środa, 9 września 2026

Niagara cześć 2, czyli kanadyjski powiew Europy

 Po solidnym wymoczeniu zdecydowałyśmy się na obejrzenie wodospadu z helikoptera. 

Leciałam już takim śmigłowcem raz w Las Vegas i nie było to miłe doświadczenie. Nie dlatego, że trzęsło czy się bałam, ale po prostu niewiele widziałam. 

Najgorszy w tym był fakt, że gdyby pilot chociaż trochę pomyślał, wszyscy mogliby być zadowoleni. Niestety, nie pomyślał.

Lot nad Niagarą zasugerowała nam znajoma. Bogatsza o tamto doświadczenie i nie chcąc znowu przeżywać rozczarowań, starałam się nie mieć absolutnie żadnych oczekiwań. 
Specjalny busik zabrał nas z hotelu i zawiózł na malutkie lotnisko. W trakcie drogi zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, który aż prosił się, żeby go namalować. To musi być wspaniałe uczucie być artystą, a nie zwykłym śmiertelnikiem, i umieć odwzorować takie piękno. 
Kiedy dotarliśmy na pas startowy, mogłam napatrzyć się do syta na lądujące i startujące maszyny. Metalowe ważki cały czas krążyły wokół nas.
Wreszcie nadeszła pora na przygodę. Zapakowali nas na pokład i polecieliśmy w siną dal. Zanim dotarliśmy na miejsce, zrobiliśmy małą rundkę, żeby z góry podziwiać okolicę. Wtedy zaczęłam mieć malutką nadzieję, bo przede mną rozpościerały się przepiękne widoki, które tym razem mogłam oglądać bez żadnego problemu.
Myślałam, że widziałam już Niagarę ze wszystkich stron. Okazało się, że byłam w głębokim błędzie. Z helikoptera wodospad wyglądał jak wnętrze wygasłego, niebieskiego wulkanu. Zdjęcia z tego lotu sprawiają wrażenie sztucznie wygenerowanych. Coś pięknego.


Między tymi atrakcjami w powietrzu, na wodzie i pod ziemią oczywiście musieliśmy jeść. Mój Mąż, zapalony kucharz pasjonat, zażyczył sobie spróbować kanadyjskiego specjału o nazwie poutine. Ze względu na fonetyczną zbieżność z nazwiskiem pewnego dyktatora (wymawia się to po prostu „putin”) miałam nadzieję, że nie dostaniemy ostrej niestrawności, ale zdecydowałam się zaryzykować. Danie okazało się apetycznymi frytkami z serem i różnymi sosami – bardzo smaczne, oczywiście jeśli ktoś lubi ziemniaki.

Ogólnie okolice Niagary są świetnie zaadaptowane do potrzeb turystów. Jest kolorowo i rozrywkowo. Knajpki, kasyna, sklepy – wszystko po to, żeby po oglądaniu wodospadu przez cały dzień dobrze bawić się również w nocy.
Pomimo tego, że Kanada sąsiaduje ze Stanami, bardzo się od nich różni. I nie chodzi tu tylko o to, że na znakach drogowych są kilometry, a na termometrach stopnie Celsjusza. Ogólnie ma się wrażenie, że człowiek nagle znalazł się w Europie. Zaczęłam Mojego Biednego Mężusia przekonywać, że powinniśmy rozważyć w przyszłości przeprowadzkę. Kanada ma przestrzeń typową dla Ameryki Północnej, którą bardzo polubiliśmy, a jednocześnie europejską mentalność. Jest to oczywiście moje prywatne odczucie, ale w Kanadzie nie czuć tego ciągłego stresu deportacyjnego, który zatruwa ludziom życie w Stanach Zjednoczonych. Brak poczucia zagrożenia jest wręcz namacalny. 
I chociaż nigdy nie musieliśmy się obawiać deportacji, to w Kanadzie opadło ze mnie napięcie, które towarzyszy mi w Stanach od początku naszej emigracji. 
Mąż na razie na pomysł o zmianie terytorium reaguje paniką, ale skoro przekonałam go do trzech psów, kota i wielu innych szalonych pomysłów, to myślę, że dam radę i z tym, nowym planem emerytalnym.
I na koniec zrobiliśmy mały objazd, żeby zobaczyć trochę dzikiej Kanady. Z tą dzikością nam trochę nie wyszło, ale przynajmniej obejrzeliśmy jezioro Ontario. 

Oprócz nas nie było tam żywej duszy, chociaż w okolicy stało całkiem dużo domów. Usiedliśmy sobie na ławeczce, na której ktoś w porywie romantycznego natchnienia wyrył serce, i w takiej uczuciowej atmosferze podsumowaliśmy wyjazd jako wyjątkowo udany.
Tak, zdecydowanie jestem zainteresowana późną emeryturą gdzieś na łonie przyrody w Kanadzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz