niedziela, 25 października 2026

Jamajka, czyli kiedy w duszy śpiewa Bob Marley

 Jamajki zapałały wielką sympatią do Mojego Męża. Wysyłały w jego kierunku regularnie ciepłe i bardzo flirtujące fluidy.

Mój Mężuś upatrzył sobie barek kawowy i jako wielbiciel tego podnoszącego ciśnienie napoju meldował się w nim kilka razy dziennie. 
Mój Mąż ma coś takiego w sobie, że przepadają za nim czarnoskóre panie bez względu na wiek i kraj pochodzenia. Rozświetlają się na jego widok, wachlują rzęsami jak jelonki Bambi i nazywają go kochaniem, cukiereczkiem i skarbem. Mój Mężuś, zawsze uszczęśliwiony okazywanym zainteresowaniem, rumieni się jak dziewica w noc poślubną. Ja zaś w takich wypadkach na ogół stoję z boku w charakterze ignorowanego, prywatnego ochroniarza. Tylko nie jestem do końca przekonana, czy Mój Mąż nie tylko potrzebuje, ale również jest zainteresowany ewentualnym ratunkiem przed wielbicielkami. 
Począwszy od drugiego dnia, jak się tam pojawiał, bez pytania serwowały mu jego ulubioną kawę. O promiennych uśmiechach nawet nie wspomnę.
Polubiłam Jamajczyków już 5 lat temu i ta sympatia tylko przybrała na sile podczas naszego tegorocznego pobytu. Ten naród ma w sobie niesamowitą pogodę ducha, dumę, serdeczność i coś nieuchwytnego – może ten osławiony, pełen reggae luz. 
Nie mam wątpliwości, że sympatia, jakiej doświadczyłam z ich strony, w dużej mierze jest formą usługi dla turystów, ale na pewno nie w całości. Są zachowania, których nie można udawać. 
Często widziałam kelnerów i sprzątaczki, które po całym dniu naprawdę ciężkiej pracy tańczyły i śpiewały w ciemności, bez świadków. Patrzenie na nich sprawiało mi czystą przyjemność. 
Po paru dniach zaczęliśmy ze wzajemnością rozpoznawać wszystkich kelnerów i kelnerki. Jeden z nich powiedział mi: 
„Dobrze jest przeżyć następny dzień”. 
Taka karaibska wersja psychoterapii przy kolacji. Czasami potrzebne jest takie sprowadzenie do przysłowiowego parteru i zweryfikowanie swojej własnej hierarchii wartości.
A już zupełnie mnie rozbroili, gdy dowiadując się, że jesteśmy na Jamajce drugi raz, mówili z uśmiechem: „Witajcie w domu”. Mówiąc szczerze, nie wiem, co to dokładnie jest, ale przebywanie z tak nastawionymi do świata ludźmi powoduje, że o wiele lżej mi się oddycha.
Bez względu na to, jak to zabrzmi, zawsze na takich wyjazdach cieszę się, że mój angielski ma wyraźny, „europejski” akcent. 
Jedna z Jamajek rzuciła mi kiedyś prosto w twarz: „Nie mówisz, nie wyglądasz i nie zachowujesz się jak Amerykanka”. I nie była to w żaden sposób krytyka. Być może częściowo było to spowodowane moim abstynenckim zachowaniem. Na Jamajce „odkryłam” mocktail, czyli w wolnym tłumaczeniu „kpinę, nie drink”. 
Napój, który wygląda jak kolorowy, wyskokowy trunek, ale nie ma w nim ani grama alkoholu.
Myślę, że goście w hotelu preferowali raczej formę tradycyjną, za to ja od pierwszego dnia uzależniłam się od tych lemoniadek. Różniły się kolorami i smakami, lubiłam wszystkie. Kiedyś, stojąc przy barze, czekałam, żeby złożyć zamówienie i z nudów obserwowałam barmana, który grzecznie wszystkich pytał, co piją, i tworzył w szklankach kolorowe cuda. Jak przyszła moja kolej, zapytał krótko:
– Jeden czy dwa?
Myślałam, że coś mu się pomyliło i zaczęłam mu tłumaczyć, że chcę koktajl, a on z uśmiechem dokończył:
– Tak, wiem, bez alkoholu.
I taka sytuacja powtarzała się codziennie z różnymi barmanami. 
I wiem, że to brzmi, jakbym pochłaniała te oranżadki nagminnie – i tak w istocie było – ale dzięki temu zawsze czułam prawdopodobnie to samo niesamowite, pełne akceptacji uczucie, co Mój Mąż podczas zamawiania porannej kawy.
Jak już wspomniałam we wcześniejszych postach, Jamajka nie jest egzotycznym rajem na ziemi. Jest to piękna, zielona wyspa, pełna luksusowych hoteli. Ale poza chronionymi murami kurortów żyją ludzie w warunkach, które nikogo z nas nie nastrajałyby do tańczenia i śpiewania po kilkunastu godzinach stania w kuchni. A jednak Jamajczycy to robią. Dla siebie, bez widowni i bez napiwków. Oni naprawdę uważają swój kraj za raj na ziemi. 
I to Jamajczycy, a nie piękne skądinąd morze i plaża, spowodowali, że zarówno mnie, jak i Mężowi – cukiereczkowi udało się wyrzucić pewne myśli z głowy i głęboko odetchnąć.





1 komentarz: