Nic bardziej nie uświadomiło mi, jak wielki błąd popełniłam w wyborze drogi życiowej, jak wizyty na uczelniach, które wybrał dla siebie Junior.
Obiektywnie, chociaż pękając z dumy, stwierdzam, że mam bardzo inteligentne dzieci.
Córka, jako umysł ścisły, skończyła inżynierię biomedyczną.
Syn natomiast okazał się humanistą i nieśmiało zauważę, że z pisaniem opowiadań czy esejów nie ma, podobnie do mnie, żadnych problemów.
Amerykański proces zdawania matury i dostawania się na studia nie ma żadnych cech wspólnych z polskim.
Dla świeżych imigrantów jest naprawdę sporym wyzwaniem – logistycznym i finansowym oczywiście.
Tutaj, podobnie jak w przypadku leczenia, koszty są olbrzymie, nieadekwatne do zdobywanej wiedzy i zwyczajnie nieetyczne.
Teraz, kiedy już „podwójnie skończyłam” amerykańskie liceum, mogę uczciwie przedstawić całą tę machinę.
Wszystko zaczyna się dużo wcześniej. Matura, czyli „po amerykańsku” SAT, jest egzaminem, do którego, po pierwsze, można podchodzić kilkukrotnie, a po drugie, bardzo często większa część licealistów robi to już w trzeciej klasie. Oczywiście wybiera się najlepszy wynik, a za każde podejście się płaci (70 dolarów). Uczciwie przyznam, Junior podchodził trzy razy.
Co szokujące, nie na wszystkie wyższe uniwersytety SAT jest wymagany. Wymagana za to jest zawsze przyzwoita średnia, odpowiednia liczba godzin wolontariatu, listy polecające od nauczycieli i najważniejsza rzecz – esej. I jak bardzo by to nie brzmiało surrealistycznie, to wypracowanie paradoksalnie może zadecydować o przyjęciu.
W praktyce wygląda to tak, że jeżeli komisja rekrutacyjna ma do wyboru dwóch kandydatów – jednego ze średnią 4.0 i przyzwoitym esejem, a drugiego ze średnią 3.8 i rewelacyjnym esejem – wybierze tego drugiego.
I mimo najszerszych chęci nie rozumiem sensu takich decyzji.
Gdy Córka zdawała na studia jako cudzoziemka, dostała kilka takich przykładowych tekstów, żeby wyrobić sobie pogląd.
Przyniosła je do domu i nie ukrywam, że z wielką ciekawością pogrążyłam się w lekturze.
Brutalnie podsumowując: esej, żeby być świetnym, musi być niezwykle osobisty, emocjonalny, poruszający poważne tematy, pełen tragicznych wydarzeń i traum. Najlepiej, jak ktoś w nim umiera, ewentualnie ciężko choruje, i na koniec to wszystko musi mieć związek z kierunkiem studiów, który się wybiera.
Tekst musi mieć określoną liczbę słów – jak jest za długi, to już nie masz szans na bycie wyjątkowym.
I o ile jestem w stanie na poczekaniu wymyślić emocjonalne powody, żeby zostać lekarzem, nauczycielem czy artystą, to inżynierem już ociupinkę mniej.
To samo dotyczy kierunku Juniora, który zamierza być dziennikarzem sportowym, ewentualnie komentatorem lub organizatorem imprez sportowych.
Nie wchodząc z butami w emocje moich pociech – zostały one przez nie tak skutecznie przekute na eseje, że wzbudziły ogólny podziw i oboje dostali stypendia.
I to nie sportowe, co w Stanach jest najbardziej pożądane, tylko naukowe. Pamiętam, jak w Greenwich sąsiedzi z litością na mnie patrzyli i ostrzegali, że moje dzieci nigdy nie dostaną się na studia, bo żadne nie uprawia wyczynowo żadnego sportu.
A tu proszę – szok i niedowierzanie, można studiować bez regularnych kontuzji.
Dostanie się na uniwersytet odbywa się tylko na podstawie dostarczonych dokumentów. Nie ma żadnych egzaminów wstępnych. W praktyce wygląda to tak, że w trakcie trzeciej klasy można wysłać wszystkie aplikacje na wybrane uczelnie – im więcej, tym lepiej.
Po paru tygodniach listownie zaczynają przychodzić odpowiedzi.
Moje dzieci złożyły podania na sześć uczelni i zostały przyjęte na pięć. W efekcie w trzeciej klasie już wiadomo, kto, gdzie i co będzie studiował. Junior w grudniu trzeciej klasy już wiedział, gdzie chce i będzie się dalej kształcił. Część jego kolegów przeciągnęła ten proces na czwartą klasę, co mogło być niebezpieczne, bo tutaj stwierdzenie „kto pierwszy, ten lepszy” jest bardzo trafione.
Czwarta klasa głównie służy zaliczeniu wszystkich wymaganych przedmiotów i zdobywaniu punktów, tzw. kredytów, z których część może przejść na studia.
W trakcie ogarniania papierologii dzieciaki zaczynają odwiedzać wybrane uniwersytety, które organizują specjalne dni otwarte. Ta otwartość ma jednak swoje granice, bo nie można na takie wydarzenie wejść z ulicy.
Wcześniej trzeba się zarejestrować i na wejściu każdy jest sprawdzany – jak go nie ma na liście, to „wypad z balu”.
I korzystając z okazji, rozwieję iluzję o wielkim bogactwie płynącym dzięki studiowaniu na uczelniach Ligi Bluszczowej.
Nie ukrywam, że przymusowo musiałam uczestniczyć w mini-seminarium poświęconym wybieraniu studiów. Odbywało się to jeszcze w Connecticut. Przyznaję bez bicia, że te prelekcje całkowicie zmieniły moje postrzeganie całego systemu.
Patrząc obiektywnie, jeżeli dzieciak nie pochodzi z bardzo bogatego domu lub rodzice nie są chętni, żeby finansować edukację, i nie dostaje olbrzymiego stypendium pokrywającego wszystkie koszty, ma tylko dwie opcje do wyboru. Pierwsza – wziąć kredyt studencki (wielkość oczywiście zależy od uczelni), druga – zmienić plany życiowe i zrezygnować ze studiowania.
Najbardziej szokującym faktem dla mnie było to, że pierwsze pensje wszystkich absolwentów, bez względu na to, jaką uczelnię kończyli, są porównywalne.
I dodatkowo te wielkie pieniądze wydane na czesne nigdy im się nie zwracają. Wybór jednego z najlepszych uniwersytetów, takich jak Princeton, Harvard czy Yale, nie gwarantuje sukcesu zawodowego.
Jednym słowem, dobra, lokalna uczelnia przy odrobinie szczęścia i małych znajomościach może dać dużo więcej lub tyle samo.
Statystycznie udowadniano, że po dziesięciu latach znaczenie tego, gdzie kto studiował, zasadniczo maleje. Mówiąc mniej dyplomatycznie: nikogo to już nie interesuje.
Princeton jest najlepszym uniwersytetem w całych Stanach. Byłam, widziałam. Powstał w XVIII wieku, ma piękne budynki, które wyglądają na stare.
Niewątpliwie urokliwe miejsce ze świetnym ciałem pedagogicznym, jednak samo czesne wynosi około 70 tysięcy dolarów rocznie. A to jest wersja podstawowa – bez miejsca do życia, jedzenia, pieniędzy na transport czy książek.
Utrzymanie dziecka tam przebija grubo 100 tysięcy dolarów rocznie. Czyli, jak łatwo obliczyć, całe studia to kwota zbliżająca się do pół miliona dolarów.









Widziałam bardzo mądre wykresy, które uświadomiły nam, że trzeba szukać dobrych uczelni, ale takich, przez które nie zbankrutujemy. Zapędy naszych dzieci, że wezmą sobie kredyty, ukróciliśmy w zarodku.
Jak odwiedzaliśmy uczelnię z Córką jako umysł ścisły, hiperwentylował się Mój Mąż. Dla ścisłości: ekscytowali się oboje, a ja chodziłam i kolekcjonowałam ulotki. Uczciwie przyznam, że uczestniczyłam w tych atrakcjach tylko z miłości.
Junior zdecydował się na kontynuowanie edukacji na kierunkach humanistycznych, które tutaj są, jak dla mnie, bardzo romantycznie określane sztukami wyzwolonymi (liberal arts).
W momencie, gdy weszłam na teren pierwszego uniwersytetu z listy Juniora, to ja zaczęłam się hiperwentylować. Posługując się terminologią bardziej uduchowioną: to miejsce wysyłało fluidy, które idealnie trafiały w sam środek mojego ducha.
System takich otwartych dni wszędzie był taki sam – każdy kierunek w innym budynku, a przy stolikach siedzieli wykładowcy i rozdawali cukierki oraz ulotki.
Junior chodził od stoiska do stoiska i rozsiewał blask swojej indywidualności, a ja, zanim się spostrzegłam, zatopiłam się w rozmowie z panią profesor socjologii.
Nie miałam wyrzutów sumienia, ponieważ nie było do niej kolejki. W momencie, gdy zawisł nade mną Mój Mąż i Syn, sugerując, że czas do domu, bo już prawie wszyscy wyszli, miałam wrażenie, że obudziłam się ze snu.
Kompletnie straciłam poczucie czasu, pani profesor zdaje się też.
Moja droga do tytułu magistra to był czysty obowiązek, konieczność, ciężka praca i mnóstwo nerwów.
Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że zdobywanie wiedzy mogło być dla mnie przyjemnością.
Skończyłam Handel Zagraniczny i powiem szczerze, że decyzja o wyborze tego konkretnego kierunku i uczelni była błędem. Wynudziłam się jak mops przez pięć lat, potem mniej lub bardziej męczyłam się w różnych pracach, aczkolwiek finansowo nie mogłam narzekać.
Zawsze dopadało mnie uczucie, że moja praca to było bezsensowne przekładanie papierów, pisanie raportów, o których za miesiąc nikt nie będzie pamiętał, oraz poczucie, że nie robię nic dobrego dla „świata”.
Mówiąc brutalnie: uważałam, że jest to czysta strata czasu.
Jedynymi pozytywami moich studiów było bezpieczeństwo finansowe, jakie mi potem zagwarantowały, i kilka przyjaźni, które wtedy powstały i trwają do dziś.
Pasji albo nawet minimalnego zainteresowania z mojej strony częścią merytoryczną nie było żadnego.
Nic, tylko siąść i płakać.
Jednym z największych sukcesów i radości w moim życiu jest fakt, że moje dzieci wybrały kierunki studiów, które są ich pasją.
Moja Córka przez cały okres studiów rozkwitała.
Jest powiedzenie: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. Parafrazując, o moim starszym dziecku można by powiedzieć: wybierz studia, które kochasz, a uczenie będzie zawsze czystą przyjemnością, a najgorszy egzamin wyzwaniem, a nie traumą.
Wygląda na to, że u Mojego Syna będzie podobnie. Wybrał to, co jest jego pasją, i pozostaje mi mieć nadzieję, że za parę lat będę mogła o nim powtórzyć te same słowa, co napisałam o Córce.
Gdy kończyłam podstawówkę, chciałam pracować w teatrze kukiełkowym albo pisać książki.
Prawda jest taka, że chociaż Rodzice chcieli dla mnie jak najlepiej, nikt mnie nie pytał o moje marzenia, a ja o nie nie zawalczyłam.
Okazuje się, że wiele rzeczy w człowieku można stłamsić, wręcz zniszczyć, ale nie wszystkie i nie zawsze. Potrzeba było wielu lat i już nawet nie zawirowań, ale wręcz huraganów życiowych, żebym odnalazła tę cząstkę siebie, którą straciłam.
W efekcie piszę bloga, robię lalki i zaczęłam malować.
Może jednak jeszcze uda mi się kiedyś napisać książkę.
„Dopóki życia, dopóki nadziei”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz