Stwierdziłam, że po zanurzeniu się we wspomnieniach z mojego dzieciństwa muszę zrobić coś podobnego dla Mojego Męża.
Mój Teść przez dwadzieścia lat pływał na statkach towarowych jako inżynier.
Opłynął obie Ameryki, zwłaszcza Południową, nieskończoną ilość razy. Razem z Nim, co ciekawe, pływała Moja Teściowa i najpierw Mój Mąż, a potem również jego młodszy Brat.
To jest ten okres życia, który jako jedyny Mój Teść jeszcze pamięta. Po pogrzebie Teściowej słuchałam wielu historii z tamtego czasu. Są ciekawe nie tylko z tego powodu, że dotyczą Mojego Męża. Takie dzieciństwo kształtuje charakter i otwiera horyzonty.
Mój Mężuś pływał na tym statku przez prawie sześć lat, aż do momentu pójścia do szkoły. Także część z tych wspomnień dokładnie pamięta.
Na statku było około czterdziestu osób załogi różnych narodowości. Była na przykład grupa Hiszpanów, którzy przepadali za Moim Mężem – blond petardą, która wszystkich dookoła czarowała. Na pokładzie stał wielki kontener. Marynarze napełnili go wodą z morza i uczyli w nim Mojego Mężusia pływać.
Mąż opowiada mi, że do dziś pamięta rurę, z której leciała woda do tego tymczasowego basenu. Musieli nieźle przyłożyć się do lekcji, bo wiele lat później Mój Mąż mógł trenować w olimpijskiej reprezentacji. Odmówił, bo bardziej od złotych medali kusiła go królowa nauk.
Ale do tej pory świetnie pływa, a Nasze Dzieci oczywiście też.
Na tego rodzaju statkach często maluje się pokłady specjalnymi farbami. Pewnego razu inna grupa marynarzy zachęciła Mojego Mężusia do wspólnego malowania. Mąż był szczęśliwy jak prosiak w deszczu, Moja Teściowa znacznie mniej. Według relacji Mojego Mężusia, przez kolejne tygodnie przypominał żabę – bynajmniej nie ze względu na urodę, ale na kolor.
Dopóki Mój Mąż był jedynym dzieciakiem na pokładzie, opiekował się Nim cały personel. Kiedy jednak na świecie pojawił się jego młodszy Brat i zaczął raczkować, trzeba było podjąć radykalne kroki.
Aby uchronić obydwu przed wypadnięciem za burtę, a Moją Teściową przed permanentną nerwicą, Obaj zostali ubrani w szelki i smycze. Cała ta uprząż była przytwierdzona w centralnej części głównego pokładu, a smycze miały kilkanaście metrów długości.
To musi być niesamowite uczucie mieć za plac zabaw cały „przestwór oceanu”.




Podczas słuchania tych opowieści siedziałam na kanapie w salonie. W pewnym momencie uniosłam wzrok i spojrzałam w górę.
Przez chwilę myślałam, że mam zwidy. Tuż pod sufitem, który w tym miejscu jest bardzo wysoko, bo ma około pięciu metrów, zobaczyłam... maczetę.
Mój Teść potwierdził, że mój wzrok działa bez zarzutu i to jest prawdziwa broń. Na moje nieśmiałe pytanie, dlaczego wisi tak potwornie wysoko, Mój Teść spojrzał na mnie zdziwiony i uświadomił mnie, że dla bezpieczeństwa.
Ciężko mi było sobie wyobrazić, kto mógłby ją wykorzystać do ewentualnego morderstwa, jako że w Rodzinie żadnych psychopatów dotąd nie odnotowano.
Następnego dnia Mój Mąż przy użyciu dwóch drabin ściągnął to cudo ze ściany.
Żeby nie denerwować Mojego Teścia, odczekałam do Jego zwyczajowej drzemki i wyszłam z maczetą do ogrodu. Zamierzałam przekonać się osobiście, jak to jest przedzierać się przez dżunglę.
Mój Mąż obserwował mnie z rozbawieniem, ale na wszelki wypadek trzymał się w sporej odległości. Myślę, że nasze małżeństwo otworzyło Mu horyzonty nie mniej niż zwiedzenie wszystkich krajów Ameryki Południowej.
Wzięłam solidny rozmach, biorąc na cel jakieś uschnięte kwiatki. Efekt zupełnie nie spełnił moich oczekiwań, bo go po prostu nie było. Maczeta okazała się tępa – i to nawet nie jak nóż, ale jak zwykła łyżka do zupy.
Noże, którymi kroimy mięso do naszego bigosu, wykarczowałyby cały ogród. Maczeta nie dała rady nawet suchym badylom. Na szczęście braki w ostrości nadrabia urodą.
Sprawdziliśmy w przepisach, czy można taki rekwizyt wwieźć legalnie do Stanów Zjednoczonych. Nie miałam wielkich nadziei, a tu proszę – okazało się, że można.
Oczywiście nie w bagażu podręcznym, żeby nie straszyć pilota. Opakowałam to cudo z Gwatemali w folię bąbelkową, ledwo zmieściło się do walizki, i przywieźliśmy je do Ameryki. Ponieważ Moi Teściowie nie kupowali niestety żadnych pamiątek, ta maczeta to jedyna fizyczna pozostałość po szalonych przygodach Mojego Męża.
Pusta ściana uświadomiła nam, że pewien etap w życiu Mojego Teścia i naszym się nieodwracalnie skończył.
Gdy patrzę na rzeczy, które zgromadziliśmy w naszym domu, każda mogłaby opowiedzieć jedyną w swoim rodzaju historię.
Ale dopóki przedmioty milczą, ja je w tym temacie wyręczę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz