Jestem książkowym przykładem na to, co się dzieje z kobietą, kiedy w pewnym momencie życia zatrzymuje się i zaczyna wreszcie żyć dla siebie.
Jak każda przedstawicielka „płci pięknej” w wieku „balzakowskim” nie miałam wyjścia i musiałam spotkać się z menopauzą.
Obserwując przez lata kobiety, stwierdziłam, że przekwitanie można podzielić na dwa rodzaje: psychiczne i fizyczne.
Dla otoczenia znacznie lepszy jest wariant fizyczny, bo uderzenia gorąca nie biją postronnych świadków, a poty, już nawet nie te „siódme”, nie zalewają członków Rodziny. Ewentualna osteoporoza również skupia się tylko na biednej kobiecie.
Wariant psychiczny, aczkolwiek pozornie mniej widoczny, jest dużo gorszy. I nie chodzi tu już o kiepski stan emocjonalny, ale niestety u niektórych kobiet menopauza drastycznie zmienia charakter – i raczej nigdy nie na lepszy.
Istnieje jeszcze wyniszczająca kombinacja tych dwóch wersji. Myślę, że po czymś takim kobiety już nigdy nie odzyskują w pełni dawnych siebie.
Odkąd zaczęłam się interesować tym tematem, od bezpośrednio zainteresowanych zawsze słyszałam tylko narzekania.
I wiem, że zabrzmię teraz jak szalona, ale mnie – przynajmniej jak do tej pory – menopauza przyniosła same dobre rzeczy.
Przede wszystkim świetne samopoczucie, związany z tym wewnętrzny spokój i to najważniejsze, obezwładniające poczucie wolności. Silne przekonanie, że nic już nie muszę, ale absolutnie wszystko mogę.
Ogólnie przekwitanie kojarzy mi się z odzyskiwaniem harmonii. Myślę, że wiąże się to z zawirowaniami hormonalnymi, które nawet najodporniejsze jednostki potrafią wykończyć, a które menopauza skutecznie wycisza. Być może dlatego, że nie ma już tam co wirować.
Prawdopodobnie jestem tak dobrze do niej nastawiona, ponieważ nie miałam prawie żadnych męczących, fizycznych objawów, a psychicznie wręcz odżyłam. Szkoda tylko, że dobre samopoczucie nie ma absolutnie żadnego wpływu na siwiejące włosy i fakt, że pewne części ciała zaczynają bezlitośnie przegrywać z grawitacją.
Tylko błysk w oczach ciągle jest ten sam, bo dusza nie starzeje się nigdy.
Jest bardzo niewiele rzeczy, których zazdrościłam komukolwiek w swoim życiu, ale zawsze ogromnie żałowałam, że nie mam jakiegoś talentu – nawet tego malutkiego. Jakiejś iskry, która dodałaby blasku zwyczajnej egzystencji. Pogodziłam się z tym faktem, uważając, że wszystkie zdolności w Rodzinie wylosowały już Moja Mama i Córka.
I nagle, wraz z menopauzą na emigracji, uchyliło się jakieś okno w duszy. Pomału przez szparę zaczęły się przeciskać ukryte pragnienia, pomysły i czysto egoistyczna potrzeba stworzenia czegoś tylko dla siebie.
Podjęłam najpierw nieśmiałe próby i spod moich palców zaczęły wychodzić małe, pokraczne krasnoludki.
Kiedy już urządziłam swój warsztat, musiałam zreperować kilka dekoracji na choinkę. Uczucie, które pojawiło się, gdy wieszałam upiększoną laleczkę, było tak niesamowicie pozytywne, aż wręcz uzależniające.
Najpierw nieśmiało zaczęłam odnawiać rzeczy, które przywiozłam ze sobą z Polski, a potem zaczęłam namiętnie wyszukiwać skarby w sklepach ze starociami. Patrzyłam na brzydkie, zniszczone przedmioty i wręcz „swędziały mnie palce”, żeby dać im drugie życie.
Mój Mąż, który często wybierał się ze mną na takie polowania, stwierdził, że dokładnie widzi moment, kiedy patrząc na jakiś wynędzniały świecznik, już wiem, co z nim zrobić, żeby odżył.
Najwyraźniej po latach małżeństwa nauczył się bezbłędnie rozpoznawać Mój „twórczy błysk” w oku.




Myślę zresztą, że nie tylko mnie sprawia to ogromną przyjemność. Junior, który parę razy woził mnie do sklepów ze starociami, sam w końcu zaraził się tym bakcylem i zaczął mi namiętnie wynajdywać rzeczy do renowacji.
Ostatnio niesamowicie spodobała mu się trzydziestocentymetrowa figura szachowa i poprosił, żebym pomalowała ją dla niego na biało-czerwono. Tak patriotycznie Go nagle natchnęło.
A potem zalała mnie fala pomysłów – i to uczucie było lepsze niż wszystkie używki i antydepresanty razem wzięte.
Zdaję sobie sprawę, że stało się tak nie tylko ze względu na moje „uśpione zdolności”, ale również dzięki Mojemu Mężowi. Przejął na swoje barki całe utrzymanie Rodziny, a to umożliwiło mi – w oderwaniu od Ojczyzny i wszystkich dotychczasowych zobowiązań – odnaleźć ten brakujący, najważniejszy element siebie.
To było jak ułożenie ostatniego elementu układanki. Wreszcie wszystko zaczęło mieć głęboki sens.
A ostatnio Mój Mężuś podsunął mi dwie zdewastowane żyrafki, które przywiózł ze swojego domu rodzinnego w nadziei, że im też zaoferuję drugie życie – tym razem już z nami, na emigracji.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz