środa, 13 czerwca 2018

Tajemnicze mlaskanie, czyli kogo można spotkać we własnym salonie

Lojalnie uprzedzam, tekst przeznaczony tylko i wyłącznie dla szaleńców, którzy tak jak ja często wolą zwierzęta niż ludzi.

Nasz zwierzyniec (pomijając rozpieszczone świnki i nowego rybka), zdecydowanie się rozwydrzył, choć lubię sobie wmawiać, że to aura mojej gościnności wpływa na te zwierzaki, a nie ich wrodzony brak manier.

Zaczęło się od tych małych wiewióreczek, które cały czas zachowują się jakby miały ADHD, ale takie z dużą dawką optymizmu, bo bardzo często sobie radośnie podskakują.
Pewnie jakby mnie ktoś tak regularnie i smacznie karmił, też bym sobie podskakiwała z radości.

Jedna z nich zdecydowała się złożyć mi wizytę (być może dziękczynną). 
Siedziałam sobie w ogrodzie i z zaskoczeniem obserwowałam jak mały futrzak bez większych oporów wskoczył sobie do  pokoju. 

Oczekiwałam, że po chwili wypadnie  w stresie, popiskując z przerażenia, tymczasem mijał czas i nic się nie działo. Zakradałam się do domu, ciekawa co ten huncwot tam wyczynia.

Zwierzaczek wolnym truchcikiem przemierzał pokój, podziwiając widoki. Na mój widok lekko zdębiał, być może się zawstydził, po czym rozpoczął akcję odwrotową, tylko, że stałam mu na drodze. 
Przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami jak rewolwerowcy. Nie wyglądał na specjalnie przerażonego, odsunęłam się ociupinkę i w podskokach wrócił na łono natury.

Jak się okazało był to dopiero początek wizyt. Wiewióreczek najwyraźniej był super agentem (wersja mini), wysłanym na zwiad.

Jak już wcześniej pisałam, całe to futrzakowo-pierzaste towarzystwo uwielbia być karmione specjalną mieszanką nasionek. Ptaki rozumiem, dlaczego natomiast wiewiórki dostają takiego amoku na widok tych nasion zupełnie nie ogarniam, ale cóż o smakach się nie decyduje.

Najpierw mój mąż kupił inną mieszankę i wiewiórki zastrajkowały. Gdybym sama tego nie widziała tobym nie uwierzyła, totalnie ignorowały karmnik, czekając w pobliżu na zmianę menu. 

Ptaki i małe wiewióreczki dla odmiany, nie miały takich oporów, pokarm solidarnie i z dużym entuzjazmem zaakceptowały i regularnie urządzały sobie imprezki.

Po trzech dniach skapitulowałam i kupiłam sprawdzone nasiona. Wiewiórki błyskawicznie się przeprosiły (małe zarazy) i teraz odchodziła już fiesta americana pełen wypas.

Parę dni po wznowieniu dobrosąsiedzkich stosunków zapomniałam uzupełnić karmnik, zdarza się najlepszym. Po jakimś czasie usłyszałam dziwny odgłos. Zareagowałam jak wszystkie beznadziejne bohaterki kiczowatych horrorów, zamiast oddalić się w popłochu,  polazłam sprawdzić. 

W pokoju, z którego jest wyjście na ogród i gdzie trzymam karmę, siedziała wiewiórka (słusznych rozmiarów) i usiłowała otworzyć torbę z nasionami. Mało tego jak mnie zobaczyła, to nie uciekła tylko spojrzała wyczekująco z pełną nutką zniecierpliwienia we wzroku. 

Najwyraźniej samotność na emigracji ewidentnie rzuciła mi się na mózg, bo zaproponowałam, żeby uprzejmie opuściła pokój to zaserwuję posiłek. 
Wiewiórka z godnością wyszła, a ja wzięłam torbę i z nie mniejszą godnością napełniłam karmnik. 

Na drzewie czekała już mała grupka wiewiórek. 
Szkoda tylko, że one są tak do siebie podobne, że ich nie rozróżniam.

Króliki, z kolei do domu się nie pchają, bo po co skoro mogą sobie skubać trawkę i zasadzone marchewki na zewnątrz, ale za to często jak jest gorąco i latam z wężem podlewając moje krzaczki, ustawiają się, żeby je polewać wodą (słowo honoru, że nie ściemniam).
Takie spa sobie wymyśliły cwaniaki.

Kiedyś wpadł do mnie do domu ptak (coś w rodzaju polskiego gołębia z wyglądu i wielkości), złapałam go fachowo, (a co, ma się te ukryte talenty) i wypuściłam. 
Uważam, że zawsze w momencie wypuszczania ptaków na wolność uwalnia się bardzo pozytywna energia, to sobie jej trochę uwolniłam.

Natomiast rekord bezczelności, co było do przewidzenia pobił szop pracz. 
I tutaj ponieważ świadkiem był tylko mój małżonek, historię znam z tak zwanej drugiej ręki, albo raczej drugiego oka. 

Nasz dom, jak wszystkie okoliczne domki ma pięterko. Wieczorkiem na owym pięterku spędzałam czas z moją starszą pociechą dyskutując (bardzo ambitnie), o literaturze amerykańskiej, oczywiście na potrzeby edukacji licealnej.

Młodszy potomek zaś gościł dwóch kumpli, z którymi rownież ambitnie rozkręcił spontaniczną  imprezkę. 
Chłopcy zachowywali się jak wiewiórki, (ilośc okruchów i wydawane odgłosy bardzo podobne), ale zamiast nasion pochłaniali ciasteczka i inne łakocie. 

Po wyjściu kolegów syn jeszcze przez chwilę rozkoszował się wczesnym wieczorkiem w samotności, a jak już się znudził czystym powietrzem zdecydował się dołączyć do siostry i wesprzeć  ją duchowo w zmaganiach z pracą domową, (proces sprzątania jak rasowy mężczyzna odłożył na pózniej).

W międzyczasie wrócił mąż, nie spotkawszy stęsknionej rodziny na dole wydedukował inteligentnie, że jesteśmy na gorze, wtedy usłyszał odgłos chrupania. 

Jesteśmy raczej dobrze wychowaną rodziną i staramy się nie ciamkać przy jedzeniu, w związku z tym małżonek zaintrygowany, jak to się mówi, poszedł za głosem (tym razem nie rozsądku tylko mlaskania).

Na środku naszego salonu, na dywanie, siedział sobie szop pracz i opychał się biszkoptami. 
(Strasznie żałuję, że tego nie widziałam, ale nic straconego mam sporo ciastek w zapasie),

Małżonek przekonany, że zwierzaka spłoszy jego słuszna postura, lekko się zdziwił, kiedy szop obrzucił go spokojnym spojrzeniem i kontynuował konsumpcję.
Mąż zamarł, a futrzak dalej delektował się posiłkiem. 
W końcu małżonek nie odrywając wzroku od wyluzowanego gościa zaczął nas nawoływać, ale w ferworze dyskusji nikt go nie usłyszał. 

Głowa rodziny twierdzi, że zwierzak opuścił nasz dom jak zobaczył poruszającego się w jego stronę dzielnego męża, ale ja mam co do tego poważne watpliwości. 
Myślę, że raczej skończyły się biszkopty.

Pocieszyłam przejętego męża, że mógł spotkać w naszym salonie jelenia.

sobota, 9 czerwca 2018

Bojownik wspaniały, czyli po prostu przeznaczenie

Jak poprzednio pisałam, moje rodzinne stado dopadło zmęczenie lub raczej totalne wycieńczenie organizmu. 

W sferze fizycznej, jak to mawiał mój ulubiony bohater Pawlak "wot podupadliśmy" i tutaj pozostaje czekać na wakacje, które na szczęście zbliżają się wielkimi skokami, żeby odespać i jak to mawiał mój drugi ulubiony bohater Kubuś Puchatek "pobawić się w nicnierobienie".

Ja w sferze emocjonalnej, jak już pisałam pozbyłam się znacząco zahamowań i szczerość ze mnie wybucha (razem z totalnym brakiem wyrozumiałości, głownie dla głupoty), mój mąż jak typowy chłop, zamiast się zamartwiać, wziął się za bary z pracą, także dziwię się, że jeszcze wraca do domu na noc, a dzieci odreagowały jeszcze inaczej i tutaj zaczyna się robić rozrywkowo.


Córka, najwyraźniej biorąc częściowo przykład z mamusi, parę razy publicznie wyraziła swoje poglądy dotyczące rożnych palących problemów współczesnego świata. 
Po tych dyskusjach nauczycielka na pewno nabrała szacunku do mojego dziecka, ale też z pewnością odetchnęła, że nie będzie już musiała odpowiadać na niewygodne pytania w przyszłym roku. 
Do szkoły w każdym razie nas nie wzywali. 



A patrząc na wyczyny tatusia moje dziecko zdecydowało się zaharowywać do końca roku, niedosypiać i ogólnie wykańczać tym psychicznie swoją matkę. 
Wiąże się to z tym, że w Stanach w tym samym tygodniu kiedy kończy się rok szkolny są milusie egzaminy z całego roku, z kilku najważniejszych przedmiotów, taka sympatyczna rozrywka przed wakacjami.


Ale mimo wszystko najwięcej rozrywki dostarczył nam najmłodszy członek stada. 


Zaczęło się niewinnie od projektu szkolnego opisującego ekosystem wodny. 
Oczywiście zamiast w nudny sposób przybliżyć problem dzieciakom, nauczyciele zorganizowali rybki, a uczniowie musieli urządzić akwaria ze wszystkimi roślinkami, kamykami, ślimakami, robalami i całą resztą. 
Empiryczne zbliżenie do tematu (bardzo amerykańskie).



Następnie uczniowie oczywiście musieli o owe rybki dbać, jednocześnie obserwując ekosystem.
I tak minęły dwa miesiące i mój syn oficjalnie twardziel, nieoficjalnie bardzo uczuciowy dzieciak, przywiązał się do swojej rybki, która podobno odwzajemniała jego uczucie, spoglądając mu często porozumiewawczo w oczy.
Nie wiem co sobie myśleli nauczyciele, co się stanie z tymi rybami po zakończeniu obserwacji ekosystemu, ale zdecydowanie nie przemyśleli tematu do końca.


Najpierw padła jedna rybka, (przyczyny zgonu nieznane), ale nie wywołało to większego poruszenia wsród młodych,  potencjalnych ichtiologów. 

Ale niestety cztery dni temu kolega z klasy specjalnie lub nie, przewrócił akwarium syna i jego rybka zgineła śmiercią tragiczną na jego oczach, bo zanim ją znaleźli (była malutka), to było już zecydowanie za późno na reanimację.
I to był ten ostatni cios, który znokautował moje dziecko i rozłożył na łopatki (tym razem emocjonalne).

Z jednej strony strasznie przykro było patrzeć jak dzieciak cierpi, ale z drugiej strony odezwał się rodzicielski, nudny rozsądek, że myślenie o rybkach kiedy praktycznie zaczynają się wakacje, nie jest najmądrzejszą życiową decyzją. 

Mieliśmy nadzieję (naiwniaki), że sprawa przyschnie. I faktycznie wyglądało na to, że syn pomału dochodzi do siebie po śmierci podopiecznego, ale widać było, że melancholia go podgryza od środka.

Wierzę w przeznaczenie, chociaż nigdy nie sądziłam, że tym razem wtrąci się w nasze życie w taki śmieszny sposób. 

Malutkie wyjaśnienie, w Stanach jest mnóstwo rożnych sklepów, jak wszędzie na świecie, ale w Ameryce są też sklepy, gdzie za parę dolarów oprócz mnóstwa rożnych śmiesznych, kiczowatych pamiątek można trafić czasami na fajne rzeczy. 

Już od jakiegoś czasu mieliśmy ochotę zwiedzić jeden z takich egzotycznych sezamów. 
Sklep z rodzaju "mydło i powidło" dostarczył nam niezwykle pożądanej ostatnio rozrywki. 

Cała nasza trójka, (syn w tym czasie wizytował kolegę), zagubiła się miedzy półkami zapełnionymi rożnymi dobrami z Kambodży, Wietnamu i Tajlandii. 

Po dłuższym czasie spotkaliśmy się przy kasie, mąż pokładający się ze śmiechu z polską flagą (na całe szczęście wersja mini), córka w odjazdowych okularach przeciwsłonecznych i ja praktyczna do bólu Matka Polka z papierowymi talerzami i miseczkami na małe przyjęcie w ogrodzie, które zaplanowały moje dzieci na przyszły tydzień.

Stanęliśmy karnie w kolejce do kasy, właściciele o mocno egzotycznym wyglądzie, oczywiście nie mówiący po angielsku, sprawnie nas podliczyli i wtedy zobaczyliśmy stojące przy kasie plastikowe kubeczki z pływającymi żywymi, kolorowymi rybkami w środku. 

Nie było wyjścia przeznaczenie wyczekująco nam sie przyglądało, a nasza córka, w natchnieniu dodatkowo niezwykle plastycznie odmalowała radość biednego braciszka po przejściach, kiedy otrzyma własną, żywą rybkę.

Cena szczęścia dwa dolary, po prostu interes życia. Za całą resztę to znaczy akwarium, żwirek, roślinki, skałki z dziurkami do chowania, grzałkę i jedzonko zapłaciliśmy kartą w normalnym sklepie zoologicznym (tu interes życia zdecydowanie zrobił ktoś inny).

Dzięki internetowi sprawdziliśmy tożsamość nowego członka rodziny, okazało się, iż zostaliśmy dumnymi posiadaczami bojownika wspaniałego (sądząc z opisu na 99% mężczyzny), niezwykle wojowniczej, pięknej i pełnej godności ryby, zagrożonej wyginięciem, która powinna spędzać życie w samotności, bo ewentualnych towarzyszy lubi spożywać na posiłki.
Rybek zdecydowanie wegetarianinem nie jest, całe szczęście, że jedzenie jest w postaci granulek, bo ja z kolei nie jestem rzeźnikiem.

Po dotarciu do domu okazało się, że akwarium przecieka, szczęśliwie dla nowego mieszkańca zauważyliśmy na czas potop, mąż wykonał dodatkową jazdę do sklepu, wrócił z nowym akwarium, tym razem dzięki Bogu szczelnym i urządziliśmy rybkowi wodny apartament.

I kiedy już wszystko było gotowe, zadaliśmy sobie pytanie co właściwie te rybki robiły w takim sklepiku. 
Wygląda na to, że Meksykanie, (z całym szacunkiem), nie są jedynymi nielegalnymi emigrantami w tym kraju.

Rybkę kupisz za grosze, za resztę zapłacisz kartą, mina i poprawa samopoczucia twojego dziecka bezcenne, a od przeznaczenia nie uciekniesz.


Wino i kabanosy, czyli serum prawdy

Odkąd jestem w Stanach opisywałam już rożne sytuacje, ale chyba po raz pierwszy mam gonitwę myśli, które trudno mi uporządkować (nawet nie będę próbować udawać, że wino nie ma z tym nic wspólnego).

Koniec roku zdecydowanie dał się mocno we znaki całej, naszej rodzinie. 
Można powiedzieć, że zmęczenie wręcz nas pokonało, dzielnych twardzieli.

W ostatnim, rozpaczliwym odruchu instynktu samozachowawczego każdy z nas  zaczął reagować indywidualnie. 
O reakcjach rodziny napiszę w następnym poście, bo jak to często w naszym stadzie bywa wiązało się z przygodami.

Natomiast co do mnie, zauważyłam u siebie wręcz szokującą potrzebę szczerości (już wcześniej trudno mnie było określić nieśmiałą kłamczuchą), ale ostatnio zadziwiłam już nawet samą siebie. 

W celu uniknięcia pozwów i ewentualnego aresztowania, zaczęłam jednakże ograniczać towarzyskie rozmowy o niczym do minimum, bo nie kończyłam szkoły aktorskiej i nie dam rady dłużej odgrywać farsy.

Przynudziłam tak trochę o moim charakterku, bo miał on widoczny wpływ na przebieg wieczoru.
Impreza chociaż wcześniej pisałam o tym z przymrużeniem oka, rzeczywiście przypominała zlot czarownic, ale takich z charakterem.

Jak to zwykle w  życiu bywa, zamiast upiększać się, czyli robić na bóstwo (lub ubóstwo), jak kto woli, cały dzień zasuwałam jak kombajn w domu, potem okazało się, że do dzieci przychodzą goście. Rozkręciła się spontaniczna imprezka (w dwóch grupach wiekowych) i na końcu kiedy z pracy dotarł mężuś miałam 20 minut na metamorfozę Kopciuszka. 

Zrobiłam co mogłam, zaczynał się wieczór, wiązałam duże nadzieje z zapadającym zmrokiem i otwierającymi się możliwościami kamuflażu. Mąż został w charakterze przyzwoitki-niani, a ja zgarnęłam kabanosy i butelkę wina i odleciałam na miotle.

Impreza odbywała się niedaleko naszego domostwa,  parę  minut spacerkiem. 
Oprócz mojej zdesperowanej Amerykanki z marokańskimi wpływami nie znałam nikogo. 

W sumie zebrało się 9 bab, sądząc po błysku w ich oczach, na miejscu każdego faceta trzymałabym się z daleka w obawie o swoje życie, tudzież drogocenne organy.

Każda kobitka przyniosła jakieś przegryzki, co gorsza każda pojawiła się też z butelką wina. Siedziałyśmy na powietrzu, po pogoda nas ostatnio rozpieszcza, a poza tym jak wiemy wiedźmy potrafią zaklinać deszcz. Przekrój wieku litościwie złagodził blask świeczek antykomarowych.

Zaczęły się prezentacje, samo ogarnięcie imion na początku było wyzwaniem, a potem poszło już łatwiej i zaczęły się historie życiowe. 
Rozwody, mężowie, którzy gdzieś po drodze stracili sporo ze swojego uroku, kochanki mężów usilnie nie chcące dla odmiany stracić uroku, dzieci, które codziennie testują granicę matczynej wytrzymałości, jednym słowem życie i spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością.

Na początku byłam zszokowana, bo okazało się, że wszystkie panie to Amerykanki, a to jak gdyby rujnowało moją koncepcję normalnej rozmowy (nie można mi się dziwić, mam za sobą parę traum towarzyskich).

Na szczęście po paru minutach okazało się, że posiadanie amerykańskiego obywatelstwa Amerykaninem nie czyni i to kim naprawdę jesteśmy nosimy w sercu i duszy i tu naprawdę nie ma miejsca na cynizm. 

Po krótkim ogarnięciu tematu okazało się, że towarzystwo składało się z Polki (czyli oczywiscie mnie), Włoszki, Greczynki, Chorwatki, Mocno wymieszanej Skandynawki, Latynoski i małej, nieszczęśliwej grupki Amerykanek, które swojego czasu poszły za głosem serca, a nie poprawnością polityczną.

Panów nie poznałam, bo wszyscy dostali zakaz zbliżania (chwilowy oczywiście).

I tu wracamy do mojej szczerości, odkąd rozpoczęłam próby nawiązywania kontaktów towarzyskich starałam się być sobą, jednocześnie wykazując się tolerancją i zrozumieniem różnic kulturowych, posuniętym do granic totalnego wypęku (bądźmy szczerzy nie zadziałało).

Tym razem poszłam o krok dalej, bo stwierdziłam, że nie mam już nic do stracenia.
W efekcie popijając winko i czując się przy tym szampańsko, pokazałam jak potrafią się bawić słowiańskie czarownice. 

Zmęczyły mnie puste rozmowy, uśmiechy i pytania, na które nikt nie chce słyszeć odpowiedzi. Tym razem zafundowałam tym kobietom "Polaków nocne rozmowy" w wydaniu, którego pewnie prędko nie zapomną. 

Bez względu na wiek, wygląd i całą resztę uderzyła mnie jedna cecha wspólna tych kobiet, wszystkie czuły się samotne i żadna jakoś dziwnie nie tryskała szczęściem i amerykańskim optymizmem.

Wino, można powiedzieć we wręcz biblijny sposób zadziałało i grupka kompletnie obcych kobiet (coś jak grupa wsparcia), wyrzuciła z siebie wszystko co zalegało jej na duszy. A trochę tego było.

Co było do przewidzenia okazało się, że nic absolutnie nic co jak do tej pory wymyślili naukowcy, cały ten obłędny postęp technologiczno-informatyczny, nie zastąpi bezpośredniego ludzkiego kontaktu.

Bo prawda jest taka, że super jest mieszkać w pięknym domu z ogrodem, ale jeszcze bardziej odlotowo jest mieć kogoś z kim można w tym ogrodzie posiedzieć i po prostu pobyć, a jak sie głębiej zastanowić to może to być nawet mały balkon w bloku.

Wszystkie te kobietki z racji mocno mieszanych rodzin i europejskich korzeni, sporo podróżowały i zobaczyły, że wbrew temu co sądzi spora grupa Amerykanów, poza granicami Stanów istnieje inny świat i ma on naprawdę dużo do zaoferowania. 

Okazało się, że nie wszystkie się między sobą znały, no cóż teraz już się poznały, a co gorsza poznały też mnie. 
A ja doszłam do momentu w moim życiu na emigracji, że albo znajdę kogoś z kim będę mogła porozmawiać, albo nie będę  tracić czasu, bo życie jest na to zdecydowanie za krótkie.

Nie wiem czy te kontakty bedą miały ciąg dalszy (bez ściemniania bardzo bym chciała), czas pokaże, po raz pierwszy odkąd jestem w Ameryce miałam wrażenie, że autentycznie z kimś rozmawiam. Obłędem samym w sobie jest fakt, że było to takie wydarzenie.

A biorąc pod uwagę ostatnie miesiące z winem czy bez i tak popłynęłabym  na wzburzonej fali szalonej szczerości, lub jak kto woli pojechałabym po bandzie i  teraz pozostaje mi  tylko poczekać i zobaczyć czy łatwo jest przestraszyć czarownice.


czwartek, 7 czerwca 2018

Zlot czarownic na emigracji, czyli klub outsiderek

Okazałam się outsiderką, myślę, że dla nikogo ten fakt nie jest specjalnym zaskoczeniem. 

Zdecydowanie nie było to ani moim marzeniem, ani celowym działaniem, po prostu nie można zmienić własnej natury. 

To znaczy można się naginać, ale cierpi na tym osobowość, a ja jestem przywiązana do swojej i nie mam ochoty jej łamać.

Pewnie za większość moich poglądów życiowych, swojego czasu zasiliłabym grono palonych czarownic.

Na całe szczęście przymusowe podtapianie lub tortury już mi nie grożą, za to doskwiera samotność, która co prawda nie wiąże się z przetrzymywaniem w lochach, ale na dłuższą metę sympatyczna nie jest.


Zupełnie inaczej bowiem wyobrażałam sobie międzynarodową społeczność w Ameryce (powiedzmy, że miałam bardziej rozrywkowe wizje).

Po kilku bolesnych, towarzyskich rozczarowaniach pogodziłam się z otaczającą mnie rzeczywistością.

I tu pojawiło się zrozumienie zjawiska wpadających w alkoholizm współmałżonków na emigracji. 

Te kobiety, kiedy przekażą opiekę nad domem i dziećmi nianiom i rożnego rodzaju pomocom domowym, jeżeli nie mają jakiś zainteresowań i pasji zostają w przysłowiowym "środku niczego" kompletnie same i jedyne czego mają w nadmiarze to czas.

Całe szczęście na brak zainteresowań nie narzekam, pasjonatką picia w samotności nigdy nie byłam, gdyby na świecie zabrakło alkoholu mogłabym spokojnie żyć (gorzej z czekoladą), w związku z tym udało mi się wyłamać ze schematu. 

Wyłamanie nie oznacza jednak radosnego pląsania po okolicy z głupawym uśmiechem na twarzy. Człowiek, jak to mówią z definicji jest zwierzęciem stadnym i żeby normalnie funkcjonować potrzebuje zwyczajnych, ludzkich kontaktów, przynajmniej od czasu do czasu.

Parę dni temu kiedy wracałam rano do domu po odholowaniu do szkoły męskiego potomka spotkałam jedną z sąsiadek i spotkanie z nią ugruntowało moje przekonania oparte na bezstronnych obserwacjach.

Kobietka jest typową Amerykanką zarówno z wyglądu jak i z zachowania, można powiedzieć klasyka, włosy jasny blond, lśniące, białe zęby, legginsy, piesek, permanentny wyszczerz, (który z definicji ma być szczerym uśmiechem) itd. 

Panią znam, pieska lubię, rarogiem nie jestem, pozdrowiłam ją sympatycznie i chciałam lecieć dalej, kiedy kobietka mnie zatrzymała.


Zaczęła od standardowych zachwytów nad moimi dziećmi, z racji faktu iż nie posiadam żadnego psiaka, a potem już bez sentymentów wygarnęła co jej leżało na wątrobie.   

Sądząc z siły reakcji wątroba ucierpiała już bardzo.

Wiedziałam, że sąsiadka ma męża i troje dzieci, ale nigdy ich nie poznałam. Szybko zostałam wprowadzona w temat, okazało się, że zostali zupełnie wyrzuceni poza nawias towarzyski naszego, wysublimowanego sąsiedztwa.

Rodzina składa się z dwóch córki (jedna studentka, druga kończąca liceum), syna w gimnazjum i męża pracującego ciężko w NY. 

Muszę przyznać, iż lekko mnie zatchnęło. Z opowiadań sąsiadki wynikało, że z jedną córką pani nikt nie chciał iść na bal, druga do tej pory nie przetrawiła szkolnej traumy, a chłopca koledzy uważają za totalnego frajera bo uprawia inny sport niż reszta klasy i taka sytuacja utrzymuje się od lat, czyli od momentu wprowadzenia się tutaj.

Przez kilka lat mieszkania w tej dzielnicy nie zdobyli ani jednego przyjaciela, nie zostali zaproszeni na żadne przyjęcie urodzinowe czy chociażby wspólne nocowanie. 

Córka w desperacji odlicza dni do momentu wyprowadzki na wyższą uczelnię, a chłopiec walczy z lekką depresją. Sądząc z reakcji pani, ona walczyła już raczej z depresją wagi ciężkiej.

Zamurowało mnie totalnie, w amoku pani przegoniła mnie przez naszą dzielnicę dookoła, najwyraźniej napędzana adrenaliną, pod koniec pies się zbuntował i musiała go nieść (całe szczęście, że jest średnio wyrośnięty, ale mimo wszystko swoje waży).

Ja niestety musiałam lecieć truchcikiem obok, chętnych do niesienia jakoś nie było.

W końcu, gdy Pańcia złapała oddech i w sposób widoczny opadła z sił, zwolniła tempo, zapytałam ją  wtedy jak to jest możliwe, że jest tak bojkotowana, skoro jest "taką do bólu amerykańską Amerykanką". 

No bo bądźmy szczerzy ja to co innego, zdaję sobie sprawę, że moja inność daje mocno po oczach, (psa, legginsów i podobnych atrybutów brak), rogata dusza nie pomaga, a wrodzona indywidualność przeszkadza usystematyzowanym do granic obłędu hermetycznym sąsiadom.

Prawda okazała się rasistowsko banalna, mianowicie jej mąż popełnił ten straszny czyn, że ośmielił się być Marokańczykiem (bo jak wiemy każdy może osobiście zdecydować jak i gdzie się rodzi).
Mimo blond mamy, dzieci miały tego pecha, że odziedziczyły po tacie ciemne włosy oraz karnację. 


Fakt, że ich rodzice są małżeństwem i żyją w Stanach od ponad 20 lat oraz, że oboje to wykształceni, przyzwoici ludzie okazał się nie mieć żadnego znaczenia (o dziwo nawet fakt posiadania luksusowego domu nie zmienił reakcji sąsiedztwa).

W tym momencie pewnie powinnam się cieszyć, że trafił mi się  blondyn, może nie super jasny, ale zawsze blondyn.

Wracając do naszych biednych, bojkotowanych sąsiadów, wszyscy cierpią tylko z powodu nieodpowiedniego stempelka w paszporcie i to w kraju, który szczyci się od wieków wolnością, akceptacją i poszanowaniem praw człowieka.

Cała rodzina przeniosła się z NY, żeby dzieciom było lepiej na łonie natury, tylko jakoś im to środowisko naturalne na zdrowie nie wyszło, nie przewidzieli drapieżników i nie mam tu oczywiście na myśli kojotów.

Będąc najwyraźniej już u kresu wytrzymałości Pani w desperacji postanowiła skrzyknąć inne wyklęte, osamotnione outsiderki i stworzyć ponadrasowy i ponadwyznaniowy klub czarownic z przedmieścia, który będzie się spotykał i plotkował w miłym towarzystwie i atmosferze totalnej akceptacji prezentując szerokie horyzonty myślowe. Radośnie przyklasnęłam pomysłowi, zostałam wciągnięta na listę potencjalnych członkiń i obiecałam czekać na potwierdzenie  terminu spotkania.

Dzisiaj Pańcia czatowała na mnie pod szkołą z psem i zaproszeniem na pierwszy oficjalny zlot czarownic (wygląda na to, że kabanosy bedą miały szansę zabłysnąć). 

Pomimo poważnych wątpliwości będę trzymać kciuki i czas pokaże czy współczesne czarownice z najdalszych krańców świata są w stanie zwyciężyć snobistyczny kołtunizm i uprzedzenia. 
W końcu, "gdzie diabeł nie może tam babę pośle".

środa, 6 czerwca 2018

Emocjonalna bomba, czyli rodzicielskie wzruszenia część 3

Ciekawa sprawa z tymi galami i nagrodami. Myślałam, że wzruszenie powali mnie przy pierwszej, a potem będzie stopniowo maleć. Tym czasem okazało się, że wręcz przeciwnie. 


Pierwsza uroczystość była drętwa, druga bardzo sympatyczna, wręcz rozrywkowa, a trzecia to była prawdziwa petarda z fajerwerkami.
Ale zanim pogrążę się z lubością we wspomnieniach wyjaśnię trochę szczegółów technicznych.


We wszystkich szkołach amerykańskich, od podstawówki aż po maturę funkcjonuje specjalne centrum językowe dla dzieci obcokrajowcow. Jego głównym zadaniem jest oczywiście nauczenie dzieci pisać, czytać, mowić i uczyć się po angielsku. 

Dodatkowo ponieważ uczą się tam dzieci z całego świata, nauczyciele muszą nie tylko przybliżyć im historię kraju, w którym przyszło im żyć, ale także nauczyć je jak zasymilować się w miarę bezboleśnie z otoczeniem, a nawet wręcz myśleć i zachowywać się jak Amerykanie.

Takie centrum językowe jest swoistego rodzaju warstwą ochronną, nauczyciele oprócz wiedzy czuwają nad psychiką dzieciaków i są specjalnie przeszkoleni jak radzić sobie z rożnymi sytuacjami kryzysowymi, jak na przykład tęsknota za ojczyzną, rodziną i przyjaciółmi.

W podstawówkach takie centrum przypomina mi punkt pierwszej pomocy (emocjonalnej). Jeżeli dzieje się coś złego, dzieciak nie leci do pielęgniarki tylko właśnie tam. I co może niektórych dziwić to właśnie ci nauczyciele są bardziej związani z dziećmi niż wychowawca.

Umiejętności językowe są tu oznaczane poziomami od 1 do 4 (czwórka jest oczywiście najlepsza). Pomijając wszystkie etapy opanowywania języka, pod koniec liceum dzieciak musi być przygotowany śpiewająco do studiowania po angielsku. 

Dodatkowo ten system jest bardzo elastyczny, często zdarza się, że dzieciak uczy się wszystkich przedmiotów w takim centrum (program jest odpowiednio zmodyfikowany), lub jest edukowany w wersji tak zwanej mieszanej, kiedy część wiedzy zdobywa dzielnie z Amerykanami.

Oczywiście stanem idealnym, do którego wszyscy dążą jest wypuszczenie takiego zagranicznego  ptaszka z gniazda prosto do klas czysto amerykańskich.

Tyle faktów, a teraz trochę rozrywki. 

Wiedziałam, że moje starsze dziecko załapie się na jakiś dyplom (chociaż nawet córka nie wiedziała na jaki), a biorąc pod uwagę międzynarodowe towarzystwo, które zawsze jest zdecydowanie bardziej wyluzowane niż amerykańskie, szykowałam się na sportowo z kabanosami pod pachą.

Tymczasem moje dziecko wpadło ze szkoły z rozwianym włosem i okrzykiem: "Kabanosy z powrotem do lodówki, wyżerki nie będzie musimy się odstawić". 

Obrzuciłam tęsknym wzrokiem polską dumę narodową i karnie zamknęłam lodówkę. Rozpoczęłam przegląd garderoby bez uwzględniania artykułów spożywczych.


Jak na bogato to na bogato. Pod koniec brakowało mi tylko kapelusika w stylu angielskich wyścigów konnych. Mąż, który z wywieszonym językiem wpadł do domu, wyhamował na progu w szoku, po czym uprzejmie się zapytał czy ja też mam zamiar odbierać jakaś nagrodę. 
Tak mu się poczucie humoru zaostrzyło na obczyźnie.


Córka rownież poszła na całość i zrezygnowała z dziurawych dżinsów, tudzież innych ekstrawaganckich dodatków, na korzyść eleganckiej sukienki, w której wygladała jak milion dolarów.


Dotarliśmy przejęci do szkoły. Gala tym razem była zorganizowana  w mniejszej sali, gdzie kłębili się obywatele całego świata. 
Była to tak mała próbka tego jak rewelacyjnie mógłby wyglądać ten kraj bez różnic i bezsensownych podziałów.


Rozpoczęły się krótkie przemowy i nagrody, głownie w formie dyplomów, jak zwykle od najniższych poziomów. Wzruszenie unosiło się w powietrzu.

Nasza córka po przylocie do Stanów została przypisana do poziomu nr 3, co samo w sobie było już niesamowitym osiągnięciem jak na obcokrajowca z byłego bloku wschodniego.

Młodzież odbierała nagrody, wszyscy padali sobie w ramiona, atmosfera robiła się coraz gorętsza, prawie jak na Oskarach. 

Wyróżnienia podobnie jak medale też miały swoją siłę przebicia. Nie było złota czy srebra, ale nagrody, były bardzo konkretne i poważne: Nagroda za specjalne osiągnięcia, Nagroda za akademickie postępy w nauce i największy wypas: Wzór do naśladowania (czyli po prostu brylant czystej wody i ogólnie cudo), jednym słowem klękajcie narody.

Pani rozpoczęła wychwalanie, słuchałam z uwagą, ale bez specjalnego wzruszenia do momentu kiedy się okazało, że tym Wzorem jest moja córka. To była jedyna taka nagroda na tym poziomie. Metalowe odznaczenie, tym razem w drewnie z wygrawerowaną piękną pochodnią.

Już nawet nie miałam kiedy zachwycić się poprawną wymową nazwiska bo serce matki rozpłynęło mi się jak masło w piekarniku. 
Krew z mojej krwi, (trudno będę mocno melodramatyczna, wolno mi), przemierzyła Ocean, jak ci nieszczęśni pielgrzymi w poszukiwaniu amerykańskiego marzenia i przez ostatni rok ostro o nie walczyła. 

Bycie nastolatką samo w sobie stanowi wyzwanie, (zdecydowanie nie tęsknię za tym okresem w moim życiu), ale zaistnienie w obcym kraju, obcym języku i "dzikiej" kulturze jest wysiłkiem, którego jeżeli ktoś nie doświadczył osobiście to nigdy nie zrozumie. 

Ja rozumiem, nawet bez codziennego zmagania się ze szkolną rzeczywistością trzeba prawdziwego hartu ducha, żeby nie stracić tu kawałka siebie.

Dlatego ta nagroda, jak zresztą dwie poprzednie, dla mnie osobiście nie oznacza tylko docenienia ciężkiej pracy mojej córki, ale przede wszystkim jest symbolem jej zwycięstwa, odwagi i niesamowitej siły.

A ponieważ nie mogę jej wygrawerować specjalnej tablicy, ten wpis jest moim medalem dla niej. 


poniedziałek, 4 czerwca 2018

Medal w marmurze, czyli rodzicielskie wzruszenia część 2

Po zdobyciu przez moje starsze dziecko srebrnego medalu w uznaniu jej lingwinistycznych zdolności, przyszła pora na drugą nagrodę (rownież medal, tym razem jak najbardziej rzeczywisty) z nauk ścisłych. 

Okazało się, że nauki ścisłe to tutaj nie tylko matematyka, fizyka i chemia, ale także biologia, informatyka i programowanie komputerowe w rożnych odmianach, statystyka, astronomia, oratorstwo i co mnie najbardziej zaskoczyło nauka o morzach i oceanach. 

Gala miała miejsce w tej samej olbrzymiej sali teatralnej. Spodziewałam się podobnej poważnej imprezy, przypominającej stypę, a tymczasem okazało się, że w odróżnieniu od humanistów "naukowcy" potrafią rozkręcić  prawdziwą imprezkę. 

Przyznam, że zaskoczyli mnie bardzo, nigdy nie przypuszczałam, że umysły ścisłe mają taką fantazję i dystans do siebie.

Przede wszystkim wywalili kurtynę, przez co scena wydawała się bardziej przestronna i jasna, dodatkowo postarali się o balony z helem, a żeby było naprawdę odjazdowo całkowicie zrezygnowali z fachowca-mówcy i spontanicznie wzywali laureatów rożnych nagród i wyróżnień, kalecząc nazwiska w taki sposób, że cała sala zanosiła się od śmiechu.

Atmosfera była diametralnie rożna od poprzedniej, przede wszystkim wszyscy się śmiali, żartowali, wydawali radosne odgłosy i nikt nie przestrzegał przesadnie grobowej ciszy. Obyło się tylko bez tańców (może następnym razem, cały czas nie tracę nadziei).

Oklaski trwały właściwie bez przerwy, przez co pod koniec gali już ledwo dawałam radę ruszać rękami. Joga nie przygotowała mnie na takie fizyczne wyzwania, ale dawałam z siebie wszystko.

Córka dostała medal, niezwykle wypasiony, osadzony w marmurze, za osiągnięcia matematyczne. Właściwie wygląda to bardziej jak luksusowy przycisk do papieru, a nie symboliczna blaszka. Robi wrażenie, gablota jest potrzebna jak nic, a w takim tempie może nawet dwie.

Niestety na skutek ogólnego rozprężenia impreza trwała trzy razy dłużej niż powinna, ale było warto. Pozytywna energia wręcz unosiła i tak fruwające balony o szczęśliwych laureatach nie wspominając.

Jutro czeka mnie trzecia gala, zdaje się, że połączona z miedzynarodowym poczęstunkiem, jak nic zabieram kabanosy.

Historia Ameryki, czyli gdzie są Indianie z tamtych lat

Ostatnio wdrażam się dość intensywnie w historię Stanów Zjednoczonych. Chciałabym zaznaczyć, że komentuję wrażenia na bieżąco. Być może za jakiś czas moje odczucia ulegną zmianie, wtedy wszystko pokornie sprostuję i odszczekam. Póki co warczę.

Dziwnie jest "uczyć się" historii innego kraju przebywając w nim (dodatkowo kiedy proces edukacyjny zdecydowanie mam już za sobą), zwłaszcza jak są to Stany. 

Co by nie mowić ich historia jest krótka i choć bogata w rożne wydarzenia (głownie wojny niestety), to jednak od europejskiej różni się bardzo. 
I jakby to nie zabrzmiało melodramatycznie myślę, że brakuje jej po prostu korzeni. 

Nie ma tu zabytków liczących tysięcy lat ani silnych więzi z Europą, która bez względu na to czy to się to komuś podoba czy nie dla większości Amerykanów jest właściwym krajem pochodzenia i jako taki zasługuje na szacunek, a nie ignorancję.

A ponieważ tubylcy muszą się skupić historycznie tylko na ostatnich kilkuset latach mogą to zainteresowanie rozciągać do granic wytrzymałości (głównie mojej). 

Uczciwie przyznaję, że nie pałam dziką chęcią do  poznawania historii Ameryki aż tak dogłębnie (wiedza, którą wyniosłam ze szkoły zupełnie mi wystarcza), ale po prostu nie mam wyjścia. Trzeba bowiem poszerzać horyzonty synowi, który ze względu na ciągłe braki językowe potrzebuje pomocnej dłoni. 

Wyrwany z nauki o dynastiach królewskich musi się zachwycać kijem wbitym w ziemię lub drzewem w Bostonie, pod którym rodziła się w bólach amerykańska wolność. 
Często powątpiewam czy doszło do szczęśliwego rozwiązania.

I tak chcąc nie chcąc, (raczej bardzo nie chcąc), nurzam się w literaturze  amerykańskiej. Zauważyłam, że Amerykanie lubią robić dużo rzeczy z wyprzedzeniem, czasami sporym. I to tyczy się praktycznie wszystkich sfer życia, szkoła też się na ten system załapuje. 

Po wakacjach głównym tematem przewodnim na lekcjach będzie historia Ameryki, w związku z tym już od paru miesięcy dzieciaki czytają lektury wprowadzające je w temat. 
Żeby było jeszcze bardziej patriotycznie dodatkowo są oczywiście standardowe, obowiązkowe teksty typowo historyczne przybliżające temat w sposób fachowy. 

Przyznaję bez bicia wolałabym robić cokolwiek innego (kopać rowy na przykład), czytanie tych światłych mądrości wywołuje u mnie senność na zmianę z irytacją.

Przede wszystkim wszystkie lektury są koszmarnie nudne, poważne i jednotorowe. Ile można czytać o głodujących emigrantach, przeprawiających się przez Ocean w poszukiwaniu lepszego jutra ? Okazuje się, że można cały rok. 

Możliwe, że dramatyczne historie, w których średnio połowa bohaterów ginie na morzu, a druga zanim dojdzie do siebie, przeżywa wszystkie plagi egipskie, pobudzają ducha patriotycznego i ogólną empatię, ale nie jestem przekonana czy dla dzieciaków to nie jest jest jednak trochę za dużo. 

Przynajmniej raz na jakiś czas powinna być jakaś przerwa od tego patosu. Skoro te książki dołują mnie to nie wierzę, że stanowią jakąś super rozrywkę dla dzieci. A tu czytać trzeba, nie ma łatwo i jeszcze co gorsze należy się nimi bezwarunkowo zachwycać.

Tutaj trochę zacznę nieśmiało porównywać szkoły polskie i amerykańskie pod kątem merytorycznym. Ponieważ kocham czytać od zawsze, zdecydowanie mogę stwierdzić, że zakres lektur szkolnych w Polsce jest zdecydowanie ciekawszy i bardziej zróżnicowany. 

Mimo, iż wiem, że nasza młodzież jęczy nad Mickiewiczem i ogólnie miga się jak może od czytania, preferując ekranizacje i streszczenia, jestem zdania, że ich spojrzenie na świat po ukończeniu szkoły mimo wszystko przewyższa amerykańskie.

Przysypiając podczas czytania o zmaganiach pielgrzymów z żywiołami tudzież z własną głupotą, ożywiam się jak zaczynają pisać o Indianach, (których od dzieciństwa darzę niesłabnącym podziwem, uczuciem i ogólnym zachwytem).

Jak na razie twórcy amerykańskich dzieł historycznych wykazują odrobinę przyzwoitości, sugerując, że wojnę z Indianami to jednak rozpętali koloniści, aczkolwiek Indianie nie wiadomo dlaczego ośmielili się brutalnie walczyć o własne ziemie i wolność. 
No tak, taka ciekawostka kulturowa powinni byli od razu karnie dać się wybić lub zamknąć w rezerwatach jak zwierzęta.

Od zawsze było wiadomo, że Ameryka to ziemia obiecana emigrantów. Kraj możliwości, wolności, gdzie każdy znajdzie dla siebie bezpieczną przystań.

Tym bardziej teraz czytając te wszystkie szkolne mądrości nie rozumiem skąd w tym kraju jest tyle dyskryminacji, rasizmu i dumy.

niedziela, 3 czerwca 2018

Protokół bezpieczeństwa, czyli jak zostałam wyrzucona z plaży

Jakoś tak się ostatnio dziwnie składało, że zawsze piękna pogoda była w tygodniu, za to w weekend lało i temperatura spadała na łeb na szyję. 

Kiedy więc w ostatnią sobotę słońce zdecydowało się nas wreszcie porozpieszczać, wyrwałam się na plażę, zostawiajac członków rodziny w rożnym stadium totalnego nieprzygotowania, począwszy od stanu uśpienia, poprzez reanimację kawą do niemrawego wyboru odpowiednio letniej garderoby. 

I tak oto po raz pierwszy odkąd znalazłam się w Stanach rozpoczęłam plażowanie w wersji indywidualnej, można powiedzieć spa w wersji samotnej (chwilowo), wyzwolonej kobiety. 
Czasami dla ogólnej zdrowotności bardzo wskazane.

Żar lał się z nieba, plaża była przyjemnie zapełniona, ale bez tłoku typowego dla polskich plaż w sezonie. Nie da się ukryć, że w takich momentach praca Pańci wykidajła, nie wpuszczania nikogo bez przepustki jest najbardziej zauważalna.

Ponakładałam na siebie rożne kremiki (filtry od 1 do nieskończoności, w zależności od części ciała), wzięłam książkę i rozpoczęłam relaks. Brakowało tylko wanny z bąbelkami, ale za to był Ocean i małe falki.

Temperatura w tempie błyskawicznym rosła, a ja wolno łapałam witaminkę D, wyobrażając sobie efekt końcowy. Po pewnym czasie rozpoczęłam nieśmiałe wodowanie, bo upał był naprawdę solidny. 

W czasie radosnego pluskania spotkałam zaprzyjaźnioną rodzinę ze szkoły syna. Kiedy już ochłonęli z szoku, że sobie tak plażuję samotnie incognito, zaproponowali ściągnięcie reszty opornej familii w celach towarzysko-rekreacyjnych. 

Zadzwoniłam po moje stado i kontynuowałam relaks jednocześnie zerkając z lubością na niebo. I chyba w tak zwaną złą godzinę radośnie stwierdziłam, że tak jakby zbierało się na burzę.

Faktycznie daleko na horyzoncie pojawił się lekki cień. O zgrozo nawet cichutko zagrzmiało. To co potem nastąpiło wprawiło mnie w tak zwany stupor. 

Ludzie w panice zaczęli opuszczać plażę, jakby na horyzoncie pojawiła się fala tsunami, ewentualnie stado rekinów na głodzie (pogoda jak drut, słońce, niebieskie niebo itd). 

Mało tego, lekko opornych twardzieli ratownicy zaczęli ostro mobilizować i prawie pakować ich ręczniczki osobiście, uważając najwyraźniej, że ratują im życie. 

Okazało się, że przestrzegają specjalnego protokołu w momencie zagrożenia. Trzeba przyznać, ze wyglądało to bardzo spektakularnie, jak dosłownie w parę minut opróżnili całą plażę, tylko jakoś nie zauważyłam tego strasznego zagrożenia. Fachowcem nie jestem, ale gołym okiem było widać, że żadnej burzy nie będzie.

Stałam tak sobie wśród otaczającego mnie chaosu jak kołek, albo raczej utrzymując klimat jak piorunochron, jakoś żaden chętny piorun we mnie nie trafił (nie to, żeby mi brakowało takich elektryzujących przeżyć), ale za to szlag zaczął trafiać mnie rzetelny.


Ten właśnie moment wybrała sobie moja rodzina na tryumfalne wejście na plażę. 
Nawet nie pozwolili im usiąść tylko od razu odesłali do samochodu. Dobrze, że w ogólnej atmosferze grozy i powagi pozwolili mi wziąć mój leżaczek. Strach, że kogoś trafi piorun totalnie wszystkich ogłupił. 

Całe szczęście, że wśród ratowników nie było Polaków. Bo dość dobitnie określiłam ich stan umysłu.

Wszystko bym zrozumiała, bo jak wiadomo pioruny lubią sobie strzelać, trafiać i lepiej się z nimi na płaskich, nieosłoniętych przestrzeniach nie spotykać, ale na plaży była malutka kawiarenka ze stolikami i tam już można było sobie siedzieć. 
Protokół zagrożenia kończył się w momencie serwowania soczków i kawki.

Najwyraźniej amerykańskie pioruny są bardzo zdyscyplinowane i nie atakują w knajpkach, a może też się boją pozwów, kto to wie.

Chcąc nie chcąc musieliśmy wykonać odwrót do domu, oczywiście żadnej burzy nie było, nie licząc gromów mocno rozczarowanego potomstwa.

I żeby nie było, że nie doceniam dbania o bezpieczeństwo narodu, doceniam bardzo, ale czy gdzieś w tym szaleństwie nie powinno być miejsca na tak zwaną wolną wolę jednostki ?  

Dlaczego mam nieustające wrażenie, że dorośli ludzie są turaj traktowani jak małe dzieci, za które trzeba podejmować życiowe decyzje.


W tym konkretnym kontekście tak lubiane i często używane przez Amerykanów stwierdzenie, że "jest to wolny kraj" tak średnio mnie przekonuje.