Wiele lat temu zobaczyłam samotnego wilka w ogrodzie zoologicznym w Warszawie. Widok mną wstrząsnął. Mimo upływu czasu wciąż widzę to dumne, dzikie zwierzę uwięzione w ciemnej klatce.
Od tego czasu unikałam oglądania wilków w niewoli. Być może powinnam zastanowić się nad sobą, ale wilki mnie fascynują. Zdaję sobie sprawę, że nie są to wyrośnięte psy, tylko niebezpieczne, dzikie zwierzęta.
Na mojej liście marzeń nieustająco było zobaczenie wilka na wolności bez ryzyka, że zostanę zjedzona. Po spełnieniu kilku moich życiowych pragnień w Ameryce rozwydrzyłam się nieprzyzwoicie.
Złapałam Mężusia i zaproponowałam radośnie:
– Chodź, pojedziemy na wilki.
Mąż, zamiast poważnie się martwić, że emigracja jednak mi zaszkodziła, zapytał krótko:
– Gdzie?
I jak go nie kochać?
I tutaj lekko się zawiesiłam, bo faktycznie ściganie wilków po lasach, nawet w pokojowych intencjach, jednak nie jest najmądrzejszym pomysłem.
Na ogół to Mój Mężuś robi wywiad środowiskowy przed wycieczkami, ale tym razem ja podjęłam się zadania znalezienia wilków najlepiej preferujących dietę wegetariańską.
Okazało się, że Amerykanie lubią zakładać sanktuaria dla zwierząt. Znaleźliśmy jedno, zgarnęliśmy Moje Dzieci, żeby im poszerzyć horyzonty, i pojechaliśmy „zapolować” na wilki.
Stwierdziłam, że jak zobaczę jakiegoś wymęczonego wilka w klatce, to mnie zaaresztują za zakłócanie porządku publicznego, bo komuś przywalę. Uprzedzając fakty – udało mi się uniknąć więzienia.
Na nasze pierwsze spotkanie z wilkami z wolnego wybiegu wybraliśmy Lakota Wolf Park. Okazało się, że nie tylko my mamy ochotę zaprzyjaźnić się z wilkami – trzeba było zarezerwować bilety, a najbliższy termin był dopiero za trzy tygodnie. Wreszcie nadszedł TEN dzień.
Mieliśmy szczęście, że rezerwat znajduje się w New Jersey, ale i tak podróż trwała ponad godzinę. Po dotarciu okazało się, że jesteśmy na skraju lasu i do właściwego rezerwatu trzeba było się przespacerować około kilometra. Dla mniej sprawnych fizycznie chętnych kursowały samochody. Nasze Dzieci tęsknie spojrzały na busiki, ale pogoniliśmy je na piechotę, żeby podziwiały naturę.
Sanktuarium prowadzi para pasjonatów. Zgarnęli całą grupę, ustawili przed płotem zrobionym z siatki i wprowadzili nas w temat. Z zewnątrz ten rezerwat nie wyglądał specjalnie okazale i zaczęłam się martwić, że jest za mały. Okazało się jednak, że jesteśmy przy specjalnie stworzonym dla turystów kąciku, gdzie mogą obserwować wilki z bliska, a właściwy teren rozciągał się dalej – w sumie cztery hektary. Mówiąc szczerze, niewiele mi to mówiło, dopiero gdy właściciel powiedział, że cały teren jest wielkości pięciu boisk do piłki nożnej, oniemiałam.
Zamieszkują go cztery watahy oddzielone od siebie, a ich sąsiadami są rysie i lisy. Z ręką na sercu powiem, że je zignorowałam, bo wreszcie zobaczyłam pierwszego wilka.
Leżał sobie wyluzowany przy siatce. Mimo że wilki przypominają psy, to psami zdecydowanie nie są. Myślę, że jeżeli jakieś zwierzęta są kwintesencją dzikiej i majestatycznej natury, to są to zdecydowanie wilki. Okazało się, że do sanktuarium trafiają osobniki po przejściach, ewentualnie urodzone w niewoli.
Główną atrakcją było karmienie. Jak wilki zaczęły się schodzić na obiad, zapomniałam robić zdjęcia. Obsługa rzucała im mięso, a wszyscy trwali w nabożnym zachwycie. A najlepsze miało dopiero nadejść.
Jak już się wszyscy najedli, opiekun puścił z telefonu sygnał i wilki zaczęły wyć. Myślę, że każdy w życiu słyszał wyjącego wilka w telewizji, ale to nie jest to samo. One ewidentnie się porozumiewały i można było na chwilę zapomnieć, że jest XXI wiek i że jesteśmy w centrum cywilizacji. Na chwilę wszystko ucichło. Miałam wrażenie, że nawet ptaki rozsądnie się uciszyły.
Plątaliśmy się potem wzdłuż płotu, aż wilki zaczęły się rozchodzić, bo najwyraźniej już się znudziły. Upatrzyłam sobie jednego tuż przy siatce i stwierdziłam, że będę wyć.
Wydobyłam z siebie coś, co raczej przypominało syrenę straży pożarnej, taką już mocno zużytą, ale wilk lekceważąco zareagował króciutkim, leniwym „auuu”.
Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że w wieku dojrzałym będę wyła do wilka, nigdy bym nie uwierzyła, chociaż niewątpliwie uległabym sugestii.
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz