Jakiś czas tempo usłyszałam, że każdy człowiek w pewnym momencie życia zaczyna potrzebować depozytariusza wspomnień.
Zafascynowało mnie to określenie – może dlatego, że się starzeję, chociaż tego zupełnie nie czuję.
Nie sądzę, żeby to była kwestia tylko wieku, ale doświadczeń i przede wszystkim strat.
Słuchamy powtarzanych przez rodziców czy dziadków dziesiątki razu tych samych historii. Znudzeni myślimy, że znamy je na pamięć, a kiedy nie ma już nikogo, kto by je opowiadał, okazuje się, że niewiele pamiętamy. Pozostaje tylko żal.
Tracimy ludzi, przedmioty, miejsca i wspomnienia. Paradoksalnie strata wspomnień czyni stratę ludzi jeszcze bardziej bolesną i ostateczną.
Ten ciężki temat przygniótł mnie osobiście, ponieważ Mój Teść od kilku lat walczy z demencją, a z nią jeszcze nikt nie wygrał.
Codziennie powtarzamy, że materialne dobra się nie liczą, że trzeba zdobywać wspomnienia, żeby było co wspominać na starość.
W efekcie, pomimo górnolotnych deklaracji, chcąc zapewnić sobie i bliskim bezpieczeństwo i dostatek, zatracamy się w pogoni za złotym cielcem.
I nie ma w tym nic złego, jeżeli wiemy, kiedy się zatrzymać. Bez tej umiejętności będziemy jak Erysichton – bez względu na to, ile będziemy jedli, zawsze będziemy głodni.
Uważam, że utrata wspomnień jest na drugim miejscu po stracie bliskiej osoby.
Jak patrzę na Mojego Teścia, to widzę, jak z każdym wspomnieniem, które zapomina, umiera kawałek jego duszy. I nie jest to żaden egzaltowany, melodramatyczny opis, tylko stwierdzenie smutnego faktu.
Ta faza, kiedy stracił już większą część siebie, ale jeszcze pamięta, kim był, jest straszna.
Niedawno zmarła Moja Teściowa, a wraz z jej śmiercią jego świat rozpadł się na kawałki, które on próbuje „sklejać”, ale mu się nie udaje.
W życiu codziennym zanik pamięci krótkotrwałej dla otoczenia osoby z demencją jest bardzo męczący.
W przypadku, kiedy Teść pamięta tylko, że jego Żona zmarła, i kilkanaście razy dziennie pyta o szczegóły, jego cierpienie, odnawiane po każdym przypomnieniu, wręcz drenuje siły Mojego Męża, a ja mogę tylko bezsilnie się przyglądać.
Nikt i nic nie może mu już pomóc, albo chociaż zmniejszyć ból w tym błędnym kole cierpienia.
Najbardziej uzmysłowiła mi to rozmowa z Moim Teściem.
Kiedy zapytałam go, czy pamięta moje wesele, okazało się, że nie.
A kiedy zapytałam go, jak się poznaliśmy, również nie pamiętał. Powiedział mi tylko:
– Po prostu przecież cały czas jesteś.
Wygląda to tak, jakby stracił wszystko oprócz pamięci dotyczącej osób – tak jakbyśmy my wszyscy byli jego ostatnimi kotwicami utrzymującymi go w rzeczywistości.
Nie pamięta szczegółów z naszego życia, wie tylko, że przy nim jesteśmy i byliśmy od zawsze.
Nie pamięta dobrych ani złych chwil, ale niestety pamięta, że nie pamięta.
Z tej perspektywy powtarzanie ciągle tych samych rzeczy jest niczym więcej jak błahostką – czasami może trochę nużącą, ale niełamiącą serca.
Świadomość, że bez względu na to, jak ważna czy emocjonalna jest nasza rozmowa, za godzinę nie będzie jej pamiętał, a jak wrócę do Stanów, zapomni, że z nim byłam, odbiera cały sens wszystkim działaniom.
A jednak zarówno Mój Mąż, jak i ja cały czas walczymy w nadziei, że może z setek rozmów zapamięta chociaż jedno zdanie, które go uspokoi, doda sił i chociaż na chwilę da wytchnienie od tego niekończącego się cierpienia.
Kiedy dzień przed pogrzebem siedzieliśmy w ogrodzie i załamany powiedział, że nie pamięta nic z naszych wspólnych przeżyć z ostatnich 20 lat, powiedziałam mu:
– Nawet jeżeli ty nie pamiętasz, to ja pamiętam.
Czasami tracimy ludzi, nawet jeżeli oni jeszcze ciągle żyją.
Myślę, że dlatego tak zafascynowała mnie idea powierzenia komuś swoich wspomnień, żeby nigdy nie przepadły.
Zabezpieczenia swojej przeszłości i pewności, że dopóki ktoś o nas pamięta, nigdy tak naprawdę nie umieramy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz