Mam ochotę napisać o amerykańskiej policji.
Z racji tego, że jestem jednostką w pełni praworządną, moje osobiste kontakty z władzami – zarówno polskimi, jak i amerykańskimi – od zawsze były bardzo ograniczone. Ewentualne przestępstwa popełniam wyłącznie w myślach i najczęściej dotyczą one nagłej potrzeby walnięcia z liścia na otrzeźwienie wszelkiej maści głupkom czy ignorantom.
A ponieważ prawo łamię wyłącznie w głowie, moje realne doświadczenia z amerykańską policją całkowicie odbiegają od krwawych obrazów przedstawianych w filmach sensacyjnych. Opiszę więc tylko moje osobiste przeżycia, bez snucia filozoficznych teorii.
Jak do tej pory, dwa razy miałam styczność z tutejszymi organami ścigania.
Pierwszy raz przypominał właściwie wizytę towarzyską. W USA ciągle, niestety, bardzo popularną metodą płatności są papierowe czeki. Często trzeba je wysyłać tradycyjną pocztą i kiedyś musieliśmy w ten sposób uiścić zawrotną sumę dwudziestu pięciu dolarów.
Mężuś grzecznie wysłał czek, a w krótkim czasie potem, lekko szary na twarzy, odkrył, że z naszego konta zniknęło nagle dwa i pół tysiąca dolarów. Zgłosił kradzież i do domu przyjechało dwóch panów policjantów zbadać sytuację.
Po przedstawieniu przez bank kopii dokumentu wszystko stało się jasne: jakiś cwaniak przechwycił naszą przesyłkę, dopisał do sumy dwa zera, sprytnie wymazał oryginalnego odbiorcę i wpisał kogoś innego. W teorii nikt nie powinien mieć możliwości zrealizowania tak bezczelnie przerobionego czeku, a jednak system zawiódł. Dostaliśmy nawet zdjęcie z bankowego monitoringu, przedstawiające delikwenta w czapce, szaliku i ciemnych okularach – cud prawdziwy, że nie założył maski dla spawaczy.
Panowie policjanci poinformowali nas z rozbrajającą pogodą ducha, że nigdy go nie złapią, bo facet rozpłynął się jak sen złoty. Ponieważ ewidentnie nie była to nasza wina, po sporządzeniu oficjalnego raportu bank bezdyskusyjnie zwrócił nam całą kwotę.
I o ile zafałszowanie czeku podniosło Mojemu Mężowi ciśnienie, o tyle okoliczności następnego kontaktu z amerykańską policją prawie przyprawiły go o zawał.
Druga sytuacja miała miejsce dosłownie parę dni temu. Junior miał wypadek samochodowy. Nie tworząc niezdrowego dramatyzmu: fizycznie nic mu się nie stało. Psychicznie – to zupełnie inna historia. Wracał z uczelni do domu swoim samochodem i jechał autostradą. W momencie gdy znajdował się na lewym, najszybszym pasie, nagle eksplodowało mu przednie lewe koło. W potężnym szoku udało mu się zapanować nad pojazdem i zatrzymać, ale niestety po lewej stronie – czyli w najbardziej niebezpiecznym miejscu z możliwych.
Obok śmigały pędzące samochody, a on oczywiście od razu do nas zadzwonił. Mój Mąż zaczął w popłochu szukać pomocy drogowej. Ostatni raz widziałam Go w takim stanie, gdy tuż po narodzinach Nasz Syn wylądował na OIOM-ie. Junior pokazał nam na kamerce oponę, która była w strzępach.
Siedział przerażony w środku. Nie mógł jechać, nie mógł też uciec na piechotę, bo od bezpiecznego pobocza oddzielały go trzy pasy mknących aut. Czas dziwnie się rozciągnął – mimo że upłynęło dosłownie parę minut, wydawało się, że wszystko trwa dużo dłużej.
Junior był cały czas na linii. Mąż w panice usiłował przekrzyczeć przez telefon automatyczną infolinię sztucznej inteligencji, żeby wysłała natychmiastową pomoc. Ja właśnie otwierałam usta, żeby krzyknąć do syna, by natychmiast dzwonił na policję.
I w tym momencie w jego samochód z boku z impetem uderzyło rozpędzone auto.
Wiedziałam, co się stało, zanim Junior, używając kilku dosadnych, polskich przekleństw, krzyknął z przerażenia. Mąż zszarzał na twarzy jeszcze bardziej i razem wrzasnęliśmy do telefonu, żeby natychmiast dzwonił na numer alarmowy. W międzyczasie wypadliśmy z domu i zaczęliśmy jechać w jego kierunku, a nie było to proste, bo utkwił na autostradzie około trzydziestu kilometrów od nas.
Po chwili Junior oddzwonił, że policja już jedzie. Cały się trząsł, kazałam mu bezwzględnie zostać na linii. Mój Mąż zaczął łamać chyba wszystkie możliwe ograniczenia prędkości. Kojącym głosem Matki Polki rozmawiałam z synem, a jednocześnie starałam się opanować Męża, który rzucił tylko krótko:
– Wiesz, że on jest w tym momencie w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Nie musiałam być doświadczonym kierowcą, żeby zdawać sobie z tego sprawę. W każdym ułamku sekundy mogła wjechać w niego następna maszyna – o wiele większa i szybsza.
Dosłownie po trzech minutach od zgłoszenia do syna dotarła policja. Ponieważ cały czas byliśmy połączeni, wszystko słyszeliśmy na żywo. Funkcjonariusze natychmiast zablokowali ruch na autostradzie. Wszystko stanęło. Dopiero wtedy Juniorowi udało się dotelepać uszkodzonym autem na prawe pobocze. Policjanci błyskawicznie ściągnęli pomoc drogową, spisali protokół, a potem przejęli telefon od Juniora – wszystko nam spokojnie wyjaśnili i zapewnili, że Nasz Syn jest cały i całkowicie bezpieczny. Poczekali na lawetę, osobiście przekazali Juniora kierowcy i dopiero wtedy odjechali.
Sympatyczny starszy pan z pomocy drogowej załadował rozbity samochód, zjechał z autostrady i zatrzymał się na najbliższej stacji benzynowej. Dotarliśmy do nich zaledwie pięć minut później.
Każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni, wie doskonale, w jakim stanie był Junior i co czuł, czekając na pomoc ze świadomością, że w każdej chwili ktoś może go dosłownie zmiażdżyć.
Kiedy już bezpiecznie wróciliśmy do domu, Junior opowiedział mi, że samochód, który w niego uderzył i uciekł, zatrzymał się spory kawałek dalej – za daleko, by odczytać numery tablic rejestracyjnych – i stał tak nieruchomo prawie do samego przyjazdu policji. Nikt z niego nie wysiadł.
Mój Syn podzielił się ze mną również wrażeniami ze swojego pierwszego kontaktu z numerem alarmowym. Tutaj okazało się, że telewizja nie kłamie. Dyspozytorka była taka jak na filmach – spokojna, troskliwa, upewniła się, że Junior nie potrzebuje pomocy medycznej, i uspokajała go, że wszystko dobrze się skończy. Na koniec dodała, że radiowozy są już w drodze, bo dostali wcześniej kilka zgłoszeń od kierowców o tym, że dwa auta utknęły po zderzeniu na pasie.
Jestem głęboko przekonana, że jedno z tych zgłoszeń było od człowieka, który uderzył w samochód Juniora.
Ktokolwiek to był, stał tam dalej i czekał, żeby upewnić się, że nie doszło do tragedii, samemu potwornie ryzykując. Nie podjechał bliżej, bo zwyczajnie panicznie się bał – albo więzienia, bo coś było nie w porządku z jego autem, albo natychmiastowej deportacji. Obstawiam raczej tę drugą opcję.
Tutejsi policjanci dosłownie uratowali życie Mojego Syna, zaopiekowali się nim i oddali w bezpieczne ręce.
Na pewno w Ameryce, jak wszędzie na świecie, jest wielu złych i skorumpowanych stróżów prawa, ale ja na całe szczęście spotkałam wyłącznie przyzwoitych i kompetentnych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz