Moja powrotna podróż do Stanów po opróżnieniu mieszkania i wysłaniu cargo zaczęła się sceną jak z filmu.
Piękny, słoneczny dzień gdzieś w Warszawie, na chodniku stoją dwie kobiety, obejmują się i płaczą, obok młody chłopak upycha do taksówki stos walizek.
Jedna z kobiet mówi do drugiej: „To nie jest pożegnanie na zawsze, przyjedziesz do mnie, jak skończy się wojna”. Tą osobą była Pani Ania, a drugą oczywiście ja we własnej, wymęczonej osobie. Chociaż jesteśmy w tym samym wieku, Pani Ania zachowywała się jak matka wysyłająca córkę w daleki, niebezpieczny świat. Na pożegnanie jeszcze walnęła mi z grubej rury: „I pamiętaj, dbaj o siebie, bo nikt nie chce chorych kobiet”.
Ciężko odmówić trafności jej stwierdzenia, aczkolwiek moja kondycja fizyczna była ostatnią rzeczą, o której wtedy myślałam. Adrenalina jest siłą, która jest w stanie – może nie „przenosić góry” – ale małe pagórki już na pewno. Do tej pory nie wiem, jak udało mi się to wszystko ogarnąć, nie paść na zawał i nie zwariować.
W końcu zapakowaliśmy się do taksówki. Ania stała na chodniku i machała nieprzerwanie, aż jej sylwetka zniknęła mi całkiem z oczu. Trwałam w odrętwieniu.
Oto pożegnałam się, technicznie rzecz biorąc, z obcą babą, Ukrainką, a tak naprawdę zostawiałam kogoś, kto był dla mnie ważniejszy niż rodzina i był ze mną w najgorszych momentach mojego życia. Pechowo dla niej złożyło się bowiem, że opiekowała się mną podczas mojego dochodzenia do siebie po dwóch operacjach i była ze mną przy śmierci moich Rodziców.
Gdybym miała ją opisać, to od zawsze przypominała mi chomika ze stalowym kręgosłupem moralnym. Porównanie do tego miłego gryzonia nie jest obelgą, tylko komplementem.
Po pierwsze, strasznie lubię chomiki, a po drugie, ich szybkość jest imponująca – jak ktoś widział chomika w pełnym galopie, to wie, o czym mówię.
Ania taka jest: miła, ciepła, obsesyjnie zbierająca i porządkująca rzeczy, a dodatkowo robi to w takim tempie, że mistrzowie olimpijscy w biegach dostaliby przy niej na bank zadyszki.
Istnieją więzi, których nie można ani zaszufladkować, ani zapomnieć. Wymykają się wszystkim mądrym, psychologicznym definicjom.
Ta, obiektywnie rzecz ujmując, obca kobieta, która opiekowała się moimi Rodzicami i mną z doskoku przez 8 lat, stała się moją „rodziną z wyboru”.
Ta melodramatyczna scena miała miejsce rok temu. Nie miałam wątpliwości, że nie stracę z nią kontaktu, i tak się stało. Wysyłamy sobie zdjęcia, dzwonimy do siebie, ona modli się za mnie i za całą moją rodzinę. Naprawdę mam wielką nadzieję, że jeszcze ją zobaczę, bo wojna kiedyś się skończy – bo przecież nic nie trwa wiecznie – i wtedy ją odwiedzę.
Po przeleceniu Oceanu, co stało się dla mnie już prawie rutyną, ja, Junior, sześć wielkich walizek, dwie podręczne, plecak i torba (w sumie 150 kg bagażu) dotarliśmy do Stanów. Nie dałam sobie czasu na załamanie nerwowe, tylko rzuciłam się w wir rozpakowywania walizek.
Tutaj będzie mała techniczna porada: jak ktoś chce przewozić kołdry, poduszki, puchate koce, radzę zaopatrzyć się w worki próżniowe. W normalnych warunkach kołdra ledwo się mieści w walizce, z poduszkami jest jeszcze gorzej. Po upchnięciu ich do specjalnych plastikowych worków i odessaniu powietrza, w jednej walizce na luziku zmieściły się 4 kołdry.
Piszę o czymś tak trywialnym, ponieważ nigdy nie przypuszczałam, że w najgorszych chwilach, jakie serwuje nam czasami życie, największe ukojenie daje stara kołdra czy poduszka, która pamięta czasy „słusznie minione”. I nie ma w tym żadnej logiki, są tylko czyste emocje.
Opróżnienie 8 walizek było świetną rozgrzewką przed dostarczeniem cargo. Podróż statkiem trochę potrwała (około 6 tygodni), ale dzięki temu zdążyliśmy kupić witrynki i dodatkową szafkę, żeby było miejsce na ekspozycję kryształów rodowych.
Mężuś w pocie czoła je składał, aczkolwiek był moment, kiedy myślałam, że mój łagodny, spokojny i niezwykle opanowany, osobisty mąż wywali wszystko do śmieci, a wcześniej mściwie te szafki porąbie. W końcu witrynki, mimo licznych przeciwności losu, stanęły, dumnie lśniąc przeszklonymi drzwiczkami, i wtedy przypłynęło cargo.
W wyznaczonym dniu na naszym podjeździe zaparkowała średniej wielkości ciężarówka i tu, dla odmiany, czterech panów „rozpakowywaczy” ruszyło do dzieła. Rozpakowywanie, ze względu na fakt, że były to tylko drobne rzeczy, a nie meble czy fortepian, sprowadziło się tak naprawdę do opróżnienia przez nich części kartonów, pogrupowania rzeczy według moich wskazówek i ułożenia ich wszędzie, gdzie się dało.
W efekcie kuchnia zatonęła pod stosami rzeczy opakowanych w papier i folię bąbelkową, kartony z książkami zablokowały możliwość poruszania się między pokojami, a w salonie na podłodze zaległy tak zwane przedmioty dekoracyjne, co w praktyce oznaczało właściwie całą resztę naszego polskiego dobytku.
Mężuś, który inteligentnie ewakuował się do pracy, obserwował postęp moich wysiłków niejako z oddalenia. Zadziałał u niego czysty instynkt samozachowawczy i nie narzucał się z oferowaniem pomocy, ponieważ ja, wychodząc ze słusznego założenia, że mężczyźnie trzeba wyartykułować potrzebę prosto z mostu, a nie liczyć, że się domyśli, poinformowałam go, żeby mnie zostawił w spokoju, bo ja muszę i chcę to zrobić sama, a jak będę czegoś potrzebowała, to poproszę.
W efekcie przez miesiąc, pracując codziennie przez 12 godzin prawie bez przerw, stworzyłam od nowa Nasz Dom.
Wreszcie, po latach, udało nam się zgromadzić w jednym miejscu 5 domów: kawalerski mojego męża, moje panieńskie lokum, mieszkanie moich Rodziców, nasz polski „apartament” i amerykańskie, nowo nabyte gniazdo. Efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Powiem szczerze, że nawet ja nie myślałam, że to będzie możliwe.
Połączenie rzeczy pochodzących z tak różnych miejsc i epok mogło doprowadzić do koszmarnego, klaustrofobicznego zagracenia przestrzeni, a mnie udało się stworzyć bezpieczną przestrzeń pełną harmonii, naładowaną wspomnieniami. Wreszcie wszystko połączyło się ze sobą w jedną, nierozerwalną całość.
I tutaj muszę się trochę cofnąć w czasie.
Podczas pakowania rzeczy w Warszawie, oprócz wielu praktycznych i dekoracyjnych przedmiotów, do cargo trafił obraz i pluszowy pies.
Obraz, aczkolwiek pamięta czasy słusznie, a nawet niesłusznie minione, niestety nie jest zagubionym dziełem van Gogha albo chociaż Picassa.
Jest sporej wielkości obrazem przedstawiającym bukiet kolorowych róż. Jak znalazł się w mojej rodzinie – już nigdy się tego nie dowiem, a wielka szkoda.
Wiem za to, że od zawsze był i od zawsze również miał dziurę wielkości solidnego kciuka. Potem doszły jeszcze inne rany kłute i cięte i w efekcie to był klasyczny obraz nędzy i rozpaczy.
Musiałam podpisywać specjalne dokumenty, że mimo tego, że on jest w takim stanie, to chcę go przewozić do Stanów, a nie wyrzucić na śmietnik, na co, myślę, panowie mieli wielką ochotę.
I tak obraz dotarł podziurawiony jak sito i z ramą, która w podróży rozpadła się na kawałki – tylko zrobiła mi uprzejmość i pękła idealnie w czterech rogach.
Jak już z grubsza wszystko rozpakowałam, to stanęłam nad tą kupką nieszczęścia i zamyśliłam się. Opór przed wyrzuceniem go był nie do przezwyciężenia.
Zakupiłam klej do drewna i skleiłam ramę. Nie było to łatwe zadanie, bo robiłam to sama i ciągle mi brakowało ręki, żeby się wszystko trzymało i nie rozpadło. Potem pomalowałam kawałki kanwy i podkleiłam wszystkie dziury i rozcięcia od wewnętrznej strony, a na końcu kupiłam mały zestaw farb olejnych i zaczęłam się modlić do wszystkich sił o odrobinę talentu, ewentualnie farta.
Nigdy wcześniej w życiu nie malowałam nic farbami olejnymi. Ostatni raz, kiedy w ogóle coś malowałam, miał miejsce w podstawówce, a potem miałam jednorazowy incydent w dekorowaniu szklanych butelek. Ciężko to było nazwać doświadczeniem wystarczającym do takiego zadania.
W pewne ciepłe popołudnie wyniosłam obraz do ogrodu, bo tylko w dziennym świetle dobrze widziałam kolory, i zaczęłam zamalowywać blizny. Szczęśliwie dla mnie, wszystkie uszkodzenia były na ciemniejszym tle przez co dobór kolorów był „łatwiejszy".
Widok mnie malującej z determinacją i lekkim szaleństwem w oku musiał być ciekawy, bo mój Mąż, jak mnie zobaczył, to stracił mowę. To był czysty instynkt, bo nie odważę się tego nazwać talentem.
Przez kilka dni nakładałam warstwy farby, aż wyrównałam powierzchnię, i blizny po wszystkich ranach kłutych, ciętych i brutalnym traktowaniu zrobiły się prawie niewidoczne.
Wstawiłam go w sklejoną ramę, znalazłam dla niego specjalne miejsce i powiesiłam na ścianie, gdzie wysychał ponad dwa tygodnie. I teraz sobie tam wisi i trzeba się mocno starać, żeby zobaczyć, gdzie był poraniony.
A drugi w kolejce był pluszowy pies wielkości ok. 40-50 cm. Dostałam go jak miałam 6 lat od mojego Dziadka, który miał problemy z chodzeniem i praktycznie na zakupy nie chodził nigdy. To była jedyna rzecz, jaką mi kupił w sklepie, do którego się razem wybraliśmy.
Mój Dziadek dorobił się w sumie pięciorga wnuków i nigdy czegoś takiego dla nich nie zrobił. Ja byłam dla niego wyjątkowa i bezczelnie to przyznaję – każda dziewczynka w życiu powinna mieć Dziadka, który będzie ją kochał bezwarunkowo i w razie potrzeby własnym ciałem ochroni ją przed całym złem tego świata. I ja miałam wielkie szczęście, że takiego miałam, dlatego pies koloru żółtego (PRL w pełnym rozkwicie) przenosił się ze mną wszędzie, gdzie rzucił mnie los.
Jego wygląd był jeszcze mniej atrakcyjny niż obrazu. Jak go pakowali panowie „pakowacze”, ich miny były bezcenne.
Po obrazie, odurzona sukcesem pierwszej w moim życiu renowacji, zaczęłam ratować psa. Rozprułam go, wyrzuciłam środek, uprałam, wypchałam na nowo, oderwałam oczy i nos. Kupiłam materiał imitujący krótkowłose futerko oraz sztuczne psie nosy różnej wielkości. Obszyłam starego psa nowym materiałem, dobrałam nos – dużo bardziej atrakcyjny niż poprzedni – i zawahałam się nad oczami. W efekcie zostawiłam te same, tylko przeprowadziłam dość pracochłonny, kilkudniowy proces odnawiania.
Już w końcowej fazie uświadomiłam sobie, że w zasadzie uszyłam nowego psa ze starymi oczami i że w środku nie musiałam zostawiać starego. A jednak musiałam – to było jak zatrzymanie starej duszy w nowym ciele.
Pies w nowym wydaniu jest bardzo elegancki i atrakcyjny, a chyba najbardziej szokującym faktem jest to, że jak na niego patrzę, to widzę mojego starego, zniszczonego, brzydkiego psa.
I jest to naprawdę piękny widok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz