środa, 7 października 2026

Ostrokrzew, hiena i UFO, czyli amerykańskie sekrety

W pewnym wieku ludzie zwykli mawiać: mnie już nic nie zaskoczy. 
Myślę, że ja też miałam takie zapatrywania na przyszłość. Tymczasem podczas mojej emigracji życie zdecydowało, że trzeba mnie zaskoczyć – szczęśliwie dla mnie, głównie pozytywnie.
Zaczęło się niewinnie. Podczas naszych pierwszych pięciu lat pobytu w Stanach, jak już o tym wspominałam we wcześniejszych postach, mieszkaliśmy w Connecticut. 
Bardzo lubiłam dom, który wynajmowaliśmy, mimo tego, że był stary (zbudowany na początku lat pięćdziesiątych) i zimny pioruńsko. W pakiecie z domem dostaliśmy w leasingu ogród. I to głównie dzięki temu zachowałam zdrowie psychiczne, zwłaszcza podczas pandemii. 
Zachwycałam się wszystkimi roślinami bez specjalnego zastanawiania się, czym dokładnie są, bo zwierzęta rozpoznawałam bez pudła.
W Polsce podczas Świąt Bożego Narodzenia króluje jemioła, w Stanach – ostrokrzew. Przyznam uczciwie, że podczas pierwszego roku przeoczyłam fakt posiadania na własność tej rośliny. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że o ile jemioła wisi na drzewach, o tyle ostrokrzew kojarzył mi się z krzaczkiem. 
A tymczasem podczas drugiego roku emigracji ostrokrzew zaowocował i okazało się, że to jest wielkie drzewo. Jak powiedziała Mojej Mamie, że mam ponad dziesięciometrowy ostrokrzew w ogrodzie, to nie chciała mi wierzyć. 
Co ciekawe, podczas pięciu lat tylko raz się tak pięknie zaprezentował. Potem okazało się, że o ile w Polsce to są krzaczki, o tyle w Stanach takie wielkie drzewa są bardzo popularne. 
Myślę, że uczucie, kiedy widzi się coś, co teoretycznie nie ma prawa istnieć, jest porównywalne do odkrywania nowych gatunków roślin i zwierząt.
I o ile ostrokrzew zszokował mnie w Connecticut, o tyle po przeprowadzce do New Jersey tutejsza fauna postawiła mnie w jeszcze bardziej irracjonalnej sytuacji. Tym razem na szczęście był ze mną Mąż, bo myślę, że inaczej nikt by mi nie uwierzył.
Dwa lata temu wracaliśmy do domu i na naszej ulicy wbiegło nam pod samochód jakieś stworzenie. Ponieważ jechaliśmy wolno, a dodatkowo Mój Mąż ma świetny refleks, obyło się bez tragedii. Niedoszła ofiara stanęła około trzech metrów od nas. Zapatrzyliśmy się na nią, a ona na nas. 
Po dłuższej chwili wydobyłam z siebie głos, nie wierząc, że to mówię:
– Rany boskie, co tutaj robi hiena?
Mieszkamy w New Jersey, w dzielnicy domków jednorodzinnych, a nie na afrykańskiej pustyni. Hieny, zaraz po słoniach i żyrafach, raczej nie spacerują po okolicy. Mój Mężuś słabo zaprzeczył, że to nie może być hiena. 
Tajemniczy drapieżnik ciągle stał, a my nie odrywaliśmy od niego oczu. Widocznie nie byliśmy specjalnie atrakcyjni ani apetyczni, bo w końcu zwierzak zaczął się oddalać wolnym truchcikiem. Ruszał się też zupełnie jak hiena.
I powiem szczerze, że być może to nie była hiena, tylko wynędzniały kojot z patologicznej rodziny po przejściach, ale nie jestem w stanie się do tej wersji przekonać. 
Dotarliśmy do domu i Mój biedny Mąż odblokował się wokalnie, pytając mnie zupełnie ogłuszony:
– Ale przecież to nie mogła być hiena, prawda?
Może i nie mogła, ale według mnie była. Choć od spotkania z tajemniczym, hienopodobnym stworzeniem upłynęło już trochę czasu, Mój Mąż zawsze wspomina to zdarzenie. I chociaż usilnie wypiera możliwość, że faktycznie po naszej okolicy plątał się drapieżny padlinożerca, to zawsze widzę w jego oczach cień niepewności.
I na koniec będzie tajemniczo. Jakoś tak się złożyło, że w filmach przybysze z kosmosu lądują głównie w Stanach. Być może ma to związek z faktem, że istnieje wiele plotek mówiących o lądowaniu w Roswell i w kilku innych miejscach w USA.
Ogólnie wielu Amerykanów wierzy w UFO – obstawiam, że tak średnio połowa, co w przypadku ponad 300-milionowego państwa jest niezłym wynikiem. Mogłam się o tym przekonać osobiście, kiedy mniej więcej rok temu byliśmy na proszonej kolacji u mieszanego małżeństwa polsko-amerykańskiego.
Pan domu, Amerykanin co się zowie, okazał się gorącym zwolennikiem życia pozaziemskiego. Ponieważ impreza odbywała się na zewnątrz, po zapadnięciu zmroku na bezchmurnym niebie pojawiły się gwiazdy, doskonale widoczne, ponieważ nie mieszkamy w mieście. 
W pewnej chwili zauważyłam, że nasz gospodarz obserwuje w skupieniu niebo. Ja również spojrzałam w górę. Lubię patrzeć w niebo w każdym wydaniu: nocnym, dziennym, słonecznym czy zachmurzonym. 
Pan domu wskazał ręką jedną z gwiazd, dość mocno świecącą, i powiedział:
– To nie jest gwiazda, ktoś nas obserwuje.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem, bo jak dla mnie to była zwyczajna gwiazda. Zrobił tajemniczą minę i od tego momentu zaczęliśmy obserwować „podejrzane” zjawisko. 
Mój Mąż lekko wzdychał, ponieważ jako umysł ścisły nie wierzy w syreny, jednorożce i – o zgrozo! – w Świętego Mikołaja. UFO również zalicza się do tej kategorii. 
I normalnie zakończyłabym tę historię w tym momencie, ale koniec był bardziej spektakularny. Gwiazda najpierw trwała bez ruchu, a potem zaczęła się przemieszczać bardzo wolno, następnie zniknęła zupełnie, żeby pojawić się po pół godzinie, znowu przemieścić i zaparkować mniej więcej w tym samym miejscu co wcześniej. I było to o tyle szokujące, że zarówno rodzaj światła, jaki emitowała, jak i ruch nie pasował do niczego. 
Oczywiście chyba nie muszę dodawać, że nasz gospodarz był przekonany, że podglądały nas ufoludki, które pewnie też sobie robiły grilla.
Mnie osobiście również przydarzyło się coś niezwykłego. Kiedyś w nocy wietrzyłam nasze psy. W międzyczasie spoglądałam na rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie zobaczyłam coś dziwnego. 
Wyglądało to jak ślad, jaki zostawiają za sobą w ciągu dnia samoloty, tylko że on był świecący i dodatkowo po kilku sekundach zniknął zupełnie. 
Powiem szczerze: według mnie te wszystkie ponadnaturalne, tajemnicze zjawiska na amerykańskim niebie to nie są statki pozaziemskich cywilizacji, tylko niestandardowe samoloty wojskowe, produkowane w tajemnicy w wersji limitowanej.
Ale, cytując z przymrużeniem oka Sherlocka Holmesa: 
„Gdy odrzuci się wszystko, co niemożliwe, wówczas to, co pozostanie, bez względu na to, jak bardzo byłoby nieprawdopodobne, musi być prawdą”.
Jeżeli coś świeci i leci, a nie jest gwiazdą wiszącą bądź spadającą, samolotem, balonem, helikopterem czy satelitą, to co pozostaje…?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz