Długo zastanawiałam się, czy umieścić ten wpis, ponieważ jest niezwykle osobisty, a zarazem mocno różni się od reszty postów. W życiu niestety zdarzają się sytuacje, kiedy okoliczności spychają człowieka pod ścianę i może już w nią tylko walić głową. To był właśnie taki moment. Jednak w chwili, kiedy już miałam uderzyć w mur, znaleźli się ludzie, którzy podłożyli mi poduszkę.
W momencie, kiedy zdecydowaliśmy się na emigrację, dla wszystkich było oczywiste, że będziemy mieli dwa domy. Jeden w Warszawie, gdzie zamieszkali moi rodzice, i drugi, nowy w Stanach. Pomimo że podczas przeprowadzki do Ameryki zabraliśmy ze sobą wiele rzeczy, większość została i moi rodzice dzielnie stanęli na straży naszego polskiego „majątku”.
Przez pierwsze pięć lat, kiedy wynajmowaliśmy dom, uczucie rozdwojenia serca – bo „tam dom, gdzie serce twoje” – było stosunkowo niewielkie. Kiedy jednak kupiliśmy własny dom, pojawiło się rozdarcie nie do zacerowania. Fakt, że zdecydowaliśmy się na tak poważny krok, jakim jest zakup nieruchomości w obcym kraju, daleko od ludzi i miejsc, które kochaliśmy, zmieniał wszystko. Przede wszystkim zniknęło poczucie tymczasowości i obawa, że w każdej chwili ktoś może cię wyrzucić, zabronić trzymania zwierzaka albo po prostu przyjść i wykarczować wszystko, co zielone w ogrodzie. Razem z ciężarem odpowiedzialności za ogromny kredyt oraz nieustannymi, małymi i dużymi naprawami, pojawiło się uczucie błogiego spokoju.
I w takiej sielance, mimo pandemii, przeżyliśmy dwa lata. Śmierć moich rodziców w ciągu pół roku zmieniła wszystko. Stanęłam przed zadaniem, które w normalnych warunkach byłoby niezwykle ciężkie, a po śmierci Matki stało się czystą traumą. Musiałam zlikwidować nasze mieszkanie w Warszawie, żeby wystawić je na sprzedaż. Musiałam to zrobić sama, bo mąż musiał wrócić do Stanów.
Przytomnie zostawiłam sobie do pomocy panią, która opiekowała się moimi rodzicami, i była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu. Oprócz wsparcia moralnego była to pomoc w ciężkiej, fizycznej pracy. Robiłam selekcję rzeczy do oddania, wyrzucenia i zabrania do Stanów. W praktyce chodziłam po mieszkaniu i podejmowałam setki decyzji, co zatrzymać w naszym życiu, a czego się pozbyć na zawsze. Ja decydowałam, a pani Ania (Anioł pod przykrywką) chodziła za mną i płakała.
O ile meble, chociaż bardzo je lubiłam, mogłam oddać, o tyle problemem okazały się te wszystkie drobne rzeczy, które zalegają w każdym domu. Pamiątki, książki, „kryształy rodowe” – w większości przedmioty nieposiadające prawie żadnej materialnej wartości, za to naładowane emocjami, piętrzyły się przede mną, a wybór był wręcz fizycznie bolesny. Mieliśmy ponad trzy tysiące książek, oddałam dwa i pół tysiąca. Reszta miała trafić do naszego domu w Ameryce.
Ciekawa sprawa z książkami – im są starsze, tym trudniej się ich pozbyć. Z ciężkim sercem, ale w miarę sprawnie pakowałam te najnowsze. Pomału robiło się coraz trudniej, aż doszłam do momentu, w którym nie byłam w stanie oddać reszty. Podobnie rzecz się miała z innymi przedmiotami. W pewnym momencie osiągnęłam stan, w którym nie mogłam stracić już nic więcej.
Wtedy pojawiła się firma transportowa, która za ciężkie pieniądze miała przewieźć drogą morską wszystko ładnie popakowane w kartony. Ponieważ była to tzw. drobnica, liczba kartonów była ograniczona. Już podczas pierwszego spotkania zapoznawczego pan koordynator uświadomił mi brutalną prawdę, że nie wszystko się zmieści. Poradził, żebym pożegnała się z pościelą, kocami i ręcznikami.
Na tym etapie zaczęłam już pomału tracić ludzkie odruchy. Zakupiłam cztery dodatkowe walizki do samolotu, a ponieważ w międzyczasie do Polski dotarł Junior, pojawiła się nie tylko pomoc, ale również dodatkowy limit bagażu. W efekcie do Stanów wracaliśmy z sześcioma wielkimi walizkami i dwiema podręcznymi, ale to było potem.
Razem z panią Anią zapakowałam cztery walizki, modląc się w duchu, żeby to wystarczyło. Pozostałe rzeczy leżały w stosach ułożonych na podłodze, w tym wszystkie moje ukochane książki. Dokładnie wtedy, według planu, stawili się panowie od przeprowadzki – trzech „pakowaczy”, z czego jeden zarządzał całym procesem.
Ze względu na liczbę rzeczy proces pakowania miał się odbywać na zasadzie priorytetów. Całe mieszkanie zostało podzielone na sektory. Planowo panowie mieli zacząć od najważniejszych przedmiotów, a jeżeli starczy miejsca – spróbować dopakować coś mniej priorytetowego.
Jeżeli ktoś nie wie, jak wygląda procedura pakowania tzw. mienia przesiedleńczego, już wyjaśniam. Wszystko muszą pakować specjaliści, nic nie można upchnąć, ścisnąć czy ogólnie pokombinować. Rozstawiają stanowiska pracy i uzbrojeni w papier, folię bąbelkową oraz kilometry taśmy klejącej – pakują. Ja mogłam tylko siedzieć i bezsilnie obserwować. Kiedy po opróżnieniu tylko dwóch półek okazało się, że zamknęli trzy kartony, a to nawet nie był jeden procent całości, zaczęłam płakać. Siedziałam i po policzkach leciały mi łzy w zupełnej ciszy.
W panią Anię, oazę spokoju, dosłownie trafił szlag. Najpierw mnie zwymyślała, potem pocieszyła, a na końcu kazała zamknąć się w pokoju i zająć czymś konstruktywnym. W moim przypadku oznaczało to załatwianie masy formalności, które pojawiają się po śmierci bliskiej osoby. Po prostu ubaw po pachy.
Panowie pakowacze bardzo szybko zorientowali się, że sytuacja ociupinkę odbiega od standardowej wysyłki. Moja hierarchia wartości była, delikatnie rzecz ujmując, interesująca. W oczach postronnej osoby mój sposób selekcji – opierający się na wybieraniu „śmieci” zamiast przedmiotów wartościowych – mógł wydawać się dziwny. Po krótkiej informacji, dlaczego likwiduję mieszkanie, powiedzieli mi, żebym się nie martwiła. A ja patrzyłam, jak rośnie sterta kartonów, a rzeczy do zapakowania jakoś nie ubywa. Widziałam, że dadzą radę z „rodowymi zastawami”, ale ja miałam wielką walizkę zdjęć i ponad 500 książek. Wiedziałam, że będę musiała coś poświęcić.
Po powtórnej próbie obserwacji postępów pakowania poddałam się i zamknęłam w pokoju. Stwierdziłam, że muszę chociaż na chwilę odizolować się od tego dramatu, bo padnę klasycznym trupem – i to nie tylko w sensie metaforycznym. Po godzinie wzięłam się w garść, gotowa stawić czoło strasznej rzeczywistości. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że zdjęcia i wszystkie książki zniknęły. Pan szef pakowacz spojrzał na mnie i powiedział: „Już teraz może pani być spokojna, bo to przecież na tych książkach pani najbardziej zależało, prawda?”. Skąd to wiedział? Pozostanie to dla mnie tajemnicą.
Panowie podeszli do pakowania mojego dobytku w sposób kreatywny – zamiast folii i papieru użyli pościeli i ręczników. I nieważne, czy zrobili to z litości, uprzejmości, czy po prostu byli przyzwoitymi ludźmi. Zamknęli w sumie 60 kartonów różnej wielkości. Udało im się zapakować wszystko. Na przekór planom i realnym możliwościom – dokonali niemożliwego.
Pani Ania ugościła ich pierogami domowej roboty w ilościach hurtowych, a ja podpisałam protokół. Podczas gdy panowie pożywiali się, ja trwałam w niedowierzaniu. W końcu stwierdziłam: „Udało wam się zapakować całe moje życie”, na co jeden z nich odpowiedział, że ma wielką nadzieję, że nie. Poprawiłam się: „Zapakowaliście wszystkie moje wspomnienia”. Panowie, totalnie wyluzowani, aczkolwiek trochę wzruszeni, stwierdzili, że przecież mówili, że mam się nie przejmować.
Przekonanie, że dobrych ludzi jest coraz mniej na tym świecie, może i jest prawdą, ale z całą pewnością można jeszcze na nich trafić. W taki sposób moje cargo popłynęło do Stanów. A jak odbyło się rozpakowywanie – to już zupełnie inna historia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz