Mieliśmy polecieć na Kubę.
Pomysł wydawał się idealny – bliżej niż z Polski, trzy godzinki i rach-ciach.
W momencie, jak zaczęliśmy załatwiać formalności, otworzyła nam się strona rządu amerykańskiego, informująca nas uprzejmie, że o ile nie mamy na Kubie rodziny (no, jakoś się nie złożyło), nie jedziemy z misją humanitarną i nie jesteśmy misjonarzami, to możemy zapomnieć o wycieczce, ewentualnie przemyśleć życiowe priorytety.
Okazało się, że Kuba, razem z Iranem i Koreą (tą mniej przyjazną, oczywiście), jest na liście krajów, których dotyczą specjalne sankcje rządowe (baliśmy się sprawdzać dokładnie jakiego rodzaju).
Prezydent Obama usiłował to zmienić, ale mu nie wyszło. W związku z tym nam nie wyszedł wyjazd i musieliśmy szybko znaleźć alternatywne rozwiązanie.
Padło na Las Vegas – jak szaleć, to szaleć. Zwłaszcza że zawsze można się usprawiedliwiać, że jak nie teraz, to kiedy?
Na czarnej liście na szczęście nie jest, aczkolwiek niepełnoletni turyści raczej powinni się trzymać od tego miejsca z daleka (przynajmniej moim skromnym zdaniem, ale o tym później).
I tak wyruszyliśmy na przedłużony weekend do „miasta grzechu”, chociaż ja raczej zastosowałabym liczbę mnogą, bo co jak co, ale grzeszyć to tam można bez ograniczeń.
Zanim zacznę opisywać nasz pobyt w Las Vegas i wszystkie atrakcje, jakie tam sobie zorganizowaliśmy (a działo się, oj działo), przez chwilę poprzynudzam o podróży, bo tym razem była niezwykła.
Samolot jak zwykle bez szału, za to widoki za oknem obłędne.
Nastawiłam się, że jak zwykle nic nie będzie widać i pogrążę się w lekturze na sześć godzin, bo tyle miał trwać lot.
Po pierwsze lecieliśmy krócej – w jedną stronę pięć, w drugą cztery godziny – a widoki po prostu mnie powaliły.
Przez połowę czasu faktycznie za oknem były same chmurki i błękitne niebo, ale potem zerknęłam kontrolnie i zamarłam z wrażenia. A następnie zaczęłam robić zdjęcia w ilościach hurtowych i z lekkim szaleństwem w oku.
Najpierw wyłoniły się góry (Rocky Mountains), całe w śniegu. Jak się potem dowiedziałam, ten śnieg bardzo się przydaje, bo się topi i w formie wody dość znacząco przyczynia się do podtrzymywania życia w tych dość suchych okolicach.
Potem zaczęły się góry, same skały bez śladu roślinności i pustynie.
Wyglądało to tak, jakbyśmy przez przypadek wpadli w czarną dziurę i znaleźli się na innej planecie.
Pod nami rozciągała się obłędna przestrzeń bez śladu jakiegokolwiek życia, o miastach nie wspominając.
To chyba właśnie nazywa się „surowe piękno” i dodatkowo powinno uzmysłowić ludziom, że chociaż możemy się szarogęsić na tej planecie, to i tak jesteśmy na przegranej pozycji.
Potem zaczęły się pojawiać małe miasteczka, pola w śmieszne kółka (na pewno zrobione przez kosmitów) i wreszcie pojawiło się Las Vegas.














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz