Tym razem podeszłam do ubierania choinek (liczba mnoga) poważnie i w sposób głęboko przemyślany. Normalnie po prostu zanurzałam się z przyjemnością w świątecznym szaleństwie, tym razem to była strategia opracowana na najwyższym poziomie.
Mężuś wniósł do domu pudła z bombkami, które normalnie czekają na Święta w garażu, rozejrzał się, w oczach pojawiło mu się coś w rodzaju przerażenia i odmeldował się w tempie przyspieszonym. Zanim uciekł, postawił sztuczną choinkę i zostawił mnie na placu boju. I dla ścisłości: to było dokładnie to, co chciałam. Ja i miliard bombek – kombinacja idealna. Szalona, ale idealna.
Zaczęłam segregować dekoracje: te na sztuczną choinkę – wszystkie świecące, szkockie i kryształowe cuda, oraz te na nową, żywą – stare, zdekompletowane, pełne wspomnień, zdecydowanie potrzebujące rewitalizacji, a czasami wręcz cudu. Po dodaniu bombek zakupionych w sklepach ze starociami okazało się, że właściwie możemy kupić jeszcze jedną choinkę. Małą, ale jakbyśmy się uparli, to byśmy mogli. Nikt się nie upierał.
Zaczęłam strojenie. Na początek poszła sztuczna, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy żywej, a jakkolwiek by to dziwnie brzmiało, to bez części dekoracji przeznaczonych do powieszenia na żywej wydawała się pustawa. Gdy wyraziłam swoją obawę, Junior i Mąż przeżyli coś pomiędzy szokiem a czkawką ze śmiechu. Póki co zostawiłam choinkę wystrojoną tak mniej więcej w osiemdziesięciu procentach i wybraliśmy się po żywą.
Żywa choinka, jak już wspomniałam we wcześniejszym poście, okazała się dużo wyższa, niż planowaliśmy. Zainstalowaliśmy ją w stojaku nowej generacji z wodą i zostawiliśmy w spokoju, żeby się przyzwyczaiła do temperatury. Takie akcje pamiętałam z dzieciństwa. Choinka niespecjalnie się przejęła naszymi oczekiwaniami i jej gałęzie cały czas sztywno stały na baczność. Żłopała za to wodę, jakby była na potężnym kacu, co pewnie było prawdą.
Następnego dnia zaczęłam ubieranie. Oczywiście na pierwszy ogień poszły lampki. W sumie tylko trzy komplety, ale jak skończyłam, to nie wiedziałam, jak się nazywam. Zapomniałam, jakie to jest wyzwanie! Od ośmiu lat nasza sztuczna choinka po prostu świeci sama z siebie, a tutaj musiałam się postarać. Mimo moich usilnych starań, wciąż coś nie świeciło tak, jak powinno. Odpuściłam chwilowo temat i zaczęłam wieszać bombki.
To było jak z przysłowiową jazdą na rowerze – wspomnienia natychmiast zaczęły wracać. Stłukłam dwie bombki, zanim przypomniałam sobie, jak powinno się je wieszać na żywych gałęziach i że sztuczne gałązki są sztywne, jakby zrobiono je z żelaza, a żywe – wręcz przeciwnie, niezwykle wiotkie i plastyczne. Żywa choinka zaczęła zmieniać kształt, a ciężar bombek pomału wyginał gałęzie. Sama zaczęłam pachnieć jak choinka, co już na starcie wywołało u mnie tornado endorfin.
Gdzieś w połowie procesu musiałam zrobić przerwę i zacząć renowację bombek. Zaanektowałam całą kuchnię. Część umyłam, część uprałam, część zreperowałam. Proces trwał kilka dni, od rana do nocy. Zostawiłam Moim Facetom mały kawałek blatu kuchennego, żeby mogli sobie szykować jedzenie i nie padli mi z głodu. Zaczęłam wieszać to, co udało mi się uratować, ale cały czas to nie było to.
Z Moim Tatą mam wiele wspomnień świątecznych. Na przykład zawsze dostarczał na Wigilię karpie – oskrobane, pięknie wyczyszczone, pokrojone w tak zwane dzwonki, gotowe do smażenia. Łuski suszył, pakował razem z bilonem w kolorowy papier, zaznaczał na nich rok i rozdawał wszystkim przy kolacji wigilijnej. Trzeba je było nosić w portfelu cały rok (zawsze nosiłam). Uwielbiałam jemiołę, więc jeździł i mi ją kupował. Co roku była większa! Wieszaliśmy ją razem, często obwieszoną dodatkowo kolorowymi lampkami. Ale najmilszym wspomnieniem było to, jak ubierałam choinkę. Zawsze wolałam robić to sama, a Tata sobie siedział obok i plotkowaliśmy. W praktyce ja padałam na pysk, szczęśliwa jak bóbr przy wycince lasu, a Tata miał ubaw.
I tutaj, zanim przejdę dalej, muszę coś wyjaśnić. Od zawsze kochałam kolorowe światełka. Na mojej choince było zawsze mnóstwo kompletów, nie przesadzając – ponad dwadzieścia. Choinka świeciła jak elektrownia. Mój Mąż, który wracał kiedyś z podróży służbowej z Holandii samolotem, zawsze twierdził, że jak wlatywał w niemiecką przestrzeń powietrzną i widział kolorową łunę, to znaczyło, że właśnie odpaliłam nasze drzewko. I Mój Tata co roku, kiedy choinka stała już gotowa i świecąca jak kometa, zawsze twierdził (cytuję): „Coś ta choinka taka ciemnawa w tym roku, trzeba by dokupić parę kompletów lampek”. To był tylko nasz żart, nasz prywatny świąteczny moment.
I oto stanęłam przed moją tegoroczną, żywą, już prawie gotową, świecącą choinką, którą już wszyscy członkowie Rodziny zaczęli się pomału zachwycać, a mnie cały czas czegoś brakowało. Nikt mnie nie rozumiał.
Zebrałam się w sobie i stwierdziłam pod nosem: „Jakaś ciemnawa ta choinka, potrzebuje więcej lampek”.
Po czym pojechałam do sklepu, dokupiłam następne sześć kompletów i je powiesiłam. Było to potężne wyzwanie, bo ciężko wiesza się lampki, gdy na gałęziach są już bombki, ale sobie poradziłam. I w momencie, jak to zrobiłam, choinka w końcu naprawdę obudziła się dla mnie do życia.
Zostało mi jeszcze trochę dekoracji do odrestaurowania i to już będzie koniec, a w międzyczasie skończyłam ubieranie sztucznej choinki. Jeszcze chwila, a obie będą czarować, bo – żeby już całkiem było magicznie – stoją w tym samym pokoju, zaledwie kilka metrów od siebie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz