Mój syn, który występuje w moim blogu pod pseudonimem Junior, zdał maturę i dostał się na studia. Z tego powodu postanowiłam uhonorować jego wysiłki i sukcesy wpisem.
W tym celu cofnęłam się do początku mojego bloga i zaczęłam czytać posty o szkole, żeby sobie wszystko odświeżyć. I od tego momentu stało się dla mnie jasne, że o Juniorze będzie następnym razem, ponieważ zalały mnie inne emocje i przemyślenia.
Podczas lektury włosy, które dzięki siłom najwyższym i DNA po mamie ciągle posiadam, najpierw mi się lekko uniosły, a potem stanęły dęba.
Mój blog zaczęłam pisać 9 lat temu, około 3 miesiące po wylądowaniu w Stanach. Teraz wiem, dlaczego w dawnych czasach ludzie pisali pamiętniki. To niesamowite, ile rzeczy przydarzyło się mojej rodzinie przez te lata i o jak wielu zapomniałam.
Czytając teraz własne słowa sprzed lat, miałam wrażenie, że słucham opowieści obcej, a jednocześnie znajomej kobiety.
I przysięgam, że jak patrzę teraz z perspektywy na pierwsze 5 lat naszej emigracji, to nie wiem, skąd wzięłam na to wszystko siłę. A już zupełnie nie wiem, jak sobie dały w tym obłędzie radę moje dzieci.
Trzeba niesamowitej odporności duchowej, żeby pozostać sobą, kiedy wszystko i wszyscy dookoła nie tylko chcą cię zmienić, ale zaczynają atakować, jeżeli nie upodabniasz się szybko i chętnie do otoczenia.
Coś jak papugi, które są atakowane przez szare wróble i gołębie, ponieważ są kolorowe. Bądźmy realistami, czy ktoś kiedyś widział papugę latającą sobie zrelaksowaną po Warszawie albo tukana na przykład ?
Wyobrażam sobie, że dla wielu osób moja ustawiczna krytyka amerykańskich realiów mogła wydawać się przesadzona, a ja rozwydrzona do granic nieprzyzwoitości. Teraz, po latach, mogę spojrzeć na pewne aspekty naszego życia bardziej obiektywnie i przysięgam, że nie zmieniłabym ani jednego napisanego przeze siebie słowa.
Myślę, że wszystko zaczęło się od lokalizacji. Gdybyśmy zamiast w Connecticut wylądowali od początku w New Jersey, na pewno byłoby trudno, ale może nie byłoby tak ciężko.
Na skutek kosmicznego zbiegu okoliczności wylądowaliśmy w Greenwich (nie mylić z dzielnicą w Nowym Jorku). Była to i ciągle oczywiście jest bardzo „droga” lokalizacja. Nie było najmniejszej szansy, żeby rdzenni mieszkańcy tego wyrafinowanego przedmieścia nas zaakceptowali, o polubieniu nie wspomnę.
I tu nie chodziło o inny język czy różnice kulturowe, to było zderzenie istoty – w tym przypadku nie człowieczeństwa, tylko postrzegania świata.
Dla uczciwości przyznam, że o ile na początku podeszliśmy całkowicie otwarci do sąsiadów, to po dwóch latach prób, kiedy straciliśmy złudzenia, ograniczyliśmy się do pokojowego, uprzejmego współistnienia. Tyle tylko, że to bardzo dużo nas kosztowało.
Myślę, że uratował nas fakt, że przyjechaliśmy do Stanów tak późno. Nasze dzieci miały 10 i 15 lat, a ja z mężem byliśmy już całkowicie ukształtowanymi jednostkami z kręgosłupem moralnym nienadającym się do uginania, a tym bardziej do złamania. Na całą sytuację miał wpływ też fakt, że nie przylecieliśmy do Ameryki za chlebem. Mój mąż został przeniesiony w swojej pracy. Nasza emigracja nie zaczynała się od rozpaczy, przymusu czy desperacji.
Myślę, że dlatego moje postrzeganie naszej nowej rzeczywistości było ostrzejsze, ponieważ nie było obciążone strachem przed deportacją. Dodatkowo w sytuacji zagrożenia, a tak na początku wszyscy się czuliśmy, uaktywniła się we mnie siła, która wcześniej raczej drzemała i przebudzała się tylko w krytycznych życiowych momentach. Tutaj to nie były momenty, to był chleb powszedni, czasami ciężki do przełknięcia.
Mieszkańcy Greenwich są „specyficzni”. Powiedziałabym nawet, że zachowują się jak inny gatunek. Pieniądze, najlepiej stare, biała skóra i przodek, który przypłynął na Mayflower, są dla nich głównymi kryteriami wyboru znajomych, z którymi chcą przebywać. Nie ma dla nich znaczenia inteligencja, wykształcenie czy charakter. W takiej sytuacji nie można cały czas udowadniać, że nie jest się wielbłądem. A co ważniejsze, nie ma się na to ochoty. A mówiąc już zupełnie brutalnie szczerze, takie poddańcze zachowanie było poniżej mojej godności.
Widziałam desperatki, które jak psy czekające na ochłap starały się dostać do tego zamkniętego kręgu. Czego nigdy nie zrozumiałam, to dlaczego tego pragnęły. Znaliśmy tam jedną rodzinę – on Hiszpan, ona z Puerto Rico. Obserwowanie, jak ona się upokarzała, było bolesne. Najbardziej smutne było to, że nie wierzę, że jej się udało zdobyć ich akceptację.
Patologia nie wybiera biednych, tylko „specyficznych”. Większość moich sąsiadek zaczynała pić przed południem – oczywiście nigdy tak, żeby to było bardzo widoczne, ale dla mnie było. Nie wspominając o zapachu. Ich mężowie nie mieli specjalnych oporów przed walnięciem ich z liścia od czasu do czasu, jak zasłużyły. Jeden tatuś był tak agresywny i niestety tak bogaty, że nie musiał pracować, w związku z tym codziennie razem z żoną przyprowadzał rano dzieci do szkoły. Ta kobieta mogłaby pozować do plakatu „bo zupa była za słona”. A jednocześnie urządzali „garden party”, które kosztowały tysiące dolarów. Byłam, widziałam, mam wielką nadzieję, że nigdy nie będę musiała powtarzać takich doświadczeń.
Pamiętam, że jak się wyprowadzaliśmy, to miałam ochotę wykopać wszystkie drzewa, zgarnąć wszystkie dzikie zwierzęta i wziąć je ze sobą. Najbardziej dobitnie nasze relacje tam opisuje fakt, że żegnałam się z drzewami, a nie z ludźmi. Serce mi się kroiło, bo dom został wystawiony na sprzedaż, bałam się, że zostanie wyburzony, a wszystko, co żyje dookoła – zostanie unicestwione. I to nie jest egzaltowana przesada. Jelenie, wiewiórki i ptaki nie żywią się powietrzem i nie śpią w hotelach. Potrzebują drzew, krzewów i odrobiny przestrzeni.
Mieszkając w Greenwich, dorobiłam się jednego znajomego. Miał na imię Ebenezer, pochodził z Ghany i był „niańkiem” jednego staruszka. Po roku od przeprowadzki wysłał mi SMS-a, żeby sprawdzić, jak sobie radzimy. Oczywiście zapytałam od razu, czy zburzyli „nasz” dom.
I o dziwo okazało się, że nie. Przynajmniej dwa lata temu wciąż stał, a wraz z nim wszystkie drzewa.
A najbardziej z moim Mężem rozśmieszyła nas reakcja wszystkich naszych sąsiadów, którzy, jak dowiedzieli się, że się wyprowadzamy, bo kupiliśmy dom w New Jersey, to szczerze nam współczuli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz