To nie jest moja historia i prawdę mówiąc, to nie ja powinnam ją opisać, tylko moja Mama.
Ona jako prawdopodobnie ostatnia w rodzinie zna ją najlepiej i na pewno zrobiłaby to dużo lepiej niż ja, ale jest potwornie oporna.
Oprócz nas tylko parę osób zna luźne kawałki tej opowieści. Z tej garstki moja Córka jest najmłodsza. I jeśli ona zapomni – a zapomni, bo ma przecież przed sobą całe życie pełne swoich własnych, wspaniałych historii – to będzie tak, jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło.
A ja po prostu nie chcę, żeby tak było. Może kiedyś jakiś mój praprapotomek z nudów przeczyta wypociny prababci (Boże, jak to potężnie brzmi!) i da tej historii drugie życie.
Nie ma ona absolutnie nic wspólnego z Ameryką, szkołą, dziećmi, zwierzętami czy problemami na emigracji, a ja pojawiam się w niej na samym końcu, w charakterze bardzo mglistej zapowiedzi.
Nie udało mi się odtworzyć jej w całości, więc uczciwie będę zaznaczać, gdzie są białe plamy. Jednak wszystko, co opiszę, autentycznie się wydarzyło i nie ma w tym ani jednego słowa kłamstwa lub moich autorskich zapędów, żeby tworzyć opowieści fantastyczne z dreszczykiem w tle.
To będzie zwyczajna historia o życiu niezwykłego człowieka, które skończyło się zdecydowanie za wcześnie.
Wiele lat przed moim urodzeniem w rodzinie od strony Mamy pojawił się Wujek. Pojawienie to przebiegło w sposób bardzo naturalny – ożenił się bowiem z jedną z sióstr mojej Babci.
Cała historia zaczęła się w odrobinę przewrotny, wręcz „romantyczny na odwrót” sposób. Ów Wujek zakochał się bowiem w mojej Babci, która – pechowo dla niego – posiadała już świeżo zaślubionego męża.
Ów małżonek, oprócz walki w Wojsku Polskim i brawurowej ucieczki przed Niemcami, zdążył się dorobić młodziutkiej żony i nowo narodzonego dziecka, gdzieś tak w międzyczasie.
Tym niemowlakiem była moja Mama.
Wyprzedzając na chwilę fakty i mieszając w chronologii: w mieszkaniu siostry mojej Babci (Cioci-Babci) wisiało centralnie wielkie, czarno-białe zdjęcie ślubne.
Może dlatego, chociaż Wujek zmarł wiele lat przed moim urodzeniem, nie był dla nikogo anonimową postacią, a jego twarz stała się jednym z wyraźnych obrazów mojego dzieciństwa.
To był charyzmatyczny, czarnowłosy brunet o niezwykle ciemnych oczach i przenikliwym spojrzeniu.
Jako dziecko zupełnie nie zastanawiałam się, czy był przystojnym mężczyzną – on niewątpliwie miał w sobie to legendarne „coś”. Po jego śmierci Ciocia-Babcia już nigdy nie spojrzała na żadnego innego mężczyznę, mimo że została czterdziestoparoletnią wdową.
Wujek w chwili poznania mojej Babci miał dwadzieścia kilka lat i był nauczycicielem. Zanim jednak zdążył na dobre założyć rodzinę, Hitler stwierdził, że starczy nam już tej wolności, i wybuchła II Wojna Światowa.
Wujek został zaaresztowany za słuchanie radia – i to jest niezaprzeczalny fakt. Prawdopodobnie jego uroda nie okazała się w tamtych realiach specjalnie pomocna i jako ognisty brunet bardzo szybko trafił na celownik jako element wysoce niepożądany w nowym, aryjskim porządku. Bez żadnych sentymentów został zesłany do obozu koncentracyjnego (nie wiem dokładnie, do którego) i w krótkim czasie przeznaczony do komory gazowej.
I tutaj pojawia się w tej historii ta część, która nie ma absolutnie żadnego logicznego wytłumaczenia i w celu wyjaśnienia której znowu muszę zaburzyć kolejność wydarzeń.
Wujek w dzieciństwie, o którym niewiele wiadomo, poznał tabor Cyganów.
Nie wiem, czy środowisko to podróżowało i odwiedzało jego okolice cyklicznie na krótko, czy pomieszkiwali tam dłużej. Musiało to wyglądać dość poważnie, bo znali się przez wiele lat. W taborze była stara Cyganka (zawsze jakaś jest), która umiała wróżyć.
Nie na zasadzie „będziesz żyć aż do śmierci”, ale potrafiła w kartach faktycznie zobaczyć przyszłość – co biorąc pod uwagę późniejszą, brutalną rzeczywistość, nie sądzę, by napawało ją jakąś specjalną otuchą.
Oprócz tych specyficznych cech zadawała kłam wszelkim stereotypom.
Przede wszystkim nie była biedna i wraz ze swoim mężem posiadała mocną pozycję w swojej społeczności.
Była bezdzietna (jej jedyne dziecko zmarło) i najwyraźniej Wujek ze swoimi czarnymi włosami i błyszczącymi oczami oczarował ją na tyle, że chciała go adoptować. Oferowała nawet rodzicom Wujka duże pieniądze, żeby oddali go pod jej opiekę oficjalnie.
Tutaj złamała jeszcze jeden stereotyp: nikogo nie porwała i nie wywiozła w siną dal. Zaakceptowała odmowną decyzję, co nie zmieniło jej uczuć. Uważała, że Wujek ma w sobie wyjątkowy dar i nauczyła go profesjonalnie wróżyć z kart.
Sam fakt wróżb nie jest jakiś szokujący, bo to proceder znany od wieków. Niesamowite w tej historii jest to, że one się zawsze, co do joty, sprawdzały. Nie wiem, kiedy Cyganka i jej tabor zniknęli z życia Wujka, niewątpliwie jednak ta znajomość zmieniła całe jego późniejsze życie.
Mimo dostępu do wspomnień więźniów obozów koncentracyjnych, zdjęć i wielu dokumentów, nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co mógł czuć, idąc na śmierć.
Może było mu już wszystko jedno, a może czuł głęboko, że nie nadszedł jeszcze jego czas? Cokolwiek by to nie było, zaproponował pilnującemu go niemcowi, że mu powróży – z zastrzeżeniem, że jeżeli wróżba się nie sprawdzi, to sam potulnie poniósłby konsekwencje i poszedł do komory gazowej.
Właściwie dziwię się, że już wtedy nikt go po prostu nie zastrzelił, bo pola do negocjacji ani wyboru raczej nie miał żadnego. Udało mu się jednak zaintrygować hitlerowca, który dla czystego kaprysu przyjął zakład: życie za spełnioną wróżbę. A może zwyczajnie się nudził i miał ochotę zabawić się kosztem człowieka, którego i tak zamierzał za chwilę wysłać na śmierć?
Jakim mężczyzną – dzisiaj już takich nie robią! – musiał być mój Wujek, skoro po rozłożeniu kart prosto w oczy powiedział niemcowi, że w ciągu kilku najbliższych dni jego rodzina, czyli żona i syn, zginą tragicznie.
Podejrzewam, że w tym momencie był bliżej śmierci niż stojąc w kolejce do komory gazowej.
Niemiec wpadł w szał (trudno się dziwić), ale mimo wszystko wstrzymał egzekucję – specyficzne poczucie honoru w samym środku piekła.
Rodzina hitlerowca miała mieszkać w bezpiecznym domu na terenie Niemiec, z dala od wszelkich działań wojennych, w czymś w rodzaju leśniczówki. Prawdopodobieństwo, że coś im się stanie, było równe zeru. Niemiec, aczkolwiek wyprowadzony z równowagi przez bezczelnego Polaka, specjalnie się tą wróżbą nie przejął.
Nie przewidział jednak – bo nikt nie mógł tego przewidzieć – że jeden z niemieckich samolotów powracających z misji nad Polską przypadkiem „zgubi” jedną bombę akurat nad tym lasem. Bomba uderzyła prosto w mały dom. Jego rodzina zginęła na miejscu.
Najbardziej szokujące w tej historii było to, że esesman nie tylko nie zabił Wujka, ale wręcz nie mógł na niego patrzeć i błyskawicznie wysłał go transportem do innego obozu koncentracyjnego.
Do drugiego obozu Wujek trafił już z odpowiednią adnotacją w papierach: że jest dziwny i potrafi wróżyć.
Natychmiast zainteresował się nim następny Niemiec, z trochę wyższym stopniem wojskowym i zdecydowanie większą władzą. Zażyczył sobie wróżby i tym razem, myślę, że szczęśliwie dla Wujka, przepowiednia była pozytywna. Mało tego – sprawdziła się idealnie.
Wujek dostał oficjalne odroczenie śmierci i wylądował w bezpieczniejszej kuchni. Wróżył temu niemcowi regularnie i właściwie tylko to codzienne rzemiosło ratowało mu życie.
Co mogło utrzymać ludzi w obozach, w tamtych potwornych czasach i warunkach, przy życiu oprócz kruchej nadziei i wiary? Podejrzewam, że nic, bo na tym etapie nie było nawet szansy na logiczny cud.
Wujek zaczął w tajemnicy wróżyć współwięźniom. Mówił nie tylko, kto przeżyje, kto wróci do domu i ile będzie miał dzieci, ale również, co wydarzy się w obozie w najbliższych godzinach. Podejrzewam, że przepowiednia przeżycia jednego kolejnego dnia była dla tych przerażonych ludzi co najmniej tak samo ważna, jak wizja posiadania wielodzietnej rodziny w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Nie wiem, czy mówił im prosto w oczy prawdę o nadchodzącej śmierci, która w tamtych czasach miała często więcej litości od ludzi.
Można prowadzić niekończące się dysputy, czy to w ogóle jest możliwe, lub czy były to same kosmiczne zbiegi okoliczności. Faktem jest jednak, że jego wróżby się sprawdzały – w krótkim czasie wyrobił sobie opinię osoby, która jest w stanie bezbłędnie przewidzieć przyszłość.
Może przeżył cały ten koszmar, bo regularnie sobie wróżył, a może wręcz przeciwnie?
Nigdy nie lubił wspominać tamtych czasów. Wiadomo było tylko, że przeszedł przez kilka różnych obozów koncentracyjnych. Ostatnim był Oświęcim, który opuścił w momencie wyzwolenia przez wojska Armii Czerwonej – to kolejny paradoks naszej historii, jedyny w swoim rodzaju, kiedy dotychczasowy kat stał się jednocześnie wyzwolicielem.
Wróżby ostatecznie uratowały mojemu Wujkowi życie. W pewnym momencie siedział nawet w jednej celi z Józefem Cyrankiewiczem, któremu wywróżył długie życie i karierę polityczną pełną sukcesów.
Wyzwolony, wrócił ostatecznie do domu i ożenił się z siostrą mojej Babci. Niestety, już nigdy nie wrócił do pełni sił i zdrowia. Jego wymęczone serce nie wytrzymało obciążeń i zmarł zaledwie kilkanaście lat po zakończeniu wojny.
O tym, jak potężny i niezrozumiały był to dar, cała moja rodzina wiedziała od dawna. Krótko przed jego śmiercią moja Mama, w dniu swoich osiemnastych urodzin, dostąpiła zaszczytu wróżby dotyczącej całego jej przyszłego życia.
Dowiedziała się różnych ciekawych rzeczy – między innymi pojawiła się tam zapowiedź mojego istnienia (co, jak widać, się potwierdziło) oraz poważne ostrzeżenie o wypadku samochodowym.
Wygląda więc na to, że czasami naprawdę można zmienić przeznaczenie.
Wujek przepowiedział, że jeżeli moja Mama pojedzie na wycieczkę (a podał dość szczegółowy opis okoliczności), która będzie miała miejsce wiele lat po jego śmierci, to towarzysze podróży zginą, a ona sama będzie ciężko ranna.
Jej obecność lub brak na pokładzie miały przechylić szalę losu. Wiele lat potem moja Mama zrezygnowała w ostatniej chwili z wycieczki do Grecji. Praktycznie była już spakowana, a samochód stał gotowy do drogi, gdy nagle przypomniała sobie ostrzeżenie Wujka.
Została w domu, a wszyscy wokoło pukali się w czoło. Do czasu. Wypadek istotnie miał miejsce. Był z gatunku tych okropnych, kiedy ułamek sekundy zmienia całe życie. Tutaj na szczęście tej sekundy nie zabrakło. Wszyscy uczestnicy ostatecznie przeżyli, ale jakoś potem już nikt nigdy nie żartował z Mamy i z wujkowych wróżb.
Dość humorystyczną częścią przepowiedni dla odmiany była wizja ewentualnego powiększenia rodziny.
We wróżbie stale przewijał się temat bliźniaków i ewidentnie mocno rozśmieszał Wujka. To była jedyna rzecz, która do tej pory nie wydarzyła się w życiu mojej Mamy i jej najbliższych (miałam wielką nadzieję, że ta przepowiednia trafi ostatecznie na mnie, ale nic z tego).
Nie wiem dlaczego, ale mam takie dziwne wrażenie, że w skali pokoleniowej nie jest to jeszcze temat całkiem zamknięty.
Moja Mama, jak typowa osiemnastolatka, mimo wielkiej sympatii do Wujka była początkowo nastawiona dość sceptycznie do jego rewelacji.
Wujek, który oprócz niezwykłego daru był po prostu bardzo spostrzegawczym człowiekiem i umiał czytać ludzi jak otwarte książki, powiedział mojej Mamie, że udowodni jej, iż to wszystko to nie są bajania starego człowieka i cygańskich bab. Przepowiedział jej męża i jako ostateczny, niepodważalny dowód rzucił: „Będziesz i jednocześnie nie będziesz mieszkać w domu swoich teściów”.
Dużo ludzi lubi chodzić do wróżek. Wszyscy na pewnym etapie życia chcemy poznać przyszłość, a mówiąc szczerze – jej najbardziej świetlaną wersję.
Nikt nie chce wiedzieć, co złego mu się przytrafi, a jeżeli już, to raczej szuka rady, co zrobić, żeby się to nie wydarzyło, albo jak przetrwać całe zło tego świata.
Wiele lat temu mój przyjaciel psychiatra powiedział, że kobiety w sytuacjach kryzysowych w pierwszej kolejności udają się do wróżki, potem do najlepszej psiapsióły, a na samym końcu do psychiatry.
Co ciekawe, specjalista nigdy nie jest pierwszym wyborem, chociaż wydawałby się najbardziej logiczny. Wygląda więc na to, że chłodna logika zawsze na koniec przegrywa z mistycyzmem i tajemnicą.
Wróżenie według Biblii jest grzechem i czynem zabronionym. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że jest inaczej, ale ja w naszej rodzinie nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób.
Mój Wujek był osobą bardzo wierzącą i praktykującą, przyjaźnił się z wieloma duchownymi. Przez lata regularnie wróżył proboszczowi, który później udzielał ślubu moim Rodzicom i mnie chrzcił.
Był po prostu bardzo dobrym człowiekiem, obdarzonym – według lokalnych księży – darem od Boga, a nie od Szatana.
Był też jedyną osobą w mojej rodzinie, która kiedykolwiek wygrała w totolotka. Zdaje się, że była to mniejsza wygrana, więc nie mówimy o zawrotnej sumie, ale jak na tamte czasy były to bardzo przyzwoite pieniądze.
Wydał całą wygraną co do grosza na prezenty dla wszystkich członków rodziny – nie zapomniał absolutnie o nikim.
Mam wrażenie, że patrzył na świat i postrzegał ludzkie życie w zupełnie inny sposób. Trubno dziś stwierdzić, czy to dlatego, że otrzymał ten niezwykły dar, czy może dlatego, że na własne oczy zobaczył piekło obozu, był w nim i mimo wszystko nie stracił wiary w fundamentalne dobro. Przewidział dokładną datę i godzinę swojej śmierci – i to była jego ostatnia wróżba, już bez użycia kart, która sprawdziła się co do minuty.
Po jego śmierci Ciocia-Babcia oddała obozowe pasiaki, w których wrócił z Oświęcimia do domu, do muzeum.
I kochała go wiernie do końca swoich dni.
A moja Mama, wiele lat później, przy załatwianiu jakichś nudnych formalności urzędowych, sprawdzała coś w swoim dowodzie osobistym (to była jeszcze ta stara, kultowa forma książeczkowa).
I nagle w sekcji meldunków znalazła adnotację o wpisie w domu moich Dziadków, czyli swoich teściów.
W tym jednym momencie przypomniała sobie, że z powodów czysto formalno-metrażowych była tam kiedyś urzędowo zapisana, choć fizycznie nigdy w tym domu nie mieszkała.
lubię taki opowieści. Nawet .. bardzo lubię :)
OdpowiedzUsuń😍
UsuńNiesamowite (i piękne) wspomnienie...
OdpowiedzUsuń😘
Usuń