Moja druga przygoda jamajska dobiegła końca. Karaibski raj zdecydował się pożegnać nas w wielkim stylu. W przeddzień naszego wylotu rozpętał się mały kataklizm meteorologiczny.
Po raz pierwszy mogłam się na własnej skórze przekonać, że z burzami tropikalnymi nie ma żartów. O ile ciepły, mały deszczyk od czasu do czasu był miłym przerywnikiem naszych wakacji, a chmury na niebie tworzyły dzieła sztuki, o tyle burza, która praktycznie wzięła się znikąd, utwierdziła mnie ponownie w przekonaniu, że ludzie nie mają żadnych szans z żywiołami natury.
Zaczęło się jak zwykle od miłego deszczyku i podczas gdy Mężuś przytomnie ewakuował się do hotelu, ja zostałam na plaży w celu napawania się widokami. W momencie jak deszcz zaczął zacinać i zalewać mi dosłownie twarz, stwierdziłam, że wystarczy już tego nawodnienia.
Dotarłam przemoczona, ale szczęśliwa do pokoju, w którym zrelaksowany czekał Mój Mąż. Spojrzałam przez okno i przez chwilę mój mózg nie był w stanie zaakceptować obrazu rzeczywistości. W ciągu dosłownie kilku minut wszystko się zmieniło. To, co się działo na zewnątrz, jak najbardziej zasługiwało na miano sezonu huraganowego – może nie był to armagedon pogodowy, ale na pewno przyzwoity czyściec.
Ściana wody, pusta plaża i ciemne, groźne morze, które w niczym nie przypominało widoczków, z których słyną Karaiby. Cały krajobraz utracił wszystkie kolory oprócz szarego. Nie było grzmotów i błyskawic, tylko cichy, bezlitosny żywioł. Mieliśmy ogromne szczęście, że pogoda załamała się na samym końcu naszego pobytu. I wiem, że to brzmi, jakbym przesadziła ze słońcem, ale warto było to zobaczyć.
Ponieważ deszcz padał pod wszystkimi możliwymi kątami, woda praktycznie wlewała się do hotelu. Wszyscy zwolnili i dreptali powolutku, bo nikt nie chciał zafundować sobie wakacyjnego złamania na mokrych podłogach.
W naszym hotelu można było wypożyczać bez ograniczeń kajaki i deski surfingowe z wiosłem, czyli tzw. paddleboard. Jako pasjonatka wody, w dodatku z kręgosłupem wzmocnionym tytanem, przez cały czas pobytu regularnie rzucałam wyzwanie żywiołowi. To znaczy w moim wykonaniu to były raczej łaskotki. Na szczęście Morze Karaibskie traktowało mnie litościwie i obyło się bez większych uszkodzeń ciała.
Widziałam wielokrotnie śmiałków na tych wielkich deskach, na siedząco lub stojąco prujących przez fale i energicznie pracujących wiosłami. I przyznam szczerzenie, że jak widziałam w telewizji nieszczęśników lądujących w wodzie, to nie rozumiałam istoty problemu.
Z boku to wyglądało prosto, łatwo i przyjemnie. A ponieważ podczas naszego pobytu codziennie się w tym wprawiałam, to mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że jest to proste i przyjemne, ale niekoniecznie łatwe. Być może sytuacja wygląda inaczej, jak się pływa po spokojnym jeziorze. W przypadku falującego morza trzeba się czasami nieźle napracować.
Pływałam na siedząco i, co uważam za wielki sukces, na stojąco. Po raz ostatni wypłynęłam tuż przed wielką burzą. Morze zdecydowanie szykowało się na zmianę pogody, bo pojawiły się jakieś dziwne prądy. Z wielkim trudem dopłynęłam do brzegu. Mój Mąż w pewnym momencie wszedł do wody i zaczął płynąć równolegle ze mną, bo się bał, że nie dam rady. Dałam i duma mnie rozpierała, ale energii, jak dotarłam na leżak, miałam tyle, co zaspany leniwiec.
Stworzenia morskie również ewidentnie wyczuwały zmianę w atmosferze, bo zaczęły łamać schematy i podpływać bardzo blisko brzegu. Jako pierwsza pojawiła się płaszczka dość sporych rozmiarów. A ponieważ pokazywała się kilkukrotnie, to Mężowi udało się ją bezkrwawo „upolować”.
Potem zaczęły się pojawiać ławice małych rybek, ale to akurat nie było nic oryginalnego. Największą furorę zrobiła tajemnicza ryba. Miało się ku zachodowi słońca i w wodzie zostałam ja, Mężuś i pewen nieznajomy. Na brzegu, połowicznie zanurzone w wodzie z drinkami, leżały dwie pary, roztaczające aurę bardzo pozytywnie nastrojonych do świata morświnów. W pewnym momencie coś koło nas solidnie chlupnęło, a ponieważ robiło się już ciemnawo, to niewiele widziałam. Mężuś, rozentuzjazmowany i zdecydowanie widzący lepiej w ciemnościach, zakrzyknął:
– Jaka wielka ryba!
Ocenił ją na około 80 centymetrów. Oczywiście nie byłabym sobą, żeby jej się nie przyjrzeć i – ignorując wszystkie filmy, kiedy to głupie bohaterki zamiast uciekać, wchodzą wprost w paszczę lwa, w tym wypadku może raczej rekina – zaczęłam się zbliżać do tajemniczego stworzenia.
Ryba niestety zdecydowanie nie była zainteresowana zawieraniem znajomości ze mną. Za to obecny w wodzie współtowarzysz kąpieli również chciał zobaczyć tajemniczego potwora i ewidentnie mu się udało, bo teraz on z kolei rozdarł się na cały głos:
– To chyba marlin!
I w tym momencie dwóch panów leżących na brzegu zerwało się na równe nogi i uciekło z wody, zostawiając swoje partnerki na pastwę losu i oczywiście potwora morskiego.
Ja zostałam w wodzie, Mężuś został w wodzie, nieznajomy wciąż goniący rybę również. Wspomniany „marlin” z przyczyn oczywistych również nie chciał opuszczać swojego środowiska naturalnego. Dwie wciąż leżące panie spojrzały tylko całkowicie niewzruszone na swoich bohaterskich partnerów i zmieniły pozycję w wodzie, panowie zaś zostali na plaży i ewidentnie mieli ochotę się zakopać w piasku ze wstydu.
Aż chciałoby się westchnąć i zawołać: „Gdzie ci mężczyźni, gdzie te chłopy ?”.
A że samochody sportowe na ogół kojarzą się z męską częścią społeczeństwa, często przeżywającą drugą młodość, opiszę zakończenie naszej jamajskiej przygody, kiedy to pojawiło się wodne Ferrari – i to w sensie dosłownym. Z rykiem silnika mknął wśród fal czerwony samochód wyścigowy. I to był jeden z tych momentów, kiedy w pierwszej chwili człowiek się zastanawia, czy dobrze widzi, czy może już czas wybrać się do okulisty. Oczywiście okazało się, że był to efekt połączenia skutera i małej motorówki, ale wrażenie zrobił na wszystkich plażowiczach. I może nawet, rozwydrzona sukcesami z deską surfingową, ruszyłabym na podbój morskich odmętów w tej przeczącej prawom fizyki zabawce, ale okazało się, że taka półgodzinna jazda kosztuje dwieście sześćdziesiąt dolarów od osoby. W związku z tym faktem bez namysłu stwierdziłam, że będę poznawać bezkres Morza Karaibskiego metodą tradycyjną – i po prostu rzuciłam się wpław.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz