Przeżywam małą zapaść światopoglądową i tym razem niestety będzie raczej smutno niż wesoło.
Nie znoszę baraniego pędu, a skłonność do łamania stereotypów mam zdecydowanie w genach.
W czasach młodości (durnej) walczyłam z zacięciem z kołtunami, ale teraz, im jestem starsza, tym bardziej mnie to męczy i ogólnie zniechęca.
Mówiąc językiem absurdu, stanęłam przed wyborem, którego nie ma.
Jeżeli nie przerobię się na pańcię z przedmieścia, zostaniemy „outsiderami”, a jeżeli to zrobię, to po pierwsze – nie spojrzę sobie już nigdy w oczy, a po drugie – i tak to nie zmieni naszej sytuacji towarzyskiej.
Brutalna prawda zaczęła do mnie docierać właściwie od samego początku, ale miałam nadzieję (wątłą), że ktoś fajny się jednak trafi.
Podsumowując brutalnie: Amerykanie się izolują, Polaków w okolicy nie ma, a inne mniejszości europejskie i latynoskie trzymają się raczej razem.
Używając slangu z czasów mojej młodości – po prostu kicha.
Myślę, że mogę łatwo zaakceptować trzymanie się na dystans, ale snobizm przekraczający wszystkie granice (mojej wytrzymałości i dobrego smaku) oraz różne formy dyskryminacji (rasowej i nie tylko) już nie.
Część naszych nowych znajomych i sąsiadów cierpi na skutek kompleksów (niewiadomego pochodzenia).
Jedna grupa jest urażona, że nasz dom i ogród są większe od ich, podczas gdy druga najwyraźniej uznaje, że nasz dom i ogród są zbyt skromne, żeby się z nami kumplować.
Jedni i drudzy jakoś nie zadają sobie pytania, czy ja na przykład mam dziką chęć kumplować się z nimi, skoro nie mają żyrafy w ogrodzie i hipopotama w łazience.
Odprowadzam Syna do szkoły, nie zatrudniam niani, podlewam sama ogród, nie wygłupiam się w legginsach i – to, co chyba wszystkich najbardziej wyprowadza z równowagi – wyglądam na zadowoloną i nikomu niczego nie zazdroszczę.
Z premedytacją i bez łamię wszystkie żałosne reguły zaściankowych księżniczek.
Ciekawe rzecz: im dłużej jestem w Stanach, tym zauważam u siebie mniejsze odchyły rasistowskie.
Myślałam, że będzie odwrotnie. Wychowana w systemie, który skutecznie odcinał nas od innych ras, na początku byłam ociupinkę przytłoczona tą dziką mieszanką kultur, która tworzy właściwą Amerykę.
Teraz obserwuję tych ludzi codziennie i nie mogę pojąć, skąd u części z nich (białej, żeby nie było wątpliwości) jest takie poczucie ważności i wyższości.
Przykład z życia. Wracam parę dni temu ze szkoły, słoneczko świeci, ptaszki śpiewają. Codziennie po drodze spotykam te same osoby – mamy, które latają z kubkami kawy w legginsach, i nianie przemykające jak duchy.
Tego dnia mój Syn wdał się w przyjacielską dyskusję z gromadką dzieciaków holowanych przez sympatyczną kobietkę około czterdziestki (białą, z leciuteńkim akcentem latynoskim).
Zagaiłam rozmowę o niczym. Pani okazała się sympatyczna, aczkolwiek reagowała dziwnie.
Zachowanie tej kobiety było mi zupełnie obce, a jednocześnie znajome – byłam totalnie skołowana.
Gdy rozstawałyśmy się przed moim domem, pani wreszcie nie wytrzymała i zapytała, czy to w ogóle jest możliwe, że ja jestem matką i tu mieszkam.
Różne dziwne pytania zadawano mi, odkąd zamieszkałam w Ameryce, ale tego jeszcze nie było. Przycisnęłam nową znajomą i zgłębiłam sprawę.
Okazało się, że najwyraźniej złamałam następną z niepisanych reguł, mianowicie – rozmawiałam z nianią – bo tym właśnie była ta sympatyczna kobietka – zupełnie tak, jakby była człowiekiem.
I w tym momencie mnie olśniło.
Jej zachowanie przypominało mi zachowanie niewolnic lub, w najlepszym razie, służących z ubiegłego stulecia.
Obie sytuacje są doskonale znane z filmów, ale nigdy z prawdziwego życia.
Tkwię w tej rzeczywistości i nie wierzę, że jest prawdziwa. Mam wielką nadzieję, że w innych rejonach Ameryki jest inaczej.
Bo jak na razie to wygląda tak, że aby zyskać tutaj szacunek, o sympatii nie wspominając, oczywiście należy być bezwarunkowo białym.
To też zresztą nie załatwia problemu, bo oprócz białego koloru skóry należy posiadać dużo koloru zielonego (w portfelu), a to też jeszcze jest za mało, jeżeli szanowni przodkowie nie wyżynali Indian.
A ponieważ z tych wszystkich warunków spełniam tylko jeden, to myślę, że niestety czeka nas tutaj życie outsiderów.
W tej naszej szalonej emigracji brakuje mi różnych rzeczy, ale najbardziej zwyczajnych, ludzkich kontaktów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz