niedziela, 14 października 2018

Jak rozgrzać rybkę i zmarzniętą duszę, czyli grzałka i jednorożec

Jeszcze trochę i zostanę specjalistką od prognoz pogody. Nie trzeba specjalistycznych urządzeń i przeprowadzać skomplikowanych analiz, wystarczy obserwować moje, dzikie zwierzaki. 
Od jakiegoś czasu w panice, wręcz w dzikim szale, zaczęły organizować zapasy na zimę. 

Podsypuję im regularnie nasiona i te huncwoty biegają, jak po autostradzie, z wypakowanymi pyskami, (małe wiewióreczki) i bardziej dystyngowanie z orzeszkami w pyskach, (normalne wiewióry).


Intuicja mnie tknęła i wczoraj bohatersko, najpierw zrobiłam generalny porządek rybkowi, a potem dokonałam, mówiąc językiem formalnym, relokacji lokatora na pięterko. 

Jak do tej pory ten postrach morz i oceanów rezydował w naszym salonie i czynnie uczestniczył w życiu towarzyskim rodziny zza szybki.

Problem jest mianowicie taki, że salon, znajduje się akurat w tej części domu, w której w zimie można na luziku zapaść natychmiast w stan hibernacji. 

Gdyby nie fakt, że jest tu kominek i później będzie stała choinka, należałoby to pomieszczenie wynajmować niedźwiedziom, czy innym futrzakom zapadającym w sen zimowy. 



Temperatura w tym pokoju, jak tylko robi się zimno nie nadaje się dla ludzi, (Eskimosów nie bierzemy pod uwagę).
Normalnie, zamknęłabym go po prostu, aż do wiosny, problem w tym, że ten pożal się Boże salon jest otwartą przestrzenią i przechodzi się z niego bezpośrednio do części jadalnej i kuchni.
A kuchnia jednak bywa przydatna. 
Podczas ostatniej zimy trzeba było prawdziwego hartu ducha i całej miłości Matki Polki jaką dysponuję, żeby wchodzić do kuchni i robić dzieciom śniadanie, albo chociaż włączyć grzejnik rano.


Mordujemy właściciela, ale jak na razie nic z tego nie wychodzi i obawiam się, że nie wyjdzie. 
Nasz dom potrzebuje po prostu generalnego remontu systemu ogrzewania i nie trzeba technicznego geniuszu , żeby to pojąć. 
Obawiam się, jednak, że prędzej opylą komuś ten domek, pozbywając się problemu, niż będą w niego inwestować. 
Póki co szykujemy się psychicznie i praktycznie na zimę.


Psychicznie, nie za bardzo wiem jak można się przygotować na amerykańską zimę, a praktycznie oprócz ścigania właściciela oraz zakupu dodatkowego grzejnika i tony drzewa do kominka, nie widzę innych opcji. 
Zostaje może jeszcze tylko gorąca modlitwa, bo bez cudu w postaci solidnego, długotrwałego ocieplenia się nie obejdzie.

Wracając do naszego rybka, który lubi się pławić, w dosłownym tego słowa znaczeniu, w cieplej wodzie, umieściłam go wczoraj w pokoju gościnnym, który oprócz pokojów dzieci, jest chyba najcieplejszym pomieszczeniem w całym domu.


I całe szczęście, bo gdybym tego nie zrobiła to dzisiaj rano byłaby tragedia i potencjalna ceremonia pogrzebowa.
W nocy temperatura spadła do kilku stopni i rybek, mimo grzałki w akwarium i nowego lokum, był w stanie lekko nieprzytomnym jak do niego zajrzałam, gdyby został w salonie nie miałby żadnych szans na przeżycie.



Cały czas miał za niską temperaturę wody, wiec puściłam mu grzejnik, żeby się chłopina odpowiednio nagrzał.
I obawiam się, że teraz to już nikt nie będzie mnie traktował poważnie.
W pokoju dość szybko zrobiło się tropikalnie, a woda w akwarium niestety podskoczyła tylko o jeden stopień, (zdecydowanie za mało). 

W związku z tym, jako odpowiedzialni rodzice, postanowiliśmy wybrać się do sklepu zoologicznego i zasięgnąć języka, ewentualnie zainwestować w drugą grzałkę. 
Bo jednak, co by nie mowić ekonomiczniej jest ogrzewać akwarium, nawet kilkoma grzałkami, niż pokój, a zima potrafi tutaj dać popalić, (nie dosłownie niestety).

W zoologu, po krótkiej dyskusji, nabyliśmy drugą grzałkę, o większej mocy, pani zapewniała, że rybek będzie miał przy niej na pewno ciepło, a przy dwóch spędzi zimę w jacuzzi.

Po nabyciu grzałki, postanowiliśmy zakupić obiecanego, dmuchanego smoka na Święta dla córki. 
Nauczeni doświadczeniem z zeszłego roku, że tutaj należy kupować wszystko z dużym wyprzedzeniem, bo potem większość produktów sezonowych znika z półek wypuściliśmy się do sklepu Home Depot, (taka, nasza castorama z dodatkową sekcją rozrywkową).

W jednej części cały czas straszyły koszmary rodem z horrorów, (tych dla osób o silnych nerwach i totalnym braku wyobraźni), za to w drugiej pojawiły się już dekoracje świąteczne, (dla tych, których wyobraźnia nie ma granic).

Smoka znaleźliśmy bez problemu, kłopoty zaczęły się potem.
Najpierw mąż dojrzał bałwana, dmuchanego, (oczywiście podświetlanego), który trzęsie się z zimna, (zziębnięty słodziak) i zapałał do niego, prawdopodobnie na zasadzie kontrastu temperaturowego, gorącym uczuciem. 
Bałwan dołączył w wózku do smoka, profilaktycznie dołożyłam parę zapasowych kompletów lampek, (bo nigdy nie za dużo światła) i wtedy zobaczyłam coś, co totalnie mnie zamurowało, autentycznie stanęłam jak słup lodu, (prawie jak ten biedny bałwan).

Parę postów temu narzekałam, udręczona, że z chęcią umieściłbym przed domem pegaza. 
Do głowy mi wtedy nie przyszło, że to może faktycznie się przydarzyć mnie, w Ameryce, w tym życiu. 
A jednak, przede mną na wysokiej półce, w otoczeniu stad reniferów, miśków, bałwanów i Świętych Mikołajów stał, przecząc prawom rzeczywistości jednorożec ze skrzydłami.

Biały z różowym ogonem, i grzywą, tęczowymi skrzydłami i połyskującym rogiem, stał w pozie na dwóch nogach naigrywając się z tych wszystkich straszydeł, wręcz wyzywając je na pojedynek.
Tutaj krótkie, konkretne zapewnienie, nie ma w nim nic tandetnego, cukierkowego itd, tylko czysta magia.
Nawet nie zarejestrowałam, czy się świecił. To było spełnienie wszystkich, moich najbardziej szalonych marzeń. 

Mąż, tylko raz na mnie spojrzał i bez zbędnych dyskusji zlokalizował pudło ze złożonym jednorożcem i załadował go do wózka. 
To był ostatni, jak szliśmy do kasy, ludzie się za nami oglądali z zazdrością, a babeczka na kasie zapytała, gdzie go znaleźliśmy. 
Najwyraźniej wszyscy byli w lekkim szoku, oprócz mnie, ja byłam w głębokim, jak Rów Mariański.

I można było oczekiwać, że będę czekać do grudnia z instalacją, nic bardziej mylnego. 
Nie było to łatwe, (konstrukcja jest metalowa i bardzo solidna), zaprosiłam do pomocy moją córkę, która też zaczęła się hiperwentylować na widok latającego jednorożca. 
Chciałam z nią dzielić tę chwilę, nie co dzień tworzy się własne marzenie.
Mimo nogi w gipsie, pomogła mi bardzo i na środku trawnika, przed naszym domem stanęło magiczne zwierzę, (około 180 cm wysokości).

Zgodnie z amerykańskimi standardami, po podłączeniu zaczęło migotać, w całkowicie czarodziejski, jak przystało, na jednorożca sposób. 

Na przeciwko mnie, z tylu, obok, wszędzie straszą groby, trupy, potwory, pająki itd., a mojego domu broni piękny, magiczny jednorożec. 
Jak już minie Halloween, dołączy do niego cała banda naszych bajkowych postaci, razem bedą dalej tworzyć magię, tym razem, Świąt Bożego Narodzenia. 

Dopiero jak stanął w pozie bojowej, zrozumiałam jak ostatnio dusza mi zmarzła, bo nagle zaczęło mi się robić ciepło w środku.


piątek, 12 października 2018

Podstawówka nasiadówka, czyli jak znieść mądre jajko

Już od jakiegoś czasu przemycałam po trochu informacje o rożnych szkolnych rozrywkach, starając się po pierwsze być w miarę obiektywną, (rożnie mi to wychodziło), a po drugie  nie porównywać w sposób całkowicie bezczelny, systemów szkolnych, polskiego z amerykańskim, oczywiście.


Brutalna prawda jest taka, że zarówno systemy edukacji polskiej jak i amerykańskiej są wadliwe. Gdyby je połączyć wyszedłby chodzący, a raczej "uczący" ideał, ale jak do tej pory funkcjonują niestety osobno.

Utopijny projekt z góry skazany na niepowodzenie, wielka szkoda, że generalnie ludzie na całym świecie tak mało się chcą od siebie nawzajem uczyć. 

A w tym konkretnym przypadku obawiam się, że nauka "na błędach", nie jest najbardziej trafioną metodą, (dla uczniów zwłaszcza), a niestety od lat wszędzie praktykowaną.

Po wnikliwych obserwacjach trwających rok doszłam do "odkrywczego" wniosku, że te dwa systemy edukacji różnią się diametralnie, ale nie jestem w stanie stwierdzić, który, (jeżeli w ogóle), jest lepszy.

Na razie skupię się tylko na podstawówce, bo jestem, można powiedzieć, na świeżo po dniach otwartych, (aczkolwiek świeżo się niestety po nich nie czuję).
Z mojego doświadczenia wygląda to tak, że program szkolny w naszym kraju jest koszmarnie przeładowany, prace domowe wykańczają dzieci, (i rodziców), a im są starsze tym jest gorzej zamiast lżej.


W praktyce dzieci nie mają normalnego dzieciństwa, rodzice chwili wytchnienia, a pedagodzy uznania za ciężką pracę. 
W Stanach lekcje trwają dłużej, za to prace domowe są praktycznie formalnością, (w podstawówce, w liceum wygląda to już inaczej), a podstawa programowa nieustająco mnie zadziwia.

W publicznej, amerykańskiej podstawówce nie ma religii, ani etyki, zajęć plastycznych, muzyki, biologii, geografii, fizyki i chemii, w "polskim" tego słowa znaczeniu.

Jest oczywiście angielski, rozbity na zajęcia z pisania, czytania, mówienia, rozumienia, itd, historia w bardzo okrojonym zakresie, matematyka i coś co jest określane jako edukacja, (w praktyce jest to mieszanka piorunująca wszystkich przedmiotów oprócz języków i matematyki). 

W ramach muzyki jest chór i orkiestra, ale co jeżeli dzieciak nie ma zdolności, albo funduszy na instrument ? Nie wspominając, że liczba miejsc jest ograniczona. 

Podobnie rzecz ma się z zajęciami sportowymi. 
Każda szkoła ma swoje drużyny, ale tu sytuacja wygląda dokładnie tak samo jak z muzyką, bez talentu nie zagrasz w piłkę, ani nie zaśpiewasz, a w każdej drużynie jest miejsce tylko dla garstki wybrańców.

W praktyce grupka zawodników, (płeć dowolna, mamy równouprawnienie), lata po boisku podczas meczu, ewentualnie produkuje się muzycznie w formie koncertu, a reszta szkoły siedzi i albo zagrzewa do walki, albo stara się przetrwać muzyczne uniesienia.

Co w związku z tym robią ci biedni nauczyciele ? W desperacji namawiają dzieci do rożnych projektów i prezentacji o kompozytorach, (żeby odrobinę łyknęły podstawowej wiedzy muzycznej, wykorzystując przy okazji trochę talentów plastycznych), a przy ładnej pogodzie, wentylują je na boisku, modląc się zapewne gorąco, żeby nikt sobie niczego nie złamał. 
Generalnie dla wszystkich jest tutaj całkowicie normalnym, fakt, że wszelkiego rodzaju aktywności dodatkowe powinni dziecku zapewnić rodzice, odpłatnie oczywiście i we własnym zakresie.

Nauczyciele głównie stawiają na kreatywność, otwartość, prospołeczne zachowanie i zaangażowanie. 

Taki drobiazg jak na przykład ręczne pisanie nie jest już według nich niezbędne, (chociaż mile widziane), bo dzieci mają iPady, podobnie rzecz ma się z tabliczką mnożenia, (kalkulatory).

Spotkałam się w szkole nawet ze stwierdzeniem jednego z nauczycieli, że być może nauka pisania jest czystą stratą czasu, w obliczu postępującej globalnie komputeryzacji.

Czyli wracamy do czasów stawiania krzyżyków w formie podpisów, tylko tym razem wirtualnych.

Całe szczęście, że zachecają do czytania, aczkolwiek dobór lektur może przytłoczyć największych twardzieli. 

Nie wiem czy to zbieg okoliczności, czy psycholodzy specjalnie wybierają łamiące serca, traumatyczne opowieści chcąc wyzwolić u dzieciaków empatię i zwyczajne, ludzkie reakcje.

Bo jak się nad tym spokojnie zastanowić to nie mają specjalnego wyboru ani form nacisku.

Matematyka bowiem odpada, ich wczesna historia raczej też nie uczy szlachetnych postaw, (co najwyżej sztuk walki), w związku z czym pozostają im okolicznościowe warsztaty, pogadanki i porozwieszane wszędzie slogany, mówiące w skrócie, że należy być porządnym, "ludzkim" człowiekiem. 

W porównaniu do Polski, prawie nie mają podręczników, (w związku z tym dzieci nie dźwigają plecaków jak na wyprawę w Himalaje), przez co dużo wiedzy przekazuje się empirycznie, w formie doświadczeń, projektów, wycieczek, pokazów itd.
I tu mała dygresja, z moich obserwacji wynika, że dzieciaki zdecydowanie wolą taki sposób bardziej aktywny. Bawić ucząc, uczyć bawiąc, te klimaty.

Ostatnio miałam okazję, (przymusową), przekonać się osobiście czym różnią się otwarte dni w liceum od tych w podstawówce. 

Okazało się, że spotkania w podstawówce są zdecydowanie dłuższe, bardziej konkretne i niestety do bólu dokładne jeżeli chodzi o wszystkie aspekty szkolnej rzeczywistości.

Wiem, że ostatnio narzekałam, po analogicznym spotkaniu u córki w liceum, na brak informacji. 
Karma wróciła i walnęła mnie w łeb na odlew.
Mam co chciałam.

Tym razem zostałam wręcz zasypana wiedzą i szeregiem odkrywczych sugestii. 
Część z nich wprawiła mnie mówiąc delikatnie w konsternację.


Najpierw spędziłam upojną godzinę w centrum językowym dla obcokrajowcow, gdzie osłuchałam się jak świnia grzmotów o postępach mojego syna, (całe szczęście obyło się bez porażenia piorunem, najwyżej mały zygzak wzruszenia).

I tutaj nie ma za dużo miejsca na rozważania, bo język junior chłonie, zachowuje się ładnie, książki pochłania jedna za drugą, a panie zainteresowane są tylko tym aspektem jego edukacji. Oczywiście do płynnej znajomości języka jeszcze mu sporo brakuje, ale już teraz ma niewątpliwe powody do dumy, a my razem z nim.

Po przerwie rozpoczęło się spotkanie z wychowawczynią klasy i to przypominało już bardziej klasyczną, polską wywiadówkę. 

Pani miała do przekazania milion informacji, posiłkowała się specjalną prezentacją, w efekcie przez ponad godzinę nie miała okazji nabrać powietrza w płuca, a nikt z rodziców zadać najmniejszego pytania.

Jakby mi było mało tych mądrości, potem dostałam tę prezentację emailem, żebym czasami nie zapomniała o wytycznych dla rodziców, (ale o tym za chwilę).

Pani podeszła do sprawy profesjonalnie, przedstawiła w zarysie podstawę programową, swoje oczekiwania zarówno w stosunku do dzieci (o dziwo była zainteresowana tabliczką mnożenia) i do nas rodziców. 

Streszczając kilka slajdów, jako rodzice musimy: kłaść swoje dziecko do łóżka o przyzwoitej porze, karmić je, (to nie jest żart niestety), rozmawiać z nim lub z nią podczas kolacji. 

I część bardziej ambitna, wspierać dzieciaka w zapędach naukowych, odpowiadać na życiowe pytania, chwalić i pomagać jak ma kłopoty. 
Dość istotną kwestią było nadzorowanie regularnego ładowania iPadów.

Właściwie oprócz ładowania iPada, myślę, że spełniam resztę warunków, co więcej rozmawiam z moimi dziećmi, nie tylko podczas kolacji, jedzenia nie wydzielam, prace domowe pomagam odrabiać, staram się dbać o morale itd.

Jednej rzeczy tylko nie mogę pojąć, jakiej matce trzeba takie rzeczy uświadamiać ?

Pani bardzo konkretnie przestawiła zakres wiedzy, jaką dzieciaki mają zdobywać w ciagu najbliższych miesięcy, oprócz historii. Tutaj potraktowała temat w kilku słowach, wyraźnie spięta. Zupełnie się nie dziwię, bo jak już wspomniałam, ulgowo jej moim zdaniem przedstawienie historii Indian raczej nie przejdzie.

I tutaj pozostawiam wszystkich z wyborem. Obawiam się jednak, że to trochę jak dyskusja nad wyższością jednych świąt nad drugimi. 

Jak wygląda sytuacja w polskich szkołach wszyscy wiemy, jak w amerykańskich odrobinę, mam nadzieję udało mi się przedstawić. 
Wbrew temu co napisałam, to nie jest łatwy ani oczywisty wybór. 


Czy właściwym postępowaniem jest narażać przez kilkanaście lat własne dziecko na stresy w szkole, ładować w nie mnóstwo wiedzy, mając nadzieję, że odniesie w życiu sukces o jakim marzy, czy pozwolić mu wybierać od najwcześniejszych lat własną ścieżkę "naukową", ograniczyć mu w znacznym stopniu stresy, rozwijać zainteresowania, nie mając jednocześnie najmniejszej gwarancji, że takie bardziej "wyzwolone-wyluzowane" stanowisko przyniesie mu w życiu więcej korzyści.

Czy olbrzymia wiedza gwarantuje sukces i czy sukces jest gwarantem szczęścia i wreszcie czy w naszym życiu możemy liczyć na jakiekolwiek gwarancje ?

czwartek, 11 października 2018

Świecące duchy, czyli krotki przerywnik halloweenowy

Postanowiłam trochę oswoić Halloween. No bo ile można się skradać po okolicy, wypatrując koszmarów ? Skoro Amerykanie mogą  wymyślić na przykład żarówkę, która zmienia kolory na pilota, (fakt autentyczny, zakupiliśmy kilka i dzieciaki robią sobie dyskotekę w swoich pokojach), to ja mogę zmodyfikować amerykańską wersję Halloween.

Najpierw zgłębiłam trochę temat profesjonalnie, bo od początku intrygowało mnie skąd wzięła się ta mania straszenia. Z wielu teorii, (wszystkie dość ponure), wybrałam jedną, która najbardziej do mnie przemówiła.

Mianowicie wszyscy dekorują domy oraz siebie, żeby odstraszyć złe duchy. 
To coś jak "zwalczanie ognia ogniem", o ile oczywiście strach można porównać do płomieni, (może raczej piekielnych, w tym przypadku). 

W szaleństwie dekorowania i wręcz prześcigania się, który wystrój jest bardziej przerażający, wszyscy zdają się zapominać o korzeniach tej tradycji, takich jak na przykład, przenikanie świata zmarłych, powrót duchów na nasz ziemski padół itd.
Dużo łatwiej jest przebrać się za mumię, zombi czy pomidora z tasakiem, niż zastanowić się przez chwilę nad przemijaniem czy nieuchronnym końcem każdej egzystencji.

Jest w tym pewna logika, ale jak dla mnie zaprawiona dużą dawką optymistycznej naiwności. 
No bo jaki prawdziwy duch z charakterem przestraszy się, plastikowego nagrobka, tudzież gumowego zombiaka, chyba tylko taki z poważną wadą wzroku.

W związku z tym wybrałam inną formę komunikacji pozawerbalnej z amerykańskim światem duchowym, mianowicie liczę na poczucie humoru, tudzież zmysł estetyczny sympatycznych i pokojowo, (mam nadzieję), nastawionych zjaw.

Przed domem umieściliśmy oczywiście dynie, (podświetlone), ale sympatycznie uśmiechnięte, a nie przerażające, przed domem stoi skacowany, ale zdeterminowany mimo deszczu, podświetlany, dmuchany duch, a na drzewie i krzaczkach wiszą trzy uśmiechnięte duchy, które w celu uzyskania dodatkowych efektów specjalnych, owinęłam lampkami.

Ewidentnie wychodzą ze mnie ciągoty bożonarodzeniowe. Już się nie mogę doczekać obwieszania domu i okolicznej roślinności kolorowymi lampkami.

W najbliższy weekend dzieciaki mają się wypowiedzieć w sprawie kostiumów, potem pozostanie mam już tylko zakupić kilka worów słodyczy i nastawić się psychicznie na maraton potworów z sąsiedztwa.
Ja już jestem zaprawiona w bojach, bo utrzymuję z nimi regularne kontakty codziennie.



niedziela, 7 października 2018

Duch z kibelssawką, czyli Halloween ze słowiańskim przytupem

Ameryka szykuje się na Halloween, a my razem z nią, (nie ma przebacz). 
O dziwo rok temu, o tej porze, straszyły mnie już rożne okropności w drodze do szkoły, a obecnie dopiero wszyscy się rozkręcają, mam wrażenie, że to pogoda trochę ostudziła mordercze zapędy.

Daje mi to nadzieję, że grobowce, kościotrupy i inne straszydła będą mnie prześladować tylko niecały miesiąc, a potem rzucę się w wir dekoracji świątecznych i wtedy to ja zacznę siać postrach wśród sąsiadów.

Podczas niedawnej wizyty mojej teściowej, mój szanowny małżonek zakupił ducha, (plastikowego), wielkości około 30 cm trzymającego urządzenie do przepychania zakorkowanych rur. 
Kiedyś w "Pingwinach z Madagaskaru" ów przyrząd nazywany był niezwykle opisowo, wręcz poetycko "kibelssawką".
Mąż zaśmiewając się ustawił ducha w toalecie i zaczęła się jazda. 

Po pierwsze duszek jest z gatunku sympatycznych nie obrzydliwych i dodatkowo obdarzony w czujnik ruchu. W efekcie gdy, ktoś wchodzi do ubikacji w określonym celu, (niekoniecznie szczytnym), rozpoczyna konwersacje, w przerwach szatańsko chichocząc. 

Rzuca testy w rodzaju:
 "Chyba coś tu zdechło, bo tak śmierdzi",
"Witam, dobrze, że jesteś bo już było śmiertelnie nudno", 
"Czuję, że zaraz stanie się coś strasznego, wiesz o co mi chodzi ? ", 
"Nie zatkaj ubikacji, bo będę cię straszył na zawsze",
"Twój czas się kończy śmiertelniku, tak tylko sobie żartuję, rób co musisz".
Po prostu poezja kiblowa, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Nie wiem co teściowa sobie o nas pomyślała, (zna angielski), ale podejrzanie często zaczęła używać drugiej łazienki.

Okazało się, że duch toaletowy, był dopiero przygrywką, mężuś bowiem ewidentnie złapał bakcyla halloweenowego. 
Najpierw robił podchody, w końcu spojrzał mi w oczy i dzielnie wyartykułował: "Wiesz, ja to bym walnął ducha w ogrodzie". 
Zrozumiałam, że nie zainteresował się nagle spirytyzmem i nie ma ochoty na grupowe mordobicie ze zjawami, tylko zapragnął nabyć dekorację, w celu straszenia humorystycznego na wiekszą skalę. Najwyraźniej tak na niego wpłynął duszek z kibelzsawką.

Wtedy uświadomiłam sobie, że moglibyśmy ustawić przed domem na trawniku wielkiego smoka. To już zdecydowanie bardziej załapywało się na moje fantazje, a dodatkowo wykoncypowałam, że wielki gad mógłby zasłonić jakieś okropieństwo, które znajdzie mąż.
Co prawda jeszcze chętniej ustawiałabym pegaza, ale latające konie, nawet mitologiczne, nie podpadają niestety pod potwory halloweenowe. 

Mąż lekko się zestresował wizją smoka, ale dzielnie ruszył na zakupy. 
Myślę, że szczęśliwie dla wszystkich zainteresowanych, smok okazał się zdecydowanie za duży i zdecydowanie za straszny, jak na nasze potrzeby emocjonalne.

Znalazł się natomiast mały, roześmiany duch, którego mój mężuś natychmiast zakupił, po czym zainstalował na trawniku przed domem, wmawiając wszystkim, że robi to dla dzieci. 
Oczywiście nikt mu nie uwierzył.

Duch należy do zjaw średnio wyrośniętych i zupełnie nieprzerażających, wygląda raczej na mocno skacowanego i wykończonego nocnym trybem życia, (prawie jak ja przed pierwszą kawą).

Do kompletu zawiesiłam trzy roześmiane duchy, (zakupione w zeszłym roku), na drzewkach przed domem, niech sobie powiewają na wietrze, jeden ma dzwoneczki, także teraz brakuje nam tylko motylków i brokatu do kompletu. 
Wygląda na to, że jak zbierzemy się do kupy, (zaczynam dostrzegać wpływ ducha ubikacyjnego),  to jesteśmy w stanie zrujnować przerażający klimat prawdziwego, halloweenowego święta w wersji amerykańskiej, (a nie jest to łatwe). Górą Nasi !

Podczas zakupu ducha, nasza córka wyczaiła innego smoka. Wielki, dmuchany, roześmiany w ubraniu Świętego Mikołaja, (wielkie bydlę, ale słodkie), stał i kusił. 
Córka spojrzała na mnie i zapytała z nadzieją: "Walniemy go sobie przed domem na Święta, co ?"

No i co ja mam zrobić, oczywiście, że sobie walniemy, razem z Myszką Miki i Mini i miśkiem polarnym, jednym słowem, całym dmuchanym towarzystwem z zeszłego roku. 

Mam tylko nadzieję, że wystarczy nam miejsca, bo jeszcze w sprawie dekorowania terenów zielonych nie wypowiedział się nasz junior.

sobota, 6 października 2018

Dom, czyli po prostu serce i życie

Dostałam tajemniczego smsa wieczorową porą z zaproszeniem na herbatkę lub kawkę. 
Tajemniczego, bo nie miałam zielonego pojęcia od kogo. 
Drogą dedukcji  i eliminacji, wytypowałam dwie sąsiadki-outsiderki, (Sherlock Holmes powinien się nabawić kompleksów). 



Zadzwoniłam, poznałam po głosie, która z nich wystosowała zaproszenie, radośnie się zgodziłam i podskoczyłam do niej na spontaniczną herbatkę.

Daleko nie miałam, bo to jest moja najbliższa sąsiadka, coś jak Pawlak z Kargulem, tylko ja za nią z widłami, tudzież innymi sprzętami rolniczymi nie mam powodu latać.



Dom z zewnątrz robi wrażenie bardzo dużego, a w środku, w co ciężko uwierzyć jest jeszcze większy.

Drzwi otworzyła mi gosposia, na szczęście w asyście gospodyni, bo już zwątpiłam, czy nie pomyliłam domów.

Stwierdzenie, że wnętrze robiło wrażenie, byłoby niedopowiedzeniem roku, co prawda nie obyło się znowu bez ciemnoszarych ścian i białych wykończeń, ale już schody na przykład mogłyby spokojnie konkurować z tymi z Titanica.



Byłam w swoim życiu w wielu domach zarówno w Polsce jak i za granicą, ale myślę, że jak do tej pory to był największy dom, który mogłam podziwiać. 

Jestem ciągle lekko ogłuszona widokami, więc najpierw skupię się na metrażu, a potem polecę po wrażeniach towarzyskich. 

Pokolenie moich rodziców musiało walczyć jak lwy o przysłowiowe "M", z im wiekszą cyfrą tym lepiej. Ja wciąż pamiętam moment, jak wzięłam kredyt na swój, pierwszy, własny kąt, maciupeńką kawalerkę, czułam się jak królowa. 

Z biegiem lat sytuacja na rynku kredytowo-mieszkaniowym w Polsce bardzo się zmieniła. 
Pomimo tego faktu, do tej pory powierzchnia mieszkalna, która zaczyna się od kilku setek, a często przekracza tysiąc metrów kwadratowych, lekko mnie szokuje.

Nie jestem fachowcem, ale jak dla mnie dom sąsiadów ma właśnie około 1000 metrów kwadratowych. 
Niestety zwiedziłam tylko parter i może i dobrze, bo co za dużo to niezdrowo, a dodatkowo mogłam się zgubić.

Kuchnia, jadalnia, salon, jakaś zapasowa jadalnia, zapasowy salon, gabinet, pokój gościnny i nie wiem co jeszcze. Olbrzymia przestrzeń, która paradoksalnie mogłaby wywołać klaustrofobię.



Całość urządzona perfekcyjnie, coś jak połączenie zen z luksusowym sklepem meblowym, (z naciskiem na luksusowy). 

Pani gosposia dzielnie latała jak duch ze ścierą, wszystko lśniło, meble wyglądały jak nieużywane. 

Ogród wielkości boiska, (trochę przesadzam, ale tylko trochę, bo zastanawiają się nad budową basenu), dodatkowo, zabudowane patio, a nad nim wielki taras. 
Obiektywnie czysty szał i zero odgłosów życia.



Wydedukowałam, że gospodyni jest sama, dostałam herbatkę, a następnie zostałam zawleczona do patio. 

Tutaj też meble spełniały odpowiednie standardy. Na początku czułam się trochę jak w akwarium, ale szybko mi przeszło bo skupiłam się na nawiązywaniu więzów przyjacielskich.



Gospodyni jest Greczynką, w Stanach od 6 lat, trojka dzieci, z czego jedno już studiuje, drugie zacznie za parę miesięcy, a ostania pociecha za dwa lata. 

Mąż, (też Grek), pracuje, jak zrozumiałam, w sektorze inwestycyjnym. 
To muszą być niezłe inwestycje, bo widziałam w Szkocji zamki mniej więcej wielkości tego domu. 




Okazało się, że parę lat temu wynajmowali dom, w którym obecnie mieszkamy. 

Tak im się spodobała okolica, że kupili dom obok, powiększyli go i całkowicie zmienili wystrój.

Przy okazji ponarzekałyśmy sobie na mój wadliwy system chłodząco-grzewczy, (w domu oczywiście), bo moje funkcje życiowe działają w miarę sprawnie.



Moja sąsiadka miała bardzo miłe wspomnienia związane z moim obecnym, a jej byłym domem. 

Rozumiem ją w pełni, ja też bardzo lubię naszą, amerykańska siedzibę. 
Nie mogłam tylko zrozumieć jak mogła lubić mój dom, a potem stworzyć sobie taki pałac, a po drugie w ogóle go nie wykorzystywać. 
W ciagu roku słyszałam tylko dwa razy jak byli u nich goście.

Siedziałyśmy sobie na patio, lekko marznąć, popijałyśmy herbatkę i z rozrzewnieniem wspominałyśmy greckie jedzenie, z ręką na sercu przyznaję, że było bardzo sympatycznie.



W pewnym momencie moja gospodyni westchnęła i pojechała po całości, z duszy jej się ulało, można powiedzieć.

Stwierdziła, że dzieci potrzebują jej już tylko do gotowania, (męża permanentnie nie ma) i co ona zrobi jak za chwilę zostanie tylko z jednym potomkiem, a potem sama w tym wielkim domu.



W międzyczasie pojawiło się najstarsze dziecko - student, grzecznie się przedstawił, a potem odpłynął w siną, (dosłownie, biorąc pod uwagę kolor ścian), dal.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że w domu jest cała rodzina, a nie było słychać kompletnie nic, bo dodatkowo moi sąsiedzi odbiegają od amerykańskiej normy, podobnie jak ja i nie mają psa.

I tak siedziałyśmy sobie takie trochę markotne w otoczeniu tego ogłuszającego luksusu i mowię to bez żadnej złośliwości.



Zaczęłam się zastanawiać jak te wszystkie kobiety odnajdą się w moim domu, (jako, że następna impreza ma być u mnie, strach się bać po prostu). 

To może być dla nich coś w rodzaju wstrząsu kulturowego, mam nadzieję pozytywnego. 
Bez szarości, bez zen, za to mnóstwo przytulnych kącików, foteli, wręcz zapraszających do zwinięcia się w kłębek, a nie służących do dekoracji. 

Jest też, niestety możliwość, że część zerwie ze mną kontakty, ale to już ryzyko, które muszę podjąć. Nie mogę, (i nie chcę), udawać kogoś kim nie jestem.



I w tym właśnie momencie usłyszałam głosy moich dzieci nawołujące się w domu. 

Były swietnie słyszalne, bo po pierwsze my byłyśmy na dworze, oddzielone tylko szybą, a po drugie struny głosowe całej mojej rodziny mają moc.

Najpierw lekko się zapowietrzyłam, że tak akustycznie wzbogacamy życie sąsiadów, a potem zalała mnie fala prawdziwej ulgi i wdzięczności.

Nasz dom jest mniejszy i zdecydowanie mocno na bakier z chłodnym wyrafinowaniem, ale tętni życiem.
Dzieci zawsze mają coś do powiedzenia, (najczęściej w tym samym czasie), regularnie potykam się o ukochane pluszaki syna, świnki nawołują, a jak mają nastrój to ćwierkają (nie żartuję to fakt), rybek wyobraża sobie, że jest skrzyżowaniem piranii z rekinem i rzuca się na jedzenie prawie jak orka.

Kiedyś moje dzieci też wyfruną w świat, ale jeszcze nie teraz, (więc na razie się nie martwię), a nawet jak odlecą to mam nadzieję, że będą szczęśliwe i bezpieczne, oraz że nie będę siedziała sama w olbrzymim czy małym, (rozmiar bez różnicy), budynku bo domu już nie będzie.

wtorek, 2 października 2018

Potok zdarzeń, czyli szczękościsk

Chwilowo porzucę temat Szkocji, (niechętnie), ponieważ  zalała mnie fala wydarzeń, dosłownie i w przenośni. 

Najpierw zaczął padać deszcz, w krótkim czasie zamienił się w ulewę i nie byłoby w tym nie strasznego, gdyby robił jakieś przerwy. 


Poetycko określa się takie zjawisko, że "otworzyło się niebo". Nie wiem co się otworzyło, ale zalało całą okolicę. 

W drodze do szkoły zaczęła mi płakać w rękaw moja sąsiadka, że w piwnicy ma prawie 20 cm stojącej wody. 
Pewnie nie przejęłaby się tym faktem tak strasznie, gdyby nie to, że trzymają tam meble właściciela domu, (bo też wynajmują). 

Odpompowanie wody nie na wiele im się przydało, bo na drugi dzień znowu zaczęło lać, a oprócz tego było jak w saunie i nic nie schło.
Zdaje się, że sąsiedzi uruchomili wszystkie grzejniki w obawie przed zniszczeniem mienia, prawie się przy tej czynności rozwiedli.

Udało im się w miarę wszystko wysuszyć, tylko, że znowu ma padać.


Postanowiłam sprawdzić naszą piwnicę, złudzeń nie miałam, ale małą nadzieję, bo nasz dom znajduje się na malutkiej górce. 


U nas woda co prawda nie stała, ale leciała z góry jak wodospad, (jeszcze trochę i spokojnie Niagarę moglibyśmy sobie odpuścić). 
Lekko mnie zatkało na ten widok, mimo to rozwodzić się nie miałam zamiaru.

Dodatkowo zamiast zalegać, woda podmyła całą piwnicę i zaczęła wybrzuszać podłogę.

Nawet nie czekałam na koniec ulewy, tylko ściągnęłam naszego geniusza Plenipotenta od napraw. 

Facio prawie się popłakał jak zobaczył co się dzieje, po czym, co było do przewidzenia uciekł. 
Prawda jest taka, że będą musieli wymienić całą podłogę w piwnicy, co nie byłoby konieczne, gdyby poprzednio jak ich wzywałam nie zlekceważyli sytuacji.
Myślę, że dlatego facio płakał, bo sobie uzmysłowił ogrom własnej głupoty, a może jestem za bardzo optymistyczna i gość po prostu lubi dać upust emocjom, jak to Latynos.



Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, nikt u nas nie mieszka w piwnicy, ani nie trzymamy tam antyków, ale pleśń zdrowa nie jest i nie życzę sobie jej mieć.


I teraz nie tylko czeka mnie użeranie się z bandą fachowców, to jeszcze muszę ich zmobilizować, żeby wzięli się do roboty w tym roku.

W międzyczasie razem z wodą wypłynęła wywiadówka w szkole u córki. 
Są to tak zwane otwarte godziny, czynnie uczestniczyłam już w takim wydarzeniu w zeszłym roku. 
Ani wtedy, ani teraz nie rozumiem sensu organizowania czegoś takiego. 
W szkole mojej córki jest ponad 4 tysięcy uczniów. 
Władze szkolne inteligentnie  podzieliły wywiadówkę na dwie tury i tu ich intelekt się wyczerpał, (dość szybko powiedziałabym).

Nawet bowiem biorąc pod uwagę, że część rodziców, nie przyjechała, albo przyjechała ze znajomymi lub zamówiła Ubera, to i tak pojawiło się około tysiąca  samochodów. 
W rezultacie łatwiej byłoby zrobić podkop, niż znaleźć miejsce do zaparkowania. 

W związku z czym mąż łukiem wyrzucił mnie z samochodu, a następnie spędził upojną godzinę, szukając skrawka wolnej powierzchni.

Otwarte dni w liceum amerykańskim są zorganizowane w bardzo profesjonalny sposób, jak w wojsku. Nawet trauma zostaje po tym jak po odbyciu służby wojskowej.

Wpada się do klasy, rozlega się świdrujący sygnał dzwiękowy, rodzice karnie siadają, a nauczyciel rozpoczyna prezentację, po 10-15 minutach rozlega się następny sygnał, oznajmiający, że pora lecieć do następnej sali, często na drugi koniec wielkiej szkoły.
W rezultacie po paru spotkaniach z nauczycielami, byłam już nieźle wymięta, wiadomo kondycja już nie ta. Wsród tłumu zagonionych rodziców ujrzałam wreszcie mojego męża, też wymiętego.

Nie wiem, gdzie zaparkował, w tamtym momencie było mimo to totalnie obojętne, mógł nawet na dachu, razem ruszyliśmy na dalsze spotkania z nauczycielami.

Podczas następnej pogadanki dostałam czegoś w rodzaju załamania nerwowego, bo jak każdy ja też mam określoną granicę wytrzymałości słuchania idiotyzmów.
Mój małżonek, chodząca wyrozumiałość, stwierdził, że ciało pedagogiczne po prostu jest troszeczkę zdenerwowane i przejęte. 
Może było, tylko to nie tłumaczyło faktu, dlaczego oni tak strasznie bredzili. 

Po odbyciu wszystkich, tych rozmów, dowiedziałam się mnóstwa kompletnie nieistotnych rzeczy, dotyczących życia prywatnego nauczycieli, tudzież ich aspiracji zawodowych, o ilości dzieci i psów nie wspominając. 
Nie dowiedziałam się natomiast niczego konkretnego dotyczącego edukacji mojego dziecka.

Nie zdążyłam dojść do siebie po tych, szkolnych rewelacjach, kiedy jedna z moich sąsiadek outsiderek, zdecydowała się urządzić cytuję: "małą przegryzkę" w ciagu dnia.

Stwierdziłam, że suknię balową mogę sobie odpuścić, jako, że spotkanie towarzyskie przewidziane było na południe, alkohol również, (bo jednak trzeba odebrać dzieci ze  szkoły), w związku z czym zaopatrzyłam się w truskawki i żeby nie było za zdrowo w czekoladę z orzechami.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam co oznacza "życie w złotej klatce" w praktyce. 
Przede wszystkim nie wiem dlaczego, wszystkie te kobietki uważają, że ciemno szary kolor ścian z białymi listwami to jest szczyt wyrafinowania i dobrego smaku. 

To jest już któryś dom z kolei, gdzie widzę taki wystrój wnętrz. 
Może to wygląda elegancko, co kto lubi, ale nie ma szans, żeby było przytulnie i ciepło. 
Pokoje urządzone w ten sposób przypominają mauzoleum, gdzie albo należy płakać, albo pić, ewentualnie połączyć te dwie czynności. 
Co obawiam się regularnie te kobietki robią.

Gospodyni była odstawiona jak stróż w Boże Ciało, łącznie z biżuterią i wizytową sukienką, (wysokie obcasy w pakiecie).
Przygotowana "przegryzka" składała się z wyrafinowanych, miniaturowych dań w stylu super organic. 

W spotkaniu uczestniczyło 6 czarownic między innymi Greczynka, moja sąsiadka. Osobiście uważam greckie jedzenie, za jedne z lepszych na świecie, trzeba było widzieć jak ta biedna kobieta usiłowała przełykać te wszystkie wegańskie smakołyki. 

W pewnym momencie, w widocznej desperacji puściła do mnie oko, następnie podejrzanie chętnie zaproponowała pomoc w sprzątaniu ze stołu, (cwaniara, uprzedziła mnie).

Atmosfera była wyjątkowo sympatyczna, te babeczki są naprawdę bardzo miłe i szczerze je lubię, szkoda tylko, że wszystkie tkwią w tych złotych klatkach, a ja chyba nie mam dość sił, żeby je choć na chwilę z nich wyciągnąć. 

Co nie oznacza oczywiście, że nie spróbuję. 
Następna wyżerka zaplanowana jest u mnie i to będzie wersja całkowicie, nieodwracalnie, obłędnie nieekologiczna.

Jedna z tych bidulek mocno pije, (oczywiście nieoficjalnie), druga - gospodyni mimo trójki dzieci i męża, (non stop w podróżach służbowych), jest samotna jak pies, który de facto jest jej jedynym towarzyszem i którego traktuje jak rodzone dziecko.
Dwie inne robią wszystko, żeby zapełnić pustkę dnia codziennego. 
Prowadzą jakieś bezsensowne wojny w szkołach, urzędach itd. 

W sumie nie rozgryzłam tylko jak jedna z nich sobie radzi w tej rzeczywistości.

I pozostaję ja, bez nałogów, bez psa, bez kryzysu wieku średniego, (mam nadzieję), za to z zupełnie innym podejściem do świata niż reszta sąsiedztwa.

I tu pojawia się problem "zagryzania zębów". Uczymy nasze dzieci trzymać szczęki razem, ogólnie być twardzielami i się nie dawać. 
Zaczęłam mieć poważne watpliwości czy słusznie.

W trakcie tych wszystkich ciekawych inaczej wydarzeń, zaczęłam mieć migreny, bo bóle głowy to niestety nie były. 
Bolało mnie wszystko łącznie z uszami, oczami, szczękami, a nawet włosami.

Wytrzymałam dwa tygodnie.

Teoretycznie ból promieniował z zęba, a głowa bolała do towarzystwa, (wszyscy wmawiali mi, jak w chorego jajo, że to alergia).

Poddałam się i rzutem na taśmę wylądowałam w jakiejś klinice dentystycznej, gdzie wpadły przez mnie w panikę najpierw panienka z obsługi, potem technik, a na końcu właściwa pani dentystka.

Zażądałam prześwietlenia żuchwy natychmiast, a potem badania. 
Najwyraźniej błysk w moich oczach wykluczał wszelkie dyskusje. 
Biorąc pod uwagę, że przeszłam dokładny przegląd uzębienia w kraju, w lipcu, przychodziły mi na myśl tylko jakieś straszne rzeczy, a nie trywialne plomby.

Zrobili mi kilka zdjeć, wiadomo z wariatami trzeba ostrożnie, mężowi zabroniłam zostawiać mnie na krok, bo z bólu do końca nie kojarzyłam co do mnie mówią.

Pani doktor, opukała mnie solidnie, następnie spojrzała na mnie ze współczuciem. 
Okazało się, że moje zęby są w idealnym stanie, (hura), natomiast moje nerwy już nie tak bardzo. 

Dorobiłam się mianowicie stanu zapalnego wiązadeł przy korzeniach, wywołanego przez zaciskanie zębów podczas snu, z powodu stresów oczywiście, no bo przecież nie z wielkiej radości.

Z tej perspektywy, wino do śniadania, awantury ze śmieciarzami, rozmowy o życiu z psem, wydają się całkiem niezłym sposobem na rozładowanie stresu, który potrafi podstępnie zjadać po kawałku.

Także teraz już wiem, skąd się wzięło określenie "zaciśnij zęby", prawdopodobnie pochodzi z tego samego źrodła, które sugeruje "wzięcie się w garść", "nie rozklejanie się" itd.

Z chęcią dość energicznie wzięłabym, tego kto to wszystko wymyślił mocno w garść, za gardło najchętniej.