W celu podniesienia morale, które zaczęło nam podupadać w związku ze świętami na obczyźnie, rozpoczęliśmy kampanię żywieniową w staropolskim stylu.
Najpierw, już zahartowani w bojach, rozprawiliśmy się z bigosem.
Wyszedł nam tak samo pysznie jak jego poprzednik. Żołnierski gar, mimo trudnej przeszłości, poradził sobie z tematem. Potem mój Mąż rozpoczął dziki galop po sklepach w celu upolowania odpowiedniego mięsa.
Dumny jak jaskiniowiec, znalazł schab, powiedzmy, że karkówkę i coś, co finalnie ma być boczkiem, choć tak naprawdę prawdziwym boczkiem nie jest.
Jaka nasza kuchnia jest, każdy wie, a już w święta szczególnie.
Oprócz dań na osobnym talerzu powinien leżeć Sylimarol, No-Spa i ziółka na wątrobę – zamiast tego stoją napoje wysokoprocentowe.
Tu na chwilę małe odejście od tematu. Ładnych parę lat temu gościłam u siebie parę Holendrów w średnim wieku.
Oboje bardzo zainteresowani Polską, zwłaszcza jedzeniem. Zaserwowaliśmy im taki „zestaw obowiązkowy”, a pan zażyczył sobie polską wódkę. Pożądany napój dostał i wszyscy obecni panowie przy stole pokazali mu, jak ją powinien pić: „raz, dwa i chlup do dna”.
Pan miał inną koncepcję – sączył wódkę mililitr po mililitrze, krzywiąc się przy tym straszliwie. Całe towarzystwo usiłowało go przekonać, żeby zmienił sposób picia – daremnie. Pan stwierdził, że my, Polacy, nie umiemy pić (tak, jasne), on za to umie, bo alkoholem trzeba się delektować, a nie tak „chlup w dziób”. Na swój sposób wypił kieliszek, męczył się straszliwie, aż żal było patrzeć, a dokładki odmówił.
Jakoś mu to delektowanie słabo poszło.
Wracając do polskich potraw: postaraliśmy się o karpia. Tu jak zwykle uratował nas polski sklep.
Zamówiliśmy rybkę z odpowiednim wyprzedzeniem. Przytomnie poprosiłam o karpia, który już pożegnał się z życiem, bo u nas nie ma nikogo, kto mógłby go zabić, a jakoś nie planuję zakładania akwarium w łazience.
W oznaczonym terminie stawiłam się w sklepie i dostałam dwa karpie – choć może opis jest za delikatny, były to raczej wielkie monstra, a nie niewinne rybki.
Przytargałam do domu to cudo i stwierdziłam, że skoro robię całą resztę, do przygotowania karpika wykorzystam pierwszego członka rodziny, który mi się nawinie. Pechowo dla mojego starszego dziecka, to ono zjawiło się w domu jako pierwsze.
Wyłożyłam ryby, wyjaśniłam fachowo, co trzeba z nimi robić.
Jak to pokazują w bajkach: godzinę później obie śmierdziałyśmy jak karpie, a kuchnia wyglądała jak miejsce morderstwa piłą ze szczególnym okrucieństwem.
Powiem tylko, że po oskrobaniu najlepiej sprawował się tasak.
Po skończeniu filetowania moje dziecię spojrzało na ryby, kuchnię i na mnie, po czym spytało cienkim głosem:
– To Dziadziuś to dobrowolnie robi co roku?
Ano robi, tylko teraz na mniejszą skalę i na innym kontynencie. Całe szczęście, że śledziki kupuje się gotowe.
Podsumowując: przygotowania do Świąt idą pełną parą.
Teraz jeszcze tylko trzeba się postarać o prawdziwie świąteczny nastrój, a tego, jak wszyscy wiemy, niestety nie można kupić.
😁
OdpowiedzUsuńJa z karpiem walczyłam dzisiaj. Juz w formie jadalnej (w galarecie) stoi na parapecie. Śledzik gotowy, ciasta upieczone. Jeszcze tylko miesiwa (juz przygotowane - tylko poddać obróbce cieplnej)..:
Jakie to strasznie męczące Święta..::
Jestem pod wrażeniem ! Zaimponowałas mi ciastami, do marynowania mies właśnie sie przymierzam. ☺️😒😌🌲😍😋😊
OdpowiedzUsuń