A nie robię tego, bo doskonale znam swoje ograniczenia i w moim przypadku powiedzenie, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz, idealnie by się sprawdzało.
Rozumiem jednak, jak wielką przyjemność może sprawiać zbieranie grzybów, bo ja odczuwam dokładnie to samo, tylko przy zbieraniu muszli.
A rozpisałam się tak na ten temat, pozornie niemający nic wspólnego z Jamajką, bo na naszej plaży nie ma muszelek, ale za to są koralowce.
Podczas pierwszego romantycznego spaceru plażą zauważyłam dwa kawałki koralowców nieśmiało wystających z piasku i radośnie je zgarnęłam.
O ile w domu mam jakiś milion muszli, o tyle koralowców zaledwie kilka. A potem było tylko lepiej. Zaczęłam uskuteczniać samotne spacery w nieznane i przynosić do pokoju całe stosy koralowców.
Myślę, że uczucie, kiedy znajduje się muszle czy koralowce częściowo ukryte pod piaskiem, i ta chwila tuż przed ich wydobyciem, jest identyczna z momentem znalezienia grzybów ukrytych w ściółce leśnej, kiedy sięga się po nożyk.
Las ma potężną, kojącą siłę – odgłosy, zapachy i spokój leczą duszę. Morze ze swoim szumem i bezkresem działa na mnie dokładnie tak samo.
I teraz codziennie powiększam Moją kolekcję, a dodatkowego czaru dostarcza fakt, że nie mam żadnej konkurencji. Nikt z lekkim szaleństwem w oczach nie galopuje po plaży.
Sporadycznie podczas tych maratonów karaibskim wybrzeżem spotykam spacerujących ludzi – statystyka to mniej więcej trzy osoby na cztery dni.
Może już nie ma dzikich, karaibskich plaż, ale ta bardzo dobrze taką udaje. Nawet wiedząc, że za moimi plecami znajduje się kompleks hotelowy, ogarnia mnie nierealne uczucie, że oprócz mnie nie ma w okolicy nikogo.
A mnie nie jest łatwo wprowadzić w taki stan, bo jestem weteranką biegania po polskich plażach o różnym stopniu zaludnienia w każdą pogodę.
Może dlatego nie potrafię za długo leżeć na wygodnym leżaczku, bo szkoda mi każdej chwili. Zdaję sobie sprawę, że mogę już nigdy tego nie doświadczyć.
Ja, turkusowe morze i koralowce – układ idealny.
Mój Mąż, dla którego układem idealnym jest morze, parasol i leżak, tylko spojrzał na Moje skarby i spokojnie sprawdził, jaki mamy limit na bagaż.
Codziennie po plaży Mój Mężuś ofiarnie taszczy torbę nowozebranych koralowców, które ja najpierw myję, a potem rozkładam na balkonie, żeby się suszyły i wietrzyły. Uspokajam Go, że w przeddzień wylotu przeprowadzę niezwykle brutalną selekcję, aczkolwiek mam niejasne uczucie, że nie jestem specjalnie przekonująca.
„Koralowcobranie”, które uskuteczniam codziennie, zapewniło mi rozrywkę w ciągu dnia. Wieczorami za to uaktywniła się karaibska fauna.
Pierwszego wieczoru, ogłuszeni problemem z drzwiami i lotem, nie zwróciliśmy uwagi na odgłosy nocy, a zdecydowanie dużo się działo.
Na drugi wieczór, jak szliśmy na kolację, otoczyła mnie kakofonia dźwięków. I przysięgam, że na początku myślałam, że rozdzwonił się alarm samochodowy. Potem zaczęłam dopuszczać myśl, że to cykady wzmocnione przez alarm samochodowy. Bo to nie było romantyczne cykanie, tylko hałas, jaki mógłby zrobić zespół pijanych cykad z dostępem do super-wzmacniacza ze wstawionym sopranem w tle.
Zawahałam się, czy sprawdzić sprawców tych dźwięków w internecie, bo a nuż okazałoby się, że są to jakieś straszne robale, i jak ja bym wtedy uskuteczniała romantyczne spacery z Moim osobistym Mężem?
Mężuś litościwie sam sprawdził i poinformował mnie, że za nocne koncerty są odpowiedzialne cykady i żaby. Odetchnęłam z ulgą – płazy mogą sobie śpiewać do upojenia, a nawet tańczyć reggae.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz