piątek, 22 lutego 2019

Mieszacz i Podgolony Pączuś, czyli dzieje się

Lektura indiańska wywołuje u mnie stan lekko depresyjny w związku z tym zamierzam całkowicie zignorować ten temat i skupić się na elementach humorystycznych naszego codziennego życia.
A wyjątkowo rożne, zabawne rzeczy dzieją się wszędzie tylko nie u juniora, który ma się uduchawiać, (a ja niestety razem z nim).

Mój mąż, na przykład został uszczęśliwiony przymusem "dobrowolnego" uczestnictwa w pakowaniu paczek dla głodujących. Nie za bardzo wie dla, których, ale najwyraźniej liczy się sam czyn społeczny i dzisiaj cały dzień ma pakować. Mam tylko nadzieję, że gdzieś pod dachem, bo jak go zaziębią, to coś mnie trafi i raczej nie będzie to uczucie charytatywnego spełnienia.

Plenipotent poddał się i oddelegował na stałe jednego pracownika do remontu naszej piwnicy. Osobnika, ze względu na walory fizyczne postanowiłam nazywać Podgolonym Pączusiem. 

Sympatyczny, okrąglutki Latynos z elegancko wygolonymi bokami głowy, pojawia się u nas codziennie bladym świtem. Na początku usiłował zachowywać się kulturalnie i anonsował swoje przybycie, czekając na wpuszczenie. 
Po kilku traumatycznych momentach, kiedy zderzył się z nieprzytomną panią domu, (czyli ze mną), w strachu o własne zdrowie psychiczne, (wiadomo kobieta bez makijażu może przestraszyć), zrezygnował z form grzecznościowych i cichutko jak myszka zakrada się do piwnicy, gdzie spędza cały dzień, wychodząc tylko okazjonalnie.

Wieczorem cichutko opuszcza podziemie i tutaj dla odmiany straszy męża, który parę razy po powrocie z pracy natknął się na obcego faceta we własnej kuchni.

Podgolony Pączuś, przestał już się mnie bać, bo na początku widać było, że lekko szarzeje na mój widok. Teraz co jakiś czas przesyła mi uśmiechy i hałasuje bez zahamowań.
Najbardziej mnie rozbroił jak puściłam sobie muzykę, (dość głośno), jak skończyłam słuchać to ewidentnie mi pozazdrościł doznań akustycznych i zaczął śpiewać. 
To było coś rzewnego, na bank o miłości i na tyle głośne, że było go słychać przez zamknięte drzwi z podziemi. I jak tu go nie lubić ?

Dzisiaj do Pączusia podjechał kumpel i rozpoczął rżnięcie wielkich desek, czy paneli przed domem. Trzeba chłopakom przyznać, że przynajmniej starają się ograniczać bałagan.
Inna sprawa, że nie wiem, gdzie by się zmieścili z tymi piłami, a że pogoda dopisuje to rżną sobie na zewnątrz.

Ale chyba nic nie dorównuje przeżyciom mojej córki. Kto by pomyślał, że zajęcia licealne mogą dostarczyć tyle rozrywki, (przynajmniej mnie), bo mojemu dziecku to już chyba trochę mniej.

Zaczynając, od wyjaśnień technicznych, należy zaznaczyć, że w liceach amerykańskich dbają o wszechstronny rozwój młodzieży. To znaczy, że w praktyce oprócz standardowych przedmiotów są tak zwane dodatkowe.

I tutaj już jadą "na bogato": rysunek, rzeźba, ceramika, robienie filmików, fotografia, szycie na maszynie i gotowanie. I nie ma przeproś, któryś trzeba zawsze wybrać i zaliczyć. 

Mojej ambitne dziecko rozpoczęło od rysunku, a że manualne zdolności odziedziczyło po Babci, (ja jestem tym pokoleniem, które niestety talent przeskoczył), to wymiatało i tworzyło dzieła sztuki.
W momencie, kiedy Pani zabrakło ambitnych, artystycznych pomysłów i zaczęła panikować, na szczęście skończył się semestr i przesunęli moją córkę na szycie. 

Dziecko ogarnęło szybko obsługę maszyny i walnęło najpierw spódnicę, potem sukienkę, (na zaliczenie), a potem Pani w popłochu zasugerowała zmianę zajęć lub przerwę relaksacyjną, bo koleżanki były cały czas przy wykrojach. 
W efekcie do końca semestru córka uszyła mamusi w bonusie woreczek na pierdołki z wyhaftowanymi inicjałami, czym nabawiła kompleksów cała grupę. 

I tak nadszedł następny semestr - gotowanie. 
I tutaj już mogę nieskromnie zauważyć, że jakiś, mały udział w kształceniu na polu kulinarnym córki mam.
Wiadomo, że dziewczynki w polskich domach zawsze coś tam w kuchni, chcąc nie chcąc lizną, (takie ma dzisiaj smakowite skojarzenia).

Moje dziecko, któremu śmierć głodowa nie grozi, bo kilka dań obiadowych ma swoim repertuarze opanowane, wiązało z tym kursem wielkie nadzieje.
Tymczasem, zamiast kulinarnych uniesień wyklarowały się "kuchenne rewolucje" z potencjalnym nadużyciem siły w tle.

Pani o apetycznie opływowych kształtach, bardzo adekwatnych do prowadzonego przedmiotu, podzieliła grupę głodnych, (podwójnie), wrażeń na małe podgrupki, nazywając ich, jakże odpowiednio "słodziaczkami".
Następnie zaczęła edukację od drobiazgowych wyjaśnień do czego służą łyżki, miski, jak należy obsługiwać piekarnik itd. I to nie są żadne żarciki rozbawionej Matki Polki tylko smutna prawda, niestety.

Już w tym momencie moje dziecko zaczęło mieć złe przeczucia. Po teście dotyczącym wielkości misek, łyżek, rondli itd, rozpoczął się właściwy proces twórczy, czyli wypieki. 
Na pierwszy ogień poszły babeczki.

I tu okazało się, że istnieje specjalna procedura, mianowicie każda taka, mała podgrupka jest dodatkowo podzielona na: mieszacza, odmierzacza, sypacza, sprzątacza i zmywaka. 
Podział ról zmienia się rotacyjnie, najbardziej prestiżowy jest oczywiście mieszacz.

Dzieciaki dostają produkty, przepis na karteczce, podział ról i rozpoczynają wypieki. 
I wszystko byłoby piękne, pachnące i smakowite, gdyby jełopy czytały przepisy. 
Bo jakoś tak się dziwnie składa, że jak się nie doda połowy składników to zamiast babeczek wychodzi niespodzianka, z gatunku tych szokujących.

W efekcie produkt wypływa, (czasami dosłownie), z piekarnika niejadalny, a grupa dostaje niskie oceny, o braku zaliczenia nie wspominając.

Moje dziecko, któremu raz udało się być mieszaczem, raz odmierzaczem i potem wylądowało na zmywaku, zaczęło się buntować.

Wychowana w kulcie domowego biszkoptu, córka z zamkniętymi oczami mogła wyprodukować dowolną ilośc babeczek. Zamiast tego szorowała, aż iskry leciały blaty z mordem w oczach.
Po parokrotnym zawaleniu zaliczenia udała się do pani i zażądała zmiany grupy.
Szalę przeważył fakt, jak cała grupa czekała, (dość długo), jak wyrośnie ciasto, ale zapomniała dodać drożdże.
Pani ze współczuciem w oczach wyraziła zgodę.

Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest fakt, że junior w zeszłym roku miał podobne zajęcia i też wypiekał rożne babeczki, pączusie itd. Przynosił owe produkty do domu i wszystkie były jadalne, a niektóre nawet bardzo smaczne.

Zaczynam się poważnie zastanawiać, na którym etapie rozwoju tutejsza młodzież przestaje samodzielnie czytać, pisać, liczyć i myśleć.

środa, 20 lutego 2019

Polacy nie gęsi, czyli samopoczucie osła

Myślę, że dla wszystkich, moich czytelników stało się już jasne, że duch patriotyczny we mnie buzuje, zdychać, mimo oddalenia od Ojczyzny, nie chce i można powiedzieć, że razem z moją rogatą duszą uporczywie nadaje ton naszemu ognisku domowemu.
I należy dodać, że nie są to subtelne nutki tylko grzmiący dzwon, (dla odmiany nie pusty, ale pełen dumy narodowej).
Można być obywatelem świata, ale korzenie trzeba mieć, bo mówiąc poetycko zawierucha historyczna może człowieka zwiać.

Po sprawdzeniu dokładnie mojego wnętrza, w jak najdalszy od metafizycznego, sposób. Uspokojona i obładowana głownie lekami, kosmetykami i książkami, powróciłam do swojego stada. 

Jako, że byłam z nimi w ciągłym kontakcie, nie oczekiwałam żadnych niespodzianek.
Wszyscy uniknęli urazów, złamań i ciągle ze sobą rozmawiali, więc myślę, że można ich przerwę zimową beze mnie nazwać pełnym sukcesem.

Skończyły się ferie, zaczęła szkoła, ze swoją upojną lekturą o Indianach i psychodeliczną matematyką.
Szkolne prace domowe, które nawet kiedy byłam w świetnej formie wywoływały u mnie stan graniczący ze śpiączką, po przeleceniu Oceanu dwukrotnie w ciągu sześciu dni i walką  ze zmianą czasu, pogody itd, wywołały u mnie zapaść, (i przesadzam tylko trochę).

I to skłoniło mnie do refleksji, kiedy język obcy, (tzw. drugi), staje się tym pierwszym. Wiem, że powszechnie uważa się, że po jakimś czasie i w odpowiednich warunkach to jest możliwe lub wręcz nieuniknione, ale jakoś nie jestem przekonana. 
(Duch patriotyczny rownież spogląda ze sceptycyzmem).

Jako, że duma zahacza też, co oczywiste, o język, pojawia się tutaj zgrzyt bo ciężko być dumnym czując się jednocześnie bezradnym i ogłupiałym. Taki patriotycznie nastawiony, niezrozumiany osiołek, (w tym konkretnym przypadku oślica).

Niby osły to inteligentne, filozoficznie nastawione do życia zwierzęta i bzdurą jest przekonanie  o ich wrodzonej głupocie, ale jakoś nikt nie chce się do nich porównywać, w odróżnieniu od lwów, na przykład, które mimo braku życiowych ambicji, zdecydowanie lepiej się prezentują, (nie ma to jak dobry wizerunek i gęsta grzywa).

Zagalopowałam się z tymi lwami, wróćmy do istoty problemu.

W Stanach, nauczyłam się nie słuchać ludzi, (brzmi lekko przygnębiająco), w sklepach, na ulicach, ignorować ten biały szum, który zalewa mnie jednostajnym, męczącym buczeniem.
I na swoją obronę mogę powiedzieć, że słuchałabym, gdyby oni mówili w miarę poprawnie, najlepiej po angielsku, a jeszcze lepiej, żeby rozumieli co mówią i co słyszą.

Przed wejściem do samolotu, zaczęłam dla odmiany słyszeć rodaków. Na początku wyłączyłam się odruchowo, a potem zaczęłam słuchać. Był to efekt porównywalny do przetykania uszu po pływaniu.

Bez względu na temat i poziom prowadzonych rozmów to uczucie uświadomiło mi, że minęłam już w życiu bezpowrotnie punkt, do którego mogłam ewoluować. 
Oczywiście mogę zmieniać opinie, miejsca zamieszkania, bądź przekonywać się do rożnych nowinek technologicznych czy kulinarnych, (na przykład do masła orzechowego z galaretką), ale nie zmienię już tego kim lub czym jestem i co chyba najważniejsze wcale tego nie chcę.
W skrócie, gęsią nie jestem, swój język i kulturę mam, ale jednak wychodzi na to, że niepokojąco przypominam tego biednego osła.

Być może się mylę, ale wydaje mi się, że tylko dzieci mogą być albo dwujęzyczne, albo całkowicie zaaklimatyzować się w nowej rzeczywistości.
I nie chodzi o to, że jestem "starym drzewem", jeszcze nie czuje się spróchniała, ale wyglada na to, że prędzej się niestety złamię niż ugnę.

Życie w kraju, gdzie codzienna komunikacja stanowi ciągłe wyzwanie jest po prostu nużące. 
Nie oznacza to oczywiście, że nie może być ciekawe, śmieszne, pełne przygód itd.

Najgorsze jest to, że znajomość języka, tylko częściowo pomaga. To tak jak w tym kawale, po co się uczyć języków, skoro inni się ich nie uczą i suma summarum i tak nie można się z nikim dogadać.

Po powrocie z Polski, gdzie wszystko załatwiałam wręcz odruchowo, uderzenie głową w mur w Stanach było niezwykle bolesne. (Mur językowy, żeby była jasność).

Mur jak zwykle dotyczył spraw medycznych i dotyczył jednej, małej recepty. 
Jedyną rzeczą mianowicie, której ze względu na brak czasu, nie udało mi się załatwić w Polsce była recepta dla córki. 
Nic specjalnego, ostatnia dawka szczepionki na rożne trawki, ziółka i drzewa.

Zostałam postawiona pod ścianą, albo zrezygnujemy i paroletnie odczulanie uleci razem z pyłkami, albo wymyślimy coś na miejscu, bo lek nie nadaje się do wysłania pocztą.

Udało mi się uzyskać dokumentację medyczną, żeby nie chcieli jej tu odczulać od początku i na tym jak na razie skończyły się moje sukcesy.
Okazało się, że polscy lekarze w Stanach są bardzo popularni, (okres oczekiwania minimum 6 tygodni).
Po długiej, frustrującej rozmowie udało mi się załatwić wizytę u lekarza, który ma zasięgnąć konsultacji polskiego alergologa i miejmy nadzieję wypisać receptę.
Pożyjemy zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce.

Pozostając w tematach medycznych, o ile, jak już wcześniej pisałam amerykańska poczta lekko mnie przeraża, o tyle uwielbiam amerykańskie apteki. 
Z grubsza przypominają nasze, polskie sieciówki, ale dodatkowo można tam znaleźć zabawki, dekoracje na wszystkie możliwe święta w roku, materiały papiernicze, a w okresie świątecznym nawet całe komplety lampek na szpulach.

Jak na aptekę przystało oprócz słodyczy i całej gamy produktów rozrywkowych są lekarstwa, 
inteligentnie podzielone podobnie jak w Polsce na te bez recepty, (na półkach) i te na receptę, (spod lady).

I tu zaczynają się problemy. Do momentu pilnej potrzeby zakupu leku amerykańskie apteki oszałamiają, euforia kończy się w momencie potrzeby konsultacji kogoś kompetentnego, kto albo poleci jakoś preparat, (niekoniecznie na receptę), albo wyda lek na receptę, wtedy zaczyna się szał, (gwoli wyjaśnienia nie radości).

W pierwszym przypadku, to już nawet nie jest kwestia języka, tylko żenującego braku wiedzy. 
Co w przypadku leczenia, może przerażać.

Mam blade pojęcie, (ale mam), o lekach, leczeniu itd., macierzyństwo dokształca w tej materii dość konkretnie, ale nie muszę znać wszystkich amerykańskich odpowiedników polskich leków.
Teoretycznie, w tym celu służy tak zwany punkt konsultacyjny, miejsce dostarczające niezapomnianych wrażeń.

Najpierw stoi się przy tym okienku jak ostatnia łajza i czeka na specjalistę, potem zadaje pytanie i specjalista nie ma pojęcia o czym się mówi, (nawet jak podaje się nazwę substancji, która brzmi dokładnie tak samo każdym języku na świecie), potem odsyłają do konkretnej alejki z obietnicą przysłania pomocy, a potem stoi się tym razem w owej alejce jak trąba i czeka, (z zasady nikt się nie pojawia). 
Wtedy z nudów zaczyna się czytać wszystkie nazwy leków w rzędzie i gdzieś po 30 minutach trafia na coś co być może jest tym czego się szuka.

I cały ten proces jest przerażający, bo właściwie nie potrzeba posiadać narkotyków, żeby zrobić sobie krzywdę, wystarczy niewiedza. 
Może nie będzie to przebiegało tak szybko jak w przypadku klasycznego przedawkowania, ale skutecznie. 
Bo jak wiedzą nawet dzieci, "co za dużo, to nie zdrowo" i nawet witaminy pochłaniane kilogramami mogą zaszkodzić.
Tylko, co mają zrobić ci ludzie, którzy o tym nie wiedzą, a nie ma nikogo kto by im powiedział ?
To jest ta strona amerykańskiego snu, która z dalszej perspektywy jest kompletnie niewidoczna.

A co do leków na receptę, raz mieliśmy odebrać lek przeciwbólowy przy złamaniu nogi naszego dziecka. Nie mogli nam dać recepty jak to mamy w zwyczaju w kraju, tylko skierowali nas do konkretnej apteki po odbiór. W owej aptece nie mieli o niczym pojęcia i nic nie dostaliśmy.

Podsumowując, zdecydowanie łatwiej jest przywozić leki z Polski. To by się nawet ładnie komponowało z tym osłem, którym i tak się czuję, bo dźwigam te ciężary z podobnym zacięciem jak sympatyczni, a niedoceniani dalecy kuzyni rączych rumaków.

piątek, 15 lutego 2019

Atrakcje za Wielką Wodą, czyli nie ma dymu bez strażaków

Spontanicznie, można powiedzieć, że w dzikim amoku znalazłam się sama w samolocie lecącym do Warszawy. 
Tym razem, mąż został z całą, naszą bandą, powiększoną dodatkowo, o rybkę sąsiadów, która powtórnie trafiła do nas na przechowanie, bo jak wszyscy sąsiedzi wiedzą, jesteśmy ludźmi zimnymi, bezwzględnymi i mało empatycznymi.
Kocyk elektryczny, służący teraz dla dwóch rybków, to tylko przykrywka naszego podłego charakteru.

Wypad do kraju tak samo jak spontaniczny, był z założenia krotki, bo miał trwać sześć dni. 
Wystarczajaco dużo czasu, żeby odbyć wszystkie, możliwe wizyty lekarskie i zrobić małe, głownie farmaceutyczne, zakupy i dodatkowo totalnie się zarżnąć, bo nie ma na to lepszego określenia.

W samolocie, los posadził mnie koło młodej kobiety, lat około trzydziestu, która  nie tylko była  młoda, to jeszcze się tak czuła, a na dodatek wyglądała.
Odwiedzała NY już kilkakrotnie, cały czas zakochana w tym miejscu.
Przegadałyśmy część podróży i uświadomiłam sobie jak dwie osoby mogą postrzegać jedną rzecz diametralnie rożnie, tylko ze względu na wiek. Smutne, ale prawdziwe.

Nowy Jork widziany jej oczami był zupełnie innym miejscem. 
Oczy jej błyszczały jak opowiadała mi to wszystko co ja widziałam. 
Zachwycała się wszystkim, nawet szczurami w metrze. 
I nie mowię tego ze złośliwością, bo nie mam nic przeciwko szczurom, bardzo inteligentne gryzonie, tylko ze słabym "pi arem".

Chyba nigdy wcześniej nie odczułam tego tak wyraźnie, nawet mając dzieci i prowadząc z nimi rozmowy o życiu, że jestem przedstawicielem innego gatunku, (raczej wymarłego, dinozaurów na przykład).
Dość szybko pocieszyłam się myślą, że przecież wszyscy albo lubią dinozaury, albo się ich boją i z tak poprawionym samopoczuciem wkroczyłam kolejny raz na ziemię przodków.

Kraina protoplastów przywitała mnie rozkwitem lata, słońcem i realnym, zagrożeniem przegrzania się w tych wszystkich warstwach, które miałam na sobie, potrzebnych do przeżycia zimy w Stanach.

Dotarłam do domu, wpadłam w ramiona rodziny, rozpoczynając w międzyczasie proces gruntownej zmiany wizerunku. 
W efekcie zaczęłam wyglądać jak te amerykańskie pacany w krótkich spodenkach w śniegu.
Nie zaczęłam, co prawda latać na pół goło, ale i tak wszyscy usiłowali mnie na siłę ubierać.
Po paru dniach trochę mi przeszło i zaczęłam się zachowywać normalnie, znaczy komórki mózgowe bezpowrotnie mi się nie ugotowały.

Rozpoczęłam proces diagnostyczny, w celach logistycznych uruchomiłam znajomą korporację. Zaraz na początku natknęłam się na znajomego pana taksówkarza, który wykazał pewne zaniepokojenie, że nie widział mnie przez dłuższy czas.
Po czym energicznie zaczął ze mną flirtować i wprowadził mnie w szczegóły załatwiania swojej i szwagra emerytury, (wyjątkowo perfidne), i ogólnego stanu zdrowia wnuczków, (swoich, szwagier się nie załapał).
Od razu poczułam się jak w domu.

I gdy ja sobie w takim, miłym towarzystwie wizytowałem rożne placówki medyczne, w Stanach dochodziło do mrożących krew w żyłach sytuacji.

Z rozwianym włosem wpadłam do domu, przegryźć coś i lecieć dalej kontrolować swoje organy wewnętrzne, kiedy przyszedł e-mail informujący mnie, że w moim domu, w Stanach detektor dymu rozszalał się w piwnicy.

Złapałam za telefon i przepytałam na okoliczność ewentualnego wycia systemu córkę. Moje starsze dziecko, wkurzone jak norka nie mogło sobie poradzić z wyłączeniem upojnych dzięków. 
Dodatkowo, w trakcie rozmowy ze mną do domu włamali się strażacy. 
Pod dom podjechały trzy wielkie wozy strażackie, dostarczając rozrywki sąsiadom i płosząc obżerającą się zwierzynę łowną.

Ponieważ w Stanach był poranek junior trwał jeszcze w objęciach Morfeusza.
Panowie wpadli do piwnicy, nakryli w niej Latynosa, który zadymił i zakurzył całe pomieszczenie i wystraszyli biedaka prawie na smierć.
Zrobili porządek z systemem, następnie zażądali rozmowy przez telefon oczywiście, ze mną. 
Poinformowali mnie, że nasz fachowiec jełop ma zakrywać czujniki, bo wprowadza w błąd amerykańskie służby ratunkowe, które z założenia istnieją żeby służyć, ale najchętniej nie idiotom.

Zgodziłam się, co do okoliczności, grzecznie przeprosiłam, (mam sentyment do strażaków) i panowie odjechali. 
Niestety nie zostawili żadnego fajnego kalendarza z porozbieranymi strażakami, ale prawdopodobnie nie chcieli zgorszyć nieletniego dziewczątka.
Odjechali z pompą i paradą, a junior przez cały czas trwania akcji się nie obudził, proszę jak mu ładnie służy to amerykańskie, oceaniczne powietrze.

Tutaj małe wyjaśnienie, w naszej dzielnicy występków o charakterze kryminalnym jest niewiele, (Dzięki Bogu). W praktyce, jak komuś zadymi kominek pod domem stoi od razu cała kawalkada wozów strażackich, bo chłopaki zwyczajnie się nudzą i potrzebują ruchu.

Moja córka była ogólnie rozbawiona całą akcją, zrobiła zdjęcia samochodów przed domem i żartownisia wysłała fotki do tatusia, (zdaje się, że bez komentarza).
Po paru sekundach miałam już na linii męża, który chyba nie do końca docenił humorystyczny wydźwięk sytuacji.

W międzyczasie, prawie w trakcie badań zaczęłam dostawać smsy od zaniepokojonych sąsiadek. Widok wozów strażackich najwyraźniej rozruszał całą okolicę i prawdopodobnie częstotliwość spacerów z psiakami znacznie wzrosła.

O faciu w piwnicy wszyscy zapomnieli, dalej sobie cichutko dewastował podłogę.

Następnego dnia fachowiec znowu dzielnie stawił się na posterunku i zaszył w podziemiach. 
Wygląda na to, że trafił nam się kawał twardziela, bo według mnie on pracuje tak legalnie, jak ja uprawiam zapasy w błocie. 
(Informacja dla tych co mnie nie znają i znają, słowo honoru, nie uprawiam).

Pechowo dla facia podłogowego, Plenipotenta najwyraźniej rownież nie rozbawiła wizyta dziarskich strażaków, bo za karę przetrzymał biedaka w piwnicy do nocy.
Przyjechał po niego bardzo późno, a najśmieszniejsze było, że wszyscy myśleli, że już go tam dawno nie ma, bo najwyraźniej bał się wcześniej wyjść.




środa, 6 lutego 2019

Wielka moc słowa pisanego, czyli horror amerykańskich lektur



Zgnębiona i skrajnie wyczerpana pochłanianiem wiedzy na poziomie amerykańskiej, szkoły podstawowej, postanowiłam zadumać się chwilę nad sensem doboru lektur i ich wpływu na nasze życie.

Temat niby nudny jak flaki z olejem, ale czy książki, które pochłanialiśmy bardziej lub mniej dobrowolnie w dzieciństwie nie ukształtowały w dużej mierze naszej osobowości ? 
Zdarzały się co prawda osobniki, które starały się pochłaniać jak najmniej, ale coś tam każdy załapał, nawet ci najbardziej oporni.



Do tej pory pamietam pierwszą książkę, którą wypożyczyłam samodzielnie z biblioteki szkolnej w drugiej klasie, wybrałam sobie inteligentnie "O psie, który jeździł koleją". 
(A mogłam o kotku Filemonie, inteligentka w ząbek czesana).


Obecnie owa książka znajduje się w zestawie lektur obowiązkowych. Do tej pory pamiętam, jak ryczałam jak bóbr na koniec. (Można się łatwo domyślić, że nie z powodu wzruszenia związanego z radosnym zakończeniem). 

Może dlatego nie jestem psychopatką, dokarmiam wiekszą część populacji okolicznego zwierzyńca i mój rybek ma swój koc elektryczny, a może po prostu taka miałam być, nawet jeżeli w życiu nie przeczytałbym żadnej książki. (DNA ma swoje prawa).


Porzucając gdybanie, bo analfabetyzm raczej mi już nie grozi, skupmy się na słowie pisanym dla dzieci i młodzieży.
I z ręką na sercu nie wiem co jest gorsze amerykańska podstawówka czy liceum.


Na razie skupię się na juniorze, o licealnych lekturach będzie trochę pózniej, muszę sobie dozować wrażenia, bo siły już nie te.


Jesteśmy w Stanach od półtora roku, przez ten czas mój syn przeczytał serię książek o wszystkich, możliwych kataklizmach, w których brały udział bohaterskie dzieci, o dzieciństwie sportowców, kilka dokumentów o zwierzętach i roślinach i książkę pod tytułem "Stone fox". 
Podsumowując książki były albo nudne, albo straszne, nic pomiędzy.



I tutaj nie odmówię sobie przyjemności streszczenia lektury głównej. 
Chłopiec sierota, chcąc uratować farmę dziadka, który w między czasie wpadł w depresję (powód nieznany), bierze udział w wyścigu psich zaprzęgów. 
Oczywiście ma nadzieję na wygraną pieniężną, są tylko dwa, małe problemy, po pierwsze ma tylko jednego psa, (ukochaną sukę), a po drugie niezwyciężonego rywala Indianina, corocznego zwycięzcę, tajemniczego, małomównego twardziela o posępnym spojrzeniu.



Normalnie nie opowiadam zakończeń, ale tym razem nie zdzierżę. 
Wyścig pełen emocji trwa, dzielna suka daje z siebie wszystko co może z miłości do dziecka i pada kilka metrów przed metą.



Indianin, normalnie postrach okolicznych mieszkańców, okazuje się szlachetnym człowiekiem, wstrzymuje jednym spojrzeniem resztę zawodników, żeby chłopiec mógł wygrać wyścig. 
I dzieciak wygrywa, niosąc nieżywego psa na rękach i ciągnąc za sobą zaprzęg, przekracza linię mety, wygrywa pieniądze, ratuje farmę, a mnie się chce wyć, prawdopodobnie bardziej niż wszystkie psy w tej książce razem wzięte.



To była tak zwana lektura wiodąca w zeszłym roku. Ze względu na braki językowe syna, musiałam mu tę książkę przeczytać i przetłumaczyć co do słowa. 
Miałam ubaw po pachy, można powiedzieć.
I tutaj mogłabym się retorycznie zapytać: "Za jakie grzechy ?"


I najwyraźniej tych grzechów mi ciągle przybywa, bo w tym roku, taką lekturą jest książka o Indiance. W wolnym tłumaczeniu, "Domek z brzozowej kory".

Jako pasjonatka Indian ucieszyłam się z tematu, licząc w duchu, że tym razem się obejdzie bez traum, a dodatkowo junior zapała gorącym uczuciem do kultury indiańskiej.

Początek zaczął się sielankowo, od widoku wyspy, na której żyło plemię Indian, (czas zdecydowanie przeszły), bo wszyscy umarli na czarną ospę, oprócz jednej, ocalałej, malutkiej dziewczynki raczkującej wsród leżących ciał rodziny. 


Taki ładny prolog, żeby przyciągnąć uwagę młodego czytelnika i nastroić go odpowiednio.
Ja już poczułam się rozstrojona wystarczajaco, ale wyjścia niestety nie miałam i dalej pochłaniam dzieło. 



Po szokującym początku, książka pozornie jest nudnawa. Pozornie, bo obfituje w urocze momenty zabijania zwierząt, zdzierania skór, łapania ptaków, ukręcania im łebków, patroszenia itd. 
Główna bohaterka ma 7 lat, czyli idealny wiek na polowania można powiedzieć.



Trochę te klimaty mi się nie zgadzają z Winnetou. (Romantyzm zdechł, albo raczej został mu ukręcony łeb).
W tym momencie fakt, że Karol May był do szpiku Niemcem, zupełnie nie ma znaczenia. Najwyraźniej niemieckie obywatelstwo nie przeszkadzało mu rozbudzić miłości do Dzikiego Zachodu wśród czytelników. Przynajmniej ze mną mu się udało, w odróżnieniu od autorki "Domku z brzozowej kory"



Tymczasem autorka naszej, indiańskiej lektury, szczyci się korzeniami rdzennych Amerykanów, oraz całym szeregiem nagród literackich.
Gratulacje, tylko może pomijając pochodzenie, powinna się zastanowić nad innym wyborem zawodu. 
A jeżeli pisanie stanowi jej pasję i sens życia, (chylę czoło), to może niech chociaż nie będzie obowiązkowe dla dzieci i w ogóle najlepiej dla nikogo. 



Jestem mniej więcej w połowie książki i jak na razie nie ma fajerwerków, (delikatnie rzecz ujmując).
Patrzę na mojego syna, który karnie, chociaż bez większego entuzjazmu czyta i zastanawiam się czy on w przyszłości będzie miał takie samo romantyczne spojrzenie na Indian jak ja.
Uczciwie przyznaję, w książce, codzienne życie Indian jest przedstawione bardzo wiernie i dokładnie, może nawet za bardzo. 
Dla dorosłego czytelnika prawdopodobnie wiele szczegółów może być ciekawych, ale dla dziecka, na przykład jednostronicowy opis jak śmierdział niedźwiedź może już niekoniecznie.


I tutaj wyjdzie ze mnie polska skłonność do węszenia teorii spiskowych. Nie mam wśród przodków Indian, ani na przykład Eskimosów, ale jestem przekonana, że gdybym musiała napisać o nich książkę dla dzieci, byłaby bardziej pozytywna, rozbudzające wyobraźnię i przede wszystkim sympatię. 


Czytając to arcydzieło, ostatnie uczucie jakie człowiek w sobie odkrywa to sympatia dla głównych bohaterów.
Wracając do teorii spiskowej, komu tak strasznie zależało, żeby przedstawić Indian w tak nudnawo-niekorzystnym świetle, przy jednoczesnym wmawianiu wszystkim, że jest to wspaniała lektura.



Nie umiem wielu rzeczy, ale umiem docenić dobrą książką, bez względu na fakt, czy jest to bajka, dukument czy krwawy kryminał.
A ponieważ zawsze staram się brać pod uwagę, że jestem nieobiektywna, chwyciłam córkę i zmusiłam biedulę do przeczytania jednego rozdziału i podzielenia się wrażeniami z matką.



Moje inteligentne dziecko, pechowo trafiło na rozdział z ukręcaniem głów ptakom, tudzież opisem głowy rodziny. 
Córka lekko zszarzała, (po mamusi ma słabość do zwierzaków), po czym w krótkich słowach przedstawiła recenzję. 
Stwierdziła: "osobowość dwubiegunowa despoty", (to o ojcu małej Indianki) i "nic dziwnego, że ty tak źle wyglądasz, jak czytasz to paskudztwo", to dla odmiany było o mnie.



Ja się nie upieram, że my Polacy to mamy same literackie "tęcze i jednorożce". 
Nie przesadzajmy, część naszych lektur potrafi wykończyć. "Janko Muzykant", (nic tylko siąść i płakać),"Anielka" (podobnie) i "Antek", na przykład który mógłby służyć za scenariusz do horroru.



Ale dla równowagi mamy rownież mnóstwo optymistycznych, przygodowych i rozbudzających wyobraźnię książek zarówno dla chłopców jak i dziewczynek. (Szklarski, Nienacki, Makuszyński, Musierowicz, Siesicka, bezsprzeczna królowa Chmielewska i wielu innych).
A żeby nie było, że zachwycam się tylko patriotycznie, to część naprawdę dobrych pozycji, to są tłumaczenia z całego świata, na przykład fantastyka dla dorosłych i dla dzieci, (Muminki rządzą !).



Uważam, że dzieci poprzez książki powinny poznawać świat ze wszystkich stron, smutnych, strasznych, śmiesznych, współczujących i brutalnych. 
Nic tak nie rozwija wyobraźni jak dobrze napisana książka i jednocześnie nic tak nie niszczy
psychiki jak tekst nieodpowiedni dla danego czytelnika na określonym etapie jego życia.
Dzieci nie można trzymać pod szklanym kloszem cały czas, ale nie wolno im fundować koszmarów i przerażać w imię źle pojętego rozwoju intelektualnego.



Bądźmy realistami, skoro taka lektura szkolna, mówiąc delikatnie psuje mi, osobie dorosłej dobry nastrój, wręcz mnie męczy to jak wpłynie na dziecko ?
W najlepszym razie nie wpłynie, w najgorszym zacznie w praktyce sprawdzać jak to jest z tym ukręcaniem łebków, ewentualnie ściąganiem skór.

sobota, 2 lutego 2019

Humor z życia, czyli miło, strasznie i absurdalnie

Ostatnie wydarzenia szkolne uświadomiły mi, że należy trochę zmienić nastrój i na przekór wszystkiemu trochę wyluzować i jak mówią Panowie z mojego ulubionego kabaretu Smile: "Zluzować lejce", ewentualnie "Zluzować majty", ale na razie skupmy się na "lejcach". 
Kto wie może kiedyś nadejdzie czas na rozmowy o bieliźnie osobistej.


Już od dłuższego czasu obserwuję tubylców i tak zwane różnice kulturowe, które mocno dają mi się we znaki. W końcu doszłam do odkrywczego wniosku, (bo najwyraźniej tylko takie miewam), że popełniam błąd określając je różnicami, tajemnica bowiem według mnie tkwi w kategoryzacji.

Tak naprawdę ludzie wszędzie są "tacy sami tylko inni".
Na przykład to co w USA jest normą w Polsce jest szczytem idiotyzmu, a to dla odmiany co u nas w kraju jest standardem w Stanach jest postrzegane jako egzotyczne zwyczaje dzikich krajów, które ciężko znaleźć na mapie, najlepiej tam nigdy nie jechać, a ich mieszkańców unikać za wszelką cenę. 
To tłumaczyłoby moje emigracyjne problemy interpersonalne.

Życie w Ameryce obfituje w rożnego rodzaju przeżycia, od absurdalnych, przez straszne na śmiesznych i miłych skończywszy. 
Prawdziwym wyzwaniem jest dostrzegać pozytywy, nie dać się zwariować absurdom, a przede wszystkim pozostać sobą. 
W teorii mały pikuś, w praktyce orka na ugorze, gdzie tępy pług ciągniemy osobiście, bo chętnych wołów do pomocy jakoś brak.

Jako pozytywnie nastawiony do życia wół, (brzmi zdecydowanie lepiej niż krowa), zacznę od miłych "różnic kulturowych". (Takie też, choć czasami ciężko w to uwierzyć, istnieją).

W wielu urzędach i sklepach zauważyłam coś, co w Polsce, przynajmniej według mojej wiedzy nie istnieje, zatrudniani są mianowicie starsi ludzie. I nie mowię tu o żywotnych sześćdziesięciolatkach, które mają lepszą kondycję niż ja, ale o osobach grubo po osiemdziesiątce. 
Przez grubo rozumiem co najmniej dekadę. 

Seniorzy zatrudniani są w charakterze pomocników, asystentów asystentów, informatorów itd. 
W jednej klinice taki pan odpowiedzialny był za podawanie ankiet i długopisów.

Home goods to jeden z kilku moich, ulubionych, amerykańskich sklepów. 
To skarbiec rzeczy tak zwanego codziennego użytku, łącznie z mniejszymi meblami, dywanami, dekoracjami, artykułami spożywczymi i milionami zupełnie niepraktycznych, obłędnych rzeczy.
Gdyby ktoś musiał umeblować w dwie godziny małe mieszkanko, gorąco polecam ten sklep, myślę, że nie musiałby się nawet specjalnie starać, a dodatkowo mógłby urządzić pokój dla dowolnego zwierzaka, (tematyczny).

I oto jesteśmy w takim sklepie, kupując ramkę na dyplom juniora, (sukcesy szkolne zobowiązują) i kilka kompletnie zbędnych rzeczy, (wyprzedaże zobowiązują), kiedy w kasie natknęliśmy się na staruszka.
Prawdopodobnie miał osiemdziesiątkę z małym ogonkiem. Wyglądał i zachowywał się jakby zbliżał się do setki. Był przeuroczy, sympatyczny, tylko ledwo stał. Poetycko rzecz ujmując lekki powiew wiatru mógłby go dosłownie rozłożyć na obie łopatki.

I on miał nam zapakować te szklane drobiazgi, które w szaleństwie nabyliśmy.
Podstępnie połowę zapakowałam, za niego, zanim się zorientował, ale z drugą już kulturalnie czekaliśmy, żeby mu nie robić przykrości.
Trwało to, mówiąc delikatnie długo i w międzyczasie tak sobie filozoficznie rozmyślałam jaki jest sens takich działań. 

Na pewno takie osoby czują się potrzebne, prawdopodobnie mniej samotne, ale chyba jako szefowa sklepu, zorganizowałabym sympatycznemu panu jakieś mniej aktywne stanowisko, może siedzące.

Co nie zmienia faktu, że bardzo nam się sympatycznie stało pół godziny przy kasie i wymieniało uśmiechy z kulturalnym, starszym panem.

Druga sytuacja dość ciężka do wyobrażenia sobie w Polsce, powtarza się dość często w rożnych urzędach bądź punktach usługowych, polega na wymianie uprzejmości między wielką panią w wieku pomenopauzalnym i wchodzącym petentem, mężczyzną również słusznych gabarytów tylko o parę dekad młodszego. 

U nas, oczywiście o ile nie mamy do czynienia ze skrajnymi prymitywami następuje standardowa wymiana formułek grzecznościowych, a w USA wielokrotnie słyszałam radosne powitanie „Cukiereczku”, “Słodziaczku”, “Skarbusiu” itd.

Od razu przyznam się szczerze, że na ogół takie uwagi padają pod adresem mojego męża, a nie mnie i zawsze go uszczęśliwiają. Co ciekawe najczęściej zwracają się do niego w ten sposób panie podchodzenia afroamerykańskiego, najwyraźniej wyrośnięte  blondaski mają swój urok.

I kończąc temat „słodkości”, bez względu czy uśmiechy są szczere czy nie, zdecydowanie w Stanach ludzie uśmiechają się częściej niż w Polsce.

I teraz na chwilę zmieńmy kraj (czyli tak zwany punkt siedzenia):

Co pomyślelibyśmy w Polsce na widok staruszka na kasie ? Wszyscy uważaliby takie postępowanie za oburzające, wykorzystywanie starego, schorowanego człowieka. 
Gdyby jakaś miła pani urzędniczka zwróciła się do petenta per „Słodziaczek”, prawdopodobnie zamiast szelmowskiego uśmiechu, dostałaby w prezencie naganę na piśmie.
Jak długo my, jako naród bylibyśmy w stanie znosić trochę za częste, puste uśmiechy, myślę, że stosunkowo krótko,  na dłuższą metę uważalibyśmy je za męczące, płytkie i fałszywe.

Teraz trochę absurdów. (Moje hobby).

Przed szkołą juniora wylała się woda. Nie wiem skąd, pewnie na skutek niskich temperatur pękła jakaś rura. W efekcie powstało średnich rozmiarów, urocze, bardzo płytkie lodowisko. Nieodpowiednie na łyżwy, ale świetne na ślizganie się na butach. 

Marzenie każdego dzieciaka z mojego dzieciństwa. Pamiętam, że identyczne lodowisko przed moją podstawówką pan woźny robił metodą chałupniczą, operując wężem z wodą.
Jak woda zamarzała wszyscy szaleli, na czym kto miał, (nie wszyscy mieli łyżwy, ustrój i te sprawy), żadnych złamań nie pamiętam.

Co zrobiły władze szkolne ? Otoczyły teren szlabanami i żółtymi taśmami, wzbraniającymi wstępu. Oczywiście wszystko to w strachu przed ewentualnymi uszkodzeniami ciała, (złamaniami, skręceniami) i co najważniejsze pozwami.

Po moich przeżyciach z dwójką dzieci, która zdecydowała się rozpocząć przygodę z medycyną w USA od złamań, rozumiem postawę kierownictwa.
Swoją drogą, chyba nigdzie indziej nie widziałam tyle kontuzji wśród dzieci jak w Ameryce, zwłaszcza łamanie nóg jest tutaj niezwykle popularne. 
Muszę kiedyś zgłębić ten temat, ewidentnie jest coś w powietrzu.

A jak już jesteśmy w tematach szkolnych to trochę o czytaniu. Doprowadzona do ostateczności, zażądałam od juniora kategorycznego wypożyczenia mi lektury w celu zapoznania się z treścią dzieła. 
Jak do tej pory bowiem proces poznawczy wyglądał następującego, syn wracał ze szkoły z informacją, że na następny dzień ma przeczytać cały rozdział, (średnio 20 stron) i napisać opracowanie „tabelkowe”.
Gdyby owe dzieło o dzielnej Indiance było po polsku, to nie byłoby problemu, w przypadku języka tak zwanego drugiego, to jest to parę godzin niezłego wysiłku intelektualnego całej rodziny.

Junior, (bystrzak), przewidywał kłopoty z argumentacją, przytomnie kazałam mu powiedzieć czystą prawdę, że lekturę potrzebuje dla spragnionej wyzwań intelektualnych mamusi.

Pani książkę pożyczyła, wymuszając na synu przysięgę, (śmiertelnie poważnie), że po pierwsze nikt się o tym nie dowie, a po drugie jak przeczyta wcześniej następny rozdział to ona o tym nie chce wiedzieć i nikt inny nie może, bo nie czyta się z wyprzedzeniem.

I tutaj przyznam się, chwilę zajęło mi znalezienie sensownych argumentów, ale może chodzi o to jak szybko dzieci opanowują teksty, dodatkowo pod presją czasu.
Swoją drogą poczułam satysfakcję, że obawa, w przypadku odmowy, spowoduje moją, następną wizytę w szkole była większa od zakazu wypożyczenia książki do domu.

I jak już jestem w temacie kształcenia młodych, (niekoniecznie ludzkich), pokoleń, to sposób w jaki traktują Amerykanie swoje zwierzaki zasługuje na uznanie. Rozpieszczają je, chronią i ogólnie traktują jak członków rodziny, (tych kochanych).

I znowu zmieńmy położenie geograficzne na nasze, rodzime. Odpowiedzialna pełna troski o zdrowie dzieci, postawa szkoły w sprawie ślizgawki byłaby czystym idiotyzmem, wszyscy wiemy, że w zimie trzeba się ślizgać, to część normalnego dzieciństwa. 
Rodzice jak nic wystosowaliby petycję i zorganizowali dyżury opiekuńcze z gorącą czekoladą w formie bonusa.

Zakaz czytania z wyprzedzeniem, bez względu na ambitne założenia wszyscy potraktowaliby jako  jeden, wielki kretynizm, zwłaszcza w przypadku dzieci mających problemy z językiem, czy z czytaniem i potrzebujących więcej czasu. 
Tego rodzaju presja, co jest dość klarowne dla wszystkich, jest świetna do tworzenia analfabetów.

Rozpieszczanie czworonogów, jest ze wszech miar chwalebne bez względu na kontynent, ale tylko wtedy, kiedy nie traktuje się zwierzaków lepiej i nie kocha bardziej niż własne dzieci, bo to jednak nie jest to samo, chociaż Amerykanie mają na ten temat rożne opinie.

I na koniec trochę sytuacji lekko humorystycznych

Do szkoły juniora chodzi dwóch braci hindusów Sikhów. Wygląda to bardzo ciekawie, bo noszą turbany, chociaż w przypadku tych dzieciaków wygląda to raczej jak kulki włosów owinięte chustkami. 
Sikhom nie wolno włosów ani ścinać, ani ich pokazywać poza domem.

Jeden z braci jest w wieku syna, pewnego dnia moje urocze dziecko zabawiało mnie rozmową podczas powrotu do domu ze szkoły dokładnym opisem włosów kolegi. 
Minęła chwila zanim załapałam o kim on mówi. 
Otóż kolega, zapominając najwyraźniej na chwilę o wymogach religijnych, tudzież nakazach rodzicielskich, rozwinął swój turbanik i pokazał swoje włosy w całe okazałości, a było co podziwiać, bo bujny włos spływał prawie do kostek. Gdy już cała grupa kumpli poczuła się usatysfakcjonowana, na luziku, sprawnie zwinął włosy w uroczą kulkę i obwiązał chustką.

Pozostając w tematach szkolnych, nieustannie mnie zadziwia jeden nauczyciel, który bez względu na temperaturę panującą na zewnątrz wyprowadza dzieci ze szkoły w samej koszuli, dla specjalnego efektu z podwiniętymi rękawami.

Kiedyś na moje nieśmiałe pytanie czy troszkę nie marznie, odpowiedział, że cytuję:
„Ja jestem z Chicago”. Najwyraźniej to dumne stwierdzenie miało wszystko tłumaczyć. 
Niestety mało tego, że nic mi nie wyjaśniło, to jeszcze nie zrobiło na mnie pożądanego wrażenia, może gdyby powiedział, że jest z Alaski, a dodatkowo lubi sobie robić wypady w kostiumie kąpielowym na Syberię, to może zaparłoby mi dech z wrażenia, (lub mrozu).

Tymczasem ostatnio okazało się, że do Chicago dotarł jakiś koszmarny front, (lodowaty) i uszczęśliwił mieszkańców temperaturą minus 50 stopni Celsjusza.
Faktycznie z tej perspektywy minus 5 to pogoda w sam raz na krótki rękawek.

I na koniec mały absurd motoryzacyjny. Nasza córka, robi prawo jazdy, zdała część teoretyczną, teraz jeździ dwa razy w tygodniu na pogadanki o agresji za kierownicą, (albo raczej jej braku), narkotykach, alkoholu itd. (mam nadzieję, że też raczej o ich braku podczas prowadzenia pojazdów).

Zanim zacznie jeździć z instruktorem, rodzic, w tym przypadku tatuś musi z nią przejeździć 40 godzin. Ona prowadzi, on siedzi obok i oprócz gorących modlitw, pilnuje, żeby nikogo nie zabiła, nic nie uszkodziła i nauczyła się prowadzić samochód. 
I tak sobie radośnie jeżdżą po uliczkach, (słabo uczęszczanych, ale mimo wszystko).

I teraz już naprawdę ostatni raz przenieśmy się do Polski.

Na pewno części rodzicom podobałby się fakt przyjaźni swojego dziecka z Sikhem.
Może potraktowaliby taką przygodę jako przeżycie poszerzające horyzonty i uczące tolerancji, ale ilu rodziców obawiałoby się takiego niepożądanego kontaktu kto wie, może z „przyszłym” terrorystą w turbanie ?

Rodzinne jazdy szkoleniowe, z jednej strony fajny pomysł, dziecko spędza czas z tatusiem nawiązują więzi, (w obliczu ciągłego zagrożenia życia niezwykle silne) i ogólnie uczy się bezstresowo jeździć, ale z drugiej strony jazda nieoznakowanym samochodem, który prowadzi niedoświadczony dzieciak to szczyt głupoty i totalnego braku wyobraźni.

Roznegliżowanego nauczyciela pominę milczeniem, (zabrakło mi argumentów), widocznie jest twardzielem i nie marznie w żadnej szerokości geograficznej.