poniedziałek, 12 marca 2018

Trochę wpadek towarzyskich, czyli czas na chwilę rozrywki

Ostatnio, mówiąc oględnie, dałam plamę. Niestety można powiedzieć, że więcej niż jedną. 
Wszystkiemu jest winna moja wrodzona, nieokiełznana skłonność do mówienia prawdy.
A wszystko zaczęło się jak w bajkach, kiedy księżniczka (już w wieku okołomenopauzalnym, ale młoda duchem) wybrała się na bal (babski wypad, spacerek i obiadek) – księcia chwilowo zabrakło.
Dwie znajome mamy, wstrząśnięte do głębi moją spokojną, przepełnioną interesującymi książkami egzystencją, postanowiły mnie rozerwać – na szczęście w stylu amerykańskiego przedmieścia, a nie dosłownie.
Obie kobiety darzę sympatią i uważam, że należy się integrować, tak więc o umówionej porze byłam gotowa, żeby rozpocząć część rozrywkową.
Zaczęłyśmy od spacerku, bardzo energicznego, bo zimno się znowu zrobiło niestety straszliwie i co poniektóre części ciała zaczęły się marszczyć (przy odrobinie wyobraźni można łatwo zgadnąć które).
Mamy chciały mnie uszczęśliwić kawą w kubku, zdołałam dzielnie wynegocjować herbatkę.
Muszę przyznać, że taki spacerek, jak nos prawie odpada i traci się czucie w palcach, z gorącym napojem znacznie zyskuje na atrakcyjności.
Oczekiwałam jak zwykle tematów szkolno-dzieciakowych i nie zawiodłam się, ale najpierw rozpoczęłyśmy obchód butików.
Normalnie omijam szerokim łukiem tę część naszego przedmieścia, bo ceny są, mówiąc delikatnie, nieetyczne. 
Ale dla towarzystwa pozachwycałam się kolorowymi szmatkami na lato. 
Jedna mama zakupiła spodenki plażowe dla całej rodziny (styl mocno hawajski), cena mocno kosmiczna.
Po odbyciu obowiązkowego mini-maratonu dotarłyśmy do knajpki na lunch (po polsku coś takiego jak obiad, ale dużo mniejszy). 
Najpierw się okazało, że obie mamy (bardzo szczupłe) zamówiły porcje jak dla przysłowiowego ptaszka, chociaż moje ptaszki ogrodowe najwidoczniej nie znają tego powiedzenia, bo obżerają się na potęgę i są przyjemnie zaokrąglone.
Ponieważ nie nastawiałam się na specjalne obżarstwo, miniaturowe porcje nie zrujnowały mojego pogodnego nastawienia (do czasu).
Jako pierwsza przysłowiowa plama wypłynęła II Wojna Światowa, okazało się bowiem, ku okropnej konsternacji obu mam, że nigdy w życiu nie zwiedziłam żadnego obozu koncentracyjnego. 
Wręcz czułam, że moje akcje odrobinę zatrzęsły się i spadły o kilka punktów. Prawda jest taka, że nigdy nie mogłam się na to zdobyć. Wystarczy mi to, co przeczytałam i obejrzałam o tych przerażających czasach.
No a potem to już poleciało z górki. Okazało się bowiem, że w szkole u Syna rozpoczęli zapisy na dodatkowe zajęcia pozaszkolne i ja – Matka wyrodna, zakała rodu i wręcz chodząca patologia – Dziecka mojego nigdzie nie zapisałam.
Błysk w oczach mamuś uświadomił mi, że tym razem tak łatwo mi nie pójdzie. 
Usiłując odwrócić uwagę od mojego skandalicznego zaniedbania, zaczęłam dopytywać, na co zapisały swoje Dzieci moje towarzyszki.
Jedna z nich zapisała swojego jedenastoletniego Syna na haftowanie na kanwie (jestem pewna, że będzie wspominał te zajęcia w przyszłości ze wzruszeniem na kozetce u psychoanalityka).
Druga mama wykazała się większą fantazją i jedno Dziecko zapisała na haft na kanwie (co oni mają z tą kanwą?), a drugie na programowanie.
Obie tłumaczyły swoim zbuntowanym potomkom, że jak chcą studiować na Harvardzie (jak wszyscy wiemy, dla Dzieci w wieku od 8 do 11 lat jest to bardzo ważna kwestia), muszą inwestować w swój rozwój, a nie grać w piłkę.
W tym momencie błysnęłam intelektem i stwierdziłam, że przecież jedno nie wyklucza drugiego i, jak wszyscy wiemy, uczelnie w Stanach uwielbiają sportowców.
Mamy spojrzały na mnie ze współczuciem, ale o dziwo również z sympatią, podszytą – obawiam się – lekką rezygnacją.
Tą spektakularną plamą zakończyłam ostatecznie rozrywkowe przedpołudnie i energicznie udałam się po Dziecko do szkoły.
Może się mylę i może to moje Dzieci będą leżeć na kozetce, rozpaczając, że nie mogły sobie nic „podziergać” za młodu, ale jakoś nie wierzę, że haft na kanwie może komuś pomóc zdobyć tytuł naukowy.

wtorek, 6 marca 2018

Amerykańskie psiaki, czyli how how...do you do

Odkąd pamiętam, bardzo lubiłam zwierzęta, niektóre nawet kochałam. 
Gdyby ktoś zastanawiał się, czy emigracja mnie zmieniła, tytuł mojego bloga powinien wyjaśnić ewentualne wątpliwości.
Bez względu na to, co mówią różne religie i nurty filozoficzne, jestem przekonana, że zwierzęta mają duszę i nikt mnie nigdy nie przekona, że jest inaczej.
Porzucając ten wzniosły ton (na pewno do niego kiedyś wrócę), gwoli usprawiedliwienia – od czasu do czasu muszę przecież trochę poprzynudzać, zwłaszcza jak ogarnia mnie „melancholia emigracyjna”.
Już nawet powoli przestaję tak bardzo tęsknić za polskim jedzeniem. 
Teraz głównie cierpię na brak inteligentnych partnerów do rozmów.
W związku z tym, mimo poważnego początku, temat będzie lekki, przyjemny i włochaty, mianowicie – amerykańskie zwierzaki. 
Wcześniej już pisałałam trochę o dzikich wiewiórkach, jeleniach i różnego rodzaju ptakach, dzisiaj skupię się na włochaczach domowych.
Amerykanie kochają swoje zwierzaki. 
To proste zdanie odzwierciedla rzeczywistość, którą znamy głównie z filmów i raczej traktujemy z przymrużeniem oka. 
Celebrytki noszące mini-pieski, koty leżące na futrach z pełnym manicure’em i w koliach wydają się cały czas raczej żartem, a nie faktem. 
Okazuje się, że jak zwykle – nic tak nie zaskakuje jak życie.
Zaczynając od podstaw, gorące uczucia do zwierzaków widać już w sklepach zoologicznych. 
Ich asortyment różni się od polskich głównie tym, że Amerykanie dbają nie tylko o zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych swoich pupili, ale również o odpowiednią garderobę i rozrywkę.
I tutaj panuje równość. Ubranka i buty można znaleźć nie tylko dla psów i kotów, ale również dla innych zwierzaków, na przykład królików. 
Oprócz kolekcji na różne pory roku i pogodę, można również zakupić stroje okolicznościowe, czyli kostiumy na święta czy karnawał, o nieśmiertelnym Halloween nie wspominając.
Dostępne zabawki również, oprócz wersji standardowych, są tematyczne.
Ciekawe, czy dla szczeniaka liczy się, że obślinia gumowego Mikołaja, jajko czy ewentualnie czerwone serduszko.
Widziałam nawet słodycze dla psów i kotów z okazji Walentynek (w serduszka, gdyby ktoś miał wątpliwości).
Przy kasach bardzo często znajdują się pojemniki z przekąskami dla zwierzaków i kiedy właściciele wyskakują ochoczo z ciężkiej gotówki, taki psiak na przykład dostaje przegryzkę. 
Coś jak Dzieciak, który dostaje lizaka.
Od razu przypomina mi się scena z filmu „Kochaj albo rzuć”, jak biedny Pawlak chciał pochować brata na psim cmentarzu.
Obecność wielu klinik, hoteli i gabinetów spa dla „tych, co skaczą i fruwają” nikogo nie dziwi – urodę wszak należy pielęgnować.
Natomiast to, co mnie na początku zdziwiło, ale teraz już się przyzwyczaiłam, to fakt, że w Stanach zwierzęta dla wielu osób są substytutem dzieci i tak właśnie są traktowane. 
Nie potrafię zliczyć, ile razy widziałam pieski wystrojone w płaszczyki przeciwdeszczowe lub wożone w sklepach w kocykach jak niemowlaki.
Charakterystyczne dla dumnych „rodziców” są również obowiązkowe spacery, w celu pochwalenia się, jak taki włochaty milusiński rośnie i jaki jest inteligentny, oczywiście.
Zwierzęta mnie lubią (ze wzajemnością, oczywiście) i okazują mi sympatię w prawdziwie międzynarodowy sposób.

Skaczą, obśliniają mnie i w związku z tym ich właściciele nie mają wyjścia i chcąc nie chcąc muszą nawiązać ze mną kontakt (nie zrobią przecież przykrości swojemu psiakowi). 
Co prawda nikt z sąsiadów mnie nie obślinia (na całe szczęście), ale rozpoznają mnie i uśmiechają się radośnie do szalonej Polki, bo wiadomo – pies zawsze rozpozna dobrego człowieka!
(A co tam, precz z fałszywą skromnością).

poniedziałek, 5 marca 2018

W blasku brylantów, czyli Oskary

Od zawsze uwielbiałam gale oscarowe. Odkąd tylko zaczęły się transmisje na żywo, starałam się je oglądać w nocy. 
A ponieważ nie wiadomo dlaczego Oscary zawsze rozdawane są w niedziele, a no nie na przykład w soboty, to w poniedziałek chodziłam nieprzytomna, ale szczęśliwa jak prosię w deszcz.
W niedzielę wieczorem (wreszcie nie w środku nocy) zalegliśmy razem z Mężem w pozach mocno zrelaksowanych przed telewizorem, na kilka godzin przed rozpoczęciem właściwej imprezy, ponieważ wreszcie chciałam zobaczyć te wszystkie sławy obwieszone brylantami na czerwonym dywanie. 
Przyjemna ekscytacja unosiła się w powietrzu.
Podobna atmosfera panowała przed Super Bowl. 
W sklepach panowie masowo wykupywali przekąski dla „twardzieli”, a panie czekały na reklamy tudzież Justina Timberlake'a w możliwie skąpym wdzianku. 
Przyznam się z ręką na sercu, że Super Bowl mnie znudził – obejrzałam tylko kawałek, a same reklamy mocno mnie rozczarowały.
Podczas gali oscarowej, być może dlatego, że jestem zdecydowanie typem filmowym, a nie sportowym, reklamy bardzo mi się spodobały. 
Tutaj faktycznie było widać, że są inne, specjalnie przygotowane „na potrzeby filmu”.
Podziwianie mizdrzących się pańć na osławionym dywanie okazało się niekoniecznie trafionym pomysłem. 
Kilku mocno wychudzonych i wystrojonych desperatów (płci obojga) łapało celebrytów i zachwycało się kreacjami.
Strojów komentować nie będę, o gustach... wiadomo, ale jedna rzecz mnie lekko uwiera. 
Przyjęło się mianowicie, że kreacje oscarowe to ma być „szał ciał i uprzęży”, a tu Emma Stone wystąpiła w czarnych spodniach i czerwonej marynarce, obwiązana różowym paskiem z kokardką do kompletu.
Pańcie stylistki wręcz hiperwentylowały z przejęcia, jak ona ślicznie wygląda itd. Dziwne, pamiętam, jak parę Oscarów temu Liza Minnelli przyszła na rozdanie nagród w spodniach i tunice. 
Media nie zostawiły na niej przysłowiowej suchej nitki, chociaż wiadomo, że to jest jej styl od lat (może zabrakło różowej kokardy).
Kontynuując temat wyrażania opinii, po paru miesiącach życia w Stanach powoli zaczęłam przyzwyczajać się do wszechobecnej postawy „pełnej ślepego zachwytu”.
Bycie wiecznym malkontentem może być niestrawne, ale puste komplementy też mogą człowieka zemdlić. 
Z jednej strony to jest miłe, jak się wszyscy do siebie szczerzą, a nie warczą i mówią miłe rzeczy, ale z drugiej – jak się głębiej zastanowić, nikt nie przywiązuje wagi do tego, co mówi. 
W efekcie wszystkie rozmowy są koszmarnie płytkie i prymitywne.
Oglądając puste zachwyty i radosne rżenia pan redaktorek, zrozumiałam mądrość polskiej telewizji. 
Zdecydowanie bowiem Oscary zyskują na jakości po wprowadzeniu małej cenzury. Można sobie zdecydowanie odpuścić chichoczące anoreksje, bo w zupełności wystarcza właściwa transmisja, która i tak trwa 4 godziny.
Po przemęczeniu się na czerwonym dywanie pogrążyłam się w świecie filmowym.
Amerykańska Akademia Filmowa w tym roku poszła na całość. 
Z okazji 90. „urodzin” Oscara dekoracje wręcz kapały od brylantów. Subiektywnie bardzo mi się podobały (zen zdecydowanie się nie sprawdza w show-businessie).
Z pewnym smutkiem zauważyłam, że gdzieś na przestrzeni lat Oscary zgubiły swoje ponadczasowe przesłanie o „magii kina”, a zaczęły przemycać tak zwane „treści propagandowe”.
Najpierw zaczęło się od koloru skóry aktorów. 
O ile na początku nagrody głównie trafiały do białych (nie mogę tego ująć w mniej rasistowski sposób), to teraz zdecydowanie widać tendencję otwarcia na różne rasy (chwała im za to, nie mam nic przeciwko).
Potem przyszła pora na polityczne aluzje (mniej lub bardziej, raczej bardziej otwarta krytyka prezydenta i w zależności od aktora nawoływanie do wojny lub pokoju na świecie).
I na koniec chyba najbardziej kontrowersyjne „wyjście z szafy”, czyli ogłaszanie publiczne orientacji seksualnej.
Jak już wspominałam, homofobem nie jestem, ale kiedy usłyszałam, jak przy odbiorze Oscara pan dziękuje mężowi, a pani żonie, potrzebowałam chwili, żeby się ogarnąć w temacie.
I na koniec okulary. Najwyraźniej Hollywood uznało, że okulary podnoszą IQ. W rezultacie wszystkie elegantki, które tylko mogły „legalnie”, paradowały w okularach.
Myślę, że to coś jak damska odmiana hollywoodzkiej brody. 
Nie wiem dlaczego współcześni aktorzy, żeby być uważani za atrakcyjnych, muszą być nieogoleni, a panie muszą najwidoczniej nosić okulary.
Ale co tam! Mimo tego „targowiska próżności”, absurdów i rozmów, po których część komórek mózgowych ulega poważnej kontuzji, naprawdę lubię to „hollywoodzkie marzenie” – trochę błyszczącej magii w naszej szarej codzienności.

środa, 28 lutego 2018

Babskie aktywności na przedmieściach, czyli popołudnie w stylu organic

Aura amerykańska zdecydowała się trochę porozpieszczać zziębniętą, kaszlącą, lekko zużytą Matkę Polkę. Podczas gdy w Polsce temperatura spada na łeb i szyję, w Stanach słoneczko świeci i temperatura przyjemnie rośnie.
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że śniegi i lody już nie wrócą, a na razie – chwilo, trwaj!
Nie wiem, czy to wpływ pogody, czy przypadek, ale zaczęły się uaktywniać towarzysko mamy po sąsiedzku. 
Z całą pompą i paradą zostałam zaproszona na babskie spotkanie dotyczące witaminowych suplementów i kosmetyków (oczywiście super odmładzających).
Chociaż jeszcze cały czas mam problemy z ogarnięciem się w amerykańskiej strefie klimatycznej i czasowej, odłożyłam szwedzki kryminał, który pochłaniałam, i dziarsko ruszyłam do sąsiadki w celu zażycia babskiej rozrywki i upiększenia się, oczywiście.
Parę miesięcy temu miałam już możliwość gościć w tym domu, aczkolwiek wtedy to było bardziej „garden party”. 
Tym razem mogłam pozachwycać się domem od środka. Określenie „dom” nie oddaje w pełni ogromu, który przyszło mi podziwiać.
To było domisko – niesamowicie eleganckie, sterylnie czyste, ale totalnie nieprzytulne.
Na samym początku strzeliłam gafę, bo byłam przekonana, że oni się wyprowadzają i dlatego wokół są takie puste, zimne przestrzenie. 
Okazało się, że wprowadzili się 2 lata temu, zapuścili korzenie i tak się właśnie przytulnie urządzili.
No pięknie, wybrnęłam z niezręcznej sytuacji, konfabulując, że pomyliłam domy, bo faktycznie sąsiedzi z drugiej strony się wyprowadzają, ufffff – jakoś poszło.
Nikt tu nie wymaga specjalnej lotności. Dobrze, że mnie nie znają bliżej.
Na wejściu zostałam ugoszczona bardzo zdrowym, ekologicznym koktajlem.
Jeżeli ktoś nie wie, jak smakuje szpinak, ekologiczna czekolada i witaminy zblendowane razem, to naprawdę nie musi sprawdzać (smakuje dokładnie tak, jak brzmi).
Najpierw skupiłam się na suplementach witaminowych. Dla Dzieci żelki, dla dorosłych kapsułki, ceny zawrotne. 
Myślę, że biedna awitaminoza boi się uaktywnić, jak widzi, ile taki suplement kosztuje.
Ponieważ powoli odkrywam miejsca z dobrymi owocami i warzywami, stwierdziłam, że zdecydowanie wolę zjeść kiwi, pomarańcze i pomidorki w formie naturalnej zamiast żelkowej.
Następnie zaczęłam słuchać prelekcji dotyczącej kosmetyków produkcji amerykańskiej (bardzo ekologicznych). Pozwoliłam sobie nawet wklepać różne kremy i żele (a co, niełatwo mnie przestraszyć).
Panie (w sumie sztuk 10) rozpoczęły dyskusję. 
Porównywały swoje plamki na skórze (praktycznie niewidoczne) i rozwodziły się, jaki samoopalacz jest najlepszy. 
Żeby nic nie palnąć, golnęłam sobie trochę koktajlu organic, bo miałam ochotę zamiast samoopalacza zaproponować spacerek po plaży. 
Czasami lubię sprawdzone rozwiązania.
Wymiękłam trochę, jak gospodyni (chudzina straszna) usiłowała sobie bezskutecznie złapać nieistniejącą fałdkę na brzuchu. 
Zdaje się, że wybierała się na jakieś komputerowo-laserowe odchudzające ujędrnianie. Wszystkie panie współczująco kiwały głowami, a ja starałam się utrzymać szczękę przed opadaniem.
Po przedyskutowaniu różnych aspektów upiększania panie, usatysfakzjonowane, że każda wymaga mnóstwa zabiegów kosmetycznych, zasiadły przy wielkim stole, racząc się sałatką (bliską kuzynką koktajlu, niestety).
Podjadając przystawki w stylu organic, chłonęłam lokalny koloryt. 
Oczywiście na warsztat poszła najpierw szkoła, potem dzieci. Znosiłam dzielnie te rozmowy o niczym, bo wiadomo – my kobiety musimy sobie pogadać, ale kiedy panie zaczęły mnie przekonywać do zajęć z medytacji dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, po prostu wymiękłam.
Grzecznie się pożegnałam, wróciłam do mojego przytulnego domu, zrobiłam sobie herbatkę i z lubością pogrążyłam się w mrożącym krew w żyłach szwedzkim kryminale. Aura amerykańska zdecydowała się trochę porozpieszczać zziębniętą, kaszlącą, lekko zużytą Matkę Polkę. Podczas gdy w Polsce temperatura spada na łeb i szyję, w Stanach słoneczko świeci i temperatura przyjemnie rośnie.
Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że śniegi i lody już nie wrócą, a na razie – chwilo, trwaj!
Nie wiem, czy to wpływ pogody, czy przypadek, ale zaczęły się uaktywniać towarzysko mamy po sąsiedzku. Z całą pompą i paradą zostałam zaproszona na babskie spotkanie dotyczące witaminowych suplementów i kosmetyków (oczywiście super odmładzających).
Chociaż jeszcze cały czas mam problemy z ogarnięciem się w amerykańskiej strefie klimatycznej i czasowej, odłożyłam szwedzki kryminał, który pochłaniałam, i dziarsko ruszyłam do sąsiadki w celu zażycia babskiej rozrywki i upiększenia się, oczywiście.
Parę miesięcy temu miałam już możliwość gościć w tym domu, aczkolwiek wtedy to było bardziej „garden party”. Tym razem mogłam pozachwycać się domem od środka. Określenie „dom” nie oddaje w pełni ogromu, który przyszło mi podziwiać.
To było domisko – niesamowicie eleganckie, sterylnie czyste, ale totalnie nieprzytulne.
Na samym początku strzeliłam gafę, bo byłam przekonana, że oni się wyprowadzają i dlatego wokół są takie puste, zimne przestrzenie. Okazało się, że wprowadzili się 2 lata temu, zapuścili korzenie i tak się właśnie przytulnie urządzili.
No pięknie, wybrnęłam z niezręcznej sytuacji, konfabulując, że pomyliłam domy, bo faktycznie sąsiedzi z drugiej strony się wyprowadzają, ufffff – jakoś poszło.
Nikt tu nie wymaga specjalnej lotności. Dobrze, że mnie nie znają bliżej.
Na wejściu zostałam ugoszczona bardzo zdrowym, ekologicznym koktajlem.
Jeżeli ktoś nie wie, jak smakuje szpinak, ekologiczna czekolada i witaminy zblendowane razem, to naprawdę nie musi sprawdzać (smakuje dokładnie tak, jak brzmi).
Najpierw skupiłam się na suplementach witaminowych. Dla Dzieci żelki, dla dorosłych kapsułki, ceny zawrotne. Myślę, że biedna awitaminoza boi się uaktywnić, jak widzi, ile taki suplement kosztuje.
Ponieważ powoli odkrywam miejsca z dobrymi owocami i warzywami, stwierdziłam, że zdecydowanie wolę zjeść kiwi, pomarańcze i pomidorki w formie naturalnej zamiast żelkowej.
Następnie zaczęłam słuchać prelekcji dotyczącej kosmetyków produkcji amerykańskiej (bardzo ekologicznych). Pozwoliłam sobie nawet wklepać różne kremy i żele (a co, niełatwo mnie przestraszyć).
Panie (w sumie sztuk 10) rozpoczęły dyskusję. Porównywały swoje plamki na skórze (praktycznie niewidoczne) i rozwodziły się, jaki samoopalacz jest najlepszy. Żeby nic nie palnąć, golnęłam sobie trochę koktajlu organic, bo miałam ochotę zamiast samoopalacza zaproponować spacerek po plaży. Czasami lubię sprawdzone rozwiązania.
Wymiękłam trochę, jak gospodyni (chudzina straszna) usiłowała sobie bezskutecznie złapać nieistniejącą fałdkę na brzuchu. Zdaje się, że wybierała się na jakieś komputerowo-laserowe odchudzające ujędrnianie. Wszystkie panie współczująco kiwały głowami, a ja starałam się utrzymać szczękę przed opadaniem.
Po przedyskutowaniu różnych aspektów upiększania panie, usatysfakzjonowane, że każda wymaga mnóstwa zabiegów kosmetycznych, zasiadły przy wielkim stole, racząc się sałatką (bliską kuzynką koktajlu, niestety).
Podjadając przystawki w stylu organic, chłonęłam lokalny koloryt. Oczywiście na warsztat poszła najpierw szkoła, potem dzieci. Znosiłam dzielnie te rozmowy o niczym, bo wiadomo – my kobiety musimy sobie pogadać, ale kiedy panie zaczęły mnie przekonywać do zajęć z medytacji dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, po prostu wymiękłam.
Grzecznie się pożegnałam, wróciłam do mojego przytulnego domu, zrobiłam sobie herbatkę i z lubością pogrążyłam się w mrożącym krew w żyłach szwedzkim kryminale. 
Organic to jednak zdecydowanie nie mój styl.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Jak rozbawić Pana Boga, czyli plany życiowe

Do Ojczyzny, stęsknieni i spragnieni strawy zarówno duchowej, jak i klasycznej, dolecieliśmy szczęśliwie. 
Kiedy opadły emocje i każdy został solidnie wyściskany i wycałowany, wyszło na jaw, że trzeba będzie mocno zweryfikować ambitne plany.
Jak się okazało, Siła Wyższa miała zdecydowanie inną koncepcję dotyczącą naszych ferii zimowych.
Z wszelkiego rodzaju zaplanowanych atrakcji rozrywkowych w kraju niestety niewiele wyszło, bo powalił nas wirus produkcji rodzimej. 
Udało nam się uniknąć amerykańskiej odmiany, a polegliśmy na polskiej. 
Cała rodzina rozłożyła się solidarnie oprócz najmłodszego Potomka, który w pełni wykorzystywał czas na różnego rodzaju interakcje towarzyskie.
Jako że staram się być twardzielem i dawać przykład Potomstwu (pewnie mnie to kiedyś zabije), ignorując grypę, rozpoczęłam maraton po różnego rodzaju lekarzach.
Pocieszałam się myślą, że jak padnę, to przynajmniej w placówce medycznej, gdzie mnie ocucą.
Paść nie padłam, chociaż mało brakowało. Kontakty towarzyskie z konieczności zostały ograniczone do telefonicznych, tak więc w praktyce nie miało znaczenia, że jestem obok, a nie 7 tysięcy kilometrów od domu.
Odpuszczę szczegóły chorobowe, bo wszyscy wiemy, jak fajnie się choruje na grypę, zwłaszcza jak nie za bardzo można „się wyleżeć”. 
Przeżyłam, udało mi się nawet zorganizować trochę zapasów Matki Polki i wyczyścić kilka półek w aptece.
Gdzieś między antybiotykami, syropami i gorączką zleciał nam cały pobyt. 
A żeby nie było za nudno, przy odprawie (przez internet) okazało się, że Dzieci nie mają prawa wjazdu do Stanów. 
O dziwo, co do mnie nikt nie miał zastrzeżeń.
Małżonek w stresie, że oto rodzina zostanie po drugiej stronie „Wielkiej Wody” na nie wiadomo jak długo i że przyjdzie mu mieszkać tylko ze świniami, w desperacji ścigał wszystkie poważne instytucje.
Dzięki Bogu i uprzejmości pracowników lotniska w Warszawie sprawa została wyjaśniona i wylecieliśmy o czasie. 
Na miejscu też nikt problemów nie robił, a ulga na twarzy szanownego Małżonka, jak nas zobaczył w NY, wręcz biła po oczach na odległość.
Ciekawe, że dwie małe świnki morskie potrafią tak wystraszyć dorosłego mężczyznę.
I tak oto, mimo różnego rodzaju przeszkód, dotarłam ponownie do Ameryki. Opuszczając samolot, czułam się prawie jak zaprawiony w bojach pielgrzym, który pokonał Ocean.
Jak to mówią: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni” (mam nadzieję).