wtorek, 18 sierpnia 2026

Nawet magia potrzebuje czasem pomocy, czyli renowacja jednorożców

Ponieważ ciężar gatunkowy ostatnich wpisów był solidny, zdecydowałam się na zmianę tematu na zdecydowanie lżejszy.
Rok temu Mąż zorganizował sobie rozrywkową aktywność w formie generalnego sprzątania garażu. Efektem jego działalności była delikatna sugestia, żeby wyrzucić jednorożca, bo jest już kompletnie zniszczony. Drugi, w stanie niewiele lepszym, miał jeszcze szansę „przeżycia”.
Dorosła kobieta, myśląca praktycznie i nieulegająca emocjom, odesłałaby jednorożca na różowe łąki. Myślę, że ulegam tylko wybranym emocjom i jestem bardzo zorganizowana, ale nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do rezygnacji z mojego jednorożca.
Pomagał mi prawie od początku emigracji, przeganiał koszmary i świecąc, pokazywał w ciemności drogę do domu. Jakkolwiek infantylnie by to brzmiało, pomyślałam, że czas się odwdzięczyć za wszystkie magiczne chwile.

Przytomnie nie czekałam z reanimacją do zimy, tylko pod koniec lata, wraz z Moją Córką, wyciągnęłam jednorożce z garażu. Widok zniszczeń mną wstrząsnął. Stałyśmy na podjeździe nad leżącymi jednorożcami. Jeden, mimo uszkodzeń, cały czas miał w miarę stabilne nogi, drugi miał jedną nogę zupełnie zniszczoną.

Moja Córka powiedziała:
– Mamo, ale wiesz, że on już nigdy nie stanie, prawda?
Coś mi błysnęło w duszy, odpowiedziałam:
– Ale poleci.

Moja Podpora Późnej Starości spojrzała na mnie lekko zszokowana. Zaledwie lekko, bo jednak przez lata miała okazję doświadczyć efektów moich pomysłów.
Zatargałam jednorożce do ogrodu. Tak dla wyjaśnienia: to nie są małe, plastikowe dekoracje. Moje jednorożce to solidne konstrukcje wielkości około 170 cm każdy. Ustawiłam oba na dwóch krzesłach. Nasze patio zaczęło przypominać warsztat samochodowy dla stworzeń magicznych.
Przez następne 5 dni uparcie tkwiłam w ogrodzie. Podeszłam do problemu na poważnie. Ponieważ już wtedy miałam czynny mój warsztat gnomkowy, wynalazłam kawałki białej koronki, przygotowałam pistolet silikonowy, klej, farby i stos innych przydatnych rzeczy.
Byłam już trochę zaznajomiona z zasadami renowacji, więc zaczęłam od sprawdzenia kompletów lampek. Część była przepalona, a problem tkwił w tym, że wszystkie znajdowały się wewnątrz.
Dokonałam operacji na otwartym sercu. Wybebeszyłam jednorożce. Wszystko robiłam symultanicznie, przechodząc od jednego do drugiego stanowiska pracy. Usunęłam przepalone lampki, zamówiłam podobne. Po wypraniu grzyw i ogonów przystąpiłam do łatania dziur koronką. Nie było to łatwe i koronka nie była idealnie taka sama, ale przynajmniej jednorożce przestały wyglądać na ciężko ranne.
W międzyczasie okazało się, że skrzydła też wymagają naprawy, albo raczej cundu. Pozbyłam się plastikowych, połamanych części – nienaruszone zostały na szczęście metalowe szkielety. Kupiłam białą farbę, odmalovala je. Zamontowałam na nich malutkie lampki i chwilowo odłożyłam na bok.
Na koniec została noga. Nie wiem, ile czasu nad nią siedziałam, ale pod koniec miałam wrażenie, że już prawie ogarniam ortopedię.
Noga zaczęła wyglądać w miarę przyzwoicie, ale nie było żadnej szansy, żeby utrzymała jednorożca v pionie. Nawet ja, wieczna optymistka, zdawałam sobie z tego sprawę.
Przy patio stoją dwa drzewa identycznej wielkości. Do ostatniego etapu zażyczyłam sobie pomocy Rodziny. Zamontowaliśmy na gałęziach zepsute kable od ładowarek (polecam ze względu na wytrzymałość) i powiesiłam na nich jednorożce.
Prawie dotykają ziemi, ale nie muszą stać. Skrzydła wyszły obłędnie – lepiej niż stare.
W ciemności odpaliłam lampki i jednorożce po raz kolejny roztoczyły swoją magię.
Mój Mąż, zaproszony na prezentację, powiedział:
– Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać.

1 komentarz: