sobota, 20 grudnia 2025

Duch Świąt Bożego Narodzenia, czyli Ja (Przeszłość)

  I oto stało się: minęło pół wieku i znowu usiadłam przed choinką. 

To znaczy, dokładniej rzecz ujmując, przed dwoma – jedną miałam przed sobą, a drugą za plecami.

Wyglądało to jak moja prywatna wersja „Opowieści Wigilijnej”. 
Przede mną żywa choinka robiła za Ducha Minionych Świąt Bożego Narodzenia, za plecami miałam Ducha Obecnych Świąt, czyli sztuczną piękność, a w środku siedziałam ja – najwyraźniej robiąc za Ducha Przyszłych Świąt i chłonąc emocje wzbogacone leśnym zapachem.
Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to że przez ostatnie lata oszukiwałam wszystkich (łącznie z własną osobą). 
W momencie, gdy odpaliłam kolorowe lampki, stało się bowiem oczywiste, że zalały mnie uczucia, których nigdy nie wzbudzała we mnie nasza piękna amerykańska choinka z białymi lampkami.
Ogarnęło mnie uczucie ulgi. Poczucie, że wszystko jest tak, jak powinno być – prawie jak powrót do domu, odnalezienie cząstki siebie w tym szalonym świecie. Zamknęłam oczy i weszłam do pokoju stołowego, jak nazywali go moi Dziadkowie. 
Pod oknami stała choinka, na której wisiały te same bombki i dekoracje, które właśnie powiesiłam na mojej żywej amerykańskiej choince. 
Na wielkim, okrągłym stole przykrytym białym obrusem, rozsuwanym na potrzeby zgromadzonej rodziny, pachniały bardzo klasyczne potrawy wigilijne, których – mówiąc szczerze – jako dziecko niespecjalnie lubiłam. 
Prześladował mnie barszcz z uszkami, który szczęśliwie na przestrzeni lat zmieniłam na grzybową z łazankami.
Wigilia u moich Dziadków, w momencie szczytu rodzinnego przyrostu naturalnego, gromadziła około 14–16 osób. 
Wtedy wydawało mi się, że były to przyjęcia jak na sto par. 
Ciężko mi teraz uwierzyć, kiedy wszystkich policzyłam, że było to mniej niż dwadzieścia osób.
Po opłatku, obowiązkowym barszczu, pierogach, karpiu, który straszył zadławieniem ośćmi, i zawsze lekko podpalonych makowcach śpiewaliśmy kolędy – sami, bez radia czy innych pomocy technicznych. 
Cały czas mam przed oczami całą rodzinę zgromadzoną przy stole w złotym blasku choinki. I nic, że była tam ciocia, która nigdy za mną nie przepadała (ze wzajemnością zresztą) – ta chwila miała moc. 
I jak teraz o tym myślę, to ma ją nadal.
A potem były pasterki, z których pamiętam, że było mi strasznie gorąco, a potem zimno, gdy wracaliśmy grupowo do domu. Tata nosił mnie na barana i ślizgał się na skrzypiącym śniegu, który lśnił w lampach ulicznych.
Tutaj wyjaśnienie dla młodszych czytelników: dawno, dawno temu na Święta Bożego Narodzenia padał śnieg. Było biało, zimno, a mróz malował na szybach wzory jak z bajek.
Pod choinką leżały prezenty, zapakowane na ogół w brązowy lub biały papier, bo innych nie było. 
I mówiąc szczerze, prezenty były najsłabszym punktem „Programu Świątecznego”. 
Już nawet nie mówię tu o skarpetkach, ale najgorsze dla mnie osobiście były piżamy. Mimo wszystko zawsze przy dystrybucji prezentów pojawiał się mały dreszczyk ekscytacji, ale tak naprawdę to nie one były najważniejsze. 
I bez względu na to, jak bardzo zużyte jest już teraz to stwierdzenie, to była po prostu „magia Świąt”.
I jak teraz tak siedzę przed moją wspomnieniową choinką i patrzę na tego mojego „Pierwszego Ducha”, dociera do mnie z wielką mocą, czym były te czary. 
To było po prostu uczucie miłości, ciepła, poczucia bezpieczeństwa i nierozerwalnej więzi. 
Moi Dziadkowie i Rodzice dawali mi wszystko w czasach, kiedy było tak niewiele. 
Nawet nie zauważyłam, kiedy wlali we mnie siłę na przyszłość. 
Jestem pokoleniem X i, jak się potem okazało, ta siła nie tylko ze względów pokoleniowych była mi ogromnie potrzebna.
Ostatnia Wigilia Dziadka była jednocześnie ostatnią rodzinną Wigilią. 
Po jego śmierci Babcia spędzała Święta ze swoimi Dziećmi i wnukami, między innymi oczywiście ze mną, w naszych domach.
A teraz zostawmy już przeszłość w spokoju (przynajmniej na chwilę) i zanurzmy się w kolorach z PRL-u. 
To będzie seria zdjęć bombek i dekoracji odziedziczonych po mojej Babci i Mamie. Te wszystkie krasnalki, laleczki, waga, pies i cała reszta mają ponad pięćdziesiąt lat, choć gdzieś w tle oczywiście może wisieć coś nowszego.

















Dla porównania, teraz będzie seria zdjęć dekoracji amerykańskich, które również mają kilkadziesiąt lat. 
Tutaj muszę wspomnieć, że podczas polowania na nie przeżyłam wiele ściskających za serce momentów. Znalazłam bowiem wiele bombek bardzo osobistych, upamiętniających narodziny, śluby, dostanie się na studia czy okrągłe rocznice. 
Oprócz dokładnych dat były tam podpisy. Dwa muszę przytoczyć:
„Dla Mojej Największej Miłości w nasze pierwsze wspólne Święta 1980”,
„Dla naszego pierwszego prawnuczka z miłością na zawsze 1984”.
Znalazłam całą masę takich bombek. 
Sama tworzyłam je od momentu, gdy urodziły się moje Dzieci, tylko niestety prawie wszystkie się potłukły, kiedy upadła nam choinka. 
Według mnie, skoro tak modne są mosty zakochanych z kłódkami, to powinny istnieć drzewa bombkowe, bo szkoda by było, żeby coś tak pięknego przepadło. Takie bombkowe drzewa mogłyby stać w jakichś zabezpieczonych miejscach i poprawiać nastrój malkontentom i nie tylko, udowadniając, że banalne treści są czasami najważniejsze i najpiękniejsze.
Większość z tych ludzi już dawno odeszła, nikt już nie pamięta tych wszystkich uczuć. I mimo że szkło jest tak kruche, przetrwało i trafiło do moich rąk. 
Kupiłam kilka dekoracji, między innymi małe plemię Eskimosów. Zaczęło się od jednego śmiesznego Eskimoska, a potem znalazłam resztę rodzinki. 
Dopiero po chwili zorientowałam się, że to cała seria i że na każdym jest wymalowana data. 
Najwcześniejsza to 1984, a najpóźniejsza 1992. Ktoś zadawał sobie trud, co roku kupował Eskimosa i wieszał na choince – no przecież nie mogłam gości tak porzucić. Było ich znacznie więcej, ale niestety trafiłam na same zniszczone egzemplarze, nie do uratowania.
Znalazłam za to jedną bombkę z namalowaną chatką i napisem – w ramach niespodzianki będzie na ostatnim zdjęciu.

















I na koniec zdjęcie Mojego Pierwszego Świątecznego Ducha.




sobota, 13 grudnia 2025

Dekorowanie żywej choinki, czyli endorfiny pachnące żywicą

Tym razem podeszłam do ubierania choinek (liczba mnoga) poważnie i w sposób głęboko przemyślany. Normalnie po prostu zanurzałam się z przyjemnością w świątecznym szaleństwie, tym razem to była strategia opracowana na najwyższym poziomie.
Mężuś wniósł do domu pudła z bombkami, które normalnie czekają na Święta w garażu, rozejrzał się, w oczach pojawiło mu się coś w rodzaju przerażenia i odmeldował się w tempie przyspieszonym. Zanim uciekł, postawił sztuczną choinkę i zostawił mnie na placu boju. I dla ścisłości: to było dokładnie to, co chciałam. Ja i miliard bombek – kombinacja idealna. Szalona, ale idealna.
Zaczęłam segregować dekoracje: te na sztuczną choinkę – wszystkie świecące, szkockie i kryształowe cuda, oraz te na nową, żywą – stare, zdekompletowane, pełne wspomnień, zdecydowanie potrzebujące rewitalizacji, a czasami wręcz cudu. Po dodaniu bombek zakupionych w sklepach ze starociami okazało się, że właściwie możemy kupić jeszcze jedną choinkę. Małą, ale jakbyśmy się uparli, to byśmy mogli. Nikt się nie upierał.
Zaczęłam strojenie. Na początek poszła sztuczna, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy żywej, a jakkolwiek by to dziwnie brzmiało, to bez części dekoracji przeznaczonych do powieszenia na żywej wydawała się pustawa. Gdy wyraziłam swoją obawę, Junior i Mąż przeżyli coś pomiędzy szokiem a czkawką ze śmiechu. Póki co zostawiłam choinkę wystrojoną tak mniej więcej w osiemdziesięciu procentach i wybraliśmy się po żywą.
Żywa choinka, jak już wspomniałam we wcześniejszym poście, okazała się dużo wyższa, niż planowaliśmy. Zainstalowaliśmy ją w stojaku nowej generacji z wodą i zostawiliśmy w spokoju, żeby się przyzwyczaiła do temperatury. Takie akcje pamiętałam z dzieciństwa. Choinka niespecjalnie się przejęła naszymi oczekiwaniami i jej gałęzie cały czas sztywno stały na baczność. Żłopała za to wodę, jakby była na potężnym kacu, co pewnie było prawdą.
Następnego dnia zaczęłam ubieranie. Oczywiście na pierwszy ogień poszły lampki. W sumie tylko trzy komplety, ale jak skończyłam, to nie wiedziałam, jak się nazywam. Zapomniałam, jakie to jest wyzwanie! Od ośmiu lat nasza sztuczna choinka po prostu świeci sama z siebie, a tutaj musiałam się postarać. Mimo moich usilnych starań, wciąż coś nie świeciło tak, jak powinno. Odpuściłam chwilowo temat i zaczęłam wieszać bombki.
To było jak z przysłowiową jazdą na rowerze – wspomnienia natychmiast zaczęły wracać. Stłukłam dwie bombki, zanim przypomniałam sobie, jak powinno się je wieszać na żywych gałęziach i że sztuczne gałązki są sztywne, jakby zrobiono je z żelaza, a żywe – wręcz przeciwnie, niezwykle wiotkie i plastyczne. Żywa choinka zaczęła zmieniać kształt, a ciężar bombek pomału wyginał gałęzie. Sama zaczęłam pachnieć jak choinka, co już na starcie wywołało u mnie tornado endorfin.
Gdzieś w połowie procesu musiałam zrobić przerwę i zacząć renowację bombek. Zaanektowałam całą kuchnię. Część umyłam, część uprałam, część zreperowałam. Proces trwał kilka dni, od rana do nocy. Zostawiłam Moim Facetom mały kawałek blatu kuchennego, żeby mogli sobie szykować jedzenie i nie padli mi z głodu. Zaczęłam wieszać to, co udało mi się uratować, ale cały czas to nie było to.
Z Moim Tatą mam wiele wspomnień świątecznych. Na przykład zawsze dostarczał na Wigilię karpie – oskrobane, pięknie wyczyszczone, pokrojone w tak zwane dzwonki, gotowe do smażenia. Łuski suszył, pakował razem z bilonem w kolorowy papier, zaznaczał na nich rok i rozdawał wszystkim przy kolacji wigilijnej. Trzeba je było nosić w portfelu cały rok (zawsze nosiłam). Uwielbiałam jemiołę, więc jeździł i mi ją kupował. Co roku była większa! Wieszaliśmy ją razem, często obwieszoną dodatkowo kolorowymi lampkami. Ale najmilszym wspomnieniem było to, jak ubierałam choinkę. Zawsze wolałam robić to sama, a Tata sobie siedział obok i plotkowaliśmy. W praktyce ja padałam na pysk, szczęśliwa jak bóbr przy wycince lasu, a Tata miał ubaw.
I tutaj, zanim przejdę dalej, muszę coś wyjaśnić. Od zawsze kochałam kolorowe światełka. Na mojej choince było zawsze mnóstwo kompletów, nie przesadzając – ponad dwadzieścia. Choinka świeciła jak elektrownia. Mój Mąż, który wracał kiedyś z podróży służbowej z Holandii samolotem, zawsze twierdził, że jak wlatywał w niemiecką przestrzeń powietrzną i widział kolorową łunę, to znaczyło, że właśnie odpaliłam nasze drzewko. I Mój Tata co roku, kiedy choinka stała już gotowa i świecąca jak kometa, zawsze twierdził (cytuję): „Coś ta choinka taka ciemnawa w tym roku, trzeba by dokupić parę kompletów lampek”. To był tylko nasz żart, nasz prywatny świąteczny moment.
I oto stanęłam przed moją tegoroczną, żywą, już prawie gotową, świecącą choinką, którą już wszyscy członkowie Rodziny zaczęli się pomału zachwycać, a mnie cały czas czegoś brakowało. Nikt mnie nie rozumiał.
Zebrałam się w sobie i stwierdziłam pod nosem: „Jakaś ciemnawa ta choinka, potrzebuje więcej lampek”.
Po czym pojechałam do sklepu, dokupiłam następne sześć kompletów i je powiesiłam. Było to potężne wyzwanie, bo ciężko wiesza się lampki, gdy na gałęziach są już bombki, ale sobie poradziłam. I w momencie, jak to zrobiłam, choinka w końcu naprawdę obudziła się dla mnie do życia.
Zostało mi jeszcze trochę dekoracji do odrestaurowania i to już będzie koniec, a w międzyczasie skończyłam ubieranie sztucznej choinki. Jeszcze chwila, a obie będą czarować, bo – żeby już całkiem było magicznie – stoją w tym samym pokoju, zaledwie kilka metrów od siebie

czwartek, 11 grudnia 2025

Choinka w stylu retro, czyli łzy w stylu PRL

Jeśli ktoś w ostatni weekend był w New Jersey na bazarkach choinkowych w celu nabycia takowych i zobaczył białą kobietę maniakalnie wąchającą drzewka i płaczącą przy tym rzewnie, to istnieje 99 procent szansy, że to byłam ja. Ten jeden procent zostawiam dla innych szalonych kobiet, których emocje często są – delikatnie rzecz ujmując – niezrozumiałe dla otoczenia, podobnie jak moje obecnie. Bo nie zawsze płaczemy z rozpaczy i śmiejemy się ze szczęścia.
W celu realizacji planu, który wykluł się w moim sercu, Mężuś bohatersko wziął na klatę potrzeby emocjonalne żony. A w praktyce wziął wspomnianą Żonę, czyli mnie, na zakupy żywej choinki. I tu trzeba zaznaczyć, że to był mój pierwszy raz w życiu – nigdy wcześniej nie uczestniczyłam w takim procederze. Żywe choinki zawsze były mi dostarczane pod sam nos i praktycznie nie miałam zielonego pojęcia, na co zwracać uwagę. Uzgodniliśmy z Moim Mężem, że kupimy choinkę raczej niską, bardziej dla klimatu i zapachu niż efektu wizualnego, bo przecież w salonie mamy już nasze amerykańskie cudo.
Przybyliśmy na miejsce sprzedaży choinek – hurtownia to mało powiedziane, bo na oko stało tam kilka tysięcy drzewek (na pewno dużo mniej, ale tak to wyglądało). Zaczęliśmy przegląd od słodziakowatych, półmetrowych, które wyglądały, jakby za nimi czaiły się krasnoludki. Potem stopniowo przechodziliśmy do coraz wyższych, aż za tymi największymi mogły się już chować wychudzone yeti. Wychudzone, bo choinki były mocno ściśnięte.
Nie ukrywam, że ogrom wyboru mnie przerósł. Przede wszystkim wyobrażałam sobie, że te choinki będą, mówiąc dyplomatycznie, raczej przystojne, a nie piękne. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zamiast wyprzedaży szkółki leśnej łysawych brzydulek, trafiliśmy na wybory Miss Świątecznej Choinki w pełnym rozkwicie czaru i uroku.
I w momencie, kiedy zaczęłam wąchać te wszystkie cuda, całkowicie straciłam kontrolę nad poziomem nawodnienia mojego organizmu. W efekcie oglądanie drzewek przebiegało wśród łez (moich). Mąż nie płakał, tylko z anielską cierpliwością prezentował kolejne egzemplarze. Właściwie to mu się dziwiłam, że zachował spokój – on mógł płakać najwyżej z rozpaczy, bo w miarę upływu czasu stawało się coraz bardziej jasne, że na metrowej choince na pewno się nie skończy.
Cała sytuacja zupełnie zszokowała sprzedającą nam drzewko, sympatyczną Latynoskę. Ja stałam i ryczałam, Mąż stał i trzymał wielki krzak, a dookoła wirowały emocje, których ktoś obcy raczej nie nazwałby radosnymi. Jednym słowem: zupełnie nie po amerykańsku. Tak dla uściślenia dodam, że nasza choinka ma ostatecznie trzy metry.
Cudem udało nam się ją dowieźć do domu naszym samochodem, choć czubek nieustannie zahaczał o przednią szybę. A w domu okazało się, że jesteśmy trąbami, bo nie mamy odpowiedniego stojaka i trzeba było natychmiast wrócić do sklepu, by go dokupić. Na tym etapie okazało się, że od czasów mojego dzieciństwa technologia poszła do przodu. Nowoczesne stojaki przypominają wielką miednicę ze stabilizującymi śrubami. Wlewa się tam wodę, dzięki czemu choinka stoi idealnie w pionie, żłopie płyny i dłużej zachowuje młodość oraz urodę.
I gdzieś na tym etapie wyszło na jaw, że z genami Mojej Babci nie ma żartów, a w połączeniu z moimi są one w stanie stworzyć substancję wybuchową. Uzmysłowiłam sobie bowiem, że mam zdecydowanie za mało bombek z PRL-u, nazywanych tutaj vintage lub retro. Plastikowe oczywiście w ogóle nie wchodziły w grę, więc sytuacja stała się całkowicie beznadziejna. Owszem, takie oryginalne szklane bombki (lub ich dobre podróbki) można bez problemu kupić, ale ceny w tutejszych butikach po prostu mnie ogłuszyły.
I tu z pomocą przyszły sklepy z używanymi rzeczami, prowadzone przez różne instytucje charytatywne, które zbierają niepotrzebne przedmioty i sprzedają je za grosze (thrift shops). Odkąd zamieszkaliśmy w Stanach, sami oddaliśmy do takich miejsc mnóstwo ubrań i zabawek, jednak nigdy wcześniej nie byliśmy tam jako klienci. Leżąc w nocy i planując w głowie rozmieszczenie ozdób, wpadłam na pomysł udania się do takiego sklepu. Wiodła mnie mglista nadzieja, że może ktoś kiedyś oddał stare bombki i one tam teraz, brudne i zakurzone, czekają właśnie na mnie.
Następnego dnia zaciągnęłam sceptycznie nastawionego Męża do takiego przybytku, zostawiłam go bezpiecznie w samochodzie i ruszyłam sama na poszukiwanie skarbów. I to, co tam przeżyłam, jest absolutnie porównywalne do odpakowywania prezentów pod choinką w dzieciństwie – a może nawet lepsze!
Znalazłam bombki zdekompletowane, zakurzone, trochę uszkodzone, ewidentnie mające lata świetności dawno za sobą – czyli dokładnie takie, jakich szukało moje serce. Najlepsze okazały się jednak niespodzianki. Po zgarnięciu do koszyka kilkunastu sztuk zrobiłam z ciekawości małą rundkę wśród półek ze szklankami, kubkami i talerzami. Na samych dolnych półkach stały różne kartonowe pudła. Obiektywnie rzecz biorąc, na śmietnikach widywałam ładniejsze. Coś mnie jednak tknęło (prawdopodobnie Babcia dała mi jasny cynk z góry) i otworzyłam jedno z nich.
Jakieś papiery, wiórki, stare worki i nagle coś w głębi błysnęło. Serce mi zamarło. Wyciągnęłam rękę i po chwili trzymałam bombkę – totalny vintage, stuprocentowy PRL. Zaczęłam ryć w kartonach jak locha w poszukiwaniu trufli. Tym razem nawet nie zdążyłam się rozpłakać – miałam zbyt wiele skarbów do sprawdzenia! W tych sklepach pracownicy mają zwyczaj upychać drobiazgi w starych pudełkach dekoracyjnych. Uczucie, kiedy znajduje się takie małe, brzydkie, wymiętolone pudełko, otwiera się je bez żadnych oczekiwań, a w środku odkrywa prawdziwy szklany skarb z ubiegłego tysiąclecia, jest czymś trudnym do opisania.
Gdy w końcu wyszłam ze sklepu, przez grubą warstwę kurzu, która mnie pokrywała, lśniłam poświatą zdobywcy mitycznych trofeów. Indiana Jones to był przy mnie Pan Pikuś. Przyznam się szczerze, że odwiedziłam w sumie cztery takie punkty i stworzyłam niesamowitą kolekcję. Przydarzyło mi się coś, co teoretycznie nie miało prawa się wydarzyć – poczułam się jak podczas skoku w czasie na małe, wymarzone zakupy z Babcią.
I teraz nastąpi najtrudniejsza część mojego szalonego planu: jak połączyć te wszystkie elementy – choinkę, bombki, dekoracje i wspomnienia – w jedną spójną całość? Tak, żebym mogła jeszcze raz położyć się pod drzewkiem, poczuć ten niezapomniany zapach i pozwolić mojemu sercu w końcu nim odetchnąć.

piątek, 28 listopada 2025

Wspomnienie, czyli jak zaczarować rzeczywistość

Chcę spróbować cofnąć czas i zatrzymać go na krótką chwilę. Odzyskać jedno wspomnienie i fizycznie się nim nacieszyć.
Mam ich tyle: stan wojenny, żelazna kurtyna, kartki na mięso, jedna tabliczka czekolady na miesiąc, Pewex, tasiemcowe kolejki, pachnące chińskie gumki do ścierania, gazety, które już dziś nie istnieją, biało-czarna telewizja, granie w klasy i w gumę, upadek muru berlińskiego, historyczne głosowanie w 1989 roku, zmiany ustrojowe, które z dnia na dzień zmieniły rzeczywistość. A potem: pierwsza miłość, wakacje pod namiotami, zagraniczne podróże, jeszcze więcej miłości, małżeństwo, macierzyństwo, emigracja, pandemia. A to przecież tylko mała ich część.
Z tych wszystkich wspomnień jest jedno, które wryło się w moje serce oraz duszę i zostanie w niej aż do śmierci. Podejrzewam, że nawet gdy dopadnie mnie galopująca skleroza, tej jednej rzeczy nie zapomnę nigdy.
Mam jakieś cztery lata, siedzę na podłodze, a przede mną stoi olbrzymia choinka, którą ubiera Moja Mama i Dziadek. Z tej dziecięcej perspektywy drzewko jest ogromne, potężne i tajemnicze. W powietrzu unoszą się już intensywne zapachy wigilijnego jedzenia, a na moich oczach dzieje się czysta magia.
Mieszkanie moich Dziadków znajdowało się w starej, przedwojennej kamienicy i było niezwykle wysokie – miało około 3,5 metra. Mycie okien i wieszanie firanek w tym salonie stanowiło sport ekstremalny tylko dla zapalonych alpinistów (a w praktyce głównie dla Mojej Mamy i Babci).
Mój Dziadek miał przyjaciela leśniczego i co roku wybierał się do niego do lasu pod Kielcami w celu znalezienia świątecznego drzewka. Zawsze wracał do domu nie z łysawym badylem, ale z potężnym drzewem. Choinki, które przez lata Dziadek przywoził, były tak ogromne, że nie mieściły się v pokoju i często trzeba było je mocno podcinać. Były przy tym nieziemsko piękne i pachnące.
Dawniej choinkę ubierało się tradycyjnie w samą Wigilię – według mnie nie był to najbardziej wygodny i przemyślany pomysł na logistykę życia. W praktyce panie często padały w kuchni ze zmęczenia, a panowie z dziećmi stroili sobie radośnie gałęzie. Oczywiście po rytualnym uboju karpi w łazience.
Być może dlatego Dziadek jest jednym z moich pierwszych, wyraźnych wspomnień. A może również dlatego, że co roku psuły się stare komplety lampek, których ze względu na wielkość choinki zawsze potrzeba było przynajmniej kilka. Dziadek naprawiał je w potężnym stresie: lutował, przeklinał pod nosem i sprawdzał cierpliwie żaróweczka po żaróweczce. Zawsze udawało mu się to w przysłowiowej ostatniej chwili. Często ostatnia bombka lądowała na gałęzi w tym samym momencie, w którym Rodzina z opłatkiem w ręku zasiadała do wieczerzy wigilijnej.
Moja Babcia z kolei kochała bombki i wszelkie oryginalne ozdoby. Wtedy jako dziecko nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale musiała nieźle się nabiegać, nastać w kolejkach i wspomóc znajomości łapówkami, żeby zdobyć te wszystkie cuda, które potem wisiały w salonie. I tu ewidentnie widzę siłę genów: o ile Moja Mama nie czuła nigdy specjalnego sentymentu do „choinkowego szaleństwa”, o tyle ja odziedziczyłam po Babci cały Jej zapał, zachwyt i maniakalne kupowanie dekoracji świątecznych. W praktyce odziedziczyłam też po Niej trochę szklanych pamiątek, które niestety w większości się potłukły, ale na szczęście nie wszystkie.
Lata mijały, PRL kwitł ze wszystkimi swoimi upojnymi rozrywkami, takimi jak kartki na mięso czy pomarańcze „rzucane” do sklepów raz do roku, a nasze choinki niezmiennie czarowały. Zaczęłam pomału sama wieszać bombki. Pamiętam, że na początku mogłam dosięgnąć tylko najniższych gałęzi, a potem nagle zdałam sobie sprawę, że dorosłam, siedzę na ziemi i sama sprawnie łączę skomplikowane komplety lampek.
Moja Mama z ulgą przekazała mi swój zakres obowiązków i na placu choinkowego boju zostałam sama z Dziadkiem, który, opadając już z sił, koordynował cały proces na siedząco, z fotela. Razem tworzyliśmy magię, a dookoła mnie unosiło się coś, co w pełni zrozumiałam dopiero wtedy, gdy bezpowrotnie zniknęło: to była bezwarunkowa miłość.
Moim ulubionym świątecznym zwyczajem było branie koca oraz poduszki, wczołgiwanie się pod choinkę i czytanie książek w blasku światełek. Dziadek odszedł, kiedy miałam 15 lat. Oprócz morza miłości, które nagle w moim życiu wyschło, skończyła się też bezpowrotnie epoka wielkich, żywych choinek. I choć na przestrzeni lat moi Rodzice parę razy zorganizowali jeszcze żywe drzewko, to nie było już to samo. Polubiłam sztuczne choinki, stworzyłam swoją własną kolekcję bombek i przez lata robiłam wszystko, żeby chociaż szczypta magii zapamiętanej z dzieciństwa trwała nadal.
Inaczej potoczyło się to w Stanach, o czym już wcześniej wielokrotnie pisałam. Dorobiliśmy się tutaj pięknej, trzymetrowej choinki, która bardzo wiernie naśladuje żywą jodłę. Dodatkowo ma wmontowane w gałęzie lampki na pilota – po prostu szał, ciał i uprzęży. Przez pierwsze lata konsekwentnie ją ignorowałam i ubierał ją wyłącznie Mój Mąż. Potem stopniowo zaczęłam kupować własne ozdoby i wreszcie pomału przewozić Mój polski zbiór bombek z Warszawy. W efekcie polubiłam ją i stworzyłam drzewko, które połączyło w sobie dwa światy: przeszłość i teraźniejszość, nostalgię i emigrację. Jednym słowem: całe moje życie zamknięte w mieniących się kulkach zawisło na amerykańskich gałęziach.
W sierpniu dotarła do Stanów ostatnia część moich starych bombek, które nigdy nie pasowały do naszej eleganckiej choinki w salonie. Są za bardzo kolorowe, za mało stylowe, zdekompletowane i – mówiąc zupełnie brutalnie – część z nich jest zwyczajnie kiczowata.
I tutaj zrobię mały wtręt: Mój Dziadek był niezwykle uzdolnionym człowiekiem. Grał ze słuchu, pięknie śpiewał, rysował i malował. Rozpoznawał kicz i wielkie dzieło sztuki na odległość kilometra. Powiedział mi kiedyś ważne słowa: „Nie ma nic złego v tym, że podoba ci się kicz. Możesz go lubić, a nawet kochać. Pod warunkiem, że masz świadomość, że to jest kicz”.
I tak oto zostałam ze wspomnieniem i garścią kiczowatych, niechcianych bombek, bo te piękne i eleganckie znalazły już dawno swoje bezpieczne miejsce na naszej polsko-amerykańskiej choince.
I wtedy coś się we mnie bezpowrotnie złamało. W ciągu ostatniego roku straciłam oboje Rodziców. Miejsce w Polsce, które było moim ukochanym drugim domem, musiałam całkowicie zlikwidować, a to, co po nim zostało, zapakować do skrzyń i wysłać statkiem jako cargo przez Ocean. (Myślę, że opiszę kiedyś, jak wyglądało nadawanie tego morskiego transportu, bo było to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju).
Po takiej ilości bolesnych strat chcę po prostu coś odzyskać. Nawet jeśli z boku wydaje się to czymś zupełnie irracjonalnym, egoistycznym i kompletnie niepraktycznym. Chcę zamknąć oczy i poczuć zapach prawdziwej choinki, a gdy je otworzę – chcę zobaczyć drzewko sprzed lat.
Mam konkretny plan i wybuchową część genów Babci. Zobaczymy, czy świąteczne cuda jeszcze się zdarzają.