Mój Dziadek miał oko do antyków.
Z wykształcenia był dentystą, z zamiłowania artystą. On tak samo jak ja minął się z powołaniem, ale w odróżnieniu ode mnie Dziadek przynajmniej miał sensowne wytłumaczenie, bo ganiał Niemców, ewentualnie oni ganiali jego.
Między protezami i zębami projektował biżuterię. Złoty pierścionek z koralem, który dostałam od niego na komunię, a potem dałam mojej Córce, był całkowicie jego dziełem.
W czasach PRL-u oprócz kwiatków niewiele kwitło, handel jednakże należał do wyjątków.
Przez dom Moich Dziadków non stop przewijali się znajomi, a wraz z nimi biżuteria. Część Dziadek kupował, część sprzedał, a wszystko wyceniał.
Wtedy tego nie rozumiałam, był to dla mnie stan normalny. Dopiero po latach dotarło do mnie, że nie każde dziecko przechodziło pokątne szkolenie w dziedzinie kamieni szlachetnych czy odcieni złota.
Nie dla każdego szukanie turkusów na podłodze było świetną formą zabawy. Dla ścisłości dodam, że zawsze je znajdowałam.
Wbrew wszystkiemu nie było to łatwe, bo kuchnia w mieszkaniu Moich Dziadków była olbrzymia, a w podłodze ziały szpary.
A ponieważ nie chcę pozwolić niektórym wspomnieniom umrzeć, opiszę jedno z pierwszych, jakie pamiętam z udziałem Mojego Dziadka.
Mam ochotę podzielić się tym uczuciem, które mimo upływu tylu lat nigdy we mnie nie umarło.
Podoba mi się wizja, że ktoś gdzieś na świecie o tym przeczyta.
Mam około trzech lat.
Widzę tylko swoją pulchniutką rączkę i obok wielką dłoń Dziadka z brązowymi plamkami. Dziadek wysypuje mi na dłoń małe, plastikowe, przezroczyste kamyczki. W tle słyszę głos Babci, wyraźnie zdenerwowanej, żeby natychmiast przestał. Przecież jak ja ruszę ręką i te drobiazgi upadną, a oni ich nie znajdą, to będzie katastrofa.
Pamiętam, że kompletnie nie rozumiałam jej wzburzenia, bo te małe, matowe szkiełka nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nie migotały, nie były kolorowe i zwyczajnie były brzydkie.
Dziadek totalnie zignorował ostrzeżenia i powiedział:
– Alu, daj spokój. Nie wiem, co się będzie działo w tym szalonym kraju ani jak długo będę żył. Moja wnuczka musi chociaż raz w życiu zobaczyć diamenty.
A potem, wciąż trzymając moją małą rączkę w swojej, dodał:
– Popatrz, to są diamenty, zapamiętaj.
Tak, Mój Dziadek miał zdecydowanie oryginalne metody wychowawcze.
Potem mi wyjaśnił, czym się różnią diamenty od brylantów. Fakt, że wtedy smoczek był ciągle moim najlepszym przyjacielem, nie był dla Niego żadnym przeciwwskazaniem do poszerzania moich horyzontów.
Edukował mnie jak na czasy ryczącego socjalizmu, którego całym sobą nie znosił, dość ryzykownie.
Cierpiał straszliwie, słuchając mnie, jak uczę się rosyjskiego, ale jakoś to znosił. Inna rzecz miała się w przypadku historii Polski.
Tutaj małe wyjaśnienie dla młodszych czytelników: w czasach mojego dzieciństwa książki do historii to była fantastyka w czystej formie. To znaczy Polska Piastów i Jagiellonów była przedstawiana wiernie, potem zaczynały się schody. Im bardziej aktualne czasy opisywane, tym mniej miały wspólnego z rzeczywistością.
Dziadek nie zamierzał dopuścić, żeby jego wnuczka miała wyprany mózg.
W rezultacie temat Katynia czy agresji sowieckiej miałam opanowany do perfekcji. Tylko że ta wiedza, oprócz tego, że diametralnie różniła się od książkowej, była po prostu niebezpieczna.
Moja Babcia zawsze się martwiła, że Dziadek za dużo ryzykuje, że jestem za mała i jak chlapnę w szkole, kto tak naprawdę kogo mordował i wyzwalał, to ktoś z Rodziny na pewno wyląduje w więzieniu.
Byłam dzieckiem może nie głupim, ale wciąż tylko dzieckiem. Mimo tego nigdy nic nie powiedziałam w szkole.
To był swojego rodzaju dysonans poznawczy – pisałam klasówkę o Katyniu wiedząc, że piszę bzdury.
Babcia też wprowadzała do mojego dzieciństwa dreszczyk emocji.
Był czas w moim życiu, że bez przerwy w naszym domu leżały ulotki Solidarności w ilościach hurtowych.
Myślę, że Dziadkowie są oboje odpowiedzialni za moją ułańską fantazję, rogatą duszę i niechęć do kompromisów.
Co ciekawe, po śmierci Mojego Dziadka wszystkie te wspomnienia zapakowałam i schowałam głęboko w duszy.
Oczywiście pamiętałam fakty historyczne, ale zapomniałam większość informacji dotyczących sztuki jubilerskiej, zostało mi tylko samo uczucie.
To wszystko paradoksalnie wróciło do mnie w najmniej oczekiwanym momencie.
Mój Teść po śmierci Teściowej poprosił mnie o uporządkowanie wszystkich rzeczy, jakie do niej należały. Nie mógł na nie patrzeć, bo za bardzo go ten widok ranił. Mój Mąż też wolał tego uniknąć.
W rezultacie to ja musiałam tym się zająć i zlikwidować wszystkie ślady jej długiego życia oprócz zdjęć.
Po oddaniu książek do biblioteki i reszty ubrań do organizacji charytatywnych pozostała biżuteria.
Zgromadziłam wszystko w jednym miejscu. Całe życie zamknięte w pudełku po butach. Znałam już to uczucie niedowierzania, straty i absolutnej nierzeczywistości. Musiałam przez to samo przejść po śmierci Moich Rodziców.
Przede mną leżały cenne bransoletki wymieszane z plastikowymi, srebrne naszyjniki splątane z drewnianymi koralami.
Posegregowałam wszystko, jakby ktoś kierował moimi rękami.
Poszłam po Męża. Spojrzał na wszystkie świecidełka pogrupowane w dość dziwny dla niego sposób. Wyglądało to tak, jakbym podświadomie zrobiła profesjonalną wycenę i według niej dokonała selekcji.
Cała biżuteria miała być rozdzielona pomiędzy mnie, Szwagierkę i nasze córki. Wybrałam dwa pierścionki i broszkę. Szwagierka była w szoku, że nie chcę nic więcej.
Co ciekawe, broszkę znalazłam w części biżuterii „śmieciowej”, która była już naszykowana do wyrzucenia. Poszłam do Męża z zapytaniem, do kogo należały wybrane przeze mnie błyskotki. Okazało się, że pierścionki należały do babć i pochodzą z lat sześćdziesiątych.
O broszce nikt nic nie wiedział. Srebrne, niepozorne dwa kwiatuszki. Z ciekawości sprawdziłam w internecie – z całej kolekcji Mojej Teściowej ta broszka była najstarsza. Internet ocenił czas powstania na lata 1890–1920 ze względu na charakterystyczne zapięcie.
Mój Mąż był lekko zdziwiony, zapytał skąd to wiedziałam. Nie wiedziałam. Najwyraźniej jestem prawdziwą wnuczką Mojego Dziadka.
Zawsze bardzo żałowałam, że Mój Dziadek nie dożył do 1989 roku, kiedy to, jak powiedziała Joanna Szczepkowska, „skończył się komunizm”.
On czekał na ten moment przez całe swoje życie i myślę, że przygotowywał mnie na to, mając nadzieję, że ja tego doczekam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz