Pięć lat temu, w środku pandemii, wylądowaliśmy na wakacjach na Jamajce. Pobyt pod wieloma względami był bardzo udany. Po pierwsze, świat ciągle jeszcze był częściowo zamknięty, więc ta podróż to było jak wyrwanie się z klatki. Po drugie, poznałam wtedy Szaloną Duszę – Polkę oryginalnie z Krakowa, a od trzydziestu lat z okolic Waszyngtonu. A po trzecie, to właśnie na Jamajce, mocząc się w morza lazurze, przekonałam Mojego Męża, że to jest najwyższy czas na psa.
Mam wrażenie, że im człowiek jest starszy, tym trudniej mu jest zawierać prawdziwe przyjaźnie. My zaczęłyśmy naszą na tarasie przy blasku świec. I choć brzmi to bardzo romantycznie, to rzeczywistość dość mocno odbiegała od tej wizji. Ponieważ mieszkaliśmy w tym samym hotelu, zostaliśmy zaproszeni na drinka po kolacji. To był ten moment, kiedy dochodziliśmy do siebie po śmierci naszych świnek, a kot kochał nieustająco tylko Juniora. Moja nowa znajoma miała króliki, sztuk trzy, które kochała mniej więcej tak jak my nasze małe tuczniki. Była niestety po stracie jednego z nich. I tak część męska naszych rodzin, w sumie sześciu facetów, oraz Moja Córka patrzyli bezradnie, jak dwie polskie baby, pociągając nosami, wyrzucają z siebie rozpaczliwe emocje.
Z takimi wakacyjnymi znajomościami jest albo wszystko, albo nic – formy pośrednie, jeśli istnieją, w niczym nie przypominają przyjaźni. Po wspólnych wakacjach umówiłyśmy się na telefon i rozjechałyśmy się każda do swojego domu. Pamiętam, że po powrocie klapnęliśmy z Moim Mężusiem na fotelach i zaczęliśmy się zastanawiać, czy ta znajomość udźwignie odległość. I teraz, po pięciu latach, mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić: udźwignęła. Zaczęło się od telefonów i godzinnych rozmów, a potem zaczęłyśmy się regularnie odwiedzać. Cztery godziny jazdy w jedną stronę w Stanach to jak przejechać Nowy Jork (w godzinach szczytu).
Dzięki temu miałam powód, żeby zwiedzić Waszyngton i – na moje wyraźne życzenie – Baltimore. Wybraliśmy się z wizytą w lutym i o ile błękit nieba powalał, a słońce zachęcająco świeciło, to niestety było przeraźliwie zimno i wiał arktyczny wiatr. Ale jeżeli po jednej stronie barykady są dwie szalone Polki, a po drugiej tornado, to raczej nie obstawiałabym zwycięstwa żywiołu. W świetnych humorach galopowałyśmy radośnie, poganiając mężczyzn, a ponieważ obie dorobiłyśmy się cudzoziemców – ja Holendra, a ona Amerykanina – to panowie dzielnie podtrzymywali się na duchu.
A było po czym chodzić, bo główne atrakcje są położone w linii prostej liczącej trzy kilometry. Zaczęliśmy od pomnika Lincolna, jednego z ulubionych miejsc do kręcenia filmów sensacyjnych, potem zobaczyłam sadzawkę lustrzaną, przez którą brnęła dziewczyna do „Forresta Gumpa”, obleciałam dookoła obelisk, czyli pomnik Waszyngtona, i zakończyliśmy na siedzibie parlamentu, czyli Kapitolu. Pod koniec wszyscy szczękali zębami. Muszę przyznać, że ta trasa robi wrażenie. Te miejsca są tak znane i tak często pokazywane w filmach, że przez cały czas miałam irracjonalne wrażenie, że po pierwsze już tam kiedyś byłam, a po drugie, że to wszystko to dekoracja, a nie prawdziwe budynki. Przyznam uczciwie, że na Biały Dom rzuciłam tylko okiem z oddalenia – na tle Kapitolu i monumentu Lincolna wyglądał on doprawdy niepozornie.












Jak byłam szczawikiem w podstawówce, granice były zamknięte i istniały wyroby czekoladopodobne, to moim marzeniem było zobaczenie Baltimore. I uczciwie to przyznaję, że tylko i wyłącznie ze względu na nazwę, która bardzo mi się podobała. Kojarzyła mi się z czymś tajemniczym i egzotycznym. Razem z „czasami słusznie minionymi” zostawiłam za sobą to zupełnie pozbawione sensu pragnienie. Aczkolwiek od momentu, jak usłyszałam „Dezyderatę” w wykonaniu Piwnicy pod Baranami, to gdzieś z tyłu głowy zawsze brzmiały mi słowa: „znaleziono w starym kościele św. Pawła w Baltimore”.
Kiedy już zwiedziliśmy solidny kawałek Waszyngtonu i zaczęliśmy pomału zbierać się do domu, Szalona Dusza zapytała, czy jest jeszcze coś, co bym chciała zobaczyć. Przez chwilę się zawahałam, a że prawdziwa przyjaźń opiera się przede wszystkim na tym, że można sobie pozwolić być sobą, walnęłam prosto z mostu:
– Baltimore.
Pierwszą reakcją wszystkich było głośne:
– Dlaczego?
Według partnera Szalonej Duszy Baltimore nie było ani specjalnie atrakcyjne, ani, co ważniejsze, bezpieczne. Mimo obaw zawieźli nas tam, wybrali restaurację na szczycie wieżowca i wystawili mnie na taras w pełnym słońcu i, oczywiście, porywistym wietrze. Roztoczył się przede mną widok portu. Może nie był najpiękniejszy na świecie, ale mnie się bardzo podobał. Patrząc na wszystko z lotu ptaka, uśmiechnęłam się zachwycona, a potem palnęłam:
– A teraz chcę zobaczyć kościół.
Panowie zamarli, a Szalona Dusza w mig zrozumiała, o co chodzi – w końcu Piwnicę pod Baranami miała niejako we krwi.



Spacerkiem dotarliśmy do kościoła św. Pawła i tutaj okazało się, że niestety nie będziemy mogli wejść do środka, bo jest zamknięty. Zupełnie się tym nie przejęłam. Wystarczyło mi, że mogłam dotknąć jego murów z zewnątrz. W takich chwilach czuję po prostu czystą wdzięczność, że los i wszystkie Siły Wyższe pozwalają mi na przeżywanie mojego życia na moich warunkach.



Usatysfakcjonowani widokami i obiadem, wracaliśmy ulicami Baltimore do samochodu. Przechodząc przez jakiś skwerek, zobaczyłam pomnik. Ponieważ zbliżyłam się do niego od tyłu, nie wiedziałam, co dokładnie przedstawia. Odruchowo obrzuciłam go spojrzeniem i stanęłam jak wryta. Ogarnęło mnie to specyficzne, nagłe uczucie, jakie człowiek miewa, gdy na totalnym końcu świata, daleko od domu, znajduje cząstkę własnej tożsamości. Wydawało mi się, że u samej góry dostrzegłam rzeźbę husarza. Co zupełnie nie miało sensu – bo co husaria robiłaby w centrum Baltimore?
Obeszłam tę majestatyczną bryłę i wszystko stało się jasne. Przede mną wznosił się wysoki monument upamiętniający Polaków zamordowanych w Katyniu. Na złotych, stylizowanych płomieniach byli jakby zawieszeni w czasie żołnierze i królowie polscy, a na samym szczycie – dumni husarze. Okazało się, że ten pomnik jest jednym z najokazalszych w całym Baltimore, a powstał oczywiście dzięki niesamowitej inicjatywie Polonii.






I może w obecnych czasach to nie jest ani łatwe, ani popularne, ale ja naprawdę jestem dumna z faktu, że jestem Polką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz