niedziela, 4 października 2026

Amerykański orkan, czyli prawie nas zwiało

 Tydzień temu całe Wschodnie Wybrzeże Stanów nawiedził orkan w wersji amerykańskiej – czyli niszczycielskie wietrzysko w pakiecie z ulewnym deszczem. 

I normalnie pewnie nie byłabym tym tematem tak poruszona, bo niejedną solidną burzę, nawet śnieżną, już tutaj przeżyłam. Ale tym razem było inaczej. 

Po raz pierwszy od dziewięciu lat patrzyłam z prawdziwym strachem na żywioł za oknem. I tutaj już nie chodzi o potencjalne podtopienia, aczkolwiek deszcz z przerwami zalewał nas solidnie przez trzy dni – prawdziwym problemem był wiatr. On nie robił przerw, za to generował hałas porównywalny do lądowania helikoptera tuż przed drzwiami, ewentualnie na dachu.

Drzewa w naszym ogrodzie dosłownie się kładły. A to nie są wiotkie roślinki, tylko kilkudziesięcioletnie olbrzymy. 
Jakoś tak się złożyło, że Moi Mężczyźni nie mają najmniejszych problemów ze spaniem. Junior przespał trzęsienie ziemi w kwietniu dwa lata temu i, o zgrozo, to wcale nie jest żart. 
Ja z kolei, żeby usnąć, potrzebuję albo absolutnej ciszy, albo totalnego wyczerpania. Tym razem nie było ani jednego, ani drugiego. Adrenalina trzymała mnie za gardło i skutecznie otrzeźwiała. Gdyby któreś z naszych drzew się poddało, rozwaliłoby nam dach bez najmniejszych problemów. 
A my podobno i tak byliśmy zaledwie na granicy tego kataklizmu, bo cały główny impet nas ominął. Powiem szczerze, że skoro tak to wyglądało u nas, to aż boję się myśleć, co działo się w samym centrum tego cyklonu. Same gałęzie, które postrącał ten wiatr, ważyły według Mojego Męża, który potem fizycznie je usuwał, kilkadziesiąt kilogramów każda.
Patrząc na to pobojowisko, odruchowo cofnęłam się w myślach do mojego dzieciństwa. Jako że przyszłam na świat na tym łez padole w Kielcach i spędziłam w nich dodatkowo kilkanaście lat, regularnie doświadczałam kaprysów pogodowych Gór Świętokrzyskich. 
Jest takie regionalne przysłowie, i tu będę dosadna, bo inaczej się nie da: „piździ jak w kieleckim”. 
Jeżeli wychowuje się dzieciaki od małego w nawet ekstremalnych warunkach, to one nie są dla nich ekstremalne, tylko zupełnie normalne. Podobnie jak można wrogie gatunki zwierząt hodować razem bez krwawych zbrodni, pod warunkiem że robi się to od samego początku ich życia.
Ja na właśnie takiej zasadzie wyrosłam wśród wiatrów – głównie zachodnich. Mam ogromny szacunek do żywiołów, ale darzę je sympatią, a wodę i wiatr po prostu kocham. 
Te uczucia przydały mi się w Stanach wielokrotnie, ponieważ pogoda w Ameryce sama w sobie jest żywiołem całkowicie nie do okiełznania. I tu na własnej skórze okazało się, jak bardzo potrafi zaskoczyć tutejszy klimat. Dla Moich Dzieci wielkie burze z piorunami, deszcze lejące dniami i nocami oraz śnieg, który zasypuje regularnie całą okolicę i uniemożliwia poruszanie się, to wszystko były nowe, niepokojące doświadczenia.
Dla mnie z kolei to było po prostu odświeżenie sobie dzieciństwa. Do ostatniego weekendu. Poprzednio, gdy nad Wschodnim Wybrzeżem szalał huragan, który wył jak duch udręczony i całkowicie zagłuszał rozmowy, to tylko trochę się spinałam, a cały dom dzielnie opierał się żywiołom i chronił Naszą Rodzinę. Tym razem jednak skala była inna. 
Siedząc w ciemności, doszłam do wniosku, że zupełnie nie wyobrażam sobie, jak egzystują ludzie w rejonach, gdzie regularnie pojawiają się potężne tornada, niszczące absolutnie wszystko na swojej drodze. 
A ponieważ ten nasz weekendowy kataklizm nie był cyklonem tropikalnym, to nie dostał od meteorologów żadnego oficjalnego imienia. Osobiście uważam, że zdecydowanie go przez to nie doceniono.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz