Od zawsze lubiłam telewizję, głównie oczywiście filmy.
Jestem jeszcze tym pokoleniem, które w niedzielę czekało jak „kania dżdżu” na Teleranek, oglądając wcześniej przymusowo takie uroczo rozwojowe programy jak „W domu i zagrodzie” czy „Kwadrans rolniczy” (nie były bardzo przekonujące, rolnikiem nie zostałam).
No i oczywiście wszystko było biało-czarne, co dziwne – nikomu to nie przeszkadzało.
Kolory, mówiąc poetycko, domalowywała wyobraźnia.
Nostalgicznie wzdychając – to były czasy, kiedy telewizja nie zjadała czasu, więzi rodzinnych i towarzyskich, a wręcz przeciwnie, była bardzo rozrywkową formą zawiązywania takowych.
Do dziś wspominam, jak oglądało się „stadnie” mecze czy kultowe seriale.
A potem buuum – rozbłysły kolory, (przeskakując kilka dekad) zmienił się ustrój i razem z nim telewizja.
Pojawiły się setki kanałów, programów i reklam.
Właściwie nie pamiętam, kiedy przestałam lubić oglądać telewizję.
Chyba wtedy, kiedy stwierdziłam, że nie mam już na to ani czasu, ani zdrowia. Skupiłam się na konkretnych filmach i programach, omijając szerokim łukiem dzienniki.
No bo czy ja kogoś w życiu zabiłam? (Informacja dla tych, którzy mnie nie znają osobiście: jeszcze nie).
W Stanach również zamierzam utrzymywać taką postawę, aczkolwiek parę razy się złamałam. Obejrzałam kilka teleturniejów, dzienników i mnóstwo reklam, oczywiście (wybrane filmy bez zmian oglądam na DVD).
Moje pierwsze wrażenia w czasie oglądania dziennika – bezcenne.
Byłam przekonana, że to jest program rozrywkowy, a nie, jak się okazało potem, informacyjny.
Dla sprawiedliwości muszę dodać, że nie był to dziennik z tych super poważnych, tylko takie wszystko w jednym, z pogodą i plotkami na deser!
Zero poważnych wiadomości, co się dzieje na świecie czy w polityce. O dziwo, nikt nawet specjalnie nie krytykował obecnego prezydenta – pamiętam za to, że tematem przewodnim były imiona bliźniaków Beyoncé.
Powiedzmy, że byłam lekko ogłuszona poziomem. Następnie zmierzyłam się z programami rozrywkowymi, między innymi „Ellen's Game of Games”. O ile zawsze podobały mi się jej programy, w których przerabiała z dużym humorem, inteligencją i klasą celebrytów, o tyle ten program rozłożył mnie totalnie na łopatki.
Koncepcja prosta jak konstrukcja cepa. Wybrani szczęśliwcy muszą odpowiadać na bardzo proste pytania, bo jak nie, to lądują w puddingu albo spadają w coś mokrego, ewentualnie są oblewani różnymi substancjami (niekoniecznie miłymi w smaku).
Zwycięzca musi rozpoznać na czas ze zdjęć jak najwięcej celebrytów i wtedy oczywiście zgarnia główną pulę, czyli 100 tysięcy dolarów.
Moje Dzieci pokładały się ze śmiechu, zadeklarowały jednogłośnie chęć regularnego oglądania tego arcydzieła (a ja, naiwniaczka, myślałam o sztukach na Broadwayu).
Ale śmiech to zdrowie, niech mają.
Mnie do śmiechu zdecydowanie nie było, ponieważ na przykład na pytanie: „Wymień kilka państw afrykańskich”, jedna grająca powiedziała, uwaga, cytuję: „Afryka”.
I na koniec marketingowe szaleństwo. Tutejsze bloki reklamowe wyglądają trochę inaczej niż w Polsce – są dużo krótsze, ale za to co chwila.
Rzecz gustu, co jest lepsze.
Najbardziej zaszokowały mnie reklamy prawników, którzy ogłaszają się jak sprzedawcy używanych aut.
„Potrącił cię ktoś samochodem? My spowodujemy, że rehabilitacja będzie prawdziwą przyjemnością”. Nie wiem, czy zaufałabym prawnikowi, który się w ten sposób reklamuje. Podejrzewam, że wychodzi ze mnie tzw. różnica kulturowa.
Bardzo ciekawie reklamują tu też różnego rodzaju leki. W celu uniknięcia pozwów przez większą część spotu reklamowego ostrzegają, co się może stać strasznego, jak się dany specyfik weźmie.
Pod koniec człowiek jest tak wystraszony, że woli cierpieć, a żyć.
Kończąc akcentem humorystycznym – część reklam jest po prostu zabawna.
Na przykład panowie reklamujący preparat przeciwko zaburzeniom gastrycznym, podskakujący i śpiewający „biegunka, biegunka”, albo moja ulubiona seria reklam sklepu Lowe's.
Scenka z tej ostatniej reklamy: kobietka usiłuje upchnąć w piekarniku kilka naczyń żaroodpornych, niestety bez sukcesu, i w tle głos:
„Ta chwila, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś gotowa upiec coś na obiad, ale twój piekarnik nie jest”.
Ha, ha, mam dokładnie te same przemyślenia jeżeli chodzi o reklamy leków (pojawiające się dosyć często). Kto po tym wszystkim ma odwagę "łykać" coś takiego...
OdpowiedzUsuńAle jestem rozczarowana, że nie napisałaś ani słowa o Super Bowl? Toż to największe, amerykańskie święto sportowo/telewizyjno/reklamowe ;-) !