Żyjąc na emigracji, odkryłam to, co przede mną całe pokolenia. W momencie opuszczenia na dłużej własnego kraju zmienia się wszystko.
To jak z mieszaniem kolorów. Jeżeli Polska jest zielona, a Stany niebieskie, emigrant zaczyna być turkusowy. Po pewnym czasie zaczyna odbijać kolorystycznie od każdego otoczenia i powrót do zielonego jest bardzo trudny, a wręcz niemożliwy.
Tak naprawdę dopiero drugie, a nawet trzecie pokolenie emigrantów ma szansę zasymilować się z otoczeniem. Ale to dopasowanie ma cenę. Jest nią rezygnacja z własnej kultury, języka, mentalności i historii.
Od początku naszej emigracji regularnie spotykam w Stanach wielu Polaków i Amerykanów z polskimi nazwiskami, których nie są w stanie poprawnie wymówić. To jak w filmie „Kochaj albo rzuć”, kiedy Amerykanin polskiego pochodzenia zmienił nazwisko Wrzesień na September.
Kilka razy mi się zdarzyło odruchowo wymówić takie nazwisko w czystej polszczyźnie i prawie zawsze wywoływało to konsternację.
A raz – autentyczne wzruszenie.
Pamiętam, że to był lekarz, którego Dziadkowie wyemigrowali do Stanów. Powiedział mi, że ostatni raz słyszał swoje nazwisko wymawiane w taki sposób, jak był mały, od Babci. Jego rodzice odcięli się zupełnie od polskich korzeni, a on miał ochotę do nich powrócić. Miał plany, żeby polecieć do Polski, choć na odnalezienie Rodziny praktycznie nie miał już żadnej szansy.
Patrząc na niego, zobaczyłam kawałek własnej determinacji. Potrzebujemy zakotwiczenia w życiu, świadomości, że to drzewo posadził Pradziadek, a Prawujek działał podczas wojny w ruchu oporu. Uważam, że przeszłość jest integralną częścią teraźniejszości i przyszłości. Daje siłę do przetrwania. Bez niej oczywiście też można budować swoje życie, ale zawsze jest ono w jakiś sposób niekompletne.
Identyczne doświadczenia mam z Litwinami. Ostatnio zatrudniliśmy fachowca w celach remontowych. Dziarski młodzieniec okazał się Litwinem, którego Dziadek przypłynął do Ameryki, jak miał parę lat. Po zakończeniu robót dostałam jego wizytówkę. Zapytałam go, czy ma pochodzenie litewskie. Był w szoku. Kilka razy musiałam mu powtarzać, jak brzmi jego nazwisko bez nalotu amerykańskiego. On również wybierał się do ojczyzny przodków, ale czekał na koniec wojny w Ukrainie.
Zawsze w takich sytuacjach widzę w ich oczach ten sam ślad tęsknoty – podświadomy żal za czymś, co bezpowrotnie zostawili za sobą ich przodkowie.
Kolorystycznie ciągle odbijam od otoczenia. Widać to najmocniej podczas moich kontaktów z emigrantami z Ameryki Południowej, których ubarwienie na tle amerykańskich barw idealnie współgra z moim.
Odkąd przeprowadziliśmy się do New Jersey, dorobiliśmy się ogrodnika. Felippe pochodzi z Gwatemali i wraz ze swoimi kuzynami „obsługuje” naszą ulicę. Mieszka w Stanach od dwudziestu lat, a jego angielski mógłby zawstydzić niejednego Amerykanina. Zawsze podczas koszenia trawy pyta, co u mnie słychać, i u niego to jest autentyczne zainteresowanie.
Jestem już w stanie to bezbłędnie rozpoznać, bo na początku różnie z tym bywało. Gdy dowiedział się o śmierci Moich Rodziców, zrobił sobie przerwę i opowiedział mi, jak przeżył śmierć Swojego Ojca. Gdy opisał mi, jak przywoził z Gwatemali ukochane narzędzia ogrodnicze Swojego Taty i płacił ciężkie pieniądze za transport, zobaczyłam siebie i moje cargo. Dokładnie rozumiałam sens przywiezienia rodzinnej łopaty, nawet jeżeli Felippe nie dorobił się jeszcze własnego ogrodu.
I jest jeszcze Georgina, znajoma Felippe, która sezonowo myje u nas okna i od czasu do czasu sprząta. Ratowała mnie zwłaszcza wtedy, gdy dochodziłam do siebie po operacji kręgosłupa. Na początku przedstawiła mi się jakimś dziwnym imieniem. Okazało się, że stworzyła je na potrzeby pracodawców, bo mieli problemy z wymówieniem jej prawdziwego. Jej znajomość angielskiego jest identyczna jak moja hiszpańskiego, czyli wynosi około trzydzieści słów. Pomimo tego faktu świetnie się dogadujemy.
Myślę, że jest to reakcja z czasów prehistorycznych, kiedy jeszcze zamiast języka tylko do siebie mruczeliśmy i warczeliśmy. Jeżeli usiłujesz porozumieć się z kimś w obcym ci języku i dodatkowo ta osoba zna go bardzo słabo lub wcale, instynktownie sięgasz po inne narzędzia komunikacji. Zarówno ona, jak i Felippe nie mają złudzeń, jakie miejsce zajmują w amerykańskim łańcuchu pokarmowym.
To jest cała surrealistyczna ironia tego miejsca: przecież to właśnie emigranci zbudowali ten kraj od zera, a mimo to – po dwudziestu latach ciężkiej pracy – wciąż czują się w nim jak intruzi.
Moje Dzieci, a zwłaszcza Junior, zaczynają przybierać lekko turkusowy odcień. U Juniora widać to wtedy, kiedy czasami zawiesza się na jakimś trudnym polskim słowie. U obojga natomiast zmieniło się postrzeganie rzeczywistości, choć prawdopodobnie tego nie zauważyli.
Pewne aspekty emigracji osładzają jednakże tęsknotę, a jednym z nich jest słynny „amerykański luz”. Mimo mojego sceptycznego nastawienia do systemu edukacji w Stanach muszę przyznać, że tutejsza machina szkolna jest w stanie wbić go w głowy wszystkim dzieciom, bez względu na ich pochodzenie.
Może i często produkuje analfabetów, ale za to jakich wyluzowanych!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz