Rok temu na następną podróż poślubną śmignęliśmy do Meksyku.
Parę lat temu byliśmy całą Rodziną w Cancún, a ponieważ wspominaliśmy ten pobyt bardzo pozytywnie, polecieliśmy tym razem tylko we dwójkę. Junior został na stanowisku, dowodząc jednym kotem z problemami emocjonalnymi i psią sforą.
Zostawiliśmy go z pełną lodówką i życzeniem, że nieważne, w jakim stanie zastanę dom, byle stał, i on oraz wszystkie zwierzaki były żywe i zdrowe.
Jak zaczęliśmy mieszkać w Stanach, było dla mnie oczywiste, że wreszcie dotrzemy na Karaiby. I tak się stało.
Barbados był pierwszą „rajską” wyspą, jaką zobaczyłam w moim życiu. Wiązałam z tym wyjazdem ogromne plany, bo marzyłam o uratowaniu stada małych żółwików. Nie udało się, aczkolwiek Barbados jest przepiękny.
Odłożyłam to marzenie do pudełka zatytułowanego „marzenia niespełnione”.
Ogłuszeni przykrą rzeczywistością wybraliśmy się do Meksyku w październiku, czyli co najmniej dwa miesiące przed sezonem. Co okazało się niezwykle trafionym pomysłem, bo pogoda była wspaniała, ciepły deszcz od czasu do czasu był, za to nie było tłumu ludzi.







I oto w momencie, kiedy najmniej się tego spodziewałam, na plaży w Cancún, pod leżakiem dwa metry od nas, wylęgły się żółwie.
Właśnie relaksowaliśmy się na piasku, kiedy nagle koło nas zrobiło się poruszenie.
Nieliczna grupka plażowiczów rzuciła się w naszym kierunku. Zaniepokoiłam się lekko, ale okazało się, że celem ich ataku nie byliśmy my, tylko leżak stojący tuż obok.
Razem z nimi leciał pracownik hotelu z plastikowym wiadrem. Mój Mózg nie mógł zrozumieć, dlaczego wszyscy są tacy rozentuzjazmowani widokiem starego wiadra.
Mój Mężuś, z racji słusznego wzrostu niejako prawie z lotu ptaka, stwierdził, że mam też lecieć podziwiać to wiadro.
Widząc moje niedowierzanie, powiedział jedno słowo: „Żółwiki”.
Wystartowałam jak petarda. Dopadłam do wiadra, a tam kłębiło się stadko dopiero co wylęgłych żółwi.
Pracownik plażowy hotelu rył cały czas w piachu jak dzik w poszukiwaniu trufli, żeby nie przegapić żadnego malucha. Okazało się, że przegapił jednego i na drugi dzień znalazł go turysta. Ponieważ siedział koło mnie – turysta oczywiście, bo żółw raczej się czołgał – zanim dopadł nas ratownik żółwikowy z kolejnym wiadrem, mogłam go potrzymać.
Okazało się, że przetrzymują te żółwie do nocy, a potem wypuszczają je do wody, żeby ich nic nie zeżarło po drodze.
I tak oto wyjęłam marzenie z jednego pudełka i wsadziłam do drugiego, zatytułowanego „nigdy nie wiadomo, kiedy spełnią się marzenia”.

Przygoda z żółwikami wylała trochę balsamu na moją duszę.
Praktycznie zawsze, jak jesteśmy na wakacjach gdzieś nad wodą – a zawsze jesteśmy nad wodą – to wybieramy się na wycieczkę katamaranem z atrakcjami.
Tym razem wybraliśmy się na Wyspę Kobiet, czyli Isla Mujeres. Najpierw popłynęliśmy obejrzeć podwodne rzeźby w kształcie dłoni.
Część turystów została na pokładzie, a grupka razem z ratownikiem zdecydowała się płynąć w maskach z rurkami.
Katamaran odpłynął – okazało się, że będzie na nas czekał po drugiej stronie podwodnego rezerwatu. I tak przez godzinę płynęliśmy, a nasz opiekun unosił się koło nas w pomarańczowym kole ratunkowym jak gumowa kaczuszka w kąpieli.
Od czasu do czasu otaczały nas różne kolorowe rybki. Morze Karaibskie zdecydowało się pokazać odrobinę zadziornego charakteru i falowało bardzo energicznie.
Po pewnym czasie zaczęłam lekko opadać z sił, ale dzielnie parłam naprzód, zachowując się bezczelnie jak rybka na wielorybie – przyssana do Męża.
Podpłynęliśmy do rzeźb. Zanurkowałam i zobaczyłam krąg sporych rzeźb przedstawiających dłonie z wyciągniętymi palcami.
Morze uparcie wypychało mnie do góry, ja parłam na dół. Wynurzyłam się wreszcie wymęczona, łapiąc desperacko oddech. Woda zalewała mi oczy, bo w międzyczasie ściągnęłam maskę. I wtedy wydarzyło się coś metafizycznego.
W ciągu ostatnich niespełna dwóch lat musiałam zmierzyć się wielokrotnie ze śmiercią bliskich osób. Nie miałam tak naprawdę możliwości, żeby zatrzymać się i pozwolić sobie na żałobę.
Wtedy w Meksyku, kiedy wynurzyłam się z wody, nasz opiekun spojrzał na mnie i powiedział: „Wszystko, co się rodzi, musi umrzeć”.
Zamarłam. Oczywiście był to wstęp do wyjaśnień dotyczących rzeźb. Ale mimo wszystko to był jeden z tych momentów, które pamięta się przez całe życie.

To jedno zdjęcie nie jest moje.
Dotarliśmy do katamaranu, na pokładzie którego opalała się zrelaksowana większa część naszej grupy.
Po godzinnym zmaganiu z falami wyglądaliśmy jak ofiary kataklizmu.
Potem obraliśmy kurs na Isla Mujeres. Wyspę nazwali tak hiszpańscy „odkrywcy”, ponieważ była poświęcona bogini płodności – znaleźli na niej mnóstwo figurek kobiet, pozostawionych tam przez pielgrzymki modlące się o błogosławieństwo.



To był jeden z tych dni, kiedy ma się wrażenie, że natura ma poczucie humoru. Pogoda zmieniała się jak w Szkocji.
Najbardziej surrealistycznym doświadczeniem był obiad w restauracji w „dżungli”, na świeżym powietrzu, w ulewnym deszczu.
Ciepła na szczęście woda zalewała ludzi i jedzenie, ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. Po obiedzie wyszło słońce, wysuszyliśmy się i pojechaliśmy zwiedzać wyspę.
Sama forma podróżowania już była przygodą – mianowicie jeździliśmy wózkami golfowymi.
To było wyzwanie. Czułam się „goła”. Normalnie człowiek w samochodzie jest otoczony metalem i szkłem, tutaj byłam otoczona głównie powietrzem.
Mąż prowadził, ja siedziałam obok, a z tyłu siedział oddelegowany do opieki nad nami ochroniarz, który pilnował, żebyśmy nie skończyli w rowie.
Całe szczęście, że mieszkańcy wyspy są przyzwyczajeni do widoku turystów z obłędem w oczach w wózkach golfowych i są bardzo wyrozumiali dla bladych łajz szalejących na drogach.
Jednym z punktów wycieczki była wizyta na klifie, na którym znajdowały się posągi Majów.
O ile rzeźby były jak dla mnie ociupinkę za nowe, o tyle widok wynagradzał wszystko.
Cały konwój wózków golfowych zatrzymał się przed wejściem i nasz ochroniarz dał nam piętnaście minut na zwiedzanie.
Tylko że biedak nie przewidział, że niewiele rzeczy jest w stanie zniechęcić i zatrzymać rozpędzoną, pełną entuzjazmu Polkę. Przegoniłam Męża po całym klifie, częściowo znowu w deszczu. Śmigałam tam jak gazela, a biedny ochroniarz usiłował nas wołać.
Kiedy usatysfakcjonowana wrażeniami dotarłam do wózka, spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem. Lekkim, bo był bardzo sympatycznym gościem.




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz