sobota, 2 lutego 2019

Humor z życia, czyli miło, strasznie i absurdalnie

Ostatnie wydarzenia szkolne uświadomiły mi, że należy trochę zmienić nastrój i na przekór wszystkiemu trochę wyluzować i jak mówią Panowie z mojego ulubionego kabaretu Smile: "Zluzować lejce", ewentualnie "Zluzować majty", ale na razie skupmy się na "lejcach". 
Kto wie może kiedyś nadejdzie czas na rozmowy o bieliźnie osobistej.


Już od dłuższego czasu obserwuję tubylców i tak zwane różnice kulturowe, które mocno dają mi się we znaki. W końcu doszłam do odkrywczego wniosku, (bo najwyraźniej tylko takie miewam), że popełniam błąd określając je różnicami, tajemnica bowiem według mnie tkwi w kategoryzacji.

Tak naprawdę ludzie wszędzie są "tacy sami tylko inni".
Na przykład to co w USA jest normą w Polsce jest szczytem idiotyzmu, a to dla odmiany co u nas w kraju jest standardem w Stanach jest postrzegane jako egzotyczne zwyczaje dzikich krajów, które ciężko znaleźć na mapie, najlepiej tam nigdy nie jechać, a ich mieszkańców unikać za wszelką cenę. 
To tłumaczyłoby moje emigracyjne problemy interpersonalne.

Życie w Ameryce obfituje w rożnego rodzaju przeżycia, od absurdalnych, przez straszne na śmiesznych i miłych skończywszy. 
Prawdziwym wyzwaniem jest dostrzegać pozytywy, nie dać się zwariować absurdom, a przede wszystkim pozostać sobą. 
W teorii mały pikuś, w praktyce orka na ugorze, gdzie tępy pług ciągniemy osobiście, bo chętnych wołów do pomocy jakoś brak.

Jako pozytywnie nastawiony do życia wół, (brzmi zdecydowanie lepiej niż krowa), zacznę od miłych "różnic kulturowych". (Takie też, choć czasami ciężko w to uwierzyć, istnieją).

W wielu urzędach i sklepach zauważyłam coś, co w Polsce, przynajmniej według mojej wiedzy nie istnieje, zatrudniani są mianowicie starsi ludzie. I nie mowię tu o żywotnych sześćdziesięciolatkach, które mają lepszą kondycję niż ja, ale o osobach grubo po osiemdziesiątce. 
Przez grubo rozumiem co najmniej dekadę. 

Seniorzy zatrudniani są w charakterze pomocników, asystentów asystentów, informatorów itd. 
W jednej klinice taki pan odpowiedzialny był za podawanie ankiet i długopisów.

Home goods to jeden z kilku moich, ulubionych, amerykańskich sklepów. 
To skarbiec rzeczy tak zwanego codziennego użytku, łącznie z mniejszymi meblami, dywanami, dekoracjami, artykułami spożywczymi i milionami zupełnie niepraktycznych, obłędnych rzeczy.
Gdyby ktoś musiał umeblować w dwie godziny małe mieszkanko, gorąco polecam ten sklep, myślę, że nie musiałby się nawet specjalnie starać, a dodatkowo mógłby urządzić pokój dla dowolnego zwierzaka, (tematyczny).

I oto jesteśmy w takim sklepie, kupując ramkę na dyplom juniora, (sukcesy szkolne zobowiązują) i kilka kompletnie zbędnych rzeczy, (wyprzedaże zobowiązują), kiedy w kasie natknęliśmy się na staruszka.
Prawdopodobnie miał osiemdziesiątkę z małym ogonkiem. Wyglądał i zachowywał się jakby zbliżał się do setki. Był przeuroczy, sympatyczny, tylko ledwo stał. Poetycko rzecz ujmując lekki powiew wiatru mógłby go dosłownie rozłożyć na obie łopatki.

I on miał nam zapakować te szklane drobiazgi, które w szaleństwie nabyliśmy.
Podstępnie połowę zapakowałam, za niego, zanim się zorientował, ale z drugą już kulturalnie czekaliśmy, żeby mu nie robić przykrości.
Trwało to, mówiąc delikatnie długo i w międzyczasie tak sobie filozoficznie rozmyślałam jaki jest sens takich działań. 

Na pewno takie osoby czują się potrzebne, prawdopodobnie mniej samotne, ale chyba jako szefowa sklepu, zorganizowałabym sympatycznemu panu jakieś mniej aktywne stanowisko, może siedzące.

Co nie zmienia faktu, że bardzo nam się sympatycznie stało pół godziny przy kasie i wymieniało uśmiechy z kulturalnym, starszym panem.

Druga sytuacja dość ciężka do wyobrażenia sobie w Polsce, powtarza się dość często w rożnych urzędach bądź punktach usługowych, polega na wymianie uprzejmości między wielką panią w wieku pomenopauzalnym i wchodzącym petentem, mężczyzną również słusznych gabarytów tylko o parę dekad młodszego. 

U nas, oczywiście o ile nie mamy do czynienia ze skrajnymi prymitywami następuje standardowa wymiana formułek grzecznościowych, a w USA wielokrotnie słyszałam radosne powitanie „Cukiereczku”, “Słodziaczku”, “Skarbusiu” itd.

Od razu przyznam się szczerze, że na ogół takie uwagi padają pod adresem mojego męża, a nie mnie i zawsze go uszczęśliwiają. Co ciekawe najczęściej zwracają się do niego w ten sposób panie podchodzenia afroamerykańskiego, najwyraźniej wyrośnięte  blondaski mają swój urok.

I kończąc temat „słodkości”, bez względu czy uśmiechy są szczere czy nie, zdecydowanie w Stanach ludzie uśmiechają się częściej niż w Polsce.

I teraz na chwilę zmieńmy kraj (czyli tak zwany punkt siedzenia):

Co pomyślelibyśmy w Polsce na widok staruszka na kasie ? Wszyscy uważaliby takie postępowanie za oburzające, wykorzystywanie starego, schorowanego człowieka. 
Gdyby jakaś miła pani urzędniczka zwróciła się do petenta per „Słodziaczek”, prawdopodobnie zamiast szelmowskiego uśmiechu, dostałaby w prezencie naganę na piśmie.
Jak długo my, jako naród bylibyśmy w stanie znosić trochę za częste, puste uśmiechy, myślę, że stosunkowo krótko,  na dłuższą metę uważalibyśmy je za męczące, płytkie i fałszywe.

Teraz trochę absurdów. (Moje hobby).

Przed szkołą juniora wylała się woda. Nie wiem skąd, pewnie na skutek niskich temperatur pękła jakaś rura. W efekcie powstało średnich rozmiarów, urocze, bardzo płytkie lodowisko. Nieodpowiednie na łyżwy, ale świetne na ślizganie się na butach. 

Marzenie każdego dzieciaka z mojego dzieciństwa. Pamiętam, że identyczne lodowisko przed moją podstawówką pan woźny robił metodą chałupniczą, operując wężem z wodą.
Jak woda zamarzała wszyscy szaleli, na czym kto miał, (nie wszyscy mieli łyżwy, ustrój i te sprawy), żadnych złamań nie pamiętam.

Co zrobiły władze szkolne ? Otoczyły teren szlabanami i żółtymi taśmami, wzbraniającymi wstępu. Oczywiście wszystko to w strachu przed ewentualnymi uszkodzeniami ciała, (złamaniami, skręceniami) i co najważniejsze pozwami.

Po moich przeżyciach z dwójką dzieci, która zdecydowała się rozpocząć przygodę z medycyną w USA od złamań, rozumiem postawę kierownictwa.
Swoją drogą, chyba nigdzie indziej nie widziałam tyle kontuzji wśród dzieci jak w Ameryce, zwłaszcza łamanie nóg jest tutaj niezwykle popularne. 
Muszę kiedyś zgłębić ten temat, ewidentnie jest coś w powietrzu.

A jak już jesteśmy w tematach szkolnych to trochę o czytaniu. Doprowadzona do ostateczności, zażądałam od juniora kategorycznego wypożyczenia mi lektury w celu zapoznania się z treścią dzieła. 
Jak do tej pory bowiem proces poznawczy wyglądał następującego, syn wracał ze szkoły z informacją, że na następny dzień ma przeczytać cały rozdział, (średnio 20 stron) i napisać opracowanie „tabelkowe”.
Gdyby owe dzieło o dzielnej Indiance było po polsku, to nie byłoby problemu, w przypadku języka tak zwanego drugiego, to jest to parę godzin niezłego wysiłku intelektualnego całej rodziny.

Junior, (bystrzak), przewidywał kłopoty z argumentacją, przytomnie kazałam mu powiedzieć czystą prawdę, że lekturę potrzebuje dla spragnionej wyzwań intelektualnych mamusi.

Pani książkę pożyczyła, wymuszając na synu przysięgę, (śmiertelnie poważnie), że po pierwsze nikt się o tym nie dowie, a po drugie jak przeczyta wcześniej następny rozdział to ona o tym nie chce wiedzieć i nikt inny nie może, bo nie czyta się z wyprzedzeniem.

I tutaj przyznam się, chwilę zajęło mi znalezienie sensownych argumentów, ale może chodzi o to jak szybko dzieci opanowują teksty, dodatkowo pod presją czasu.
Swoją drogą poczułam satysfakcję, że obawa, w przypadku odmowy, spowoduje moją, następną wizytę w szkole była większa od zakazu wypożyczenia książki do domu.

I jak już jestem w temacie kształcenia młodych, (niekoniecznie ludzkich), pokoleń, to sposób w jaki traktują Amerykanie swoje zwierzaki zasługuje na uznanie. Rozpieszczają je, chronią i ogólnie traktują jak członków rodziny, (tych kochanych).

I znowu zmieńmy położenie geograficzne na nasze, rodzime. Odpowiedzialna pełna troski o zdrowie dzieci, postawa szkoły w sprawie ślizgawki byłaby czystym idiotyzmem, wszyscy wiemy, że w zimie trzeba się ślizgać, to część normalnego dzieciństwa. 
Rodzice jak nic wystosowaliby petycję i zorganizowali dyżury opiekuńcze z gorącą czekoladą w formie bonusa.

Zakaz czytania z wyprzedzeniem, bez względu na ambitne założenia wszyscy potraktowaliby jako  jeden, wielki kretynizm, zwłaszcza w przypadku dzieci mających problemy z językiem, czy z czytaniem i potrzebujących więcej czasu. 
Tego rodzaju presja, co jest dość klarowne dla wszystkich, jest świetna do tworzenia analfabetów.

Rozpieszczanie czworonogów, jest ze wszech miar chwalebne bez względu na kontynent, ale tylko wtedy, kiedy nie traktuje się zwierzaków lepiej i nie kocha bardziej niż własne dzieci, bo to jednak nie jest to samo, chociaż Amerykanie mają na ten temat rożne opinie.

I na koniec trochę sytuacji lekko humorystycznych

Do szkoły juniora chodzi dwóch braci hindusów Sikhów. Wygląda to bardzo ciekawie, bo noszą turbany, chociaż w przypadku tych dzieciaków wygląda to raczej jak kulki włosów owinięte chustkami. 
Sikhom nie wolno włosów ani ścinać, ani ich pokazywać poza domem.

Jeden z braci jest w wieku syna, pewnego dnia moje urocze dziecko zabawiało mnie rozmową podczas powrotu do domu ze szkoły dokładnym opisem włosów kolegi. 
Minęła chwila zanim załapałam o kim on mówi. 
Otóż kolega, zapominając najwyraźniej na chwilę o wymogach religijnych, tudzież nakazach rodzicielskich, rozwinął swój turbanik i pokazał swoje włosy w całe okazałości, a było co podziwiać, bo bujny włos spływał prawie do kostek. Gdy już cała grupa kumpli poczuła się usatysfakcjonowana, na luziku, sprawnie zwinął włosy w uroczą kulkę i obwiązał chustką.

Pozostając w tematach szkolnych, nieustannie mnie zadziwia jeden nauczyciel, który bez względu na temperaturę panującą na zewnątrz wyprowadza dzieci ze szkoły w samej koszuli, dla specjalnego efektu z podwiniętymi rękawami.

Kiedyś na moje nieśmiałe pytanie czy troszkę nie marznie, odpowiedział, że cytuję:
„Ja jestem z Chicago”. Najwyraźniej to dumne stwierdzenie miało wszystko tłumaczyć. 
Niestety mało tego, że nic mi nie wyjaśniło, to jeszcze nie zrobiło na mnie pożądanego wrażenia, może gdyby powiedział, że jest z Alaski, a dodatkowo lubi sobie robić wypady w kostiumie kąpielowym na Syberię, to może zaparłoby mi dech z wrażenia, (lub mrozu).

Tymczasem ostatnio okazało się, że do Chicago dotarł jakiś koszmarny front, (lodowaty) i uszczęśliwił mieszkańców temperaturą minus 50 stopni Celsjusza.
Faktycznie z tej perspektywy minus 5 to pogoda w sam raz na krótki rękawek.

I na koniec mały absurd motoryzacyjny. Nasza córka, robi prawo jazdy, zdała część teoretyczną, teraz jeździ dwa razy w tygodniu na pogadanki o agresji za kierownicą, (albo raczej jej braku), narkotykach, alkoholu itd. (mam nadzieję, że też raczej o ich braku podczas prowadzenia pojazdów).

Zanim zacznie jeździć z instruktorem, rodzic, w tym przypadku tatuś musi z nią przejeździć 40 godzin. Ona prowadzi, on siedzi obok i oprócz gorących modlitw, pilnuje, żeby nikogo nie zabiła, nic nie uszkodziła i nauczyła się prowadzić samochód. 
I tak sobie radośnie jeżdżą po uliczkach, (słabo uczęszczanych, ale mimo wszystko).

I teraz już naprawdę ostatni raz przenieśmy się do Polski.

Na pewno części rodzicom podobałby się fakt przyjaźni swojego dziecka z Sikhem.
Może potraktowaliby taką przygodę jako przeżycie poszerzające horyzonty i uczące tolerancji, ale ilu rodziców obawiałoby się takiego niepożądanego kontaktu kto wie, może z „przyszłym” terrorystą w turbanie ?

Rodzinne jazdy szkoleniowe, z jednej strony fajny pomysł, dziecko spędza czas z tatusiem nawiązują więzi, (w obliczu ciągłego zagrożenia życia niezwykle silne) i ogólnie uczy się bezstresowo jeździć, ale z drugiej strony jazda nieoznakowanym samochodem, który prowadzi niedoświadczony dzieciak to szczyt głupoty i totalnego braku wyobraźni.

Roznegliżowanego nauczyciela pominę milczeniem, (zabrakło mi argumentów), widocznie jest twardzielem i nie marznie w żadnej szerokości geograficznej.

wtorek, 29 stycznia 2019

Indianie i ułamki, czyli kolektyw rodzinny kontra szkoła

Spotkania w szkole, dotyczące metodyki nauczania juniora, przyniosły spektakularne efekty, tylko może niekonieczne takie jakich wszyscy oczekiwaliśmy.
Istnieje realna szansa, że przyczynią się do poważnego uszczerbku na naszym, (rodzicielskim), zdrowiu psychicznym i fizycznym.
Grono ocaleje, bo szcześliwie dla nich jesteśmy osobnikami mało agresywnymi i nie popieramy prawa do posiadania broni przez każdego łachmytę.

Panie podeszły bowiem do problemu bez sentymentów, konkretnie do bólu i bez marginesu na słowiańską improwizację, o wyobraźni i odrobinie rozsądku nie wspominając.

W ramach edukacji językowej junior przyniósł do domu książkę o Indianach, (lektura obowiązkowa), z uroczą adnotacją od pani, że ma przeczytać pierwszy rozdział i napisać wypracowanie, (według tabelki), na już.
Tabelka wywołała u mnie dreszcze i stan paniki, ale nie poddałam się pokładając wielkie nadzieje w starszym dziecku.

Wzięłam się w garść i zaczęłam pochłaniać dzieło. Nie mam jeszcze wyrobionego zdania co do tej opowieści jako całości, ale dwa razy prawie przysnęłam, (ale może to zmęczenie ogólne, a nie koniecznie poziom literatury, nie zapeszajmy).

Słownictwo, jak dla mnie trochę za ambitne dla dzieciaka dopiero poznającego język, ale nie będę się czepiać, może tak się najlepiej i najszybciej uczy języka obcego. 
Tylko dlaczego tego języka mam uczyć go ja, a nie specjalistki w szkole ?

Tak, dokładnie takie samo, pytanie zadał mój szanowny małżonek, jak wykończony dotarł do domu i zamiast odsapnąć, musiał czynnie uczestniczyć w procesie twórczym pisania streszczenia, następnie streszczenia ze streszczenia, głównej idei ze streszczenia i kilku innych ciekawych kombinacji literackich tworów, o których istnieniu nie śniło nam się wcześniej.
Taaaak, człowiek uczy się całe życie, tylko nie zawsze robi to dobrowolnie.

A żeby już całkiem nie było tuzinkowo, w książce bohaterowie w rozmowach wtrącają bardzo często określenia indiańskie. Na końcu książki, w związku z tym znajduje się bardzo podręczny słowniczek indiańsko-angielski, (jeszcze tylko nie rozgryzłam, którego plemienia, ale wszystko przede mną).
Z przyjemnością poszerzę swoje horyzonty i postudiuję sobie słownictwo rdzennych Amerykanów, ale jak dla juniora to już chyba trochę za dużo tego lingwinistycznego szczęścia.
Musi przeczytać, zrozumieć i opracować lekturę w dwóch językach obcych, (na raz).

Byłoby miło, gdybyś ktoś kompetentny udzielił mi kilku porad, jak ja mam nauczyć syna pisać wypracowanie z tekstu, którego w części nie rozumie, używając słów, których nie zna, dodatkowo na temat, który dopiero poznaje.
Ja rozumiem, że dzieci mają bardzo chłonne i niezużyte upływem czasu, mózgi, ale co za dużo to i świnia nie skonsumuje.

Jeżeli chodzi o matematykę, pani uprzejmie poleciła juniorowi porobić zdjęcia zadań z jej zeszytu i tablicy, (rozwiązanych) i przedstawić materiały rodzicom, żeby się nauczyli liczyć we właściwy sposób, (matoły ograniczone, czyli my).

Żałowałam, że nie zrobiłam mężowi zdjęcia, jak usłyszał polecenie i zapoznał się z materiałem.
To było coś jak połączenie ziejącego straszliwym ogniem smoka ze słodkim misiem. 
Smok w środku, misiek na zewnątrz, ze względu na delikatne uczucia zestresowanego już dziecka.
W efekcie wyszedł miś albinos, biała furia z czerwonymi oczami i nadciśnieniem.

Syn obładowany papierami, uszczęśliwił nas wizją udoskonalania nadwątlonej czasem wiedzy niejako w systemie długofalowym, tak przynajmniej wygląda to na podstawie działań pań nauczycielek.
Tylko, że ja już jedną maturę zdałam, i na drugą, amerykańską zdecydowanie brakuje mi zapału, czasu i ogólnie mi się nie chce.

W praktyce wygląda to tak, że w standardową pracę domową z matematyki, (te nieszczęsne ułamki) i w opracowywanie lektury, żeby nie zwariować, musi być zaangażowana cała rodzina, bo dla jednej osoby to jest zdecydowanie za dużo.
W związku z tym trzeba się dzielić obowiązkami, każdemu po równo, żeby nikomu nie było za dobrze.
Mam nadzieję, że starsze dziecko nie wyprowadzi się w związku z tym  przedwcześnie z domu.

I tutaj można do sprawy podejść dwutorowo, albo panie mają nas za chodzących geniuszy, wręcz powalających intelektem, którzy ze śpiewem na ustach bedą pochłaniać lektury, pisać idiotyczne wypracowania w tabelkach, dodatkowo czerpiąc z tego niezrozumiałą dla nikogo satysfakcję, albo mają nas za totalnych frajerów, którym zrzucą na głowę to co należy do ich obowiązków.

To co sobie pomyślałam o paniach nauczycielkach przemilczę, bo nie znam jeszcze wystarczająco dużo indiańskich słów opisujących mój, obecny stan ducha.
Powiedzmy tylko, że niespecjalnie wierzę w wersję pierwszą. 
Mam wielki sentyment do zwierząt i wiem, kiedy ktoś mnie robi w konia, lub w osła, ewentualnie w tym przypadku w woła roboczego.

czwartek, 24 stycznia 2019

Rogi i edukacja, czyli jak daleko pada jabłko

Jako Matka Polka odpowiedzialna, przeprowadziłam rozmowę z juniorem. 
Bezczelnie licząc, że inteligencję odziedziczył w genach po rodzicach i zrozumie skrajny debilizm bez uszczerbku na jego zdrowiu psychicznym, wprowadziłam go w szczegóły rozmowy z nauczycielkami.

Jest wiele wspaniałych i trudnych momentów w życiu rodziców. Według mnie jednym z najcięższych, (oprócz wyjaśnienia skąd się biorą prezenty pod choinką), jest próba przekonania dzieciaka do czegoś do czego sami kompletnie nie jesteśmy przekonani i dodatkowo zrobić to wiarygodnie.
Wyszło mi połowicznie.

Ta rozmowa była właśnie z takiej czarnej serii. Wzięłam się w garść, usadziłam juniora i rozpoczęłam śledztwo połączone z agitacją. Świecenie lampą po oczach sobie odpuściłam, wystarczy, że podejrzewałam, że wkrótce sama będę musiała świecić oczami ze wstydu, że plotę bzdury.

Sprawę streszczeń lektur, tudzież wnikliwej analizy postępowania bohaterów, jakoś przeżyliśmy. 
Syn uwagi przyjął do wiadomości, zobowiązał się przywiązywać wiekszą wagę do problemu "co autor miał na myśli", nawet jeśli według niego specjalnie się nie wysilał.
Już w tym momencie rogata dusza juniora dała się wyczuć, (na razie subtelnie) i tutaj rownież skończyły się moje sukcesy przekonywania syna do wyższości naukowych metod amerykańskich nad metodami reszty świata.

A potem wzięliśmy na klatę problem matematyki i tutaj okazało się, że po kimś te nieszczęsne rogi odziedziczył i to nie jest tatuś.

Matematyka pomimo faktu, że jest nauką ścisłą pozwala na dość dużą swobodę w metodach rozwiązywania zadań. 
Wszyscy wiemy, że zadanie można rozwiązać na wiele sposobów. I wszystko gra, jak wynik jest prawidłowy. Problemy pomawiają się jak pedagog nie rozumie metody, wtedy ignoruje wynik, a mamusia ląduje na dywaniku.

Pechowo w szkole juniora wyjątkowo dali upust specyficznej kreatywności w tej dziedzinie, co ja bez ogródek nazywam umysłowym ograniczeniem, ale to jest moje zdanie, nie upieram się może to Europa jest zacofana.
W efekcie zdarza się, że prace domowe dzieciaka z podstawówki jawią się nam rodzicom, (pełnoletnim i wykształconym), jak wizja z horroru w języku obcym, chińskim na przykład.

I gdybyśmy byli humanistami, to miałoby to sens, ale nie jesteśmy, przynajmniej nie z wykształcenia, a dodatkowo mąż, żeby było śmieszniej ma doktorat z matematyki. 

Moja ulubiona kwestia, która pada jak siada do pracy domowej z synem i mruczy cicho do siebie, brzmi: 
"Oni chyba całkiem pogłupieli, co to za bzdura" i druga "Za cholerę nie wiem o co tym idiotom chodzi".
Jeżeli ma jeszcze jakieś uwagi to sensownie je przemilcza, żeby nie gorszyć i zniechęcać potomka do pochłaniania wiedzy.

Po ostatnim, szkolnym spotkaniu, zdecydowałam się wprowadzić pewne drastyczne zmiany. 
Jak do tej pory robienie pracy domowej z matematyki polegało na tym, że junior po krótkim wyjaśnieniu zagadnienia, rozwalał zadania bez błędu, metodą, powiedzmy europejską, a potem biedny mężuś spędzał upojną godzinę ucząc go metody amerykańskiej, (bez większego skutku), niejako pro forma po fakcie, od tyłu.
Sensu w tym nigdy nie widziałam żadnego, ale posłusznie trwałam w tym szaleństwie, przynajmniej dopóki nie doszło do konfrontacji z ciałem pedagogicznym.
Wtedy z ułańską fantazją stwierdziłam, że już wystarczy.

Postanowiłam, że syn będzie edukowany metodą uniwersalną. To znaczy, będziemy wykorzystywać znajome, polskie rozwiązania, a jeżeli amerykańskie będą sensowne, dołączymy je do ojczystych. 
Taka kosmopolitańska metoda nauczania matematyki, prawdopodobnie powinnam ją opatentować.
I mówiąc szczerze nie specjalnie mnie interesuje stanowisko szkoły w tej sprawie. 
Widocznie jestem staroświecka i chcę, żeby moje dzieci za kilka lat, umiały liczyć bez kalkulatora.

Po powrocie ze szkoły zasiadłam z juniorem do ułamków. 
Gdyby polscy matematycy zobaczyli jak można uczyć działań na ułamkach w Stanach, wpadliby w depresję, porzucili wykonywanie zawodu i dołączyli do ruchu Green Peace, żeby uratować jakiegoś biednego wieloryba, skoro nie mogą uratować honoru, na skutek rodzaju wykonywanej pracy.

Jak już ogarnęliśmy z synem pracę domową, z ciekawości zapytałam dlaczego ewidentnie ignoruje wskazówki pani, bo nie znałam go z tej strony.

I tu odziedziczone poroże pokazało się w całej okazałości, rozpoznałam znajomy buntowniczy błysk w oku, (widuję go od czasu do czasu w lustrze). 
Junior, dziecko prawdomówne i inteligentne walnął prosto z mostu: 

"Bo większość wyjaśnień pani kompletnie nie ma sensu, nie działa i wolę rozwiązywać zadania moją metodą".
Pewnie i tak powinnam się cieszyć, że dzieciak nie podsumował pani bardziej dosadnie.



środa, 23 stycznia 2019

Trochę farsy o poranku, czyli nie ma to jak szkolna indywidualność

Odbyłam rozmowę w szkole. Tutaj powinny rozbrzmieć werble, ewentualnie wystrzał armatni, albo odgłos walenia głową, moją bądź ciała pedagogicznego o ścianę.

Panie sztuk dwie, były lekko spłoszone moją, pełną wyczekiwania postawą. 
Jak zaczęły rozmowę od pytania jak sobie radzi mój syn, to znowu mną lekko zatrzęsło.
Wzywają mnie do szkoły, żeby zapytać o postępy w nauce mojego dziecka, to już nawet nie jest śmieszne, ani smutne tylko żałosne.

Bez zniżania się do udzielenia odpowiedzi, odwzajemniłam się pytaniem, co jest tak pilne, że ściągnęły mnie do szkoły bladym świtem, kiedy ostatni raz prowadziłyśmy taką, uroczą pogawędkę w grudniu.
Bo może coś przegapiłam, maturę na przykład.

Okazało się, że nie doceniłam siły systemu. Panie szczerząc się zachęcająco przedstawiły mi sytuację, która według nich wymaga natychmiastowej interwencji. 
W związku z tym nastawiłam się psychicznie, a było na co.

Najpierw wypowiedziała się pani od angielskiego, że junior jest trochę za energiczny w działaniach. Oczami wyobraźni zobaczyłam go rozwalającego budynek szkolny. 
Zażądałam przykładu, okazało się, że jak omawiali lekturę i został poproszony o streszczenie rozdziału, zrobił od razu streszczenie całej książki. 
W tym momencie zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy nie mam problemów nie tyle ze zrozumiem języka co ze słuchem.
I żeby była jasność sytuacji, nikt nie miał zastrzeżeń co do jakości pracy, ale faktu oburzającej samowoli.
I paradoksalnie, gdyby nic nie zrobił to byłoby to mniejsze przewinienie.

Jako, że zostałam dobrze wychowana, grzecznie słuchałam, bo chamem nie jestem i nie będę przerywać, nawet jak ktoś bredzi. 
Pani, najwyraźniej zachęcona moim spokojem rozkręciła się na całego.
Sypnęła innymi przykładami, w książce na przykład, było stwierdzenie, że Indianie obozowali nad rzeką. No w końcu mogli, przecież kiedyś to był ich kraj.

Junior odniósł się do faktu ze zrozumieniem, ale nie wnikał w ich rozterki emocjonalne, a najwyraźniej powinien.
 "A dlaczego obozowali" ? Pani zadała mi to pytanie wyczekująco, świdrując mnie oczami.
Trwałam niewzruszenie w grzecznym milczeniu, nie ze mną takie numery. 
Jak zaczęłabym mowić o Indianach, na bank wyrzuciliby juniora ze szkoły, a mnie razem z nim.
Pani odpowiedziała sama sobie: "Bo chcieli łowić ryby".
Syn najwyraźniej nie przeprowadził wystarczajaco wnikliwej analizy w sposobu myślenia Indian, a powinien.

I teraz oni zaczynają następną lekturę i boją się, że on znowu im za dużo i za szybko streści.
Ocknęłam się z szoku, wyraziłam poparcie, ostatecznie mogę dziecku wyjaśnić ten problem, ale przy okazji nie odmówiłam sobie przyjemności i uprzejmie zapytałam, dlaczego pani nie pomogła mu na teście, kiedy jej psim obowiązkiem jest uczenie obcokrajowców języka.

Pani dostała rumieńczyków i zasłoniła się prawem stanowym, na mocy którego mogą wyjaśnić podczas testu tylko jedno słowo, co jak wiemy w przypadku zadania tekstowego z matematyki jest bardzo pomocne, bo nie rozumie  się już tylko większości tekstu, a nie całego.

Następnie wzięła mnie na warsztat pani odpowiedzialna za matematykę. 
Kiwając głową współczująco, uświadomiła mi, że junior ma braki i źle rozwiązuje zadania, zażądałam wyjaśnień. 
Okazało się, że zamiast się pieścić z danym zadaniem na całą stronę, wali od razu gotowy wynik.
Z zimną krwią zapytałam: "Dobry ?" Pani niechętnie przyznała, że na ogół tak. 
Nie wiem tylko jak duży jest ten ogół. 
Aczkolwiek musi być spory, bo my z mężem takowych braków u naszego dziecka raczej nie dostrzegliśmy.

I na koniec obie panie najwyraźniej sadząc, że urobiły mnie wystarczajaco i poddam się bez walki, przystąpiły do meritum i zgodnie stwierdziły, że najgorszym błędem mojego syna, jest fakt, że robi wszystko po swojemu. 
Podsumowując, nie słucha ich świetlanych rad, prosi o pomoc wtedy kiedy system nie przewiduje, ma własne sposoby liczenia, o sposobie myślenia nie wspominając.
I mówiąc szczerze wyglada na to, że tak naprawdę tu leży, już nie tyle pies, co cała sfora pogrzebana.

Okazało się, że mogą wybaczyć praktycznie wszystko, od analfabetyzmu, przez lenistwo na szkolnej agresji skończywszy, a nie mogą znieść indywidualności.

Co specjalną nowością dla mnie nie jest, bo już dawno temu spotkałam się ze stwierdzeniem, że nic tak nie zabija indywidualności i nie zrównuje poziomu w dół, jak szkoła.

Jak nauczyła nas historia z system się nie wygra i ogólnie szkoda czasu i sił na takie zmagania.
W związku z tym przeprowadzę poważną rozmowę z juniorem i postaram się  jakoś wybrnąć z tej sytuacji.
Tylko zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim kończy się rozsądek, a zaczyna farsa.

wtorek, 22 stycznia 2019

Ciśnienie frustracyjne, czyli eksplozja niezrozumienia

Zima nie odpuszcza, podstępnie kusi słoneczkiem za oknem, a po wyjściu z domu atakuje frontalnie falą mrozu.
Aczkolwiek wydaje się, że ewentualne zamarznięcie jednak mi nie grozi, bo rozgrzewają mnie od środka emocje związane ze szkołą. 
Jak ja bym chciała, żeby chociaż raz na jakiś czas rozgrzało mnie coś bardziej rozrywkowego.

Tym razem, żeby nie było nudno zadziałała nauczycielka juniora. 
Używając języka opisowego, "krew mi się zagotowała" i jakoś nie stygnie.
Jest to zjawisko ze wszech miar fizjologiczne i bardzo łatwo wytłumaczalne. 
W celu wywołania takiego efektu, najpierw się danego osobnika wyprowadza z równowagi, ewentualnie stresuje, wtedy w szybkim tempie rośnie mu ciśnienie co z kolei bardzo skutecznie wpływa rozgrzewająco od środka na całe ciało.
Problemy pojawiają się jak jest trochę za dużo tego rozgrzewania i nieszczęśnik ląduje w szpitalu z wylewem.

Mnie tak dzisiaj rozgrzał e-mail ze szkoły juniora z zaproszeniem na rozmowę. 
Po pogonieniu szkolnych sadystów-bandziorów, miałam nadzieję na dłuższy brak kontaktów z tą placówką naukową.

Treść była enigmatyczna i wiała grozą, w związku z tym napisałam pytając, najwyraźniej za mało dyplomatycznie, co się stało, bo natychmiast dostałam odpowiedź, że absolutnie nic, tylko tak sobie chcą pogadać.
A ja się ostatnio zrobiłam się jakaś, taka, mało towarzyska i w związku z tym zaczęłam odczuwać sygnały stanu przedzawałowego.

Amerykanie są mistrzami mówienia, czytania i pisania bez zrozumienia i żeby było ciekawiej robią to we własnym języku.
I w tym momencie powiało nie tylko grozą, ale wręcz horrorem i psychodelicznym absurdem.

I jest to widoczne wszędzie, aczkolwiek najbardziej oczywiście w przypadku słowa pisanego. 
Przychodzi na przykład taki e-mail, krotki, prosty, można powiedzieć, że banalny, wszystkie słowa są zrozumiałe, a nie wiadomo o co w nim chodzi i wcale jak w znanym powiedzeniu nie chodzi o pieniądze.

I człowiek stoi jak głupia kura, (może być domowa), wpatrzona w ziarno, (w tym wypadku w monitor), i stara się sobie przemówić do rozsądku. 
Przemówienie wyglada mniej więcej tak: 

"No przecież mam studia, liceum, podstawówkę, umiem się porozumiewać płynnie nie tylko w ojczystym języku, ale w angielskim też, mam rożne życiowe sukcesy, (tutaj lista), zdałam w życiu kupę egzaminów, (językowych też), ogólnie nie zauważyłam jeszcze u siebie oznak skretynienia, (chociaż uważa się, że po porodach różnie bywa), to dlaczego nie rozumiem dwóch prostych zdań spłodzonych przez panią z podstawówki, (z całym szacunkiem dla wszystkich pedagogów).
Niestety po przemówieniu, rozsądek nie wraca, ciśnienie do normy też.

Podczas rozmów jest niewiele lepiej. Czy może być coś łatwiejszego, na przykład niż zamowienie pizzy przez telefon ? Może, własnoręczne upieczenie od podstaw takowej.

Ostatnio moja córka usiłowała uszczęśliwić cała rodzinę pizzą. Chciałabym tylko przypomnieć, że pochłania wiedzę, z sukcesami w amerykańskim liceum, a więc problemy językowe raczej jej nie dotyczą.
Rozmowa brzmiała, cytuję wiernie:

Córka: poproszę pizzę (tutaj nazwa) z dostawą do domu
Facio (znudzony): Ok. Duża czy super duża ?
Córka: A jaka jest różnica ?
Facio (lekko poirytowany): Ok. Duża czy super duża ?
Córka: Ale, o ile jedna jest większa od drugiej ?
Facio (wkurzony na maksa): Ok. Duża czy super duża ?
Córka (ugodowo): No dobrze, ile ma kawałków duża, a ile super duża ?
Facio (głosem ryczącym): Ok. Duża czy super duża ?
Córka (z rezygnacją): Duża

Taaaak i pomyśleć, że dziecko wymiata na zajęciach z angielskiego.

Nie jest łatwo rownież w kontaktach bezpośrednich. 
W związku z posiadaniem zwierzyńca lubującego się w diecie wegańskiej, często kupujemy cykorię, w tym samym sklepie, regularnie przy kasie trafiamy na tego samego błyskotliwego młodzieńca, który zawsze nie wie co to jest za dziwne, białe warzywo.
W związku z tym literujemy mu po angielsku i szuka w systemie, ostatnio zaczęłam mu dokładnie pokazywać na ekranie, bo nawet ja już pamiętam, gdzie szukać. 
Tymczasem dzielny sprzedawca za każdym razem jest tak samo zdziwiony na widok tajemniczej cykorii, ale nie tracę nadziei, trochę się tylko martwię co on zrobi jak pojawi się bazylia.

Uświadamianie panów na kasie jest jednak niczym w porównaniu do rozmów na wysokim, (szkolnym), szczeblu. 
Na różne sposoby, na przykład usiłowaliśmy z mężem wytłumaczyć nauczycielce jakiś czas temu, że junior nie ma problemów z matematyką. 

Całe spotkanie było sympatyczne, pełne zrozumienia, miodzio po prostu. 
Już nabraliśmy nadziei, że jednak udało nam się nawiązać nic porozumienia, a tu na koniec pańcia w ramach podsumowania stwierdziła, że wszystko świetnie tylko nasz syn musi ćwiczyć tabliczkę mnożenia, bo jednak ma kłopoty z rozwiązywaniem zadań. 
I doszła do tego odkrywczego wniosku, po tym jak jej powiedzieliśmy, że junior jest w stanie rozwiązać 300 przykładów z mnożenia i dzielenia, bez błędu, w mniej niż 10 minut.
Opada wtedy wszystko, rodzicom ręce, a dziecku chęć do nauki. 

I teraz zabrzmię jak egocentryczny zarozumialec, ale rozumiem szkolne frustracje moich dzieci, bo ja mam to samo.
Nie będę ukrywać, że nie jestem, (bo nie jestem), pod wrażeniem różnych systemów edukacji, zwłaszcza amerykańskiego, jako, że chwilowo z nim mam głownie do czynienia.

Junior miał niedawno super ważne testy, z angielskiego z matematyki. 
I o ile liczenie, jak już pisałam, nie sprawia mu żadnego problemu, o tyle zadania tekstowe cały czas stanowią dla niego wyzwanie.
I ja naiwna poradziłam mu, żeby jeżeli nie rozumie jakiegoś słowa, poprosił o wytłumaczenie. Inteligentny dzieciak rozwalił wszystkie pytania i zawiesił się odrobinę lingwinistycznie. 
Pani poproszona o wyjaśnienie, odmówiła pomocy, no bo przecież nie można tak oszukiwać.
Junior wrócił buchający frustracją na kilometr.

I ja mam jutro iść do szkoły, żeby sobie pogadać, (pojęcia nie mam o czym).
I oni wszyscy oczekują ode mnie zrozumienia co mówią i dodatkowo czynnego uczestnictwa w dyskusji.
Tak instynkt samozachowawczy u niektórych zdecydowanie szwankuje.
Na ich miejscu raczej wolałabym trochę pomilczeć.


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Co zima robi z człowiekiem, czyli elektryczny koc dla rybka

Temperatura spadła drastycznie, (minus 16 stopni C) i okazało się, że ma to negatywny wpływ zarówno na zachowanie ludzi jak i zwierząt. 
Tak jakby komórki mózgowe padały w minusowych temperaturach, (przynajmniej u niektórych osobników).

Byłam kiedyś świadkiem jak w moim ogródku, w lecie buszował sokół, wszystkie zwierzaki błyskawicznie się pochowały, a nieliczne ptaki darły się ostrzegawczo w niebogłosy. 
To była swietnie zorganizowana akcja ratowania wszystkich członków wspólnoty, zakończona totalną porażką drapieżnika.

Tymczasem dzisiaj zaskoczył nas wielki, piękny sokół, który siedział w naszym ogrodzie, na trawniku, a parę metrów od niego, w żłobku napychała się pokarmem dla jeleni totalnie wyluzowana wiewiórka. 
Przedstawiciele obu gatunków byli tak skupieni, jedno na powiększaniu tkanki tłuszczowej, a drugie nad decyzją czy lecieć czy się zdrzemnąć, że żadne nie zwróciło na siebie uwagi.

Mróz wpłynął również na poziom korespondencji szkolnej, (nie to żeby kiedykolwiek był specjalnie wysoki). 
Mianowicie dostałam emaila, który mnie informował, że jutro będzie bardzo zimno, (no tak, bo dzisiaj panuje po prostu dziki upał) i w związku z tym odkrywczym faktem muszę ubrać dzieci odpowiednio. 

Żeby nie zostawiać mi za dużo pola do improwizacji, sprecyzowali, co to znaczy. 
W skrócie, pożądanych jest kilka warstw ubrań, czapka, rękawiczki i zero odsłoniętej skory. 
O jaka szkoda, czyli nie mogę ubrać juniora w krótkie spodenki, żeby się hartował i został morsem, (prawdopodobnie w warunkach szpitalnych).

W takich chwilach naprawdę się zastanawiam, co ja tutaj robię, aczkolwiek ucieszyłam się z edukacyjnego emaila, bo jest szansa, że mnie jutro nie trafi szlag na widok sinego dziecka i mamusi opatulonej jak bałwan, którym intelektualnie już jest.

Może powinni wypuścić jakiś okólnik z tabelką, w jakich przedziałach temperaturowych dzieci mogą chodzić porozbierane, a w jakich nie, bo najwyraźniej rodzicom nie starcza komórek mózgowych na określenie tego we własnym zakresie.

Mimo braku śniegu, zima choć nietypowa jest zimą z prawdziwego zdarzenia, to znaczy wywołuje pragnienie wycia (z zimna), do księżyca lub sufitu, jak kto woli.

Po zeszłorocznej traumie, zadbaliśmy o dodatkowe ocieplenie naszego stada.
Zakupiliśmy mianowicie materace elektryczne. Świetny patent, wyglądają i działają jak nasze rodzime, kochane poduszki elektryczne, tylko są olbrzymie, zajmują całą powierzchnię łóżka i można je prać.

Najpierw kupiliśmy jeden dla siebie, w celu przetestowania, rezultat był więcej niż satysfakcjonujący. Nic nas nie poparzyło, tylko milutko rozgrzało, z trudem powstrzymywaliśmy się od mruczenia.
Nie ma co ukrywać, materac zamiast elektryczny, powinien się nazywać materacem ratującym życie zmarzniętym, polskim rodzinom.

Błyskawicznie zakupiliśmy dwa mniejsze dla dzieci i jeden kocyk zapasowy.
I teraz cała nasza rodzina jak miśki zwija się co noc w kłębek w nagrzanych łóżkach. 
A ponieważ moja inwencja nie zna granic, w momencie jak nasz rybek zaczął tracić ducha i dobre samopoczucie na skutek spadku temperatury wody, dostał zapasowy kocyk.

I teraz mam takie niejasne wrażenie, że nie powinnam o tym nikomu mowić, (przynajmniej sąsiadom), że u mnie nawet rybolek ma swój koc elektryczny, którym w momentach kryzysowych otulam akwarium. 
I bez tego moje życie towarzyskie praktycznie nie istnieje, a sąsiedzi patrzą na mnie podejrzliwie.
Nawiasem mówiąc, mój patent dział bez pudła i rybkowi wrócił humor i bezczelne spojrzenie.

Świnki dostały koc standardowy, bo po pierwsze mają futerka, po drugie bardzo ładnie się w kocyk umieją zawijać, (bo są niezwykle inteligentne) a po trzecie zawsze się lokują koło ciepłych nawiewów, (małe cwaniary).

Tak sobie myślę, że dopóki tylko podkarmiam wiewiórki, a nie robię im na drutach sweterków, to jeszcze mi to zimno nie zaszkodziło na głowę.

Byle do wiosny !

Dogoterapia i masaż aury, czyli trochę szaleństwa bez metody

Zapowiadana burza śnieżna nie nadeszła. Aczkolwiek amerykańscy drogowcy z dumą mogli stwierdzić, że zima ich nie zaskoczyła bo puścili w miasto odśnieżarki. 
Środek nocy "burzowej", śniegu brak, mrozu brak, nawet deszczu nie ma, a tu po ulicach jeżdżą pługi i usiłują coś zgarnąć. 
Biorąc pod uwagę, że psie niespodzianki właściciele karnie zbierają do woreczków, to mogli liczyć tylko na jelenie.


Jak przejechali pierwszy raz, nie byliśmy w stanie z mężem w to uwierzyć, zatem jak jechali drugi, (żeby oczyścić dwie strony ulicy najwyraźniej), z ciekawości staliśmy w oknie jak te sierotki w piżamkach w środku nocy, podziwiając inicjatywę dzielnych służb drogowych.
Wyglądało to trochę jak to oranie pola podczas powodzi ze starego kawału. 
Jak ktoś tego nie widział, to nie uwierzy.

W międzyczasie ciekawe rzeczy dzieją się również za dnia. 
Remont piwnicy trwa, koniec przewiduję w lutym, (przyszłego roku). 
Dbając o swoje zdrowie psychiczne, zdecydowałam się konsekwentnie panów ignorować.
Naiwnie myślałam, że na pięterku jestem bezpieczna, do czasu. 

Pewnego razu wstawałam z łóżka i spotkałam się w oko w oko z jednym z fachowców. 
Przez chwilę mój mózg odmówił akceptacji faktu, że ktoś może patrzeć mi w oczy, przez okno, na pierwszym piętrze bez umiejętności lewitacji.
Okazało się, że może, facio stał na wielkiej wywrotce, do której usłużni koledzy wrzucali rury, gruz i całą resztę bliżej niesprecyzowanych materiałów, które wydobyli z czeluści piwnicznych. Tyle tego było, że dziw, że nie znaleźli szczątków mamuta.

Facecik zamarł, a ja pogratulowałam sobie, że mamy zimę i mój strój nocny spełnia wszystkie wymogi przyzwoitości. 
Dobrze, że nie zdecydowali się na ten remont w największe upały, bo wtedy widoki mogłyby być zgoła inne, niekoniecznie lepsze, ale może bardziej stymulujące do szybszego zakończenia prac budowlanych i oddalenia się w popłochu.

Kiedy już, co prawda lekko ogłuszona, ale wciąż przytomna, zaczynam sądzić, że ogarniam sposób myślenia Amerykanów, dzieje się coś co uświadamia mi, że jeszcze mi do tego stanu daleko. 

Moja córka ma obecnie w liceum egzaminy semestralne. 
Te zimowe to jeszcze jak cię mogę, ale letnie, które są organizowane tuż przed wakacjami to jest prawdziwa masakra.
W zimie dzieciaki jeszcze funkcjonują siłą rozpędu, a taki maraton, jakoś specjalnie je nie wykańcza, zwłaszcza, że potem mają tydzień ferii na regenerację.

Prawdziwy problem zaczyna się w czerwcu, kiedy tuż przed wakacjami, wymęczone dzieciaki są zmuszane do takiej samej rozrywki. 
Ktokolwiek to wymyślił, prawdopodobnie był zmuszany do nauki w największe upały bez dostępu do wystarczającej ilości płynów.

I teraz cała populacja licealistów cierpi w milczeniu.
Jak można sie domyślać, tym wydarzeniom towarzyszy kupa stresu. 
I okazuje się, że Amerykanie znaleźli na to sposób, zamiast zmienić trochę harmonogram egzaminów, (rozwiazanie najwyraźniej zbyt banalne), przyprowadzają do szkoły psy.

Powiedziałabym, że to bardzo chwalebne przedsięwzięcie, aczkolwiek jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł, że młodzież licealna potrzebuje dogoterapii w czasie sesji egzaminacyjnej.
Jak zaczęły się egzaminy, codziennie w szkole meldowały się psiaki razem z trenerami, których jedynym zadaniem było wylizanie maksymalnie dużej ilości znerwicowanych nastolatków. 
(To znaczy to było zadanie psów, a nie trenerów oczywiście).

Jak przybytek wiedzy wizytowały golden retrievery i labradory rożnych kolorów, rozumiałam sens, (pewnie sama reflektowałabym na takie odstresowanie), ale jak pojawiły się dobermany, lekko zwątpiłam.
Obiektywnie były piękne, rasowe i świetnie wytresowane, ale nie wiem czy skłonne do spontanicznego okazywania uczuć w sposób bezpieczny dla otoczenia. 
Szcześliwie dla wszystkich nikogo nie zjadły, ani nawet nie nadgryzły.
Moje dziecko zrobiło sobie zdjęcia ze wszystkimi psimi terapeutami.

A w ramach transcendentalnej rozrywki dzieciaki mogły zażyć specjalnego masażu skroni i aury. Panie stały i masowały aurę, wykonując egzotyczne ruchy rak przed twarzą młodych geniuszy, a następnie przechodziły do formy bardziej tradycyjnej czyli dotyku całej głowy i twarzy. 
Efekty zarówno psiego lizania jak i masowania aury bedą wiadome za parę dni.

Już teraz wiem, dlaczego jestem taka spięta, po prostu nikt jakoś nie chce masować mojej aury, prawdopodobnie już nieźle nadwątlonej życiem.