mi się jej tok rozumowania. 
Tak, taka mała rzecz, a jak cieszy, a małżonek, duży jest, poradzi sobie. 
Czego się nie robi dla dziecka co nie ?